Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Rogi
 
Katalog - dodano
 Żółte ślepia
- Marcin Mortka
 Lanny
- Max Porter
 Pułapka Tesli (wyd.2)
- Andrzej Ziemiański
 Port Cieni
- Glen Cook
 Notebook
- Tomasz Lipko
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Ostatnia przygoda - Eugeniusz Dębski

Harlem Avenue


No trudno. Jak działać, to działać, słowo „mężczyzna” do czegoś zobowiązuje.
Wbiłem się w przewiewne szorty, narzuciłem koszulkę, chwyciłem swój klucz i pognaliśmy z Montym do garażu, w którym czekał już rozkosznie schłodzony bastaad. Przelotnie, zamykając dom na wszystkie spusty i wyjeżdżając na ulicę, pomyślałem, że może by się tak przeprowadzić do samochodu na jakiś czas? Po prostu podłączyć się do instalacji energetycznej i spać w wozie? Ale po chwili wydało mi się to głupie, po drugiej chwili odłożyłem decyzję na potem.
Tłukłem się przez ospałe, senne, rozmamłane, spocone miasto. Blask walił od posrebrzonego asfaltu, polewanego przez dziesiątki beczkowozów municypalnych czymś, co miało odbijać promienie słoneczne, inaczejstopiłby się i spłynął do studzienek kanalizacyjnych, szyby bastaada same się spolaryzowały, zrobiło się ciemniej i chłodniej. Odruchowo sprawdziłem, czy mam włączonego tropiciela, który by pilnował, czy ktoś za mną nie jedzie podejrzanie długo.
Niemal czułem, szczególnie na światłach, jak opony bastaada zapadają się w rozmiękający asfalt, jak z trudem na zielonym wynurzają się z miękkich łożysk. Nie daj Boże gwałtownie zahamować – pomyślałem. – Opony zedrą dywanik podłoża na całej trasie hamowania. Zwolniłem jeszcze bardziej. Potem pomyślałem, że zwolniłem nie tyle z powodu dbałości o wygląd i jakość podłoża, ile chcąc wydłużyć przyjemność oddychania chłodnym dwudziestostopniowym powietrzem. Obok mnie Monty wysunął kinol w kierunku wylotu nawiewu i chwytał zimne powietrze z błogo zapadającym się w siebie spojrzeniem.
– Wszystko co dobre ma swój koniec – powiedziałem do niego. – Poza kiełbasą, która ma dwa.
Nie zareagował nawet na słowo „kiełbasa”. No, skoro Montypyt woli powietrze od wędliny!...
Dojechaliśmy do Harlem Avenue po godzinie i sześciu minutach. Fatalny czas.
Sierżant Kaszel stał w pełnym słońcu, nie pocił się, nie unosił – jak wielu innych na chodnikach – rąk niczym kogut skrzydła, by osuszyć swoje „podpachy”. Miał upał w dupie, a ten godził się z tym i nie podskakiwał.
Kto by zresztą chciał zastartować do sierżanta Kaszla?!
Harcap (czy co on tam miał z włosów, ja nazywałem to harcapem) dumnie leżał mu na tyle głowy. Tak samo gruby jak piętnaście lat temu, grubszy nawet. Pewnie już trzeba by sierżanta huknąć łomem, żeby przez harcap ogłuszyć. Ale pytam raz jeszcze: kto by się na to odważył?
Ja na pewno nie.
Zatrzymałem wóz, sierżant otworzył przednie drzwi i popatrzył pytająco na Monty’ego. Ten posłusznie poderwał się i przeskoczył na tylną kanapę.
Nieznacznym ruchem puściłem tam dodatkową strugę chłodu.
– Ile to razy spóźnialiście się do szeregu, żołnierzu? – zadał sierżant Kaszel rytualne pytanie.
– Nie mam pojęcia, panie sierżancie. Sądziłem, że to raczej pan prowadzi ewidencję! – odpowiedziałem równie rytualnie.
– Witaj, Owen – powiedział sierżant i podał mi dłoń.
Chłodną! Uścisnąłem ją szczerze i radośnie. Podjechałem kawałek i znalazłszy skrawek cienia, zacumowałem w nim. Tu było tylko czterdzieści sześć stopni. Przestawiłem swój fotel tak, by siedzieć twarzą do sierżanta. Poszedł w moje ślady.
– Nieźle się trzymasz jak na zapasionego literata. Całkiem, całkiem!
– No, mam inne zdanie. Najlepiej tu się trzyma klima, a zaraz potem pan. Ja jestem daleko za Montym.
Zamiast zaprzeczyć, skinął głową.
– Przeczytałem wszystkie twoje powieści – powiedział.
Dwa dywizjony ciarek ruszyły mi od karku ku... ku... Kur... W dół. – Wszystkie sześć. I muszę powiedzieć...
– Było siedem – bąknąłem nieśmiało.
– Jedna do dupy! – gładko zmiótł mój protest. – Nie liczę jej. Tak więc przeczytałem wszystkie sześć i muszę powiedzieć...
– Sierżancie, łaski! – jęknąłem. – Chce mnie pan w coś wrobić, to może bez smaru, co?
– ...że sprawne i wciągające. Co prawda, wychwalasz w nich siebie pod niebiosa, ale jeśli przynajmniej część tych komplementów jest słuszna, gratuluję.
– Jak to: część, sierżancie? To są niemal reportaże ze spraw, tyle że lekko zbeletryzowane.
– Ciekawe, a archiwa CBI jakby przeczą twoim słowom – uśmiechnął się lekko.
– Pan by chciał, żeby się przyznawali do wszystkich kiksów? Do infi ltracji Ziemi z innego wymiaru, do...
– Kapitanie Yeates! Nie badałem tego pod kątem prawdziwości, przyjąłem, że sprawy były takie, jak pan opisał. Mnie interesowało, jak pan je rozwiązywał. Metoda – uniósł palec. – I wynik. A czy szukał pan gwałciciela osła w waszym zoo czy minomiota, czy polował na szpiega z innego wymiaru, co mi do tego? Sprawa to sprawa!
Zawsze to samo: ja do niego gadam, a on odpowiada ni z gruchy, ni z pietruchy. Jakby słuchał kwestii z innego wymiaru, innego czasu. Polemika to słowo nie istniejące w słowniku sierżanta Robina Williama Vilfraida Strugglemana.
Chciałbym być obecny podczas jego spotkania ze świętym Piotrem. No, nie śpieszy mi się, ale jakby co?... Albo z Lucyferem! Już on im powie, jak powinno funkcjonować piekło i raj, bo to co się dzieje teraz, to gówno, za przeproszeniem, nie piekło!
Westchnąłem w duchu. Zobaczyłem, że Kaszel uśmiecha się pod szczotkopodobnym wąsem, niewątpliwie wiedząc, jakie myśli kotłują się aktualnie w mojej głowie.
– Sprawa to sprawa... – powtórzyłem bezmyślnie.
I nagle zaskoczyłem:
– A jaka to sprawa, sierżancie?
– Och, banał i trywiał! – machnął ręką. – Najzwyklejsza asekuracja.
– A... sekuracja-a?..
– Wprowadzam: nieopodal znajduje się Dom Weterana.
– Wytrzeszczyłem oczy. – Ja tam nie mieszkam, ale jest tam moich kilku kolegów. Poszkodowani w potyczkach afgańskich i afrykańskich... I innych. Wszystko byłoby OK, gdyby w okolicy nie pojawiła się banda Chinonegrów, która najwyraźniej zamierza z tej parkowej dzielnicy stworzyć sobie miłe chłodne miejsce spoczynkowe...
– Sierżancie, nie mówimy już Chinonegry, tylko Afr...
– Wytropiłem ich legowisko. Siedzi tam zawsze taki bysio z przywódczymi zapędami i jakieś pół tuzina przydupasów.
Sam się tam nie zjawię, bo już nie te lata.
Zerknąłem na jego biceps. Jak to nie są te lata, to które są? – pomyślałem.
– Potrzebuję kogoś, kto przypilnuje, żeby jakiś drań nie skoczył mi na plecy.
– Musi być ze mną kiepsko, sierżancie – powiedziałem zrezygnowany – skoro uznaje pan, że nadaję się tylko do asekuracji. Wiem – plotłem w natchnieniu – jestem tylko kapitanem S-Force, mam ledwie dwa odznaczenia za odwagę. Cóż, byłem tylko policjantem w sekcji zabójstw, aktualnie zaledwie detektyw z markerem A na licencji...
– A potem zapraszam cię do siebie na małego. U mnie klima działa – oświadczył.
I poczułem, że to jest właśnie SPRAWA, a nie skopanie dupy czwórce przetesteronowanych młodzianków.
Przymknąłem się. Skinąłem głową.
– Miło cię zobaczyć – powiedział sierżant Kaszel. – Przyjemnie – dodał, jakby wyczuwając, że oszczędzanie na miłych słowach nie jest dobrym wstępem do gry ze mną.
– Mógł pan zażyć tej przyjemności wcześniej – odpowiedziałem.
– Ileśmy się nie widzieli? Piętnaście lat? Siedemnaście?
Nadąsany szczeniak rozczarowany brakiem uwagi ukochanej nauczycielki!...
Wzruszył ramionami.
– Już nie jesteśmy oddziałem. Każdy ma własne życie. A poza tym... – machnął ręką. – Udało mi się zobaczyć kilku... chłopaków... – wykrztusił z trudem. – Otłuszczone pasibrzuchy... Jeden chleje piwo i tłucze babę, drugi ćpa i nie widzi sensu życia, trzeci jest kaznodzieją i przeprasza za grzechy swoje i cudze... Po kilku takich widokach boi się człowiek odezwać do kolejnego żołnierza, by nie pogłębiać splinu. Takie losy mnie postarzają, a nie lubię.
– Ja też piję piwo – uśmiechnąłem się.
– Ja też. Każdy normalny człowiek... – przerwał i nagle parsknął cichym śmieszkiem: – Znasz ten dowcip o Kubusiu Puchatku? Kubuś Puchatek złowił złotą rybkę.
A rybka jak to rybka, obiecuje spełnić jego trzy życzenia, ale Kubuś macha ręką: „I tak cię wypuszczę”, mówi.
I wypuszcza. Idzie sobie przez Stumilowy Las i nagle widzi Kłapouchego, który siedzi pod drzewkiem i popija piwo. „O! – myśli Kubuś. – Piwka to ja też bym się napił!”
I nagle trzyma w ręku litrowy kufel wspaniałego pienistego piwa. „Ach, to złota rybka! – domyśla się. – Mimo wszystko spełnia wszystkie moje życzenia!” Idzie sobie dalej z kuflem w ręku, aż tu zza krzaka wyskakuje Prosiaczek i trajkoce: „O, Kubusiu, dobrze, że cię widzę. Oj, widzę, że masz piwo! Ale fajnie, też bym się piwka napił.
Zimne, pieniste... Podzielisz się ze mną? Ojej, Kubusiu, a czemu tak cię całuję w dupę?...”
Roześmiałem się tak głośno, że leżący w podmuchu zimna Monty poderwał się i szczeknął z wyrzutem. Pewnie obliczył, ile kalorii spalił na ten ruch. Pochichotawszy chwilę zapytałem:
– Piwa? – Sięgnąłem do lodówki i sprawdziwszy treść, wyliczyłem: – Bud, „555”, golden wave i parsteck. To ostatnie polecam szczególnie.
– Nie, dziękuję.
Przyjrzałem mu się z teatralnym zdziwieniem na twarzy.
– Dokonałem niedawno wymiany poglądów z moją pompą. Ona zaproponowała nefalizm i postawiła na swoim.
– Hm... Jeśli dobrze pamiętam, to zboczenie wzięło się z kultury helleńskiej, dawno już nie dominującej, sierżancie, na tym świecie. Powstrzymywanie się od napojów wyskokowych dotyczyło bogów, a nie pomp.
– No i ze mną tak właśnie jest. Mam ważne rzeczy do zrobienia i... – zmarszczył nos. – Nieważne. Ale dziękuję za piwo.
Wyjąłem puszeczkę parstecka i wypiłem połowę.
– Broń? – Zlizałem pianę, odetchnąłem i wskazałem na siedzisko fotela, pod którym miałem co nieco.
Skrzywił się.
– Ale tam! To żuczki gnojarze. Nie będziemy ich ranić, co najwyżej szpic w dupę i płasko w ucho. Popłaczą się i popędzą do mamy.
– Dobra. To gdzie to jest? – Dopiłem piwo i zgniótłszy dno puszki, uruchomiłem dezaktywator, a puszkę wrzuciłem do specjalnego pojemnika, gdzie z szelestem przemieszczał się alupył po kilku poprzedniczkach.
– Jedź, będę pokazywał.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2009-02-13 (1419 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej