Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Real
 
Katalog - dodano
 Fuga (wyd.2)
- Wit Szostak
 Człowiek, który był Czwartkiem
- Gilbert Keith Chesterton
 Dotąd dobrze
- Ursula K. Le Guin
 Coś
- John W. Campbell
 Zmierzch Bogów
- Michał Gołkowski
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Manuskrypt Chopina - Jeffery Deaver



***

Kiedy zatrzymano go na krakowskim lotnisku imienia Jana Pawła II, nie miał wątpliwości, że ma to związek z zawartością jego teczki.
Był wczesny ranek, a on obudził się znacznie wcześniej w hotelu Pod Różą, który w Polsce lubił najbardziej z powodu osobliwego połączenia ornamentalnej klasyki i surowej nowoczesności, a także ze względu na fakt, że gościł tam Franciszek Liszt. Wciąż na wpół przytomny, bez porannej kawy czy herbaty, szybko otrząsnął się z otępienia, gdy stanęli nad nim dwaj umundurowani mężczyźni.
– Pan Harold Middleton?
Uniósł wzrok.
– Tak, to ja.
I nagle uświadomił sobie, co się stało. Przeglądając jego aktówkę, funkcjonariusze ochrony lotniska zobaczyli coś, co ich zaniepokoiło. Młodzi ludzie uznali jednak, że rozsądniej będzie nic nie mówić. Przepuścili go, po czym wezwali wsparcie: tych dwóch rosłych, ponurych mężczyzn.
Spośród około dwudziestu pasażerów czekających w hali odlotów na autobus, który miał ich zabrać do samolotu Lufthansy lecącego do Paryża, w jego stronę spojrzało kilka młodszych osób. Starsi, utemperowani latami komunizmu, nie mieli odwagi. Mężczyzna siedzący najbliżej Middletona, dwa krzesła od niego, odruchowo uniósł wzrok z błyskiem niejasnej obawy w oczach, że wezmą go za jego towarzysza. Kiedy zorientował się, że nie zamierzają go zaczepiać, z wyraźną ulgą wrócił do lektury gazety.
– Pan pozwoli z nami. Tam. Tak. Proszę. – Przesadnie grzeczny, zwalisty funkcjonariusz wskazał ruchem głowy stanowisko kontroli bezpieczeństwa.
– Wiem, o co chodzi. To po prostu nieporozumienie. – Przesycił głos cierpliwością, szacunkiem i życzliwością. Taki ton należało przybierać w kontaktach z miejscową policją, ton, dzięki któremu można było uniknąć kłopotów podczas przekraczania granicy. Middleton wskazał aktówkę. – Mogę pokazać panom dokumentację, która…
Drugi, milczący funkcjonariusz podniósł teczkę.
Jego towarzysz powiedział:
– Proszę, pan pójdzie. – Uprzejmie, lecz nieustępliwie. Młody mężczyzna o kwadratowej szczęce, sprawiający wrażenie, jak gdyby nie potrafił się uśmiechnąć, patrzył mu w oczy niewzruszenie i nie było żadnej dyskusji. Middleton wiedział, że Polacy stawili najbardziej zacięty opór hitlerowcom.
Ruszyli razem przez maleńkie, niemal puste lotnisko – w środku niższy Amerykanin o przeciętnym wyglądzie, a po jego bokach wysocy funkcjonariusze. Pięćdziesięciosześcioletni Harold Middleton przytył o kilka kilogramów od minionego roku, w którym z kolei ważył odrobinę więcej niż w poprzednim. Ale, co ciekawe, jego waga – w połączeniu z gęstymi, ciemnymi włosami – sprawiała, że wyglądał na młodszego. Jeszcze pięć lat temu jego córka podczas uroczystości wręczenia dyplomów w college’u przedstawiła go kilku koleżankom z roku jako swojego brata. Wszystkie dały się nabrać. Ojciec z córką często się później z tego śmiali.
Pomyślał teraz o niej, gorąco licząc w duchu, że zdąży na samolot, a potem na lot do Waszyngtonu. Wieczorem zamierzał zjeść kolację z Charlotte i jej mężem w Tyson’s Corner. Miał ją zobaczyć po raz pierwszy, odkąd poinformowała rodzinę, że jest w ciąży.
Spoglądając jednak na czekającą przy punkcie kontroli bezpieczeństwa gromadkę mężczyzn – równie posępnych – zaczynał ze smutkiem zdawać sobie sprawę z tego, że kolacja może zostać odłożona na później. Nie wiedział tylko, na jak długo.
Opuścili strefę odlotów i podeszli do: dwóch następnych mundurowych i mężczyzny w średnim wieku, ubranego w wymięty brązowy garnitur i równie wymięty brązowy prochowiec.
– Panie Middleton, jestem podinspektor Staniewski z Komendy Wojewódzkiej Policji w Krakowie. – Nie wyciągnął żadnej legitymacji.
Funkcjonariusze otoczyli Amerykanina ciasnym kołem, jak gdyby niepozorny mężczyzna był gotów utorować sobie drogę na wolność ciosami karate.
– Proszę pokazać paszport.
Middleton podał mu sfatygowaną, grubą granatową książeczkę. Staniewski przejrzał dokument, zerknął na zdjęcie, po czym dwukrotnie popatrzył na stojącego przed nim mężczyznę. Ludzie często mieli trudności z zauważeniem Harolda Middletona, nie pamiętali, jak wyglądał. Kolega jego córki powiedział kiedyś, że mógłby być dobrym szpiegiem; wyjaśnił, że najlepsi z nich są niewidzialni. Middleton wiedział, że to prawda; zastanawiał się tylko, skąd o tym wie kolega Charlotte.
– Mam mało czasu do odlotu.
– Pan nie poleci, panie Middleton. Nie. Wracamy do Warszawy.
Do Warszawy? Dwie godziny drogi.
– To szaleństwo. Po co?
Nie usłyszał odpowiedzi.
Spróbował jeszcze raz.
– Chodzi o rękopis, prawda? – Pokazał aktówkę. – Wszystko wyjaśnię. Owszem, jest na nim nazwisko Chopina, ale jestem przekonany, że to falsyfikat. Nie ma żadnej wartości. To nie jest skarb kultury narodowej. Poproszono mnie, żebym zabrał go do Stanów i dokończył analizę. Może pan zadzwonić do doktora…
Podinspektor pokręcił głową.
– Rękopis? Nie, panie Middleton. Nie chodzi o rękopis. Chodzi o morderstwo.
– Morderstwo?
Policjant zawahał się
. – Używam tego słowa, żeby uświadomić panu powagę sytuacji. Najlepiej będzie, jeżeli nie powiem już nic więcej. Dobrze panu radzę, żeby zrobił pan to samo.
– Mój bagaż…
Pański bagaż jest już w samochodzie. A teraz… – Ruchem głowy wskazał główne wyjście. – Idziemy.

***

– Proszę wejść, panie Middleton. I usiąść. Tak, tam będzie dobrze… Nazywam się Józef Padło, jestem młodszym inspektorem policji. – Tym razem Middleton zobaczył legitymację, choć odniósł wrażenie, że chudy mężczyzna, mniej więcej w jego wieku, lecz znacznie wyższy, mignął mu dokumentem tylko dlatego, że Middleton się tego spodziewał, i że ta formalność była obca polskim organom ścigania.
– O co w tym wszystkim chodzi, inspektorze? Pański człowiek mówił coś o morderstwie, ale nic więcej.
– Och, wspomniał o tym? – Padło skrzywił się. – Ten Kraków. W ogóle nas nie słucha. Trochę lepiej niż Poznań, ale niewiele.
Siedzieli w gabinecie o brudnobiałych ścianach, przy oknie wychodzącym na szare wiosenne niebo. W pomieszczeniu było sporo książek i wydruków komputerowych oraz kilka map, a jedyną dekorację stanowiły oficjalne listy pochwalne, osobliwie wyglądający w tym miejscu ceramiczny kaktus w kowbojskim kapeluszu, a także zdjęcia żony inspektora, jego dzieci i wnuków. Mnóstwo zdjęć. Rodzina sprawiała wrażenie szczęśliwej. Middleton znów pomyślał o córce.
– Jestem o coś oskarżony?
– W tym momencie nie. – Padło doskonale mówił po angielsku, dlatego Middleton nie zdziwił się, widząc na ścianie dyplom ukończenia przez niego kursów w Quantico i teksańskim Instytucie Zarządzania Organami Ścigania.
Ach, stąd ten kaktus.
– W takim razie mogę wyjść.
– Wie pan, mamy tu przepisy zakazujące palenia tytoniu. Wydaje mi się, że to wasza sprawka, pańskiego kraju. Jedną ręką dajecie nam Burger Kinga, a drugą zabieracie papierosy. – Inspektor wzruszył ramionami i zapalił sobieskiego. – Nie, nie może pan wyjść. Proszę pana, wczoraj jadł pan lunch z Henrykiem Jedynakiem, stroicielem fortepianów.
– Tak, z Henrykiem… Och, nie. To on został zamordowany?
Padło uważnie przyglądał się Middletonowi.
– Niestety, tak, on. Wczoraj wieczorem. W sali koncertowej niedaleko Rynku Starego Miasta.
– Nie, nie… – Middleton nie znał tego człowieka zbyt dobrze, spotkali się dopiero podczas tego wyjazdu, ale natychmiast przypadli sobie do gustu i miło spędzili czas w swoim towarzystwie. Wiadomość o śmierci Jedynaka wstrząsnęła nim.
– Zginęły jeszcze dwie osoby. Muzyczka i sprzątaczka. Od ciosów nożem. Najprawdopodobniej bez powodu, tylko dlatego, że miały nieszczęście znaleźć się tam w tym samym czasie co zabójca.
– To straszne. Ale dlaczego?
– Długo pan znał Jedynaka?
– Nie. Wczoraj pierwszy raz spotkaliśmy się osobiście. Kilka razy wymieniliśmy się e-mailami. Był kolekcjonerem rękopisów.
– Rękopisów? Książek?
– Nie. Rękopisów muzycznych – partytur. Udzielał się też w Muzeum Chopina.
– W Zamku Ostrogskich. – Inspektor powiedział to takim tonem, jakby słyszał o tym gmachu, ale nigdy tam nie był.
– Tak. Wczoraj po południu miałem spotkanie z dyrektorem Muzeum Czartoryskich w Krakowie i poprosiłem Henryka, żeby wcześniej opowiedział mi o nim i o ich kolekcji. Chodziło o partyturę Chopina, której autentyczność budziła wątpliwości.
Padło nie wykazał żadnego zainteresowania tą sprawą.
– Proszę mi opowiedzieć o tym spotkaniu. W Warszawie.
– Późnym rankiem wypiliśmy z Henrykiem kawę w muzeum, pokazał mi nowe nabytki w zbiorach. Potem wróciliśmy do centrum i zjedliśmy lunch. Nie pamiętam gdzie.
– W restauracji Fryderyk.
A więc zapewne tak znalazł go Padło – na podstawie wpisu w palmtopie albo terminarzu Jedynaka.
– Tak, zgadza się. A później każdy z nas poszedł w swoją stronę. Pojechałem pociągiem do Krakowa.
– Zauważył pan w restauracji kogoś, kto was śledził albo obserwował?
– Dlaczego ktoś miałby nas śledzić?
Padło głęboko zaciągnął się papierosem. Gdy odejmował go od ust, opuszczał rękę pod biurko.
– Zauważył pan kogoś? – powtórzył.
– Nie.
Inspektor skinął głową.
– Panie Middleton, muszę panu powiedzieć… przykro mi, ale to ważne. Pański znajomy był przed śmiercią torturowany. Nie będę się wdawał w szczegóły, w każdym razie morderca w bardzo nieprzyjemny sposób wykorzystał strunę fortepianową. Pański przyjaciel został zakneblowany, żeby nikt nie słyszał krzyków. Jego prawa ręka została nieuszkodzona, prawdopodobnie po to, żeby mógł napisać to, czego żądał zabójca. Chciał od niego informacji.
– Boże… – Middleton na chwilę zamknął oczy, przypominając sobie, jak Henryk pokazywał mu zdjęcia żony i dwóch synów.
– Ciekawe, co to mogło być – ciągnął Padło. – Ten stroiciel był bardzo znany i powszechnie lubiany. Był też nieskazitelnie uczciwym człowiekiem. Muzyk, fachowiec w swojej dziedzinie, mąż i ojciec. Wydaje się, że nie miał w życiu żadnych mrocznych sekretów. – Badawczy rzut oka na twarz Middletona. – Może jednak morderca sądził, że było inaczej. Może morderca sądził, że prowadzi on drugie życie, związane z czymś więcej niż tylko muzyką… – Kiwając głową, inspektor dodał: – Trochę jak pan.
– Do czego pan zmierza?
– Proszę mi opowiedzieć o swoim drugim zajęciu.
– Nie mam innego zajęcia. Uczę muzyki i ustalam autentyczność rękopisów muzycznych.
– Ale niedawno miał pan jeszcze inne zajęcie.
– Owszem, miałem. Co to ma do rzeczy?
Po chwili zastanowienia Padło rzekł:
– Ma, z powodu zbieżności pewnych faktów.

***









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2008-12-15 (1531 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej