Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Księgar cmentarna (wyd.tw.)
 
Katalog - dodano
 Coś
- John W. Campbell
 Zmierzch Bogów
- Michał Gołkowski
 Czara Cieni
- Frances Hardinge
 Śpiew kukułki
- Frances Hardinge
 Cała Orsinia
- Ursula K. Le Guin
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Ochłap sztandaru - Jakub Ćwiek

Panie i panowie, powitajmy Wieeeeelkieeego Ooocultusa!


– Panie i panowie, raz jeszcze powitajmy Wieeeeel-kieeego Oooocultusa! – zawołał konferansjer i ustąpił miejsca wkraczającemu na scenę mistrzowi, chudemu, nieogolonemu mężczyźnie w za luźnym fraku i z włosami sterczącymi na wszystkie możliwe strony. Magik ledwo trzymał się na nogach, co musiało być widać nawet z końca sali.
O dziwo, facet siedzący w pierwszym rzędzie zaklaskał, a nawet zagwizdał przeciągle, wypluwając przyklejoną do wargi wykałaczkę. Grubas śpiący na fotelu obok obrócił się niespokojnie.
A potem rozpoczął się popisowy numer.
Pokaz przebiegł bez zakłóceń, ale i bez specjalnych zachwytów ze strony widowni. Sam mistrz też specjalnie się nie starał. Zupełnie odpuścił sobie machanie rękami, postawy i całą tę mowę ciała, która umilała publiczności czas między rozpoczęciem sztuczki a jej zakończeniem.
Mimo to siedzący w pierwszym rzędzie facet, ten od owacji i wykałaczki, przyglądał mu się z uwagą. Zbudził nawet śpiącego kumpla i zmusił do podziwiania sztuczki. A gdy wreszcie dziewczyna po cięciu, rozsuwaniu i cudownym złożeniu na powrót wyszła ze skrzyni, uśmiechnął się szeroko.
– Patrz – szepnął do towarzysza. – Teraz dopiero będzie.
Asystentka podeszła do mistrza Ocultusa i podała mu rękę. W jednej chwili zza kulis, niczym diabeł z pudełka, wyskoczył konferansjer.
– Wielkie owacje, szanowni państwo! – zawołał na całą salę. – Wielki Ocultus i jego urocza towarzyszka Magdalena! Gorące brawa dla nich!
Ktoś z tyłu sali zaklaskał niemrawo, ale facet z pierwszego rzędu podjął te owacje z entuzjazmem godnym prawdziwego fana. Udzieliło się to nawet grupce nastolatków siedzących w środkowych rzędach.
Ocultus popatrzył na swoją asystentkę i skinął głową. Ta uśmiechnęła się niepewnie, a potem równocześnie złożyli swej publiczności głęboki, bardzo głęboki ukłon.
Nagle ucichły oklaski. Przez moment równy dwóm uderzeniom serca na sali zapanowała absolutna cisza, jak na weselu, gdy ktoś – rozochocony alkoholem – wygłosi niezręczny toast na temat wcześniejszego prowadzenia się panny młodej. Cisza tak bardzo bezdźwięczna, że nawet muchy krępowały się w niej latać.
Ktoś z tyłu jęknął przeciągle, ktoś inny zwymiotował, a kobieta w drugim rzędzie runęła na stojące przed nią krzesła. Jakiś dzieciak szepnął „O Boże” i niczym płyta winylowa – jakiej pewnie w życiu nie widział – zaciął się na tych słowach. „Obożeobożeoboże...” – powtarzał w kółko. Pozostali widzowie jednak – wciąż w niemym przerażeniu – wlepiali oczy w scenę, gdzie na deskach leżał... tułów kobiety wraz z rękami i głową.
Jej dolna połowa wciąż stała na nogach, jednak to nie mogło długo potrwać, bo tryskała fontannami krwi. Korpus się nie poruszał, głowa lewym policzkiem przylegała do desek przy krawędzi sceny. Prawe oko o przesuniętej ku górze tęczówce zmatowiało – jak to u trupa.
Mistrz Ocultus popatrzył na dziewczynę obojętnie, po czym wyciągnął zza pazuchy flaszkę i skinął na konferansjera równie oniemiałego co widzowie.
– No co tak stoisz? Pomóż jej się podnieść – polecił.
Chłopak popatrzył na niego, na swoją rozpołowioną dziewczynę i znowu na iluzjonistę. Na sztywnych nogach zrobił jeden krok, potem drugi, aż wreszcie udało mu się zbliżyć do okrwawionego trupa i przykucnąć obok.
– Trzeba wezwać policję! – zawołał ktoś nagle. – To morderstwo!
Słowa te niczym magiczne zaklęcie ożywiły publikę. Ludzie rzucili się ku wyjściu, rozsuwając krzesła, przeskakując rzędy, zupełnie jakby na scenie wybuchł pożar. Jedni krzyczeli, inni się modlili, wciąż słychać też było odgłosy wymiotów...
I wtedy właśnie dziewczyna zamrugała, poruszyła głową, a potem podniosła się na rękach. Jej chłopak odskoczył z piskiem, ale pokręciła głową i zawołała go.
– Nie słyszałeś, głupku, mistrza? Podnieś mnie i postaw na nogi! – zażądała, po czym spojrzała w stronę tratującej się przy drzwiach publiki. – Hej, wy tam! Chcieliście niezwykłego numeru? No to macie! Oto wielki Ocultus!
Z pomocą konferansjera znów stała się całością. Przez chwilę trzymała ręce na biodrach, po czym wykonała pełen gracji ukłon i zbiegła ze sceny.
Iluzjonista powiódł wzrokiem po skołowanej publiczności, wreszcie zatrzymał spojrzenie na mężczyźnie z pierwszego rzędu i jego usta rozszerzył uśmiech. Najwierniejszy z widzów Ocultusa wypluł wykałaczkę. po czym niedbale zasalutował. Trącił swego grubego, przysypiającego kumpla i obaj zwyczajnie rozpłynęli się w powietrzu.

***

– Możesz mi wyjaśnić, szefie, co to właściwie miało być? – zapytał Bachus.
Szli teraz wzdłuż jednej z głównych uliczek Hortonville, po lewej mając słabo oświetlony miejski park, a po prawej rząd kolorowych sklepowych witryn. Mimo że był późny wieczór, a do tego środek tygodnia, na ulicach panował spory ruch. Częściowo odpowiadał za to autobus z Appleton właśnie odjeżdżający z przystanku – chwilę wcześniej przywiózł pracowników dziennej zmiany fabryki czekolady.
Robotnicy rozchodzili się niespiesznie do domów, rozważając na głos, czy mogą sobie pozwolić na jedno piwko i jedną kolejkę rzutek.
– O co właściwie pytasz, Bachusie? – Loki spojrzał na towarzysza z rozbawieniem. Wykałaczka przewędrowała z jednego kącika ust do drugiego. – Chcesz, żebym ci zdradził, na czym polegała sztuczka Ocultusa? To tajemnica zawodowa, a ja i on jesteśmy przecież kumplami po fachu. To by było nieetyczne.
Wyciągnął z kieszeni srebrną dolarówkę i zaczął przekładać monetę między palcami, w ogóle na nią nie patrząc.
– Kiedyś, gdy był jeszcze na topie, lubiłem jego pokazy – powiedział po chwili już poważnie. – Smutno mi było patrzeć, jak stacza się na dno. No bo pomyśl sam, występ w starym kinie w Hortonville. Można upaść niżej?
Bachus parsknął.
– I ty tak z dobroci serca? Oj, bo uwierzę! – Usunął się na bok, ustępując nadchodzącej z przeciwka kobiecie z dwiema ogromnymi reklamówkami. – Poza tym nawet jeśli, to raczej mu nie pomogłeś. Ludzie rzygali tam lepiej niż po tym ohydnym roquatelle z dziewięćdziesiątego trzeciego. A wierz mi, to sztuka.
– Może i tak. – Kłamca wzruszył ramionami. – Ale numer zapamiętają, za to mogę ręczyć. Poza tym...
Przystanął i zmrużył oczy.
– Czy to nie ten kretyn, co cię wczoraj ochlapał? – Wskazał ręką mężczyznę przy rdzawoczerwonym pick--upie.
Farmer – co wnioskowali na podstawie flanelowej koszuli i ogrodniczek – dyskutował zawzięcie ze stojącym obok policjantem, machając trzymaną w ręce puszką coli. Bogowie nie słyszeli dokładnie, o co chodziło, ale docierały do nich strzępki zdań o wolnym kraju, prawach obywatelskich farmera i złodziejskich podatkach płaconych na takich mundurowych darmozjadów.
– Założę się, że jest wypity – stwierdził Kłamca, mrugając porozumiewawczo do boga wina i opojów.
– Jest – potwierdził Bachus. – A ja go zaraz tak doprawię, że będzie mógł iść w szranki z Ruskimi.
– No, nie wątpię.
Patrzyli przez chwilę, jak ruchy farmera stają się coraz mniej składne, a okrzyki coraz bardziej bełkotliwe. W końcu mężczyzna runął bezwładnie prosto pod nogi policjanta.
– Następnym razem będzie uważał na drodze. – Loki wypluł rozgryzioną wykałaczkę i przeczesał ręką włosy. – Co on, do kościoła nie chodzi? Nie wie, że Bóg może być w każdym?
Bachus skinął głową i otrzepał ręce jak po dobrze wykonanej pracy.
– Wracając do tematu, co z tym iluzjonistą?
– Oj, uczepiłeś się faceta! Zwyczajnie wpadł w dołek, chciał sprzedać duszę diabłu za choćby jeden dobry numer. Byłem bliżej, no i miałem zabawny pomysł na finałową sztuczkę. Sam zresztą widziałeś, że niezły. No a w zamian dostałem to.
Z wewnętrznej kieszeni kurtki wyciągnął elegancką kopertę z czerpanego papieru. W środku był podpisany krwią cyrograf.
– Kiedyś może się zdarzyć, że zagram z diabłem w karty – powiedział. – A swojej nie mam, by postawić.
– No tak.
Skręcili w najbliższą przecznicę, gdzie tuż za rogiem znajdowało się wejście do całodobowej restauracji. Odkąd dwa dni temu zawitali do tej mieściny, jadali wyłącznie tutaj. Było to bowiem jedyne miejsce, gdzie podawali coś więcej niż wariacje na temat kurczaka.
Loki pchnął drzwi. Z wnętrza doszedł go zapach smażonej wołowiny zmieszany z aromatem świeżo parzonej kawy. Westchnął z rozrzewnieniem i wszedł do środka. Bachus podążył za nim.
Lokale jak ten, o podobnym wystroju i menu, można było znaleźć wzdłuż autostrad w całych niemal Stanach. Długi kontuar z dostawionymi doń barowymi krzesłami, trzy stoliki w głębi sali i rząd boksów o siedzeniach obfitych czerwonym skajem wzdłuż szyby. Na ścianach obowiązkowo archiwalne kalendarze Coca-Coli, a w kącie szafa grająca pełna przebojów Johnny’ego Casha i zespołu Lynyrd Skynyrd. Nawet klienci – zarośnięci, z podkrążonymi oczami, w pomiętych ubraniach – wszędzie wyglądali tak samo. Jakby dekorator dostarczał ich w pakiecie z meblami.
Loki i Bachus usiedli w boksie pod samą ścianą, tak by móc spokojnie obserwować cały lokal. Nie dlatego, że mieli po temu jakiś powód, ale pewnych nawyków i odruchów nie należało tłumić. Obaj zamówili po kawie, a Kłamca zażyczył sobie również hamburgera z frytkami. Potem długo patrzył za odchodzącą kelnerką.
Bachus podążył wzrokiem za jego spojrzeniem i pokręcił głową z dezaprobatą.
– Takiej nawet Eros by nie pomógł. A właśnie! – przypomniał sobie. – Rano dzwonił Eros. Mówił, że u nich wszystko w porządku. Chodzą na szkołę rodzenia. Jenny robi postępy we francuskim...
Kłamca sięgnął do pojemnika z wykałaczkami.
– Nadal się na mnie gniewa? – zapytał.
– Eros?
– Jenny, idioto!
– Trudno powiedzieć. Nie rozmawiają o tobie.
– Ach!
Przez chwilę siedzieli w milczeniu. Kelnerka przyniosła im zamówione kawy i powiedziała, że na hamburgera będą musieli chwilę poczekać. Bachus domówił szarlotkę na ciepło.
– Wiesz? – powiedział w końcu Loki. – Myślę, że przydałoby mi się kilka dni wolnego. Sam dokończysz tę sprawę.
– Polecisz do niej?
Loki wzruszył ramionami.
– Pogodzę się z nią choćby dla samej miny Michała – odparł. – Skrzydlaty sukinsyn cieszy się jak dziecko, ilekroć jest między nami coś nie tak. Nie dam mu tej satysfakcji.
– Słusznie, szefie – stwierdził Bachus, upijając łyk kawy. – Grunt to właściwa motywacja.
Wiedział, jak zresztą wszyscy, których mogło to interesować, że relacje Kłamcy z wodzem zastępów ostatnio się popsuły. Oficjalnie z powodu zajść w fabryce Mikołaja. Sądząc po tonie i doborze słów, archanioł albo nie chciał do końca uwierzyć, że Lokiego skatowały fearie – nie dość, że małe, drobne i subtelne, to jeszcze zupełnie nieskłonne do przemocy – albo przeciwnie, wierzył i uznał, że nie potrzebuje mięczaka, który daje się pobić wróżkom.
W rzeczywistości jednak przyczyną konfliktu była Jenny. A właściwie jej zachowanie, od czasu gdy dowiedziała się o piórach. Zamiast, zgodnie z archanielskimi oczekiwaniami, rzucić Kłamcę w diabły, jeszcze bardziej przylgnęła do niego, twierdząc nawet, że nic tak dobrze nie umacnia związku jak wyjawiona tajemnica i zaleczony kryzys.
Od tamtej pory Michał, który o związkach wiedział tyle, ile udało mu się wyczytać w książce „Jak zbudować trwały związek. Poradnik dla opornych”, szukał sposobu osłabienia ciasno splecionych więzi. Padło na „Nie pielęgnowany i nie doglądany związek jest jak roślina, o którą nikt nie dba – usycha”.
I wtedy nagle okazało się, że większość robót Lokiego zaczęła wymagać długiego czasu – najpierw przygotowań, a potem biernego wyczekiwania na pierwszy krok drugiej strony. Jak chociażby czatowanie w Hortonville, które każdemu wyszłoby bokiem już po kilku godzinach. A gdy Kłamca zaaferowany pracą popełnił pierwszy błąd w kontaktach z Jenny, archanioł Michał, jak przystało na wybitnego stratega, wbił się klinem pomiędzy wyłamane szeregi i z każdym dniem powiększał niewielką z początku szczelinę. Powoli, ale systematycznie...
Loki wstał.
– Wiesz, co masz robić na wypadek, gdyby się zjawił? – powiedział, sięgając do portfela, ale po chwili namysłu schował go z powrotem do kieszeni. – Żadnych akcji solo, nawet jeśli poczujesz nagle uczucie wkurwionej ambicji. Zduś ją w sobie i zadzwoń do nich. Te skrzydlate palanty mają obowiązek ci pomóc.
– Jasne, szefie.
– No! – Kłamca uśmiechnął się i wsunął do ust wykałaczkę. – To do zobaczenia.
Zerknął na boki, czy nikt nie patrzy, a potem się zdematerializował. Chwilę później stojąca przy kontuarze kelnerka podskoczyła z piskiem, jakby ją ktoś klepnął w tyłek.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2009-01-04 (1463 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej