Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Panowie z Pitchfork
 
Katalog - dodano
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Miecz i kwiaty t.1 - Marcin Mortka

Jakby nic się nie działo...


Padre nostro! – wrzasnął jakiś przerażony głos, a potem rozległ się kolejny łomot. Spomiędzy desek drzwi wyjrzało ostrze włóczni, poruszyło się, jakby ktoś na zewnątrz usiłował je wyszarpnąć, a potem de Baideaux usłyszał kolejny jęk ozdobiony wiązką italskich przekleństw.
Gaston oprzytomniał w jednej chwili.
„Adalbert i Bernard! – pomyślał. – Boże, tam walczą!”
Jednym skokiem znalazł się przy drzwiach, pchnął, wypadł na zewnątrz. Niemalże wpadł na skulonego człowieka, który jedną ręką trzymał się za genitalia, a drugą usiłował niemrawo wyrwać włócznię z drzwi kościoła. Na placyku wokół fontanny roiło się od zbrojnych, niektórzy nosili turbany i powiewające w biegu kufije.
„Saraceni!” – pomyślał zdjęty przerażeniem.
I wyszarpnął z pochwy miecz, zakręcił młyńca, aż zahuczało. Płomienie pochodni leżącej na mozaikowej płycie prześlizgnęły się po klindze.
– Saraceni! – wrzasnął. – Do broni! Bernard! Bernard!
Któryś z walczących wpadł na niego, uniósł do ciosu ciężką pałę. Gaston rozpaczliwie nachylił się, odruchowo ciął, lecz trafił w próżnię. W sekundę później leżał na płytach dziedzińca przygnieciony ciałem jakiegoś brodacza w turbanie. Szarpnął się, próbując go zrzucić, lecz ciężar w cudowny sposób sam wyparował. Gaston uniósł wzrok i ujrzał człowieka w turbanie wleczonego za nogi w kierunku fontanny. Dwóch ludzi, w których rozpoznał niedawnych tancerzy, kopało go wściekle i najwidoczniej dość celnie, bo jego wrzaski stawały się coraz wyższe.
Szybko popatrzył wokół siebie. Nigdzie nie widział Adalberta, a skupiony Bernard właśnie złapał jednego z przebiegających Saracenów za kufiję, szarpnął, grzmotnął nim o ziemię, a potem zmarszczył czoło, wybałuszył oczy i wyszczerzył zęby. Na ten widok biegnący na odsiecz zmaltretowanemu kompanowi Saracen przezornie uskoczył w bok.
– Bernardzie! – wykrzyknął de Baideaux, usiłując powstać.
Sługa targnął kudłatym łbem, ale nie usłyszał go, gdyż bosonogie Syryjki, które przytupywały na cembrowinie fontanny, uderzyły w kolejny pisk. Niektóre nadal usiłowały tańczyć, nie do końca świadome – lub właśnie doskonale świadome – że poodsłaniały wiele ze swych wdzięków. W rzeczy samej jeden z napastników, śniady chudzielec z nieproporcjonalnie długą piką, zagapił się na chwilę, aż ocucił go cios łokciem któregoś z tancerzy. Chudzielcem zarzuciło, splunął krwią i zębami, zakreślił bezwładny łuk włócznią, potem padł na plecy. Wtedy przydepnął go Bernard, tak wykrzywiony, że niemalże uśmiechnięty.
– Bernardzie! – Gaston już klęczał, ale znów ktoś na niego wpadł, przeklinając z pasją po italsku. Razem przetoczyli się po bruku, świat zawirował i rozbłysnął tysiącem iskier, a kiedy na nowo znieruchomiał, nad nimi oboma wyrosła nowa postać, ciemna i masywna, z wyszczerzonym zębami i wzniesionym toporzyskiem. I nagle de Baideaux przypomniał sobie, że nie wypuścił z dłoni miecza.
– Za Grób Święty! – wychrypiał i pchnął na oślep, nie przymierzając.
O dziwo, trafił.
Topór upadł z głuchym stuknięciem, a człowiek zaryczał przeraźliwie, nakrywając dłońmi ranę na udzie. Kątem oka Gaston ujrzał, jak ten drugi, z którym przetoczył się po bruku, chyżo wstaje nadal zbrojny w słuszną lagę. Pałka z hukiem przecięła powietrze, czaszka przeciwnika trzasnęła, aż echo poszło. Trafiony zatoczył się i padł na ziemię, gdzie natychmiast przypadli doń właściciel kamienia z Góry Oliwnej i właściciel liści palmowych znad Jordanu, chwilowo pogodzeni. Właściciel pióra anielskiego, obojętny na dobra doczesne, zanurzał właśnie głowę w zapomnianej beczułce.
– Dzięki! – zawołał wesoło człowiek z lagą. Młodzieniec odwrócił głowę i ujrzał, że to ów pasowany Italczyk, którego dostrzegł wcześniej wśród tańczących. – Dziabnąłby mnie jak nic, gdyby nie wasza... Uważaj!
Pochwycił dłoń Gastona i jednym szarpnięciem postawił go na nogi. Końcem lagi wskazał czterech drabów, którzy pędzili w ich stronę z dzikim wrzaskiem, wymachując pałkami i pikami. Jednego z nich zgarnął wciąż przerażająco uśmiechnięty Bernard, inny zwolnił, by wbić właściciela pióra anielskiego w głąb beczki, ale pozostali dwaj wciąż szarżowali. Żebracy w panice pryskali na boki, Syryjki tupały i piszczały, ktoś daremnie wołał straż.
– Jestem Gaston de Baideaux! – wykrzyknął rycerz zgodnie z obyczajem, mocniej chwytając miecz. – Za Grób Święty! – dodał łamiącym się głosem.
– Za co? – spytał zdumiony Italczyk.
Pierwszy z nadbiegających, brodacz w brudnej koszuli i rozsupłującym się turbanie, również stanął zdumiony. To uratowało mu życie, bo Gaston zdołał wyprowadzić rozpaczliwe cięcie, które teraz minęło brzuch napastnika o dobry łokieć. I to było jedyne, czego zdołał w tej walce dokonać. W jedno uderzenia serca później, gdy maczuga uderzyła w klingę miecza, jego ramię zdrętwiało aż po bark, a nim zdążył chwycić za sztylet, świat rozbłysnął eksplozją światła i bólu.
Unoszącą się maczugę de Baideaux widział jak przez mgłę. Odruchowo zasłonił się łokciem, a wtedy za plecami brodacza w turbanie wyrósł Bernard. Wciąż uśmiechnięty, z jeszcze większą maczugą. Chrupnęło, aż ciarki przeszły.
Mierda... – jęknął olbrzym i padł na kolana. Nim Bernard ostatecznie rozciągnął go na płytach placyku, zdążył wybełkotać jeszcze kilka innych przekleństw. Co do jednego doskonale znanych Gastonowi dzięki żegludze przez Morze Śródziemne.
– Saraceni? – wyjąkał z niedowierzaniem.
– Gdzie? – rozejrzał się zasapany Italczyk i otarł pot z czoła. – Aaa, ci? Nie, to nie Saraceni, mój przyjacielu. Jeszcze gorzej. Pizańczycy, kurwa ich macierz. Strasznie się z nami, Genueńczykami, nie znoszą, gównojady zatracone. No, już, trzeba nam uchodzić.
Uchodzić? – Gaston zacisnął powieki, próbując odpędzić łupiący ból czaszki. – Ale gdzie? Przed kim? Co tu się dzie...
– Przed strażą miejską! – uśmiechnął się Italczyk i pomasował pęczniejący guz na czole. – Co jak co, ale na koniec bijatyki pojawić się lubią. Chodźcie za mną!
Pizańczycy i Genueńczycy prali się po gębach z coraz mniejszym zaangażowaniem, znudzone widowiskiem Syryjki, łopocząc szatami, zeskakiwały z cembrowiny i umykały w mrok, na ścianach kamieniczek pełgało wątłe światło latarni nadbiegającego patrolu. Bernard chrząknął i zarzucił na ramię porzucony tobół, znów przybrał ponurą i obojętną minę. Z ciemnego zakamarka wychynął zaczerwieniony Adalbert, jeśli przerażony, to tylko tym, że jego towarzysze dostrzegli błyszczące oczy roześmianej Syryjki, która skryła się tam wraz z nim. Gaston pokręcił głową.
– Zalibym tylko ja wziął ich za Saracenów? – wyszeptał z niedowierzaniem.
Ponad dachy Tyru wypłynął już księżyc, napęczniały i ogromny.
...Quoniam tibi est regnum et potestas et gloria in saecula. Amen – wyrzekli chórem bracia zakonni i na znak dany przez wielkiego mistrza zasiedli z szelestem szat. Podobnie uczynili serwiensi i giermkowie stojący wokół sąsiedniego stołu. W refektarzu, pomimo obecności wielu ludzi, zapanowała całkowita cisza, jeśli nie liczyć plusku wina nalewanego do kielichów przez milczących służących. W tyryjskiej komandorii Fratres Militiae Templi, Pauperes Commilitones Christi Templique Salomonis – Zakonu Ubogich Rycerzy Chrystusa i Świątyni Salomona, zwanego potocznie templariuszami lub rycerzami Świątyni – rozpoczęła się wieczerza.
„Jakby nic się nie działo – myślał wielki mistrz Robert de Sablé, odrywając kawał chleba. – Jakbyśmy nadal byli tym, kim jesteśmy”.
Spojrzał wzdłuż długiego, krytego białym suknem stołu, zastawionego misami i kielichami, przy którym zasiadali bracia zakonni. Patrzył na ich poważne twarze i białe tuniki z czerwonymi krzyżami, niegdyś tak świętymi, patrzył na ich dłonie, jeszcze nie tak dawno dzierżące miecze w obronie Grobu Świętego. Na jego ustach pojawił się lekki uśmiech, lecz natychmiast go stłumił.
Bo nie był to stosowny uśmiech.
Jeden z braci, siwobrody Vincent, człowiek o twarzy przeciętej blizną i weteran wielu bitew, wstał i zasiadł za pulpitem, po czym otworzył Pismo Święte.
„Brat Vincent – zadumał się wielki mistrz. – Mówią, że na wieść o klęsce pod Rogami Hittinu wpadł w rozpacz tak wielką, że trzeba było go osadzić w celi. Dzielny brat Vincent. Szkoda, że człek tak dzielny dożywa swych dni w przeczuciu porażki. Dobrze, że nie zna całej prawdy. Dobrze, że nie wie, że to nie Hittin był dla nas prawdziwą klęską. Zakon przegrał swą wojnę o wiele wcześniej”.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2008-12-14 (1570 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej