Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Noc gargulców
 
Katalog - dodano
 Coś
- John W. Campbell
 Zmierzch Bogów
- Michał Gołkowski
 Czara Cieni
- Frances Hardinge
 Śpiew kukułki
- Frances Hardinge
 Cała Orsinia
- Ursula K. Le Guin
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Odmieniec - Piotr Patykiewicz



      Kruszyna obudziła się i podniosła głowę. Przeszła z czerni w czerń, bo ani we śnie, ani na jawie nie istniały barwy. Od razu, od pierwszej chwili po otwarciu oczu była czujna. Jeszcze nie wstawała, ale jej ścięgna i mięśnie już były gotowe do skoku. Nasłuchiwała. To był najpierwotniejszy odruch, równie bezwiedny jak oddychanie. Musiała sprawdzić, co wokół niej zmieniło się, kiedy spała. Od tego mogło zależeć, czy pomiędzy tym snem a następnym uda się jej coś zjeść. A nie ma przecież ważniejszej rzeczy niż jedzenie.
    Każdy z dźwięków, który docierał do jej wrażliwych uszu, musiała szybko rozpoznać, ocenić jego natężenie i określić źródło. Zwykle to nie było trudne. Najgłośniejszy był szum jej własnego oddechu, który odbijał się od ścian i sklepienia korytarza, żeby powrócić do niej wzmagającymi się i milknącymi porywami, jak podmuchy czarnego wiatru. Był ciągle obecny, więc Kruszyna nauczyła się go nie słyszeć. Wychwytywała inne, ukryte pod nim odgłosy. Kapanie wody przy źródełku, kropla po kropli, w równomiernych odstępach, takich samych od zawsze. Chrobot szczurzych pazurów na kamieniu, potem pisk i krótka szamotanina, ale to wszystko za daleko, żeby poświęcić temu więcej uwagi.
    Tuż za jej uchem Dziecinka potarła nóżką o nóżkę. Szmer był tak cichy, że tylko Kruszyna mogła go usłyszeć i Dziecinka o tym wiedziała. Właśnie dlatego w ten sposób wyrażała radość. Sama nigdy nie sypiała. Czuwała bez ruchu, uczepiona ściany nad głową Kruszyny, a czasem, jeśli jej się sprzykrzyło, schodziła niżej i muskała owłosionymi nóżkami jej zamknięte powieki.
- Chodź, Dziecinko - Kruszyna usiadła, rozsunęła włosy na karku i poczekała, dopóki nie poczuła na szyi leciutkiego dotknięcia - Niech cię przytulę.
    To były jedne z tych bardzo niewielu słów, jakich używała. Powtarzała je zawsze wtedy, kiedy chciała, żeby Dziecinka przeszła ze ściany na jej kark, chociaż najczęściej mówiła to tylko w myśli. Nie lubiła burczenia w krtani, które towarzyszyło wydawaniu dźwięków. Zawsze lepsza jest cisza niż hałas. W ciszy można się schować, można w nią uciec. Kiedy się mówi, nie można słuchać. A źle jest przestawać słuchać, nawet na chwilę.
    Przykucnęła na lekko rozstawionych nogach i wysikała się. Ciepły strumień popłynął między jej stopami, a potem dalej, spadkiem korytarza w dół. Słyszała, jak mocz porywa ze sobą maleńkie kamyczki, toczy je przez jakiś czas i pozostawia, wsiąkając z sykiem w spękane podłoże. Wstała, wysunęła głowę do przodu i przez jakiś czas łapała w rozdęte nozdrza ostry zapach. Wiedziała, że szczury jeszcze długo będą omijać to miejsce, więc po powrocie będzie mogła odpocząć tutaj spokojnie, bez obaw, że we śnie poszarpią jej uszy.
    Ruszyła w górę czarnego korytarza. Jeszcze nie wezbrało w niej to dziwne podniecenie, jakie zawsze odczuwała, ilekroć szła w stronę Nieba. Nie śpieszyła się. Starannie badała przed sobą podłoże szeroko rozstawionymi palcami stopy, a dopiero potem stawiała stwardniałą podeszwę. Tutaj, w pobliże Nieba nie zapuszczała się zbyt często i nie znała tak dobrze każdego kamienia jak niżej, u siebie. Gdyby przez nieostrożność zraniła sobie nogę, musiałaby wracać do matki z niczym. Nie odważyłaby się walczyć o mięso, nie mogąc biegać i skakać. A na następny raz może trzeba będzie czekać bardzo długo. Znowu pozostanie jej odwalanie wielkich, płaskich kamieni i szukanie palcami w wilgotnej ziemi robaków, które nawet przegryzione na pół wciąż jeszcze przebierały cieniutkimi niteczkami odnóży i przy przełykaniu łaskotały w gardło. Po takim jedzeniu brzuch się wzdymał, żołądek bulgotał, a głód wcale nie znikał.
    Więc szła bardzo ostrożnie.
    Kiedyś, dawno temu, to matka chodziła po mięso. Kruszyna niewiele pamiętała z tamtych czasów, ale jeśli bardzo się postarała, umiała sobie przypomnieć własny strach. Najpierw znikał szelest oddechu matki, długo potem milknął w górze korytarza pogłos toczących się kamieni, które potrącała idąc. Na samym końcu, kiedy nic już nie było słychać, rozpuszczał się w ciemności jej zapach. Kruszyna zostawała całkiem sama. Siadała pod ścianą, podciągała kolana pod brodę i obejmowała nogi ramionami. Tak skulona umiała czekać bez ruchu, chociaż bolały ją plecy i pośladki. Czasem drzemała, częściej trwała w odrętwieniu.
A potem była tylko ciepła dłoń matki na policzku, zapach świeżego mięsa i ciche słowa przy uchu:
- Chodź, niech cię przytulę.
    Wtedy było dobrze. Bardzo dobrze.
    Kruszyna zwolniła. Odetchnęła głębiej, chociaż wiedziała, że nie zdoła pozbyć się chłodzącego ją od środka niepokoju, który wbrew woli rozlewał się od żołądka po całym ciele. Nie mogła tego uniknąć. Szła teraz bardzo cicho, krok za krokiem, i czekała, kiedy zaczną ją boleć oczy.
Czerń wciąż jeszcze była czernią, ale już zaczynała się zmieniać. Kruszyna odczuwała to tak, jakby powietrze w inny sposób dotykało jej gołej skóry, powodując swędzenie i ciarki. W dole oczu nabrzmiały jej dwie łzy i spłynęły wzdłuż nosa. Miała wielką ochotę zacisnąć powieki, ale nie uległa pokusie. Wiedziała, że zyskałaby ulgę jeszcze na kilkadziesiąt kroków, ale przecież wreszcie musiałaby otworzyć oczy. A wtedy cierpienie odebrałoby jej wszystkie siły i nie poradziłaby sobie z niczym.
    Nie znała określenia na to, co się działo. Matka, póki jeszcze nie przestała się do niej odzywać, znała takie słowo, ale to było tak dawno, że Kruszyna nie mogła sobie przypomnieć. Dyszała głośno, pod puchnącymi powiekami kłuło ją coś, jak ostre ziarenka żwiru. Przygarbiła plecy i przygięła kolana, żeby zrobić się mniejszą, ale i tak czuła się jak ślimak wydłubany ze skorupy, który wolno pełznie po gołej ścianie. Gdzieś od przodu, spadkiem korytarza bezszelestnie spływało coś, co było przeciwne zwykłemu porządkowi rzeczy. Rozgarniało ciemność, targało ją na czarne kłaki i upychało w wilgotnych pęknięciach ścian. Nie miało kształtu ani zapachu. Było obce. Napływało, wciąż napływało.
    Dziecinka na ramieniu Kruszyny zakręciła się niespokojnie. Wplątała się jeszcze głębiej w jej włosy i Kruszyna przez chwilę zazdrościła jej z całej mocy, że jest na tyle mała, żeby znaleźć dla siebie skrawek ciemności. Ona nie zdołałaby się wcisnąć w żaden ze skalnych załomów. Zresztą nie przyszła tutaj po to, żeby się chować. Przyszła, żeby zapolować.
    Coś połaskotało ją w łydkę, zaraz potem poczuła dotknięcie zimnego nosa. Wyćwiczonym odruchem podniosła nogę, wstrzymała oddech i nagłym wyprostowaniem kolana opuściła stopę właśnie tam, gdzie powinna. Poczuła pod piętą szorstkie włosie i usłyszała trzask pękającego kręgosłupa. W ciemności szczur może zdołałby się jeszcze wywinąć, ale tak blisko Nieba nawet on miał przytępione zmysły. Kruszyna słyszała, jak wiele innych szczurów przemyka się z obu jej stron, szorując gołymi ogonami po ścianach korytarza. Wyprzedzały ją, popiskiwały, tratowały się gnane nadzieją, że jeśli jej się nie powiedzie, to mięso zostanie dla nich.
    Z każdym krokiem była bliżej. Spocona ze strachu, z głową wysuniętą do przodu na napiętej szyi, wkraczała w świat, w którym rzeczy niespotykane stawały się możliwe. Na przykład poznawanie przedmiotów bez dotykania ich. Na tym właśnie polegała tajemnica, żeby nie ulec trwodze, nie przestraszyć się bólu oczu, cieni szczurów pod ścianami i widoku własnych rąk i nóg, które poruszały się w szarości jak obce, blade stworzenia. Nie wolno było odrzucać tego dziwnego daru Nieba, ale trzeba było go wykorzystać. Lepiej, szybciej i sprawniej niż szczury.
    Korytarz zaczął zakręcać łagodnym łukiem. Nie musiała tego sprawdzać, nasłuchując odbijających się od ścian odgłosów. Mogła to zobaczyć przez mgłę łez. Rozpoznała szeroką rysę na murze, którą sama kiedyś wyszczerbiła ostrym kamieniem. Dla pewności wyciągnęła przed siebie rękę i dotknęła brzegów rysy końcami palców. Widziała własną dłoń, która oddaliła się od niej tak bardzo, jakby już nigdy nie miała wrócić. Opuściła głowę i spojrzała na stopy. Były tam, na dole, jedna przy drugiej, białe i nieruchome. Zawirowało jej przed oczami, zachwiała się, ale w samą porę poderwała głowę i zacisnęła szczęki. Ruszyła do przodu. Wiedziała, że od rysy zostało już tylko dziesięć kroków.
    Po pierwszych pięciu resztki ciemności spłynęły po jej plecach, niknąc z tyłu. Po dwóch następnych korytarz wypełnił się żółtymi, czerwonymi i zielonymi plamami, które kręciły się wokół jej głowy albo w środku, albo i tu, i tam jednocześnie, pęczniejąc i kurcząc się razem z uderzeniami krwi. Kiedy stawiała dziesiąty krok, zanurzyła się w pełny blask Nieba.
    Niebo miało kształt okrągłego otworu, szerokiego na rozwarcie ramion, który rozpostarł się nad głową Kruszyny w sklepieniu korytarza. Zwykle było ciemne i niewidoczne, ale od czasu do czasu rozpłomieniało się pełnią blasku. Jak teraz. Tu, w tym jednym, jedynym miejscu, mogła przez króciuteńką chwilę poczuć, jak jest tam, wysoko. Za włosy szarpnął ją zimny przeciąg, do twarzy przylgnęło powietrze o całkiem innym zapachu i smaku niż ten, jaki znała. No i głosy. Głosy przede wszystkim. Stukoty, chroboty, świsty, a między nimi, od czasu do czasu, coś jak cichutki, kojący, niebiański szept. Trochę podobny do tamtego zapamiętanego, matczynego. Może dlatego taki piękny.
    Kruszyna zrobiła jeszcze krok naprzód, pokonując w sobie żal za tym, od czego musiała odejść. Nad jej głową znowu zwarło się mroczne sklepienie, urwał się wiatr i szept. Podeszła do ściany, przyłożyła do niej czoło i bardzo długo chłonęła w siebie jej wilgotny spokój. Potem usiadła bokiem, tak, żeby nie patrzeć wprost na wędrujące po podłożu rozbłyski Nieba, ale żeby cały czas mieć je w kąciku oka.
    Czekała.
    Wokół niej podniecone strachem i głodem szczury gryzły się nawzajem w chude grzbiety, wypełniając korytarz zmieszanymi piskami.
    Najważniejszy w Niebie był Ojciec. Kruszyna znała jego imię, ale poza tym nie wiedziała o nim nic pewnego, bo matka niechętnie go wspominała. Raz czy dwa razy była bliska tego, żeby powiedzieć coś więcej - Kruszyna czuła wtedy pod policzkiem napięte mięśnie jej ramienia, do którego się przytulała - ale nigdy nic z tego nie wychodziło. Po długiej chwili milczenia wzdychała głęboko, opuszczała głowę, a jej długie włosy łaskotały Kruszynę po nosie.
- Kiedyś sama poznasz Ojca - szeptała Matka, dotykając czołem jej skroni.
    Tak to było. Później, z biegiem lat, wszystkie te niedokończone myśli, przerwane westchnienia wywietrzały jej z głowy. Ojciec stał się tchnieniem zimnego powiewu ciągnącego od Nieba, skrzypieniem liny i nadzieją na mięso. Tak, był dawcą mięsa i to była najważniejsza rzecz, jaką należało o nim wiedzieć.
    Drgnęła. Tutaj, pod Niebem, nigdy nie zasypiała, ale umiała zanurzyć się w dziwny stan trwania, kiedy myśli pływały swobodnie, owiewane wiatrem i oślepione jasnością, a ona sama siedziała skurczona i nieruchoma, jak wyziębiony szczurzy noworodek. Tylko uszy nie przestawały czuwać. Przesiewały dźwięki i szumy, czekając na ten jedyny odgłos, po którym wszystko się zacznie.
    Odgarnęła włosy opadające na twarz. To było to. Pojedyncze uderzenie, a potem bardzo długi, głęboki pogłos, który schodził z Nieba, odbijał się od ziemi i wprawiał ściany korytarza w drżenie, które Kruszyna czuła pod plecami. Powoli wstała, odczekała, aż w zdrętwiałych nogach zacznie krążyć krew. Nie musiała się śpieszyć, ale nie powinna też zwlekać. Miała tyle czasu, ile trzeba.
Zanurzyła rękę we włosach. Dziecinka posłusznie weszła na jej dłoń, a potem przesunęła się dalej, na przedramię. Kruszyna przyłożyła łokieć do ściany i palcem drugiej ręki leciutko pchnęła Dziecinkę w wielki zadek. Nie opierała się. Szybko przebiegła po chropawym kamieniu i ukryła się w szczelinie między ścianą a sklepieniem.
    Teraz Kruszyna musiała bardzo uważać. Dobrze pamiętała swoje pierwsze samotne polowania, kiedy matka nagle przestała przynosić mięso. Nawet jeszcze teraz, jeśli tyko chciała, umiała poczuć pod językiem tamten gorzki smak klęski, kiedy wracała na dół głodna. Od tego czasu zrobiła się większa i silniejsza, bardzo dużo się nauczyła, ale i tak przed każdym polowaniem czuła ciarki między łopatkami.
    Z bardzo wysoka cicho skrzypnęła lina. Kruszyna wiedziała, że jeśliby teraz stanęła w pełnym blasku Nieba i podniosła głowę, we wzmagającym się powiewie wyczułaby zapach potu i moczu. Zapach strachu. Lubiła wciągać przez nos takie powietrze, które było zapowiedzią sytości, ale nie robiła tego już od dawna. Lepiej było cofnąć się kilka kroków w tył, gdzie gęstniał cień. Miejsce na rozbieg dawało przewagę.
    Czekała. Lina skrzypiała coraz głośniej. Szczury miały o wiele wrażliwszy węch od niej i napływająca woń pobudzała je do niespokojnych pisków, chociaż mięso opuszczano z wysoka i bardzo powoli. Jeszcze trzymały się w pewnej odległości, migając z mroku ślepiami, ale już z głębi korytarza napierały następne, spychając te pierwsze w zasięg światła. Miotały się, gryzły i wyskakiwały wysoko w górę. Walczyły między sobą o dobre miejsce, chociaż coraz więcej z nich przestawało zwracać uwagę na to, co się dzieje dokoła. Stawały na tylnych łapkach i wyciągały ostre pyski w górę, skąd coraz mocniej bił zapach rozniecający w szczurzych łebkach szaleństwo.
Kruszyna usłyszała dobiegający z góry jęk i zmarszczyła czoło. To nie był dobry znak. Zwykle oprócz odgłosu opuszczanej liny nie było słychać nic. Ale kilka razy zdarzyło się już tak, jak teraz. Jakiś jęk, pojedyncze słowo wciśnięte między chrapliwe oddechy. To zawsze zapowiadało trudniejsze polowanie niż zwykle. Mięso mogło się bronić, a zajadłość szczurów jeszcze się wzmagała i bywało, że zawodziły wszystkie zwykłe sposoby.
    Okrągłe odbicie nieba pod nogami zmąciło się ruchomymi cieniami. Mięso było już blisko. Szczury stłoczyły się jeszcze gwałtowniej, ich piski zlały się w jeden głos, od którego powietrze zdawało się gęstnieć. Te, które w tym kłębowisku znalazły się na samym dole, ginęły uduszone. Ogony się prężyły, pazury wydrapywały ślepia, kłaki szarego włosia wystrzeliwały aż ponad głowę Kruszyny.
    Było już bardzo blisko. Wiedziała, że chwila dogodna do skoku będzie krótka. Przygięła kolana i lekko wychyliła się do przodu. Patrzyła. Teraz właśnie był ten czas, kiedy trzeba było bardziej wierzyć oczom niż uszom. Z miejsca, w którym stała, widziała tylko jedną krawędź koła Nieba. Ale to musiało wystarczyć, teraz nie mogła podejść bliżej. Szczury ogryzłyby jej nogi do kości. Cienie w jasnej smudze zakołysały się mocniej. Jeszcze chwila. Jeszcze. Szczury rozszarpywały się nawzajem, ale na miejsce jednego zagryzionego pchały się trzy następne. Jeszcze nie, jeszcze trochę. Na jasnej krawędzi otworu pokazała się czarna skaza. Kruszyna wstrzymała oddech. Wiedziała, że to jest stopa, i czekała na drugą. Jest! Nogi nie zwisały luźno, ale rozpaczliwie szukały w próżni pod sobą oparcia. Jeszcze, jeszcze. Łydki, kolana. Oddech, jęk. Szczurze szaleństwo. Nogi, czarne w niebiańskiej poświacie, zginają się i rozprostowują, jak dwa bezbronne robaki szukające schronienia.
    Teraz!
    Krok, drugi, trzeci najdłuższy. Odbicie. Goły ogon szczura chlasnął ją po pięcie, ale zęby jej nie sięgnęły. Krótki lot w smudze światła, ale zarazem bardzo długi, wypełniony splątanymi myślami i oczekiwaniem. Wreszcie można zamknąć oczy, teraz nie będą potrzebne.
Udało się. Zderzyła się w powietrzu z mięsem zwisającym na linie i w tej samej chwili oplotła je ramionami i nogami. Od razu poczuła, że nie będzie łatwo - mięso było silne, czujne i gotowe walczyć o życie.
- Jezu! - mięso zapłakało, ale Kruszyna nie wiedziała, co to jest płacz. - Jezu!
    Trafiła na jego plecy i dzięki temu nie musiała uważać, żeby jej nie ugryzł. Gwałtownymi szarpnięciami próbował uwolnić przyciśnięte do boków ręce, ale Kruszyna spodziewała się tego i jeszcze mocniej zwarła ramiona. Lina ciągle się opuszczała, a pod nią, teraz już całkiem blisko, szczurze piekło wciąż przybierało na sile. Nie zwalniając uścisku, Kruszyna wysunęła głowę ponad jego ramieniem. Wszystko zależało od tego, jak szybko uda jej się znaleźć na jego szyi odpowiednie miejsce. Wił się, próbował tyłem głowy uderzyć ją w twarz. W dole zgrzytały szczurze zęby. Kruszyna podkurczyła nogi, zrobiła jeszcze jeden wysiłek i dotknęła wargami jego mokrej skóry, pokrytej twardymi włoskami. Wyczuła silne, nierówne tętno i przymknęła oczy. Wbiła zęby. Nie rozwarła szczęk tak długo, póki nie zaczęła się dławić buchającą krwią.
    Przestał walczyć prawie od razu. Kruszyna musiała podciągnąć się na nim trochę wyżej, bo zrobił się śliski i nie mogła się utrzymać. Ale wszystko było w porządku. Struga gorącej krwi zlewała się w dół, zlepiając włosy na szczurzych grzbietach i wypełniając zagłębienia między kamieniami. Najpierw ledwo dosłyszalnie, a potem coraz wyraźniej piski zaczęły zamierać. Przemieniały się w pośpieszne, łakome chłeptanie.
Nie było czasu na odpoczynek. Chwila spokoju, którą zyskała, była tylko jedna i nie udałoby się jej powtórzyć. Lepkimi palcami poszukała węzła na linie. Mocowała się z nim przez jakiś czas, ale kiedy udało się go poluzować, dalej poszło łatwo. Mięso wysunęło się z pętli i padając, głucho uderzyło o kamienne podłoże. Kruszyna zachwiała się na linie, nasłuchując chrobotów na dole, a potem zeskoczyła miękko, na ugięte kolana.
    Od razu musnęły ją w stopy cieniutkie wąsy, ale nie zważała na to. Ślizgając się w kałużach krwi, pochyliła się nad mięsem, chwyciła go jedną ręką pod kolano, a drugą pod łokieć i mocnym szarpnięciem zarzuciła sobie na plecy. Stęknęła pod ciężarem. To było dużo, bardzo dużo mięsa. Gdzieś blisko, pośród chłeptania, rozległ się pojedynczy pisk. Upojenie krwią zaczynało już mijać.
Teraz czekał ją długi, wyczerpujący bieg w dół korytarza, z brzemieniem na plecach. Zanim ruszyła, podeszła do ściany i ruchem głowy odrzuciła włosy na bok.
- <~>Chodź, Dziecinko - powiedziała. - Niech cię przytulę.
    Pobiegła. Nie zatrzymywała się tak długo, póki jej oddech nie zaczął się rwać, a w skroniach poczuła kłucie.
    Zawsze po polowaniu obiecywała sobie, że zacznie jeść dopiero wtedy, kiedy wróci do matki, ale nigdy jeszcze nie udało się jej dotrzymać tego postanowienia. Podniecenie walką, zmęczenie po biegu i bezpieczna otulina mroku pobudzały głód. Nie zwracała już uwagi na cichnące piski w górze korytarza. Teraz szczury nic nie mogły jej zrobić. Wprawdzie do miejsca, poza które nigdy się nie zapuszczały, został jeszcze kawał drogi, ale to nie miało znaczenia. Przegrały i musiały to uznać. Układ, jaki dawno temu zawarła z nimi matka, ciągle obowiązywał. Przynajmniej tak długo, jak długo Kruszyna go nie naruszała.
    Z ulgą zrzuciła mięso z pleców. Po wykrwawieniu było nieco lżejsze, ale i tak sporo ważyło. Otarła w zgięciu ramienia pot z czoła i przykucnęła. Szybko i sprawnie zdarła z mięsa wierzchnią, niejadalną warstwę skóry, która zaczynała już twardnieć od krzepnącej krwi. Nigdy nie lubiła tego dotykać. Wiedziała, że to ubranie, bo matka też miała coś takiego, ale nie umiała zrozumieć, do czego jest potrzebne. Zwykle schodziło w dwóch kawałkach, tak jak teraz, chociaż czasem tworzyło kilka osobnych warstw. Zmięła to wszystko i rzuciła za siebie, na żer szczurom.
    Teraz dotknęła spodniej skóry, gładkiej i już zimnej. Nacisnęła lekko tu i tam i uśmiechnęła się w ciemności. Gruby podkład tłuszczu uginał się pod palcami, a potem wolno wracał do poprzedniego kształtu. Kruszyna poczuła pod językiem gwałtowny napływ śliny. Pochyliła się. Odnalazła odpowiednie miejsce i nadgryzła skórę. Wsadziła w szczelinę dwa zagięte kciuki i niecierpliwym szarpnięciem poszerzyła rozdarcie. Wepchnęła do środka całą dłoń. Tak długo przebijała się przez fałdy tężejących mięśni, póki nie poczuła pod palcami znajomego kształtu wątroby. Wyrwała ją. Kiedy usłyszała odgłos mokrego mlaśnięcia, przyjemny dreszcz zbiegł jej od karku wzdłuż pleców. Podniosła śliski ochłap do warg. Poczuła, jak na twarzy skrapla jej się parująca wilgoć, i odchrząknęła z zadowolenia.
    Zjadła łapczywie i pozwoliła, żeby jej się głośno odbiło. Westchnęła. Wreszcie miała w brzuchu pełno. Tak pełno, że aż ciężko. Ciepła fala senności otuliła jej głowę, nogi zrobiły się miękkie, a ręce ciężkie. Dobrze byłoby teraz podłożyć dłoń pod policzek i zasnąć sytym snem, bez nagłych przebudzeń i burczenia w żołądku. Ale jeszcze nie mogła. Słyszała, jak szczury rwały na strzępy ubranie, ale wiedziała, że gdyby choć na chwilę przestała pilnować mięsa, na pewno by tego nie przegapiły. Zostawiłyby jej tylko kilka potrzaskanych kości, ze szpikiem wylizanym tak głęboko, jak daleko mogły sięgnąć ich wąskie języki.


Fragment udostępniony przez wydawnictwo SuperNOWA.








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2007-02-12 (1680 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej