Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Żołnierze żyją
 
Katalog - dodano
 Dynia i jemioła. Nietypowe historie świąteczne
- Aneta Jadowska
 Nemezis
- James Swallow
 Pęknięta korona
- Grzegorz Wielgus
 Szablon
- Agnieszka Sudomir
 Czerwona opcja
- Siergiej Niedorub
 
- skomentowano
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Żywot parszywy

Autor: Krzysztof T. Dąbrowski


Odkąd sięgał pamięcią Pech był mu wiernym i niechcianym druhem. Za złośliwość losu uważał już sam fakt, że urodził się w tak popieprzonym kraju jak Rosja - gdzie ludzkie życie nie jest warte funta kłaków. O tak! Matuszka Rassija znana była z okrucieństwa. Wredny Towarzysz Pech miewał w zwyczaju ujawniać się w najmniej spodziewanych momentach. Gdy już o sobie przypomniał, na ogół wywracał świat Siergieja do góry nogami. Życie z takim kompanem przypomina chodzenie po zamarzniętym jeziorze, niby lód jest gruby i czujesz się bezpiecznie, lecz wystarczy chwila nieuwagi - trafiasz na cieńsze miejsce i trach! Lądujesz w zimnej wodzie. Jeśli miłościwy jest ci litościwy, miast utonąć, kończysz z zapaleniem płuc w szpitalu.

Siergiej Siemionowicz, długo oczekiwany pierworodny, pojawił się na świecie pewnej zimowej nocy, tuż po pierestrojce. Będąc małym brzdącem praktycznie nie miał rodziców, oboje byli tak zapracowani, że w zasadzie dom był im hotelem. Otoczony nadopiekuńczymi niańkami i stertą zabawek, jakich tylko dusza zapragnie, spędzał całe dnie na kreowaniu fantastycznych krain, których był oczywiście jedynym i niepodzielnym władcą. Z czasem wszystko się zmieniło - wkroczył w buntowniczy wiek. Gdy zaczął sprawiać problemy, wtedy jaśniepaństwo raczyli łaskawie zauważyć, że mają syna. Trochę się spóźnili...
Nadal ich kochał, ale nie potrafił już znaleźć z nimi wspólnego języka. Początkowo bunt służył do tego, by zwrócono wreszcie na niego uwagę, potem stał się pejczem, którego używał by wymierzyć im karę, pokutę za błędy wychowawcze.

Jesień; szarobure niebo siąpiło zimnym deszczem. Sterty pożółkłych liści czekały aż pierwszy śnieg pogrzebie je pod sobą. Rachityczne gałęzie drzew targał lodowaty wiatr. Z upodobaniem wciskał się w każdą możliwą szparę miedzy ubraniami. Nienawidził tej pory roku - kojarzyła mu się z umieraniem. Nie przypuszczał, że od dziś będzie przypominała tylko i wyłącznie o pewnej bezsensownej śmierci...
Po fizyce wyłączył komórkę (wciśnie kit, że się rozładowała) i wymknął się ostrożnie ze szkoły. Był umówiony z Olegiem na wspólne wagarowanie. Oleg miał fajnych starszych - wystarczyło, że nie chciał iść do szkoły i pozwalali mu zostać w domu. Zaległości? Jakie zaległości? Odrobina gotówki i nie było po nich śladu. Czasami mu zazdrościł; on tradycyjnie dostanie niezłą burę gdy tylko ktoś poinformuje ojca; z matką jeszcze pół biedy, zawsze jakoś się można było dogadać.
Czego się jednak nie robi dla dobrej zabawy? U Olega miały być dwie fajne panny, łatwe laseczki, które po paru kieliszkach lubią się pobzykać. Dla takiej rozrywki gotów był znieść ostrą ojcowską połajankę, nawet trzygodzinny monolog o tym, że skończy jako cieć zamiatający ulice. Bo jeśli nie znormalnieje i nie zacznie się uczyć jak wszyscy normalni (normalni? hahaha) chłopcy w jego wieku, tylko taka przyszłość go czeka.

- Sie ma stary oceanie - wesoło wykrzyknął Oleg otwierając drzwi na ościerz - wskakuj!
- Hejka brachu! - odparł Siergiej i wskoczył.
- Rozmiękczyłem je trochę winkiem - mrugnął porozumiewawczo okiem.

Siergiej wyszedł od Olega późnym wieczorem, maszerował do domu cały w skowronkach; tego dnia nawet okrutnik wiatr nie mógł popsuć mu humoru. Upojony alkoholem i przyjemnymi wspomnieniami nie odczuwał zimna. Uwielbiał takie powroty do domu.
Wewnątrz mieszkania panowały egipskie ciemności. Dziwne - pomyślał - matka jak to matka pewnie przesiaduje u jakiejś znajomej. Ale ojciec? Zawsze o tej porze był w domu. Usłyszał cichutkie zgrzytniecie. Nie przejął się tym zbytnio przyzwyczajony do różnych odgłosów - było to naturalne w każdym domu. Śmiał się na wspomnienie tego jaki lęk w nim wywoływały, gdy był małym szkrabem. Myślał, że po domu chodzą okrutne potwory gotowe pożreć go, gdy tylko wyjdzie ze swojego pokoju. Kiedyś nawet zlał się ze strachu do łóżka - coś stuknęło w ciemnościach, w rogu pokoju i po chwili leżał w mokrej pościeli.
Intuicja podpowiadała, że tym razem coś jest jednak nie tak. Tylko co? Zdjął w pośpiechu buty i zapalił światło. Oczy przodków spoglądały nań surowo z pożółkłych obrazów. Wbiegł po skrzypiących stopniach na piętro i Skierował się wprost do łazienki - wiedział, że trzeba wykorzystać te chwile samotności by doprowadzić się do porządku po imprezce. Niedbale wyszorował zęby, aby zabić zapach fajek i gorzałki, dla lepszego efektu przepłukał usta płynem antybakteryjnym. Długo mydlił dłonie; starzy strasznie się o to palenie czepiali.
Usłyszał kolejne, tym razem wyraźniejsze, zgrzytnięcie. Postanowił sprawdzić skąd dobiega ów dźwięk - zaczynał już działać mu na nerwy; za każdym razem miał wrażenie, że któreś z rodziców właśnie wróciło do domu. Wyszedł i zaczął nasłuchiwać. Cisza, przez parę sekund, nieznośnie się dłużyła. Kolejne zgrzytnięcie - to z biura ojca - pewnie zapomniał zamknąć okno. Pomieszczenie, w którym ojciec zwykł najczęściej rezydować, przypominało małą bibliotekę - po bokach stały ogromne regały wypełnione księgozbiorem, między nimi okazałe mahoniowe biurko. Gdy wkroczył do środka ujrzał obraz, który będzie się mu latami pojawiać w koszmarach sennych: przewrócone krzesło i wisielec... TATA! Wpatrujące się z niemym wyrzutem, nabiegłe krwią oczy, wystający z ust siny język i zwisająca, zastygła stróżka śliny. obraz pociemniał jak gasnący w ciemnym pomieszczeniu telewizor. Zemdlał.

Przebudził się w szpitalu z obandażowaną głową; założono dziewięć szwów. Początkowo niewiele pamiętał i nie do końca wiedział dlaczego się tu znalazł, lecz z minuty na minutę pamięć w okrutny sposób przywoływała skrawki wydarzeń sprzed paru godzin, wyświetlając je niczym makabryczne slajdy.
Wypisany został jeszcze tego samego dnia. Dwa dni później pogrzeb ojca. Do tej pory oboje z matką jakoś się trzymali. Za dnia mieli mnóstwo formalności do załatwienia, lecz w nocy dali upust długo powstrzymywanym emocjom. Leżąc nocą w łóżku słyszał szloch dobiegający zza ściany, czuł się taki bezsilny, przepełniało go poczucie winy. Gdyby tamtego dnia wrócił normalnie do domu...
To właśnie wtedy pierwszy raz w swe czułe objęcia wzięła go siostrzyczka Depresja. Niepozorny, zbuntowany nastolatek w ciągu jednej nocy przemienił się w odpowiedzialnego, przygniecionego ciężarem życia, mężczyznę. Cierpienie matki sprawiło, iż z dnia na dzień stał się wzorowym uczniem, jednym z tych grzecznych kujonków, którymi tak zawsze pogardzał. Wszystko to po to by nie przysparzać matce dodatkowych zmartwień. Prosto ze szkoły gnał do domu i wyręczał ją w czym się tylko dało. Niewiele go obchodziło, że dawni kumple odwrócili się od niego po tej metamorfozie, że się śmieją. Miał gdzieś durne zaczepki, jedynie Oleg go wspierał.
Najważniejsze było by matka odzyskała chęć do życia. Niestety było z nią coraz gorzej. Twarz, kiedyś pełna życia, teraz była blada. Podkrążone i opuchnięte oczy straciły cały blask. Spojrzenie nieobecne - nie było nawet śladu po błyskających dawniej wesołych iskierkach. Skryta, przygarbiona, milcząca, a przecież kiedyś była duszą towarzystwa. Nieukojony smutek odcisnął się na jej zdrowiu ponurym piętnem. Nie upłynął nawet rok od śmierci ojca jak wykryto u niej raka, niestety w fazie terminalnej, kilka miesięcy później umierała w okropnych męczarniach. Nie mógł nic zrobić; znowu tak cholernie bezsilny, przepełniony poczuciem winy.

Nie był na to przygotowany. Przez ostatnie miesiące caly czas się okłamywał, cały czas miał nadzieję, nawet przez chwilę nie dopuszczał do świadomości okrutnej prawdy. Teraz musiał wziąć sprawy w swoje ręce i zdecydować co dalej, z czego będzie żył. Z ciężkim sercem sprzedał dom rodzinny. Nie miał żadnego wyboru.
Pieniędzy wystarczyło raptem na dwa lata. Na początku wydawało mu się, że jest bogaczem. Miał wrażenie, że te pieniądze starczą na bardzo, BARDZO DŁUGO. Wynajął malutką kawalerkę. Pieniądze praktycznie przeciekały mu między palcami, na imprezki, na panienki, na alkohol, wystawne obiadki w renomowanej restauracji. Głównie na trunki z procentami, którymi bezskutecznie próbował zagłuszyć rozpacz po utracie rodziców.
Ani się obejrzał a na koncie były już tylko marne resztki. Przez prawie trzy dni nie wychodził z domu, przepełniony bezbrzeżnym lękiem i poczuciem beznadzieji. Godzinami leżał na łóżku gapiąc się w pożółkłą wytartą tapetę jakby w niej znajdowało się rozwiązanie wszystkich jego problemów. Trzeciego dnia, w czwartek, w jego ogarniętym mrokiem umyśle pojawiło się nikłe światełko nadziei na lepszą przyszłość. Aż się zdziwił że wcześniej na to nie wpadł.

Dilerka okazała się całkiem intratnym zajęciem. Szybko wkręcił się w odpowiednie środowisko. Dzięki sprytowi, obrotności i instynktowi radził sobie całkiem przyzwoicie w tym interesie - zupełnie jakby los chciał mu wynagrodzić dotychczasowe cierpienia. Skutkiem ubocznym nowego zajęcia były wyrzuty sumienia. Wielu znajomych wpakował w ten syf, ale przecież gdyby nie on to kto inny by im to sprzedał. Gdy pojawiały się przykre myśli, przypominające swą natrętnością rój wygłodniałych much, zbijał je kontrargumentem, że przecież los postawił go pod ścianą. Na znalezienie uczciwej roboty, przy obecnym bezrobociu nie było na to nawet najmniejszej szansy. Z czasem coś w nim umarło i przestało przypominać mu o tym co jest dobre a co złe. Przyzwyczaił się i zobojętniał.

Jego "terenem" było "Piekiełko", znana moskiewska dyskoteka. To właśnie w niej poznał Sonię - delikatną, wrażliwą blondyneczkę z rozbitej rodziny. Była inna niż spotykane każdego dnia laski. Sprawiała wrażenie małej zagubionej dziewczynki, którą musiał się zaopiekować. Skromna, inteligentna - prawdziwy skarb na tle wyzywająco ubranych, wiecznie podpitych, wulgarnych córeczek bogatych tatusiów, które się do niego przystawiały.
Jednak w głębi duszy zrodziło się w nim przeczucie, że to wszystko było zbyt cudowne, by mogło być prawdziwe.
Oboje byli po przejściach; szybko znaleźli wspólny język i stali się nierozłączną parą. Sonia wiedziała czym się zajmuje - nie potępiała tego, wiedząc jakie są realia. Miała tylko nadzieję, że jeśli tylko nadarzy się okazja to Siergiej z tym skończy.

Życie znowu nabrało jasnych kolorów, znowu miał po co żyć. Odnalazł się ten zagubiony sens trwania na tym świecie. Idylla trwała zaledwie kilka miesięcy. Zaślepiony bezbrzeznym szczęściem i poczuciem spełnienia, nie zauważył powoli pojawiających się pęknięć. Gdy tak trwał w niezachwianym przekonaniu, że los mu sprzyja, że nic złego już się nie wydarzy; przypomniał się stary znajomy... Pech.

Żywot parszywy; okazało się, że jego jedyna, ukochana, najcudowniejsza kruszynka jest pieprzoną kurwą, suką, zdzirą, która daje się posuwać jego najlepszemu przyjacielowi, Olegowi. Kutas nie przyjaciel! Miał ochotę ich pozabijać. Skończyło się na połamanym nosie Olega i splunięciu dziwce w twarz.

Chlał na umór przez kilka dni zamieniając kawalerkę w ruinę. Budził się i zasypiał, oblepiony brunatnym kleistym potem, dryfując po morzu czterdziestoparo procentowego alkoholu. Skóra zeskorupiała od niezliczonych spazmatycznych wyrzygnięć, w ustach ohydny kapciowaty posmak i to palenie w żołądku. Gdy wyszedł z rozpaczliwego ciągu w mieszkaniu cuchnęło gorzej niż w gorzelni. Po podłodze walały się puste butelki, pety - to cud, że pożaru nie było - i gdzieniegdzie zaschnięte, nie do końca przetrawione rzygowiny; niechciana pamiątka z żołądka: zupki chińskie, kawałki ogórka, niezidentyfikowane mięsiwo, resztki ryb, cuchnąca breja. W pijanym widzie zdemolował wszystko co się tylko dało połamać lub potłuc; prywatna apokalipsa. Zdychał z wyczerpania leżąc na dywanie męczony najkoszmarniejszym kacem ze wszystkich dotąd przeżytych. Jego organizm składał się w siedemdziesięciu procentach ze spirytusu; pocił się spirytusem, szczał spirytusem, nawet we łzach były procenty. Czuł się wyprany z uczuć i chęci do życia. To wtedy postanowił po raz pierwszy przydragować. Może lepiej byłoby im tam gardła popodrzynać, jak prosiakom, a potem palnąć sobie w łeb?


--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------


"Piekiełko", różowy, tandetny neon z daleka rzucał się w oczy, przyzywając utrudzonych nocnych wędrowców. I pomyśleć, że to kultowa, znana na całą Moskwę dyskoteka, i że dostanie się do środka w piątkowy wieczór graniczyło z cudem. Przy wejściu stało dwóch łysych, mocno przysterydowanych, ubranych w skóry bramkarzy.
- Sie masz Siergiej - Wycedził przez zęby ten bardziej przypakowany, przygryzając jednocześnie zapałkę. - dawno cię tu nie było, wskakuj.
Taaa, zawsze miał wjazd za friko, czuł się tu jak w domu - lubiany zarówno przez klientów jak i obsługę.
Aby dojść do pulsującego jednostajnym, dudniącym dźwiękiem serca dyskoteki musiał pokonać, przeciskając się między ludźmi, strome wąskie schody następnie należało tylko przeprawić się przez długi słabo oświetlony (i jeszcze bardziej zatłoczony) tunel - podobny do tych w bunkrach - i przedsionek z ogromnym półokrągłym barkiem. Dotarcie do tego miejsca zajmowało mniej więcej dziesięć minut. Po drodze robił częste przystanki by sprzedawać towar stałym klientom. Jak zawsze gdy tam dotarł, uboższy o jakąś jedną trzecią prochów, robił sobie przerwę na drinka. Przebicie się przez tłum do którejkolwiek z mocno wymalowanych barmanek graniczyło z cudem, lecz nie miał z tym problemów, wszystkie go znały. Wystarczyło że stanął w dobrze widocznym miejscu a momentalnie pojawiała się jedna z nich z jego ulubionym dryniem. Dziwnym trafem zawsze znajdywało się też wygodne miejsce do siedzenia.
Sącząc bez pośpiechu obserwował podrygujące na parkiecie dziewczyny. Jak sprzeda cały towar, jak zwykle wyrwie jakąś pannę i trochę się zabawią. Po zdradzie Sonii wszystkie kobiety stały się dla niego tylko pustymi suczkami, które należało poderwać, przelecieć i spławić. Już nigdy nie będzie tak durny aby się zakochać.
Snujące się leniwie myśli przerwał kolejny stały klient. Blado zielonkawe zombie; trzęsący się jak galareta strzępek człowieka o wielkich przekrwionych oczach, ściskający w dłoni z trudem uzbirane pieniądze. Zmusił się do przyjaznego uśmiechu i sprzedał kolejny foliowy woreczek, niezbędnik tej imprezy - dla tego chłopaka prawdopodobnie gwóźdź do trumny.
Zostawił uszczęśliwione ludzkie truchło i ruszył na parkiet. Po drodze zaczepiła go dziewczyna, z którą niedawno się zabawiał. Trochę się pocałowali i ją spławił. Czuł się już trochę zmęczony. Im szybciej zejdzie cały towar tym prędzej wróci do domu. Wyrósł już z całonocnego imprezowania. Coraz częściej jednostajny, mechaniczny łomot wywoływał ból głowy i podenerwowanie.

Ktoś odpalił ultrafiolet i stroboskop. Poruszający się rytmicznie ludzie sprawiali wrażenie nakręcanych automatów.
Zastygali w dziwacznych pozach jak na obrazach szalonego artysty.
Ciemność.
Chłopak podrzynający dziewczynie gardło.
Ciemność.
Siergiej wydał ochrypły, pełen niedowierzania okrzyk.
Z gardła wytryskuje krew.
Ciemność.
Poczuł jak serce załomotało arytmicznie niczym jazzowy perkusista.
Dziewczyna wyłupuje chłopakowi oczy.
Ciemność.
Rozbryzgujące się gałki oczne.
Ciemność.
Czuł jak nogi zaczynają się pod nim uginać.
Dwa czarne otwory i szklista posoka spływająca po twarzy.
Ciemność.
Kurwa! Dosypali mi coś. - Olśniło go jedyne racjonalne wyjaśnienie dla rozgrywającej się przed nim masakry.
Większość tańczących wywija nożami, tnąc i dźgając każdego kto się znajdzie w zasięgu ostrza.
Ciemność.
- Boże jestem naćpany! - Wymamrotał sam do siebie - Mam przejebane.
Miganie stroboskopu znacznie przyspieszyło i miał wrażenie, że wszyscy zaczęli się poruszać w zwolnionym tempie. Wyglądało to jak makabryczny balet. Mimo ran ludzie nadal tańczyli dźgając się nożami. Połyskliwe, śliskie wnętrzności wypływając z powłok brzusznych, podskakiwały w rytm szaleńczej muzyki. Przetarł mocno oczy mając nadzieję, że ohydne majaki znikną. Niestety. Tuż przed nim mokry od potu grubasek skalpował ładną blondyneczkę. Nóż powoli przesuwał się po czole. Drugą ręką oddzierał włosy, razem ze skórą, od czaszki. Po delikatnej twarzyczce spływały ciemne stróżki krwi. Kątem oka dostrzegł błysk. W ostatniej chwili odskoczył w tył ratując się od zbliżającego się ostrza. Jezu! Muszę wyglądać jak idiota - Pomyślał. Postanowił najszybciej jak się tylko da opuścić lokal nim ktoś się zorientuje że gnębią go halucynacje. Mocne uderzenie w plecy prawie zbiło go z nóg. Zatoczył się do przodu rozpaczliwie zamachał rękami jak cepami. Minę miał jak baletnica, która uświadomiła sobie na scenie, że zapomniała o założeniu majtek. Gdy tylko odzyskał równowagę zauważył nóż wystający z boku. Dokoła rany powoli powiększała się ciemna plama.
Krwawił.
Czuł, że zaczyna wpadać w panikę. Nie był w stanie ocenić co jest rzeczywistością a co majakiem. To wszystko było takie realistyczne.
Posłuchaj - powiedział do siebie. - Takie rzeczy się zdarzają. Coś ci dosypali a ty sie teraz rzucasz jak wariat. Ludzie naokoło na pewno gapią się na ciebie Siergieju jak na idiotę. Teraz musisz schować się w najbliższym kiblu i doprowadzić do stanu używalności.
Instynktownie ruszył w dobrze znanym kierunku. Dopadł drzwi. Gdy tylko znalazł sie w środku wpadł do pierwszej z brzegu wolnej kabiny i szybko zaryglował drzwi. Panika wracała jak fala po odpływie gotując się do tego by zalać chaosem jego rozemocjonowany umysł. Nie zdążył przeanalizować tego co się wydarzyło; obraz przed oczyma dziwnie się rozmył i zaczęło się robić coraz ciemniej i ciemniej i ciemniej...

Obudzony przez pulsujący tępy ból głowy, otworzył oczy. Otaczała go ciemność. Uwięziono mnie - jedyne logiczne wytłumaczenie jakie przyszło mu do głowy. Tylko kto, gdzie i dlaczego? Pamiętał rzeź w piekiełku, nóż tkwiący w boku, ale co było dalej? Pomacał dłonią, nie było żadnej rany. Nic mu się nie stało. Wstał ostrożnie by nie narobić hałasu. Dziwne - nikt go niczym nie skrępował. I po co była ta cała szopka z narkotykiem? - był już w stu procentach przekonany, że coś miał w drinku, że ktoś się za coś mści. Dlaczego? Może stracił kogoś przez prochy? Może komuś podpadł? Tylko czym? Może kolesie z konkurencji chcą przejąć teren? Uświadamiał sobie, że jest bardziej niż prawdopodobne iż czeka go jeszcze trochę nieprzyjemnych doznań. Ktoś zamierzał się nad nim trochę po pastwić bo w innym wypadku po prostu zarobiłby kosę między żebra; w roztańczonym tłumie nikt by nie widział sprawcy. Nie miał wątpliwości - żywy z tego nie wyjdzie. Co za parszywy żywot! Musi się stąd jakoś wydostać. Tylko jak? Otaczały go egipskie ciemności - pewnie zamknęli go w jakimś obskurnym małym pomieszczeniu, gdzieś na zadupiu. Ostrożnie, aby niczego nie przewrócić, wyciągnął ręce i ruszył powolutku do przodu. Po zaledwie kilku krokach opuszkami wyczuł gładką powierzchnię. Pomacał dokładniej. Szkło. U stóp pojawiło się jaskrawe światło. Było coraz wyżej. Wstrzymał oddech. Serce łomotało jak oszalałe. Po drugiej stronie szyby unosiła się zasłona. Jasność była oślepiająca. Zmrużył oczy. Po drugiej stronie szyby... Oleg pieprzył się z Sonią. Tego było już za wiele. Krzyk uwiązł w gardle, zaczął walić pięściami w szybę.
Popieprzyło mi się pod kopułą. Odbiło mi! - nie mógł uwierzyć, że to co widzi dzieje się naprawdę.
W mgnieniu oka zasłona opadła ponownie skrywając Siergieja w ciemnościach.
Albo umarłem - błysnęło mu w głowie - albo jestem nafaszerowany jakimś gównem. Może ktoś chce by wydawało mu się, że zwariował?
- Czego chcecie? - krzyknął łamiącym się głosem.
- Albo umarłeś - delikatny, kobiecy głos powtórzył jego myśli - albo masz jazdę, albo ci odbiło.
- Mam dość! Wypuśćcie! Mam już dość!
Cisza.
Usłyszany przed chwilą głos wydawał się znajomy. Usiłował sobie przypomnieć do kogo może należeć. Niestety szufladka z tym wspomnieniem została zamknięta a klucz gdzieś się zawieruszył. Zgrzyt... Boże niech to będzie tylko sen. Niech to się już skończy. Powoli wdech i jeszcze wolniej wydech aż powietrze opuści płuca i jeszcze raz wdech - próbował uspokoić skołatane nerwy jedynym znanym sobie sposobem. Zdawał sobie sprawę, że jego umysł jest w stanie skrajnego wyczerpania, o krok od obłędu. Pomogło, w niewielkim stopniu, ale jednak. Znowu mógł jakby jaśniej myśleć. Zgrzyt... Odegnał pierwotny lęk paraliżujący zmysły. Ruszył po omacku przed siebie. Nie ważne co się stanie. Niech się dzieje co chce - nie zamierzał tu gnić i trząść portkami. Oczy zaczęły rejestrować niewyraźne zarysy. Przystanął. Zgrzyt... Dostrzegał coraz więcej detali; coś jakby siedzenia. Rozjaśniało się, obraz stawał się coraz wyraźniejszy. Znajdował się w zdewastowanej starej sali kinowej. Gdyby zrobił jeszcze jeden krok do przodu wyrżnąłby kolanem w pierwszy rząd. zgrzyt... Ciarki przebiegły po plecach. Ten dźwięk... czy to tylko kolejne złudzenie czy... Zgrzyt... Tym razem usłyszał bardzo wyraźnie. Ten straszny odgłos. Pobiegł w kierunku, z którego dochodziły zgrzytnięcia. Zgrzyt... Pchnął drzwi. Biuro ojca. Wisielec uniósł lekko głowę, zwisająca z ust stróżka śliny zaczęła się lekko bujać. Posłał Siergiejowi pełne wyrzutu spojrzenie. Zgrzyt...
- Nie jesteś prawdziwy! - mówił bardziej do siebie, pragnąc utrzymać w ryzach skołatany umysł. Z całej siły zacisnął powieki i przez chwilę był w innym świecie, gdzie istniał tylko łomot jego serca - To nie jest prawda. Stał długo kiwając się jakby miał chorobę sierocą i powtarzał te cztery słowa niczym mantrę. Z tego stanu wyrwał go płacz dziecka. Ostrożnie odsłonił oczy i stwierdził, że chyba go już nic w życiu nie zdziwi. Znajdował się w ogromnej pieczarze, w której mimo iż nie było żadnego źródła światła panował lekki półmrok. Wszystko pokrywała warstewka kleistego, połyskującego śluzu, który zdawał się żyć swoim życiem. Nozdrza podrażniał ostry słodkawo-kwaśny odór. Spojrzał w kierunku, z którego dochodziło kwilenie. Zobaczył szeroki korytarz i mnóstwo kopiastych bulw wyrastających z otulonego mlecznobiałą mgłą podłoża. Skrajnie wyprany z emocji, niezważając na ewentualne niebezpieczeństwo, ruszył zdecydowanym krokiem w ich kierunku. Leżały w nich niemowlęta. większość spała, kilka rozglądało się niespokojnie, któreś darło się w niebogłosy. Gdy odruchowo zerknął w tamtym kierunku serce niemal zamarło mu w piersi; obrzydliwa zielonkawa macka unosiła malca za nóżkę. Po chwili ujrzał resztę paskudztwa - bo nie sposób było określić inaczej to co coś - olbrzymi bezkształtny twór z niezliczoną ilością wężowatych kończyn. Wzdrygnął się gdy do jego uszu dobiegło mokre plaśnięcie. Macki zawirowały i zaczęły z ogromną siła uderzać niemowlętami o skały jaskini. Kakofonia płaczu, wrzasków i miękkich pacnięć przez moment niemal go ogłuszyła. Czuł jak żołądek zamienia się w ołowianą kulę. Zwymiotował. Istota zbliżała się wymachując zmasakrowanymi szczątkami maleńkich bezbronnych ciałek. Przez ułamek sekundy ujrzał narośl pomiędzy dwiema mackami. Zrobiło mu się słabo - była to jego głowa. Obrzydlistwo używając jego własnej twarzy patrzyło na niego jak dzieciak na mrówkę, którą w ramach dobrej zabawy zgniecie zaraz patykiem. Czuł jak nogi zaczynają odmawiać posłuszeństwa. Upadł na kolana trzymając się za głowę. Spodnie w kroczu robiły się mokre od gorących potoków uryny. Jedna z macek rzuciła zwłokami w jego kierunku. Upadły tak, że widział małą niewinną twarzyczkę wykrzywioną w grymasie przerażenia. Sam nie wiedział jak to się stało lecz nagle zdał sobie sprawę, że główka niemowlaka zmieniła się w głowę jednego z jego dawno nie widzianych, klientów z "Piekiełka". Zemdlał.

Zbudziło go przenikliwe zimno, najbardziej dotkliwie dające się we znaki w okolicach krocza. Wszystko potwornie bolało jakby mu ktoś kości pogruchotał. Uniósł trochę zaropiałe powieki. To był tylko sen... Poczucie relaksującej ulgi rozlało się przyjemnie po całym ciele. To tylko koszmar ćpuna na zejściu. Czuł, że dłużej tego nie zniesie. Skundlił się przez głupią dziwkę. Zniszczyła go swoją zdradą. Przez nią stoczył się na dno. Ilekroć przytomniał zaczynał żałować, że ich wtedy nie zatłukł na śmierć. Głupia suka i pożal się Boże pierdolony przyjaciel. Czasami żałował, że los ich postawił na jego drodze.
A może to jego druh Pech maczał w tym swoje paluszki? Jak mógł się tak stoczyć? Przyszło mu teraz wegetować pod mostem i walić w żyłę, a raczej wielką ropiejącą ranę, gdy tylko udało się skołować kompot. Telepało nim; solidnie przemarzł. Próbował się podnieść lecz ręce i nogi odmawiały posłuszeństwa. Skulił się. Postanowił poleżeć, nabrać trochę sił, mimo że bał się kolejnych koszmarów gdyby przyszło mu ponownie usnąć. wpatrywał się w dogasające palenisko. Przecież nie może tak dłużej żyć. Całe te cierpienia z przeszłości były teraz tak odległe i nieistotne. Liczyło się tylko to by przetrwać. Bardzo chciał znowu normalnie żyć. Skromnie egzystować, może zaryzykować i znowu komuś zaufać, mieć kiedyś rodzinę. W chwilach przytomności wiele razy rozmyślał o sensie życia. Wielokrotnie próbował znaleźć logiczny wspólny mianownik dla tego wszystkiego co go do tej pory spotkało, jakoś sobie to wszystko wytłumaczyć i poukładać. Może jest w tym jakiś głęboko ukryty sens? Może życie to bolesna lekcja, którą trzeba odrobić? Więcej pojawiało się pytań niż odpowiedzi ale jedno wiedział na pewno - nie chce umierać, chce wydobyć się z tego bagna i zobaczyć co jeszcze los trzyma dlań w zanadrzu. Postanowił, to dziś będzie ten dzień. Jak tylko nabierze trochę sił... detoks. Musi spróbować. Musi!


--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------


Chłopiec pieczołowicie budował wieżę z kolorowych, drewnianych klocków. Była bardzo wysoka. Idealna. Ostrożnie, maksymalnie skoncentrowany, ustawiał kolejny element konstrukcji. Wystarczyłby jeden fałszywy ruch, jedno niekontrolowane drgnięcie ręki i musiałby zaczynać od nowa. Jeszcze ze dwa poziomy i ją ukończy. Później rozstawi w różnych zakamarkach, na wszystkich piętrach, oddziały plastikowych żołnierzyków i rozpocznie się wojna...
- Siergiej obiad - w głosie matki słychać było nutkę zniecierpliwienia.
No nie zawsze musieli mu przerywać wtedy kiedy najlepiej się bawi. Strasznie go to wkurzało.
- Zaraz! - odkrzyknął
- Teraz! Bo powiem ojcu! Wszystko będzie zimne!
chyba już nieodwołalnie musi przerwać. Mama sie wkurzyła, lepiej nie przeginać. Wybiegł z pokoju i ruszył ku schodom. Jak zwykle postanowił zjechać po poręczy. Była idealna; długa i gładka. Często dostawał za to burę - rodzice bali się, że kiedyś spadnie i coś sobie zrobi - ale zbyt bardzo to lubił. Poza tym nie uważał się za taką ofiarę losu co to z byle poręczy spada! Usiadł i już po chwili nabrał prędkości. Jego twarz rozświetlił promienny, szeroki uśmiech.

Nagle poręcz zmieniła się w ostrze brzytwy...


Krzysztof T. Dąbrowski









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2009-02-09 (1584 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej