Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Łabędzi śpiew. Księga I (wyd.2)
 
Katalog - dodano
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 Ale z naszymi umarłymi
- Jacek Dehnel
 Jednookie walety
- antologia
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Krwawe powroty - Antologia

Rachel Caine: ''Pierwszy dzień reszty mojego życia''


Osiemnastkę obchodzi się w Morganville zwykle na dwa sposoby. Albo urżniesz się ze swoimi przyjaciółmi, albo podejmiesz życiową decyzję co do twojego dalszego istnienia.
Można też połączyć jedno i drugie.
Moje przyjęcie z tej okazji odbyło się z tyłu zardzewiałej furgonetki marki Good Times z lat siedemdziesiątych. Uczestnicy to najmniej popularne osoby w Morganville. Teksas. USA. Na przykład Eve Rosser, czyli ja.
Ilość wpisów do mojego rocznego albumu – pięć. Dwa wpisy typu: Do zobaczenia, ofermo. Ilość osób, które chciałam, żeby mi się wpisały – zero. Ja już chyba taka jestem.
Lista gości obejmowała też moją najlepszą przyjaciółkę Jane i jej siostrę Mirandę. Zaprosiłam Jane, ale nie Mirandę. Jane była w porządku. Może trochę nudna, ale kto z takim imieniem mógłby być interesujący. Została przez nie przeklęta w dniu narodzin. Lubiła trochę fajnych rzeczy, ale innych niż ja. Na przykład pokręconą muzykę lat osiemdziesiątych, perfumy BPAL (Black Phoenix Alchemy Lab), a zwłaszcza te z linii Dark Element (ja osobiście wolałam Oleje Pogrzebowe). Dodatkowo Jane była gotką i można powiedzieć, że miała jakiś styl. Miranda, ta która oficjalnie nie została zaproszona, była jeszcze dzieckiem i do tego dziwnym. Starała się przekonać ludzi, że jest chora psychicznie. Nie zaprosiłam jej na imprezę, bo nie sądziłam, że będzie dobrym towarzystwem, a poza tym raczej nie przyniosłaby piwa. Jej preferencje co do perfum były mi nieznane głównie dlatego, że zachowywała się, jakby żyła na innej planecie.
Pozostali nam jeszcze Guy i Trent, moi kumple od kupowania piwa. Przyjaźniłam się z nimi głównie dlatego, że Guy miał fałszywy dowód, który sfabrykował na zajęciach z malarstwa, a Trent był właścicielem furgonetki, w której się ukrywaliśmy. Niewiele o nich wiedziałam poza tym, że lubili się mądrzyć, byli zabawni i można było się z nimi bezpiecznie upić. Chłopaki byli jedyną parą gejowską, jaką znałam, a nie było ich wiele, bo w naszym miasteczku w środku Teksasu niezbyt przychylnym okiem patrzono na ludzi o odmiennej orientacji seksualnej.
Wszyscy żyliśmy tak, jakby nie dotyczyły nas „wartości rodzinne”.
Wieczór minął mniej więcej tak, jak zazwyczaj takie wieczory mijały – chłopaki kupowali jakieś tanie piwo, dawali część nieletnim kobietom, jechali w jakieś odosobnione miejsce (w naszym przypadku był to parking przed szkołą), aby móc słuchać głośno jakiejś łomocącej muzyki i robić z siebie idiotów. Jedyna rzecz, jakiej brakowało, to całowanie się, ale to mi osobiście nie przeszkadzało. Większość facetów w Morganville była niewarta zachodu. Podobało mi się tylko dwóch chłopaków – Shane Collins i Michael Glass. Pierwszy z nich wyjechał z naszego miasteczka, a drugi... no cóż, jego nie widziano już od dłuższego czasu.
Jane przyniosła prezent, który mi się spodobał. Była to składanka różnych piosenek o martwych ludziach na płycie CD. Jane wiedziała, co lubię.
Guy i Trent nie mogli mnie rozgryźć. Morganville jest małym miastem i wszyscy nieudacznicy się znają. Porządek dziobania wyglądał następująco – maniacy, dziwacy, sztywniaki, ćpuny, geje i goci. Ci ostatni znajdowali się na końcu łańcucha, ponieważ nieumarli uważali osoby, które naprawdę chciały się do nich upodobnić, za odrażające, a jeśli nie chciały, ale mimo to na nich pozowały – za zuchwałe. Ja taka nie byłam. Przeważnie. Och. Zapomniałam wspomnieć o wampirach. Miasto jest przez nie zarządzane. Ludzie mogą w nim łaskawie mieszkać, ale pod pewnymi warunkami.
Wiecie już, co mam na myśli, mówiąc o „wartościach rodzinnych”.
Widziałam, że Guy kombinuje, jakby tu pociągnąć mnie za język, ale ponieważ zdążyliśmy już wypić pół zgrzewki piwa, walnął prosto z mostu.
– Więc zapisujesz się czy jak? – zapytał. – Mam na myśli jutro.
Czy ja miałam zamiar się zapisać? To ważne pytanie każdy z nas musiał zadać sobie, kiedy kończył osiemnaście lat. Spojrzałam na skórzaną bransoletkę opinającą moją rękę. Symbol, jaki na niej widniał, nikomu spoza miasta nic by nie powiedział, ale w Morganville wskazywał wampira, który był oficjalnym stróżem rodziny. Jutro rano nie będę już musiała całować w tyłek Brandona, żeby w ogóle móc oddychać.
Nie będę miała już żadnej umowy ani ochrony ze strony jakiegokolwiek wampira w Morganville. Guyowi chodziło o to, czy zamierzam wybrać jakiegoś innego patrona. Tradycja nakazywała zapisanie się do tego, któremu rodzina już podlegała, ale nie miałam zamiaru pozwolić, żeby Brandon przejął nade mną kontrolę. Mogłam się rozejrzeć, czy jakiś wampir będzie chciał i mógł mnie przyjąć, albo... Mogłam żyć na własny rachunek bez żadnych kontraktów.
Było to bardzo kuszące, ale równocześnie strasznie ryzykowne. Zazwyczaj wampiry z Morganville nie zabijają swoich własnych ludzi, bo to znacznie skomplikowałoby życie innym. Inaczej sprawa ma się z tymi, którzy nie są przez nikogo chronieni. Nikt się nie przejmuje ich losem, bo zwykle są samotni, biedni. Często też znikają bez śladu. Są tylko kolejnym potencjalnym wolnym etatem przy frytkownicy w Chicken Fry.
Wszyscy spoglądali teraz na mnie – Jane, Miranda, Guy i Trent. Czekali, co powie Eve Rosser, profesjonalny buntownik.
Nie mogłam ich zawieść. Wychyliłam piwo, beknęłam i powiedziałam:
– Do diabła z tym. Nie zapisuję się. Nie będę się przed nikim korzyć. Żyjmy szybko, umrzyjmy młodo.
Przybiliśmy z Guyem pijackie piątki. Trent przewrócił tylko oczami i stuknął się piwem z Jane.
– Wszyscy tak mówią – powiedział. – Wszyscy tak mówią, dopóki nie przyjdą wyniki testu na AIDS. Potem jest tylko płacz i zgrzytanie zębami.
– Chryste, Trent. Jesteś normalnie duszą towarzystwa.
– Takie jest życie, kochani. Ale chwila, masz rację. W Morganville tak to nie wygląda, nieprawdaż?
Dobry Boże, Trent był nadmiernie pobudzony, co było dziwne jak na kolesia, który wypił tyle piw. Może on po prostu taki był? Może ritalin przestawał działać?
Trochę mnie to niepokoiło.
– Bu‑ha‑ha‑ha.
Czy to jest w ogóle śmieszne w jakiejkolwiek
półciężarówce w tym mieście? – zapytała Jane. – Bo w tej to nie jest śmieszne, dupku.
– Ty powinnaś wiedzieć lepiej, księżniczko. Leżałaś na plecach w każdej z nich – odgryzł się Trent.
– Ty suko. – Jane cisnęła w niego pustą butelką. Trent ją złapał i wrzucił do plastikowego kosza na śmieci, który stał w rogu.
Nie zdziwił mnie jego refleks, miał mocną głowę, był liderem, jeśli chodzi o ilości wypitego alkoholu.
– A tak na serio, Eve. Co zamierzasz zrobić?
Nie myślałam o tym. To znaczy myślałam, ale raczej w kategorii, co będzie, jeśli tego nie zrobię, i takie tam...
Ale od momentu, w którym słońce wzeszło dzisiejszego ranka, sprowadzało się to do tego, czy to zrobię, czy nie. Będę musiała wybrać, a ten wybór zaważy na moim przyszłym życiu.
Biorąc pod uwagę okoliczności, chyba nie powinnam była się tak urżnąć.
– Na pewno nie zapisuję się do Brandona – powiedziałam wolno. – Może poszukam sobie jakiegoś innego protektora.
– Czy naprawdę sądzisz, że ktoś inny zgodzi się na to, skoro Brandon cię naznaczył? – zapytał Guy. – Dziewczyno, podpisujesz na siebie wyrok śmierci.
– Jakby to była jakaś nowość – powiedziała Jane. – Zobacz, jak ona się ubiera!
Nic złego nie było w tym, jak się ubieram. Koszulka z trupią czaszką, pasek nabijany ćwiekami, który spoczywał nisko na biodrach, krótkie spodenki, siateczkowa bluzka i czerwono‑czarne buty Mary Janes. Może chodziło jej o mój makijaż? Dziś miałam pełen gotycki make‑up – biały puder na twarzy, czarne owale wokół oczu i niebieskie usta. Było to trochę zabawne i trochę nie.
– To nie ma znaczenia – powiedział cichutki głos, któremu jakoś się udało przebić przez muzykę.
Prawie zapomniałam o Mirandzie. Dzieciak siedział w narożniku wozu z podkurczonymi nogami i wzrokiem wpatrzonym w dal.
– To mówi – powiedział Trent, śmiejąc się maniakalnie.
– Już zaczynałem się martwić, że wzięłaś ze sobą tego dzieciaka, żeby bronił twojej cnoty. – Patrzył na Jane, komicznie trzepocząc rzęsami.
Miranda nadal mówiła, a może tylko poruszała ustami, bo właśnie zaczął się ostry gitarowy kawałek i nic nie było słychać.
– Co? – krzyknęłam i pochyliłam się w jej stronę. – Co masz na myśli?
Jasnoniebieskie oczy Mirandy wpatrzyły się we mnie i od razu tego pożałowałam. Było w tej dziewczynie naprawdę coś dziwnego, nawet jeśli jej reputacja miejskiej Cassandry była dość przesadzona. Ponoć wiedziała o pożarze w domu Collinsów z zeszłego roku, a ludzie nawet mówili, że przewidziała, że Alyssa Collins zginie w ogniu. Jane powiedziała, że Miranda to wszystko wymyśliła po fakcie, ale któż tam wiedział. Dziewczyna była dziwaczna i trochę straszna.
– Nie ma znaczenia, jaką podejmiesz decyzję – powiedziała głośniej. – Naprawdę. To nie ma znaczenia.
– Tak? – zapytał Trent, sięgając po kolejne piwo z lodówki stojącej na środku wozu. Odkręcił kapsel i obracał go w palcach. – A dlaczegóż to, o Pani Zniszczenia? Czy ktoś z nas umrze dzisiejszej nocy? – Wszyscy wydali z siebie śmieszne pijackie „oooooooooo”, a Trent postawił butelkę i wybuchnął śmiechem.
– Tak – szepnęła, ale nikt oprócz mnie jej nie usłyszał.
Oczy Mirandy uciekły w głąb czaszki, tak że widać było same białka, i dziewczynka osunęła się na brudny dywanik.
– Chryste! – wymamrotał Guy i podpełzł do niej.
Sprawdził puls i odetchnął z ulgą. – Wydaje mi się, że żyje.
Jane się nie poruszyła. Wyglądała na bardziej wkurzoną niż zaniepokojoną.
– Nic jej nie jest – powiedziała. – Ona ma jakieś wizje. To się czasem zdarza. Ocknie się z tego.
Trent powiedział:
– Cholera, a ja już zacząłem się martwić, że to przez piwo.
– Ona nic nie piła, baranie.
– Widzisz? Poważny brak piwa. Nic dziwnego, że zemdlała.
– Czy nie powinniśmy czegoś zrobić? – zapytał zaniepokojony Guy.
Kołysał bezwładną niczym lalka Mirandę w swoich ramionach. Miała teraz opuszczone powieki, ale widać było pod nimi poruszające się gałki oczne, tak jakby próbowała patrzeć we wszystkich kierunkach naraz.
– Może zawieziemy ją do szpitala?









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2009-02-05 (1450 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej