Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Czarny bursztyn
 
Katalog - dodano
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Szalony statek - Robin Hobb



 Prolog

WSPOMNIENIE SKRZYDEŁ

    Porastające dno glony kołysały się łagodnie. Woda była tu ciepła, równie ciepła jak tam, na południu, skąd przypłynęli. Kieresz oświadczył, że kłębowisko nie będzie dalej podążać za srebrzystym dostawcą, lecz kusząca woń nadal się unosiła w słonej wodzie. Statek nie był zatem daleko. Węże płynęły za nim, choć zachowywały stały dystans. Szarpia przez chwilę zastanawiała się nad sensem rozmowy z przywódcą, ostatecznie jednak zrezygnowała. Z niepokojem przypatrywała się Kiereszowi. Rany, które odniósł podczas krótkiej bitwy z białym wężem, goiły się bardzo powoli. Głębokie żłobienia szpeciły piękny układ łusek. Symbolizujące proroczą moc złote oka, które biegły przez całą długość jego ciała, pobladły i zmatowiały.
    Wężyca również była wyczerpana.
    Kłębowisko wyprawiło się daleko w poszukiwaniu Tej, Która Pamięta. Kieresz, na początku podróży bardzo pewny siebie, teraz wydawał się równie skonfundowany jak Szarpia i Sessurea. Tylko ich troje pozostało z licznej grupy węży morskich, które rozpoczęły migrację. Inne straciły wiarę w cel poszukiwań i porzuciły przywódcę. Gdy widziała je ostatnio, podążały za wielkim dostawcą i zajadały się bezmyślnie ludzkimi ciałami, które im wydzielał. Spotkanie to jednak nastąpiło wiele przypływów temu.
– Nieraz tracę poczucie czasu – zwierzył jej się cicho Kieresz podczas odpoczynku. – Odnoszę wrażenie, że już kiedyś płynęliśmy tym szlakiem, może nawet wymienialiśmy te same spostrzeżenia. Niekiedy wierzę w to tak mocno, że teraźniejszość jest dla mnie jak wspomnienie lub sen. Zdaje mi się wówczas, że... nic nie musimy robić, ponieważ wszystko i tak się samo zdarzy. Chyba że już się zdarzyło. – Mówił głosem drżącym i niepewnym.
    Zbliżyła się do niego. Zafalowali lekko wraz z nurtem, nieznacznie machając płetwami dla utrzymania równowagi. Pod nimi Sessurea nagle potrząsnął grzywą i wypuścił cienką smugę toksyn, która miała zwrócić ich uwagę.
– Patrzcie! Jedzenie! – zatrąbił.
    Podpłynęła do nich ławica srebrnych, błyszczących ryb. Za nią sunęło maleńkie kłębowisko. Węże już się posilały. Trzy jaskrawoczerwone, jeden zielony i dwa błękitne. Cała szóstka robiła wrażenie ożywionych i zdrowych. Ich połyskująca skóra i zaokrąglone kształty wyraźnie kontrastowały z matowymi łuskami i zapadniętymi bokami członków wężowiska Kieresza.
– Chodźcie – zachęcił przywódca swoje węże do uczty.
    Szarpia wydała cichy jęk ulgi. Przynajmniej napełnią brzuchy.
    Poza tym, a nuż obce węże uznają Kieresza za proroka i podążą za nim.
    Ryby na pierwszy rzut oka wyglądały jak niepodzielna, iskrząca się srebrem masa. Poruszały się zgodnie niczym jedno stworzenie, choć potrafiły się też nagle rozdzielić, czmychnąć na boki i ze wszystkich stron opłynąć niezdarnego myśliwego. Węże z kłębowiska Kieresza nie były niezgrabiaszami i wszystkie trzy polowały z dużą wprawą. Obce węże trąbiły na nie ostrzegawczo, lecz Szarpia nigdzie nie dostrzegała zagrożenia. Machnęła ogonem, skręciła w sam środek ławicy i w otwartą paszczę wpadły jej co najmniej trzy ryby. By je połknąć, rozszerzyła gardło.
    W pewnym momencie dwa jaskrawoczerwone węże odwróciły się i zaatakowały Kieresza. Uderzały go pyskami niczym rekina lub innego wspólnego wroga. Do Szarpia podpłynął błękitny wąż z rozdziawioną paszczą. Wężyca wykonała szybki unik i umknęła. Kątem oka dostrzegła, że jeden z czerwonych próbuje owinąć się wokół Sessurei, który trząsł grzywą i wypluwał truciznę wraz z przekleństwami.
    Szarpia uciekła, piszcząc ze strachu. Kieresz wypuścił chmurę toksyn, czym oszołomił dwie jaskrawoczerwone bestie. Wycofały się, potrząsając otwartymi szczękami i intensywnie poruszając skrzelami, chcąc również wystrzelić truciznę.
– Co się z wami dzieje? – zapytał osobliwe kłębowisko Kieresz, po czym skręcił ciało w spiralę i podniósł grzywę. Gdy strofował węże, oka na jego skórze słabo zajaśniały. – Dlaczego napadacie na nas jak bezduszne bydlęta walczące o jedzenie? Nie tak się zachowują przedstawiciele naszego gatunku! Nawet jeśli ryb jest niewiele, każdy może zapolować, a nie jedynie ci, którzy dostrzegli je jako pierwsi. Zapomnieliście już, kim jesteście? Ktoś wam odebrał rozum?
    Przez jakiś czas drugie wężowisko pozostawało w bezruchu. Ławica ryb rozproszyła się, zapomniana przez wielkie bestie. Potem obce węże zaatakowały Kieresza. Dla postrachu otworzyły szeroko paszcze, odsłoniły zęby, wyprostowały grzywy i zacinając ogonami, wyrzucały toksyny. Szarpia obserwowała z przerażeniem, jak owijają się wokół przywódcy i ściągają go ku mulistemu dnu.
– Pomóż mi! – zatrąbił Sessurea. – Uduszą Kieresza!
    Krzyk Sessurei wyrwał ją z odrętwienia. Dwa węże natychmiast wystrzeliły w dół. Chłostały ogonami i gryzły kłębowisko, które osaczało ich przywódcę. Krew zawzięcie walczącego Kieresza zmieszała się z wydzielanymi przez niego toksynami, tworząc wokół duszący obłok. Oka na skórze proroka migotały w mroku. Szarpia krzyczała z odrazy na widok bezmyślnej brutalności napastników. Na szczęście znalazła w sobie dość sił, by atakować.
    W odpowiednim momencie Sessurea otulił własnym ciałem poranionego Kieresza i wyrwał go z uścisku rozwścieczonego kłębowiska. Udało im się uciec. Szarpia popłynęła za nimi. Kolorowe węże nie ścigały ich, lecz ogarnięte dzikim, zaraźliwym szałem zwróciły się przeciwko sobie, rycząc i prowokując się wzajemnie do walki. Bezmyślnie obrzucały się pozbawionymi sensu obelgami, chłostały się ogonami i rozszarpywały.
    Szarpia długo smarowała pokiereszowane ciało przywódcy gojącym śluzem wydzielanym przez jej ciało i wydostający się porami skóry.
– Zapomniały – rzekł wówczas Kieresz. – Całkiem zapomniały, kim są. Upłynęło zbyt wiele czasu, Szarpie. Z umysłów tych węży zniknął już cel i wszelkie wspomnienia. – Skrzywił się, gdy przyklepywała brzegi rany, zalepiając ją warstewką śluzu. – Kiedyś i nas to czeka.
– Ciii – uspokajała go wężyca. – Ciii, odpoczywaj.
    Owinęła się wokół niego i zaczepiła ogonem o skałę, by chronić Kieresza przed nurtem. Splątany z nimi Sessurea już spał. A może tylko milczał – ogłuszona i beznamiętna ofiara tego samego zniechęcenia, które ogarnęło Szarpię.
    Najważniejszy był Kieresz. Spotkanie ze srebrzystym dostawcą go zmieniło. Inni dostawcy, przemieszczający się zarówno po Kraju Niedostatku, jak i w Krainie Obfitości, stanowili po prostu źródła łatwo dostępnego jedzenia, jednak srebrzystego przywódca potraktował inaczej. Zapach statku obudził zresztą wspomnienia w całej grupie, toteż ścigali go, pewni, że jego woń doprowadzi ich do Tej, Która Pamięta. Statek okazał się przedstawicielem ich gatunku. Ciągle go przywoływali. Nie odpowiadał, choć rzucił ciało żebrzącemu białemu wężowi. Kieresz odwrócił się wówczas do towarzyszy i oświadczył, że dostawca nie jest Tą, Która Pamięta, nie podążą więc za nim dalej. Tyle że... w wodzie nadal unosił się jego zapach. Statku co prawda nie było już widać, lecz Szarpia wiedziała, że znajduje się niedaleko. Czyli – wbrew zapewnieniom – przywódca nadal za nim płynął.
Kieresz jęknął w jej objęciach.
– Boję się, że po raz ostatni odbywamy podróż jako istoty świadome. Wkrótce staniemy się zwyczajnymi bezmyślnymi bydlętami, jak inne.
– O czym mówisz? – zdziwił się Sessurea.
    Wygiął niezdarnie ciało i popatrzył towarzyszom w oczy. Odniósł wiele ran, lecz żadnej szczególnie ciężkiej. Najbardziej niebezpieczna wydawała się głęboka rysa w pobliżu gruczołu jadowego tuż za szczęką. Gdyby przecięcie sięgnęło paszczy, zginąłby od własnych toksyn. Wszyscy troje mieli sporo szczęścia, że przeżyli.
– Przeszukujcie swoje wspomnienia – rozkazał głuchym głosem Kieresz. – Przeszukujcie w pamięci nie tylko przypływy i dni, ale także pory roku, lata, a nawet całe dziesięciolecia. Już kiedyś tu byliśmy, Sessureo. Wszystkie wężowiska pływały po tych wodach, odpływały, znów wracały... Nie raz, lecz wiele razy, bezustannie. Przybyliśmy tutaj odszukać te, które jeszcze pamiętają, nieliczne, którym powierzono wspomnienia całego naszego gatunku. Otrzymaliśmy wyraźną obietnicę. Mieliśmy się zebrać wszyscy, podczas spotkania odzyskać swoją historię, a później wyruszyć do miejsca przemiany. Tam odrodzilibyśmy się na nowo. Niestety, wielokrotnie spotkało nas rozczarowanie. Raz za razem przybywaliśmy na te wody i czekaliśmy. Na próżno... Zawsze w końcu porzucaliśmy nadzieję i wracaliśmy na ciepłe południowe wody. Za każdym razem ci z nas, którzy posiadali jeszcze choć garstkę wspomnień, mówili: „Może to był nasz błąd. Może źle zapamiętaliśmy dzień, miesiąc, porę roku lub rok. Pewnie jeszcze nie nadeszła odpowiednia pora na odnowę”. Niestety, sprawy mają się zupełnie inaczej. To nie myśmy się pomylili, to inni nas zawiedli. Nie przybyli na spotkanie. Ani razu. Prawdopodobnie na następne też nie przypłyną.
    Umilkł. Szarpia ciągle trzymała go w ciasnych splotach, bała się bowiem, że porwie go prąd. Pod wężami falowała szorstka morska trawa, a zamiast przyjemnego mułu wszędzie leżały fragmenty kamiennego rumoszu i powalone pnie drzew. Powinni znaleźć sobie lepsze miejsce na odpoczynek, ale wężyca nie chciała wyruszać w podróż, dopóki przywódca nie wydobrzeje. Zresztą... dokąd mieli się udać? Znajdowali się w wodzie przepojonej nieznajomymi solami. Szarpia straciła już nadzieję, że Kieresz w ogóle zna cel podróży. A gdyby sama miała podjąć decyzję, w jakim kierunku popłynie? Nie potrafiła znaleźć odpowiedzi na to pytanie. Nie miała zresztą wcale ochoty się nad nim zastanawiać.
    Skoncentrowała się na swoim ciele. Szkarłat jej łusek był jaskrawy i intensywny, choć może tylko się taki wydawał na tle skóry przywódcy. Jego złote oka zbladły do matowego brązu. Szpeciła je również ropa wypływająca z ran. Kieresz pilnie potrzebował jedzenia. Powinien urosnąć i zmienić skórę. Natychmiast poczułby się lepiej, co radykalnie poprawiłoby również nastroje pozostałych członków wężowiska. Szarpia odważyła się wypowiedzieć tę myśl głośno.
– Musimy się posilić. Jesteśmy coraz bardziej wygłodzeni i słabi. Moje pęcherzyki toksynowe są prawie puste. Może trzeba jednak popłynąć na południe, gdzie jedzenia jest w bród, a woda ciepła?
    Zaniepokojony Kieresz obrócił się w jej objęciach. Jego wielkie oczy przybrały barwę miedzi.
– Poświęcasz mi zbyt dużo energii – zganił ją.
    Wiedziała, ile wysiłku kosztowało go swobodne potrząśnięcie grzywą. Wypuścił słabą mgiełkę trucizn. Użądliły ją, rozbudziły i ożywiły. Sessurea podpłynął i owinął ich oboje swoim długim ciałem. Przyjął dawkę toksyn przywódcy, poruszając skrzelami.
– Będzie dobrze – próbował ją uspokoić. – Jesteś tylko znużona. I głodna. Wszyscy jesteśmy zmęczeni i wygłodniali.
– Śmiertelnie zmęczeni – potwierdził ze znużeniem prorok. – I tak głodni, że w każdej chwili możemy zemdleć. Potrzeby ciała zakłócają funkcjonowanie umysłu. Jednak... Posłuchajcie. Skupcie się na moich słowach i zapamiętajcie je. Dobrze wbijcie sobie je do głowy. Nawet gdy zapomnicie wszystko inne, te słowa pielęgnujcie w sobie. Niestety, nie możemy wrócić na południe. Jeśli opuścimy te wody, nastąpi nasz koniec. Dopóki potrafimy myśleć, musimy zostać tutaj i szukać Tej, Która Pamięta. Czuję to w głębi duszy. Jeśli tym razem nie uda nam dokonać odnowy, zginiemy, zginie cały nasz gatunek. Na morzu, lądzie i niebie zaginie o nas wszelki słuch.
    Na chwilę Szarpia prawie przypomniała sobie, co znaczą te słowa. Nie chodziło jedynie o Krainę Obfitości i Kraj Niedostatku. Ziemia, niebo i morze stanowiły kiedyś trzy strefy ich włości, trzy strefy... czegoś.
    Przywódca znowu potrząsnął grzywą. Tym razem Szarpia i Sessurea szeroko rozchylił skrzela w oczekiwaniu na jego toksyny i wspomnienia. Wężyca spojrzała w dół, na zaśmiecające morskie dno zgruchotane kamienne bloki, rosnące warstwami pąkle i gęste morskie trawy, które przesłaniały Łuk Zdobywcy; czarny kamień ze srebrnymi plamkami prześwitywał przy każdym porywie prądu. Niegdyś, przed trzęsieniem ziemi, był tu ląd... Nagle Szarpia przypomniała sobie tamte czasy sprzed kilkaset lat. Usiadła wówczas na Łuku Zdobywcy, zamachała ogromnymi skrzydłami. Zatem miała wtedy skrzydła... Pamiętała, że w porannym świeżym deszczu zatrąbiła radośnie do swego towarzysza, a lśniący błękitny smok odpowiedział jej grzmiącym rykiem. Przedstawiciele Ludu Starszych witali ją radośnie – rzucali kwiaty i wykrzykiwali miłe słowa. Ongiś w tym mieście pod jasnobłękitnym niebem...
Wspomnienie zbladło. Obrazy odpłynęły niczym sny po przebudzeniu.
– Bądźcie silni – mówił Kieresz. – Może nie przeżyjemy, ale przynajmniej walczmy do końca. Niech powodem naszej zguby będzie raczej okrutny los niż brak odwagi. Dla dobra naszego gatunku nie zapominajmy, kim jesteśmy. – Krawatka wokół gardła podniosła mu się, pełna jadu. Znowu wyglądał na wizjonerskiego przywódcę, który zdobył sobie lojalność Szarpii tak dawno temu. Oba jej serca wypełniła miłość do niego.
    Nagle wokół pociemniało. Wężyca uniosła wzrok na wielki cień nad swoją głową.
– Nie, Kiereszu – zatrąbiła cicho. – Nie jesteśmy skazani na śmierć ani zapomnienie. Sam popatrz!
Ciemny dostawca płynął ponad nimi leniwie. Rzucił jedzenie. Ludzkie ciało opadało ku nim powoli. Martwą dwunożną istotę obciążały łańcuchy. Węże nie musiały walczyć o mięso. Wystarczyło po prostu po nie sięgnąć.
    Sessurea już niecierpliwie ruszył ku pożywieniu. Szarpia łagodnie podciągnęła Kieresza w górę, by wraz z nim przyjąć dar dostawcy.

WIOSNA

Rozdział 1

SZALONY STATEK

    Wiatr na twarzy i piersiach wydawał się „Niezrównanemu” orzeźwiający i chłodny, a jednak zapowiadał szybkie nadejście wiosny. Pachniał jodem – prawdopodobnie odpływ obnażył kępy wodorostów rosnący przy brzegu. Szorstki piasek pod kadłubem wciąż jeszcze pozostawał wilgotny po niedawnej ulewie. Dym z małego ogniska Amber łaskotał galion w nos. Niewidomy żywostatek odwrócił głowę od ognia.
– Piękny wieczór, prawda? – zapytała go Amber wesoło. – Niebo wspaniale się wyklarowało. Jest trochę chmur, ale widać księżyc i sporo gwiazd. Zebrałam małże i owinęłam je w wodorosty. Gdy ognisko dobrze się rozpali, odgarnę nieco drew i upiekę małże na węglach.
    Przerwała, czekając na jego odpowiedź, lecz „Niezrównany” milczał.
– Chciałbyś ich skosztować, kiedy się upieką? Wiem, że nie musisz jeść, ale może by ci zasmakowały.
    Ziewnął, przeciągnął się i skrzyżował ręce na piersi. Zawsze z nią wygrywał. Tkwił na tej plaży od trzydziestu lat i zdążył się nauczyć cierpliwości. Przeczeka tę natrętną kobietę. Zastanawiał się, czy Amber rozzłości się tego wieczoru. A może się zasmuci?
– Co ci przyjdzie z tego, że nie będziesz ze mną rozmawiał? – zapytała.
    Wyczuł, że Amber powoli traci cierpliwość, lecz nawet nie raczył wzruszyć ramionami.
– „Niezrównany”, jesteś beznadziejnie głupi. Dlaczego się do mnie nie odzywasz? Nie potrafisz zrozumieć, że tylko ja jedna mogę cię uratować?
    Miał ochotę zapytać, przed czym chciała go ratować. Ale przecież się do niej nie odzywał.
Podeszła do dziobu. Niedbale odwrócił od niej oszpecone oblicze.
– No cóż, świetnie. Proszę bardzo, ignoruj mnie, jeśli chcesz. Nie musisz odpowiadać, jednak koniecznie wysłuchaj moich słów. Zagraża ci niebezpieczeństwo, prawdziwe niebezpieczeństwo. Nie chciałeś, żebym cię odkupiła od twojej rodziny, wiem o tym... Niemniej złożyłam ofertę. Odmówili mi.
    Pozwolił sobie na ciche, pełne pogardy parsknięcie. Pewnie, że odmówili. Był rodzinnym żywostatkiem i należał do Szczęsnych. Nie sprzedadzą go, bez względu na ciężar jego hańby. Od trzydziestu lat trzymali go przykutego łańcuchem i zakotwiczonego na tej plaży, ale za nic w świecie by go nie sprzedali! A już na pewno nie komuś takiemu jak Amber! Ani Nowym Kupcom! Nie zrobiliby tego. Wiedział o tym od samego początku.
– Spotkałam się z Amisą Szczęsną w cztery oczy – ciągnęła uparcie. – Niełatwo było się z nią umówić. W trakcie rozmowy udawała, że szokuje ją moja oferta. Twierdziła, że nie jesteś na sprzedaż, za żadną cenę. Mówiła mi to samo co ty. Że żadna kupiecka rodzina z Miasta Wolnego Handlu nie sprzeda swojego żywostatku. Że tak się po prostu nie robi.
    „Niezrównany” nie mógł powstrzymać uśmieszku. Czyli ciągle się o niego troszczą. Jak mógł w to kiedykolwiek wątpić?! Poczuł niemal wdzięczność dla Amber za tę absurdalną ofertę kupna. Może teraz Amisa Szczęsna go odwiedzi? Przecież przyznała się nieznajomej, że statek nadal jest członkiem jej rodziny. Gdyby go odwiedzała, mogliby wiele sobie wyjaśnić. Może znowu wypłynąłby na morze, a jego ster chwyciłyby przyjazne ręce któregoś z Szczęsnych.
Rozmarzył się. Słowa kobiety brutalnie wyrwały go z zadumy.
– Udawała zrozpaczoną plotkami o sprzedaży. Twierdziła, że ludzie obrażają honor jej rodziny. A potem oświadczyła... – Amber nagle obniżyła głos. Ze strachu lub z gniewu. – Oświadczyła, że wynajęła ludzi, by cię odholowali gdzieś daleko od Miasta Wolnego Handlu. Podobno tak będzie dla wszystkich najlepiej. Co z oczu, to z serca. – Zrobiła znaczącą pauzę.
    Galion poczuł wewnątrz swej czarodrzewowej piersi ukłucie bólu. Naprawdę cierpiał.
– Spytałam ją więc, kogo zatrudniła.
    Uniósł szybko ręce i wcisnął sobie palce w uszy. Nie będzie jej słuchał. Jawnie wykorzystywała jego strach. Jednakże... Czy Szczęśni rzeczywiście zamierzali go stąd ruszyć? Cóż... Ten fakt nie miał dla niego najmniejszego znaczenia. Przyjemnie będzie się przenieść w inne miejsce. Może tym razem ustawią go prosto. Był już zmęczony tym ciągłym przechyłem.
– Odparła, żebym się nie wtrącała w nie swoje sprawy. – Amber znowu mówiła głośniej. – Wtedy spytałam, czy chodzi o któregoś Kupca Miasta Wolnego Handlu. Amisa obrzuciła mnie piorunującym spojrzeniem, lecz odważyłam się i zapytałam wprost, dokąd Chciwus zamierza cię zabrać w celu zdemontowania.
    „Niezrównany” zaczął rozpaczliwie buczeć. Głośno, coraz głośniej. Rzemieślniczka nie przestawała mówić, ale on jej nie słyszał. Za nic nie chciał jej słuchać! Dokładniej zatkał uszy i zaintonował tubalnie:
– Pens na słodką bułeczkę! – wrzeszczał. – Pens na śliweczkę, pens na wyścigi, gdzie biegnie nasz konik siwy!...
– Wyrzuciła mnie! – ryknęła Amber. – Kiedy przed jej domem zawołałam, że postawię tę sprawę przed Radą Kupców Miasta Wolnego Handlu, poszczuła mnie psami.
– Huśtaj mnie mocno, huśtaj wysoko, huśtaj pod samo niebo, moja złota! – Galion desperacko wykrzykiwał dziecięcą piosenkę. Amber się myliła. Musiała się mylić. Jego rodzina na pewno chce go jedynie przenieść w bezpieczne miejsce. I tyle! Nieważne, kogo Amisa zatrudniła do wykonania tego zadania. Gdy „Niezrównany” znajdzie się na wodzie, chętnie popłynie. Pokaże im, jak łatwo się nim żegluje. Tak! Otrzyma szansę rehabilitacji przed swoją rodziną. Będzie mógł w ten sposób przeprosić za wszystkie swoje paskudne uczynki, do których go kiedyś zmusili.
    Statek śpiewał coraz ciszej, po chwili już tylko nucił. Poza własnym głosem nie słyszał nic. Ostrożnie wyjął palce z uszu. Cisza, tylko szum fal, szmer wiatru przesuwającego piasek po plaży i trzask gałązek w ognisku Amber. „Niezrównanemu” przyszło do głowy pewne pytanie i machinalnie wypowiedział je na głos, zanim sobie przypomniał, że miał się do niej nie odzywać.
– Kiedy trafię na nowe miejsce, nadal będziesz mnie odwiedzać?
– Ależ mój drogi, przestań udawać, że nie rozumiesz. Jeśli cię stąd zabiorą, zostaniesz porąbany na kawałki. Potrzebują tylko czarodrzewu.
Spróbował innej taktyki.
– Nie dbam o to. Przyjemnie byłoby umrzeć.
– Nie jestem pewna, czy umrzesz – odezwała się cicho i ze smutkiem. – Może tylko oddzielą cię od statku i jeśli to cię nie zabije, prawdopodobnie zostaniesz przetransportowany do Jamaillii i wystawiony na aukcji jako dziwoląg. Albo dadzą cię w prezencie satrapie w zamian za dotacje i przysługi. Nie wiem, jakiego losu możesz się tam spodziewać.
– Będzie bolało? – spytał galion.
– Nie mam pojęcia. Nie znam zbyt dobrze twojej natury. Czy... Kiedy porąbali ci twarz, odczuwałeś ból?
    Odwrócił od niej pokiereszowane oblicze, potem uniósł ręce i przesunął palcami po rozszczepionym drewnie w miejscu, gdzie niegdyś miał oczy.
– Tak. – Zmarszczył czoło, zrobił wdech i dodał szybko: – Właściwie nie pamiętam. Wielu rzeczy nie potrafię sobie przypomnieć. Przepadły moje dzienniki pokładowe.
– Czasami łatwiej jest nie pamiętać.
– Uważasz, że kłamię, prawda? Sądzisz, że pamiętam i tylko przed tobą udaję. – Podniósł głos, mając nadzieję na nową kłótnię.
– „Niezrównany”, wczorajszego dnia nie sposób zmienić. Mówimy o jutrze.
– Przyjdą jutro?
– Skąd mam wiedzieć? Użyłam metafory. – Podeszła bliżej, sięgnęła w górę i położyła dłonie płasko na czarodrzewie. Choć nosiła rękawiczki, poczuł jej dotyk. Wyczuł kształty jej dłoni, dwie ciepłe plamy na swoich deskach. – Sprawia mi ból sama myśl o tym. Nie zniosłabym, gdyby cię zabrali i pocięli na kawałki. Nawet jeśli cię to nie zaboli, nawet jeśli cię nie zabije... Nie mogę nawet o tym myśleć.
– Nic na to nie poradzisz – zauważył posępnie. – Żadne z nas nie może nic na to poradzić. Ani ty, ani ja.
– Bzdury gadasz – oznajmiła gniewnie Amber. – Możemy zrobić mnóstwo. W najgorszym razie będę z nimi walczyć.
– Nie dasz rady zwyciężyć. A gdy się wie, że nie można wygrać, walka jest głupotą.
– Może i tak... Mam nadzieję, że nie dojdzie do najgorszego. Nie chcę czekać do ostatniej chwili, kiedy wszelkie działania stają się desperackie. Pragnę wykonać ruch, zanim oni zrobią swój. Potrzebujemy pomocy, „Niezrównany”. Kogoś, kto przemówi w naszym imieniu na Radzie Kupców Miasta Wolnego Handlu.
– Sama nie możesz?
– Wiesz, że nie. Tylko Pierwsi Kupcy mogą uczestniczyć w zebraniach rady i nie każdemu z nich wolno zabrać głos. Potrzebna nam osoba, która stanie przed mieszkańcami miasta i ich przekona, że powinni zabronić Szczęsnym zniszczenia żywostatku.
– O kim myślisz?
– Miałam nadzieję – odparła bardzo cicho Amber – że znasz kogoś, kto mógłby się za tobą wstawić.
Galion milczał przez chwilę. Potem zaśmiał się zgrzytliwie.
– Nikt się za mną nie wstawi. Twoje wysiłki są tylko stratą czasu. Zastanów się dobrze. Przecież nawet moja rodzina o mnie nie dba. Wiem, co o mnie wygadują. Jestem dla nich zakałą i zabójcą. Zresztą... to przecież prawda. Zabiłem tylu marynarzy! Rozkołysałem się i potopiłem ich wszystkich. W dodatku nie raz, lecz kilka razy. Szczęśni mają rację, kobieto. Należy mnie porąbać i sprzedać. – Zalała go rozpacz, zimniejsza i głębsza niż sztormowe fale. – Chciałbym umrzeć – obwieścił ponuro. – Po prostu przestać istnieć.
– Nie mówisz poważnie – mruknęła, on jednak odgadł, że mu uwierzyła.
– Wyświadczysz mi przysługę? – zapytał po chwili.
– Jaką?
– Zabij mnie, nim tamci mnie dopadną.
Usłyszał, że Amber ciężko chwyta ustami powietrze.
– Nie... Nie potrafię - odparła.
– Gdybyś była przekonana, że przyjdą mnie porąbać, potrafiłabyś. Zdradzę ci jedyny skuteczny sposób. Musisz mnie podpalić. W wielu miejscach. Wtedy będziesz miała pewność, że nie zdołają ugasić ognia i mnie uratować. Gdybyś zbierała suche drewno... codziennie po parę naręczy... Ułóż stosy w mojej ładowni...
– Przestań pleść głupoty – zganiła go bez przekonania. Po chwili dodała z roztargnieniem: – Powinnam włożyć małże do ogniska.
    Do uszu galionu dotarły odgłosy przesuwanych drew, potem skwierczenie wilgotnych wodorostów, które parowały na gorących węglach. Piekła żywe małże! Zastanowił się, czy wypomnieć jej okrucieństwo, doszedł wszakże do wniosku, że tylko ją zdenerwuje, a wtedy nie uzyska pomocy.
Wreszcie Amber wróciła, usiadła na piasku i oparta się o kadłub. Miała miękkie włosy. Gdy dotknęły jego desek, zaczepiły się o rozszczepione drewno.
– Dziwaczna z ciebie osóbka – zauważył przyjaźnie. – Przyrzekasz, że zasłonisz mnie własną piersią i będziesz za mnie walczyła, chociaż wiesz, że przegrasz. A tego prostego gestu miłosierdzia mi odmawiasz.
– Śmierć w płomieniach wcale nie jest miłosierna.
– Jasne. Porąbanie na kawałki jest znacznie przyjemniejsze, nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości – odpalił z sarkazmem „Niezrównany”.
– Przechodzisz tak szybko od dziecięcych napadów złego humoru do chłodnej logiki – zauważyła ze zdumieniem. – Kim jesteś? Chłopcem czy mężczyzną?
– Być może jednym i drugim. Ty zaś zmieniasz temat. No dalej, obiecaj, że mi pomożesz.
– Nie – odparła łamiącym się głosem.
    Odetchnął z ulgą. Zrozumiał, że Amber zrobi to dla niego. Jeśli nie będzie innego sposobu, ona pomoże mu umrzeć! Przez jego ciało przebiegło osobliwe drżenie. Cóż za przedziwne zwycięstwo!
– Zdobądź też słoje z oliwą – dodał. – Kiedy przyjdą, nie będziesz miała dużo czasu. Oliwa sprawi, że drewno zapłonie szybko i nie da się ugasić.
Zapadła długa cisza. W końcu Amber przemówiła zmienionym głosem:
– Spróbują cię stąd zabrać potajemnie. Czy wiesz, w jaki sposób to zrobią?
– Prawdopodobnie tak samo, jak przywlekli mnie tutaj. Poczekają na przypływ. Pewnie wybiorą najwyższą falę w miesiącu. I noc. Przyjdą z wałkami i małymi łódkami. Przyprowadzą osły i służących. Przedsięwzięcie nie będzie łatwe, ale zręczni ludzie powinni poradzić sobie ze mną szybko.
Rozważyła jego słowa.
– Muszę przynieść do kabiny swoje rzeczy. Zacznę sypiać na twoim pokładzie. Będę cię strzec. Och, „Niezrównany”! – krzyknęła nagle. – Naprawdę nie znasz nikogo, kto mógłby przemówić w twoim imieniu przed Radą Kupców?
– Mam tylko ciebie.
– Spróbuję coś zrobić, wątpię jednak, czy dadzą mi szansę. Jestem obca w tym mieście, a tutaj słuchają tylko swoich.
– Kiedyś powiedziałaś mi, że w moim mieście ludzie cię szanują.
– Tak, szanują, lecz tylko jako rzemieślniczkę i handlarkę. Nie należę do Pierwszych Kupców. Jeśli zacznę się wtrącać w ich sprawy, nie zechcą ze mną rozmawiać. Pewnie stracę też wszystkich klientów. Albo będzie jeszcze gorzej. Miasto podzieliło się ostatnio na zwolenników Pierwszych Kupców i stronników nowo przybyłych. Krąży plotka, że Rada Miasta Wolnego Handlu wysłała delegację do satrapy Cosga. Żądają, by honorował słowo swego przodka, satrapy Esclepiusa, w sprawie pierwotnych przywilejów, kazał opuścić Nowym Kupcom tutejsze tereny i cofnął im koncesje na przydzielone wcześniej grunta. Podobno delegaci zamierzają skłonić satrapę, by nikomu nie dawał ziemi bez zgody Pierwszych Kupców.
– Dość szczegółowa plotka – mruknął galion.
– Mam dobre ucho do plotek i pogłosek. Nie raz uratowały mi życie.
    Przez kilka minut oboje milczeli.
– Szkoda, że nie wiem, kiedy wraca Althea – szepnęła tęsknym głosem Amber. – Mogłaby przemówić w naszym imieniu.
    „Niezrównany” zastanowił się, czy nie wspomnieć o Arogancie Trellu. Arogant był jego przyjacielem, na pewno zechciałby się za nim wstawić. I należał do Pierwszych Kupców. Jednakże zaraz galion przypomniał sobie, że ojciec Aroganta już wiele lat temu go wydziedziczył. Młodzieniec był taką samą czarną owcą dla rodziny Trellów, jak „Niezrównany” dla Szczęsnych. Nawet gdyby przedstawiciele Rady Kupców wysłuchali Aroganta, niewiele by wskórał. Jeden pohańbiony przemawiałby w imieniu drugiego. Kupcy odrzuciliby jego argumenty. Galion dotknął blizny na piersi, przykrywając na moment dłonią krzywą siedmioramienną gwiazdę, którą oznakowano go przed laty. Jego palce wędrowały w zamyśleniu po skazie.
– Małże są gotowe. Czuję ich aromat – rzekł.
– Chcesz skosztować?
– Dlaczego nie? – Pomyślał, że dopóki może, powinien próbować nowych rzeczy. Niewykluczone, że niebawem na zawsze straci szansę na jakiekolwiek nowe doświadczenia.


Fragment udostępniony przez Wydawnictwo MAG








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2007-02-08 (1484 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej