Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Armia ślepców
 
Katalog - dodano
 Fałszywy Pieśniarz
- Martyna Raduchowska
 Opowieści o duchach
- Jim Butcher
 Legion. Kłamstwa patrzącego
- Brandon Sanderson
 Zmiany
- Jim Butcher
 Upiorne opowieści po zmroku
- Alvin Schwartz
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Zadra, cz.2 - Krzysztof Piskorski (#1)



ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
W KTÓRYM:
Tyc podejmuje ryzykowne kroki oraz stawia czoło duchom przeszłości, podczas gdy tajemniczy gość ministra Fouché oświadcza, że zna przyczynę unicestwienia etherowej bramy.

Najpierw rozległ się pojedynczy, samotny strzał. Odbity echem od pni potężnych sosen, zdawał się dochodzić naraz ze wszystkich kierunków. Konie zatrzymały się, strzygąc z niepokojem uszami. Kolumny żołnierzy zwolniły, ich oczy powędrowały na dowódców, jakby czekali na potwierdzenie, czy iść dalej, czy nie.
Tyc, dotychczas wgapiony bezmyślnie w zieloną gęstwinę, drgnął. Odwrócił się w siodle do kapitana Gryla, z którego kompanią jechał. Ale nim zdążył otworzyć usta, kolejne wystrzały posypały się niespodziewaną kaskadą. Cały las od nich huczał, a pomnożone, odbite, zdawały się zlewać w jeden przeciągły, straszny rumor. Ludzie skulili się odruchowo, niektórzy padli plackiem na ziemię i minęła dobra chwila, nim zorientowali się, że to nie tutaj – i nie do nich – strzelają.
– Uhrman! – krzyknął Gryl. – Wpadł w zasadzkę albo sam kogo znienacka przydybał!
– Rozwinąć linię – władzę nad Tycem przejęły wyuczone, oficerskie odruchy. – Gotuj broń!
W gęstym lesie manewrowanie ciasnymi czworobokami było niemożliwe. Kapitanowie rozsypali więc swoje kompanie w długie tyraliery. Ludzie, zająwszy miejsca, drżącymi dłońmi sięgali do ładownic. Dotychczas, z wyjątkiem przedniej straży, maszerowali z pustymi karabinami, bo ładunek w lufie po jednym dniu na niewiele się już zdawał, a nie mogąc go wystrzelić, musieli pracochłonnie wydłubywać kulę grajcarem.
Gdy tylko wszyscy byli gotowi, rozległy się komendy poruczników i kapitanów. Legioniści szybkim krokiem ruszyli w głąb lasu, w stronę, z której dobiegały odgłosy.
Po ledwie kilku minutach te stały się coraz cichsze i coraz dalsze. Strzelcy ścisnęli mocniej broń, zaczęli rozglądać się niepewnie na boki. Fakt, że walka trwała tak krótko, znaczyć mógł tylko jedno. Któraś ze stron musiała mieć ogromną przewagę. Pozostawało tylko zgadywać, czy byli to ułani Uhrmana, czy tajemniczy, niewidoczny wróg.
Tycowi udzielił się ten niepokój. Idąc wraz ze swoim adiutantem obok kompanii Gryla, czuł, jak dłonie pocą mu się, a orzechowa kolba pistoletu ślizga w dłoni. Wiedział, że w tak gęstym lesie od niego nic już nie zależało. Gdy ukaże się wróg, będą mogli strzelić raz; potem bitwa zmieni się w wielką kotłowaninę wśród zarośli, w której dowódcy są tylko zbędnym balastem. Jeśli przeciwnik zdobędzie dużą przewagę, nie da się nawet zorganizować uporządkowanego odwrotu.
Sytuacja nagle przywiodła Tycowi na myśl niemiłe wspomnienia. Czuł taką samą bezsilność, tak samo musiał biernie czekać na swój los, jak w 1813 roku, w Rosji; na zamarzniętym jeziorze, w śnieżnej zamieci, w której kozacy Woronienki osaczali jego kompanię jak sfora wilków.
Zimny dreszcz przeszedł mu po karku. Czyżby ten przeklęty diabeł wiedział o nich, nim jeszcze zobaczyli pierwszego Rosjanina? Czy szli właśnie w zasadzkę i zaraz – za sekundę – z gęstych zarośli wysypią się strzelcy siczowi?
Gdy nad tym się zastanawiał, jakby na zawołanie coś zaszeleściło w krzakach – trzydzieści kroków z przodu, nieco po prawej. Uniósł natychmiast pistolet, zacisnął zęby, by przezwyciężyć drżenie nadgarstka.
A potem gęstwina wypluła samotną postać. Był to odziany w niebieski mundur ułan bez czaka. Chwiał się w siodle jak pijany, lanca zwisała mu bezwładnie w ręce, której rękaw przesiąkł już całkiem krwią.
– Kto idzie? – krzyknął Gryl. – Mówże, człowieku! Co się tam dzieje?
Ułan podniósł wolno głowę i spojrzał na nich nieprzytomnymi oczyma. I wtedy spostrzegli, że na skroni ma postrzępioną dziurę, z której sączyła się ciemna krew. Przez chwilę siedział tak, trzęsąc się w agonalnej febrze. Otworzył usta. Potem przechylił się na bok i zleciał z siodła.
Nim Tyc dobiegł do niego, ułan już nie żył.
– Pistolet – mruknął do Gryla.
Obramowaną biało-żółtą linią pogruchotanych kości, duża, choć płytka rana, nie zostawiała pola do domysłów. Stanisław wzdrygnął się. Kule pistoletowe wystrzelone z daleka często nie miały dość siły, by przebić czaszkę. Rozbijały ją wszakże w drzazgi, a potem grzęzły, wraz z kościanymi odłamkami, w mózgu. Wielu w ten sposób ranionych przeżywało – tylko po to, by zidiociali, niepoczytalni, dożywali końca dni w cuchnących fekaliami celach przytułku.
– Przyspieszyć kroku! – krzyknął, podnosząc się w siodle.
– Słyszeliście tam? Tempo do ataku! Raz, dwa!
Rozkaz poniósł się echem po linii, która zdwoiła prędkość. W tak gęstym lesie, przy tym tempie, nie udało się już utrzymać równych szeregów. Front kompanii rwał się i strzępił, ale w tej chwili najważniejsze dla Tyca było, aby dotrzeć na czas tam, skąd przybył ułan.
Nim batalion uszedł sto kroków, zarośla z przodu znów zaszeleściły i Tyc po raz kolejny zamarł z palcem na niedociśniętym spuście.
– Co się tam, do diabła, dzieje, kapitanie? – rzekł po chwili na widok wysokiej postaci w niebieskim mundurze.
Uhrman aż płonął na twarzy, po rozognionych policzkach spływał mu pot, do czoła przylgnęły mokre kosmyki włosów. Na szabli błyszczała warstwa jasnego karminu. Zaraz za nim pojawiło się kilku równie zmęczonych ułanów.
– Mamy ich – wysapał. – Kozaków, znaczy się. Wpadliśmy na patrol jakieś dwie mile stąd. Mały, dwudziestu ledwie ludzi i na dokładkę nikogo się nie spodziewali. Ale że nas zobaczyli, to kazałem bez namysłu atakować, czasu nie było...
Spojrzał pytająco na Tyca, jakby czekał na znak, czy podpułkownik tę samowolną akcję zaaprobuje, czy wręcz przeciwnie.
Stanisław skinął tylko głową.
– Ale nie to jest najlepsze – podjął rozochocony Uhrman. – Niech pan sobie wystawi, panie podpułkowniku; żaden nam nie uciekł. Dobrze wiedziałem, że nie można im pozwolić, aby ostrzegli resztę. No to krzyknąłem swoim: „Niech tam co drugi zostawi pistolet nabity, by rozwalić łeb delikwentom, którym się walki odechce”. Dopiero jak kozacy zaczęli pierzchać, pozwoliłem grzać ze wszystkich luf. A wtedy to już żaden się nie uchował.
– Żaden? Jesteś pewien? – Tyc nie mógł uwierzyć w tak dobrą wiadomość.
– Ani jeden, panie podpułkowniku. Oficerskim honorem za to ręczę. Wszystkich wyłapaliśmy, choć paru naszych pogruchotało sobie kości od wyścigów po leśnych wykrotach.
– A masz tam kogoś, kto mógłby mówić?
Uhrman podrapał się strapiony po głowie.
– Tego to ja nie wiem, panie podpułkowniku, bo wiara się okrutnie rozochociła. Trzeba by szybko wrócić i zobaczyć, może się jakiś ranny uchował.
– To na co czekamy? – rzekł Tyc. – Gryl, przejmujesz dowodzenie nad batalionem!
Zaraz potem popędził konia. Las, teraz znów cichy i spokojny, zamknął się za nim natychmiast.

***

Gdy ułani Uhrmana natknęli się na wroga, było późne popołudnie. Po starciu opatrywano rannych oraz grzebano zabitych, Gryl zaś przesłuchiwał postrzelonego w udo kozaka. Kiedy ten zdradził w końcu, gdzie znajduje się obóz Woronienki, był niemal wieczór.
Tyc zwołał zaraz naradę. Wedle słów jeńca, od miejsca, w którym zatrzymali się kozacy, dzieliło ich piętnaście mil, czyli niemal dzień marszu. Gryl oraz Bieliński proponowali więc rozbić obóz, a następnego dnia ruszyć w drogę wcześnie rano, tak by przegrupować się wieczorem i zaatakować nocą. Pomysł brzmiał bardzo rozsądnie, ale ku zaskoczeniu towarzyszy Tyc zdecydował się postawić wszystko na jedną kartę. Nakazał forsowny, całonocny marsz, a potem natychmiastowy atak. Protesty podoficerów, którzy nie ręczyli, że ludzie – już w tej chwili zmęczeni – wytrzymają, nie zdały się na nic.
Stanisław wiedział, że jeśli jeniec kłamał albo mylił się, a Woronienko wie o ich obecności, to przystępując do walki ze zmęczonymi ludźmi, ryzykuje katastrofę. Czuł jednak, że każda godzina zwiększa szansę, że czarnoksiężnik dowie się o nich. Tego zaś, po doświadczeniach z Rosji, wolał za wszelką cenę uniknąć. I choć wykładał swoje argumenty rozsądnie i z determinacją, to ze wszystkich oficerów poparł go jedynie Dołochowicz.
Rozkazy przekazano żołnierzom, a po godzinnym postoju, gdy słońce już zachodziło, batalion podjął marsz. Strzelcy, wlekąc się noga za nogą przez ciemniejący szybko las, szemrali między sobą i rzucali na Tyca oraz oficerów pełne złości spojrzenia.
Stanisław szybko zrozumiał, że ten rozkaz będzie go drogo kosztować, jeśli chodzi o posłuch u własnych ludzi.
Następne godziny potwierdziły tylko jego obawy. O północy, nim jeszcze batalion pokonał pół trasy, ludzie byli już tak zmęczeni, że ledwie wlekli się do przodu, zwalniając coraz bardziej. Kolumna porwała się i poszarpała, podoficerowie nie potrafili utrzymać porządku i zdawało się, że oddział porusza się tylko siłą rozpędu.
Widząc to wszystko, Tyc poczuł strach, że źle ocenił sytuację i popełnia właśnie największy błąd w swojej karierze. Możliwe też, że błąd ostatni. W końcu czy wróg nie pragnąłby właśnie tak ich zmęczyć przed walką? Czy on sam bezwiednie działał na jego korzyść? A może to Woronienko pomieszał mu w głowie jakąś diabelską sztuczką, by szedł jak owca na rzeź, a po drodze zamęczył ludzi i odebrał im siły do walki? Za dnia Tyc śmiałby się z równie szalonego pomysłu, ale teraz – osłabiony i otępiony brakiem snu, z dziwnie ciężką głową – czuł się tak źle, że musiał traktować tę opcję poważnie. Przerwać marsz? Iść naprzód? Przekazać dowództwo Grylowi, podważając tym samym swoją poczytalność? A może dowodzić dalej, mimo panicznego strachu, który powoli lągł się w głębi serca?
I tak umysł Tyca grzązł w kolejnych podejrzeniach, myśli mieszały się, a gdy po kolejnych godzinach jazdy doszło do głosu potworne zmęczenie, Stanisław pogrążył się w dziwnej malignie. Chwiał się w siodle, półprzymkniętymi oczyma gapił w nocną ciemność, na przemian drżał z chłodu i potniał. Wkrótce też zdało mu się, że gdzieś na granicy ciemności otaczają go dziwne, ledwie odcinające się od czerni sylwetki.
„Gdzie ty idziesz, głupi. Gdzie idziesz”, szumiały. „Pchasz ludzi ku śmierci dla własnych zwidów, by pokonać demona, który siedzi tylko w twojej głowie, człowieka, któremu przypisałeś wszystkie możliwe diabelstwa, dlatego tylko, że cię pokonał”.
„Czy to obowiązek cię wzywa czy raczej wstyd? Bo masz się czego wstydzić! Woronienko wygubił w rosyjskich bezludziach cały twój oddział, a potem wyślizgnął ci się spomiędzy palców jak piskorz! Głupi ty, głupi!”, jadowicie kpił głos.
Tyc zacisnął zęby i odparł w myśli: „Robię, co trzeba! Idę spełnić rozkaz. Odejdź, maro, nie będę z tobą rozmawiał”.
„Idziesz po śmierć własną i swoich ludzi! Bo nawet jak pokonasz kozaka, będą inne rozkazy, inne bitwy, inne walki, aż w końcu, nie wiedząc kiedy, staniecie się armią kościotrupów, umarłych, którzy wciąż maszerują, bo tak im kazano”.
– Natalie? – szepnął Tyc.
Zdawało mu się, że ciemność z przodu zawirowała i rozstąpiła się, na krótko ukazując znajome oblicze.
„Głupi, głupi!”, usłyszał słowa wypowiedziana głosem jego narzeczonej. „Niemało toś już w życiu lazł pod armaty, dla cudzej korzyści, za cudzą sprawę. A mogłeś zostać ze mną, ożenić się, odbudować dom. Stworzyć coś wreszcie, miast niszczyć i nurzać się w krwi”.
„Muszę! To za Polskę”, powiedział w myślach Tyc. „Za wolną ojczyznę”.
„Ojczyznę wasalkę Francji?”, zaśmiała się inna zjawa grobowo zimnym głosem. „Królestwo z łaski Korsykanina, korona, którą pulchną rączką włożył na głowę ulubionego marszałka i którą w każdej chwili może zabrać? Chcesz być sługą człowieka, dla którego jesteś, wraz ze wszystkimi rodakami, ledwie uciążliwą zadrą? Który chętnie was słał naprzeciw armat, a teraz, gdy przyszło mu za to płacić, rzuca wam ochłapy i kpi sobie z was za plecami?”.
„Dzięki cesarzowi zbudować zdołamy Nową Polskę, a ta będzie inna, nasza tylko, taka, jaką sobie wymarzymy”.
„Jeśli nawet istotnie będzie tylko wasza, któż w niej zechce mieszkać? Już historia pokazała, że kiedy sami sobą rządzicie, kłótniom, swarom i walce końca nie ma, aż wreszcie wszyscy znienawidzą się tak mocno, że do innych potęg z prośbą o wsparcie ruszają, bo obcego wolą od własnego wroga – sąsiada. Sami sobie urządzicie własne piekło”.
Tyc potrząsnął głową i odpowiedział w myślach: „Teraz wolność będziemy umieli docenić, bo krwią została okupiona”.
„Łudzisz się tylko. Walczysz o miraż, a będziesz go ścigał, póki w truchło gnijące się nie obrócisz. Ale przed śmiercią przyjdzie ci jeszcze zobaczyć, jak wszystko, o co się starałeś, upada w gruzy!”.
„Jeśli walczyć nie będziemy, naród polski zginie!”.
„A wtedy, za dwa wieki, twoi potomkowie żyć będą w pokoju, obcą mową władając, bez pamięci nawet, że kiedyś byli narodem. Czy wtedy właśnie nie zdarzy się to, czego pragniesz najskryciej? Pokolenie, które nie będzie musiało wykrwawiać się na polach bitew Europy, a siły i zdolności obróci ku budowaniu czegoś lepszego?”.
„Kłamiesz! Bylibyśmy w takiej przyszłości narodem niewolników!”.
„Ach, więc z ciebie nie tylko wojownik niezłomny, ale i prorok? A może tylko okłamujesz siebie, by wagi przydać tej walce, by znaleźć sens, gdzie go nie ma. Ty morderco najemny, kacie za garść napoleondorów, któryś w życiu nauczył się tylko zabijać! Myślisz, że pięknymi ideami wypełnisz nicość w swojej duszy!”, rozbrzmiał z boku inny głos.
„Pusty jesteś, jałowy. Lata młodości minęły, a tyś nic nie osiągnął, młodych chłopców na śmierć tylko wiodłeś, pnąc się po ich trupach ku orderom i awansom”.
„Przy każdej okazji ludzi ratowałem”, zaprotestował Tyc. „Wyprowadziłem spod ognia niejeden oddział”.
Zdało mu się, że z ciemności dobiega śmiech.
„By skórę własną ratować! By ojczyzna nie straciła, jak mniemasz, dobrego oficera!”.
Tyc skrzywił się.
„Gotów byłem zginąć! Niejeden raz!”.
„Taki dzielny, taki bohaterski. Ale nigdy śmierć cię jednak nie sięgnęła... Albo niespotykane to szczęście, albo dobrze się przed nią kryjesz”.
„Zamilcz!” Tyc potrząsnął głową. „Tego już słuchać nie będę!”.
Blade widma zakręciły się wokół niego, zatańczyły, rechocząc.
„Patrzcie no, na ołowianego żołnierzyka, jaki z siebie dumny! Honor, obowiązek, ojczyzna! Bóg! A co to? Słowa! Słowa, którymi żeś spętał swój umysł, które napędzają cię jak sprężyna zegarek. Niewolnikiem jeno jesteś, rabem pojęć, których nigdyś do końca nie zgłębił ani nie zrozumiał, a mimo to gotów jesteś za nie umierać!”.
„Szaleniec!”.
„Zgubisz siebie i ludzi!”.
Odpowiadając duchom, Tyc mamrotał pod nosem, krzywił się, marszczył. Oczy nabiegły mu krwią, twarz zbielała. Za dnia ten stan z pewnością wzbudziłby czyjeś podejrzenia, lecz w ciemnym, nocnym lesie podpułkownik był tylko jedną z setek szarych, rozmytych sylwetek. Nawet adiutant, jadący kilka kroków obok, nie widział szalonego wyrazu na twarzy dowódcy. Odgłos butów depczących runo zagłuszył zaś jego szepty.
Niewiele lepiej niż z Tycem było z szeregowymi strzelcami. Ostatkiem sił przedzierali się przez ciemny las, zmagając z sennością i majakami na jawie. Księżyc skryty był za chmurami, świateł nie pozwolono palić, dlatego co rusz ktoś wpadał na drzewo, przewracał się lub osuwał w zdradliwy dół. W końcu podoficerowie wydali rozkaz, by każdy trzymał jedną ręką za pas idącego przed nim. Ludzie ruszyli więc dalej małymi grupkami, ślepcy prowadzili ślepców, jak na obrazie Piotra Bruegla Starszego. Dało to tyle, że teraz, gdy jeden się potknął, upadało kilku.
Im bliżej świtu, tym więcej osób nie mogło już wstać z ziemi. Z początku podoficerowie próbowali podnosić ich siłą, krzyczeć i grozić. W końcu jednak sami stracili siły, a zbyt słabych zbierano w grupy i zostawiano po drodze, każąc dołączyć najprędzej, jak się tylko da.
Trwała ta katorga w nieskończoność, każda mila zdawała się dziesięcioma milami, noc była wiecznością, a zmęczenie i ciemność sprawiły, że ludzie zatracili całkiem poczucie czasu. Były już tylko widmowe drzewa, krzaki, wyciągające ku twarzy ostre gałęzie i marsz, marsz, marsz, póki w ciele była jeszcze choć odrobina mocy.
Gdy zdawało się już, że będzie to trwało w nieskończoność, przed nimi ukazała się konna postać. Był to Uhrman, twarz miał marmurową, ściętą zmęczeniem, a w siodle chwiał się jak kadet, który pierwszy raz wsiadł na konia. Odszukał wzrokiem Tyca, który jechał nieco z boku batalionu, po czym popędził konia w jego stronę.
– Znaleźliśmy obóz – zameldował. – Dwie mile stąd.
Minęła chwila, nim Tyc, który w myślach wciąż zmagał się z widmami oraz duchami, zrozumiał, że do niego mówią.
– Słucham? – zwrócił na Uhrmana przekrwione oczy.
– Znaleźliśmy obóz. Dwie mile stąd, na skarpie przy rzece. Jakieś trzydzieści namiotów w rzadkim lasku, wartowników tylko dwóch. Chyba się nas nie spodziewają.
Przez twarz Stanisława przebiegł dziwny grymas.
– Narysujesz? – podał ułanowi szkicownik, a ten kilkoma kreskami nakreślił sytuację.
Ludzie Woronienki rozbili się w rzadkim lesie, na wysokiej, stromej skarpie w zakolu rzeki. Poniżej, na drugim brzegu rozciągała się długa, trawiasta równina. Kozacy widzieli więc wszystko przed sobą i byli na wyniesionym terenie, z którego jednak nie było się gdzie cofnąć.
Tyc kazał adiutantowi wezwać do siebie oficerów. Zszedł z konia i się zgiął aż od ostrego bólu w dole pleców.
– Wszystko w porządku, panie podpułkowniku? – krzyknął zaraz adiutant.
Tyc odmachnął mu tylko ręką. Kusiło go bardzo, by sięgnąć do sakw i pociągnąć choć łyk z zielonej buteleczki. Przełamał się jednak, wiedząc, że byłoby głupotą brać opium przed bitwą.
Gdy po paru minutach zebrali się wokół niego kapitanowie i zobaczył, jak są zmęczeni, przestraszył się. Ci ludzie ledwo widzieli na oczy, ledwo potrafili utrzymać w górze szablę, a on chciał, by dowodzili kompaniami w walce z bardzo groźnym przeciwnikiem. Jednak kiedy pokazał im szkic, ożywienie i błysk w ich oczach upewniły go, że mają jeszcze ukryte zapasy sił. Pokrótce opowiedział swój plan i z zaskoczeniem odkrył, że nikt nie zgłasza zastrzeżeń. Czy była to wina zmęczenia, czy też może istotnie ufali mu na tyle, by wykonać ryzykowny i nietypowy manewr?
– Jeśli nie ma pytań, to trzeba sformować kompanie do natarcia – zakończył Tyc.
– Podpułkowniku, do świtu mamy jeszcze przynajmniej dwie godziny. Może dać ludziom trochę więcej czasu na odpoczynek? – zaproponował Wower.
– Nie wiedzą o nas, więc trzeba uderzyć teraz – odparł stanowczo Dołochowicz. – Jeśli przeszliśmy tak daleką drogę, głupotą jest zatrzymywać się o krok przed celem.
Gryl potrząsnął głową.
– To może pan sam pójdziesz z szabelką kozaka bić? Bo pańscy ludzie kładą się pokotem nawet i bez wroga – zakpił.
– Racja, nie ma rady. Trzeba chwilę odsapnąć, bo inaczej wiele nie zdziałamy – powiedział Bieliński.
Tyc powiódł wzrokiem po żołnierzach, którzy siedzieli lub leżeli pod drzewami. Kilku zasnęło na stojąco, opierając się o pnie.
– Postój na godzinę, do wpół do piątej – mruknął. – Warty po pięć osób z każdej kompanii, zmiana co kwadrans. Potem przegrupowujemy się do natarcia.
Nikomu nie trzeba było dwa razy powtarzać. Nawet Gryl, niechętny przerwie, zaraz poszedł trochę się przespać.
Wkrótce las wyglądał jak pole bitwy. W ciszy i półmroku legioniści leżeli pokotem na ziemi i pod drzewami. Nikt nie rozwinął koca ani nie przygotował sobie miejsca, spali tam, gdzie się położyli, opierając głowy na tornistrach. Wartownicy spacerowali powoli, ziewając głośno i szepcząc między sobą, by nie zasnąć na stojąco.
Dla Tyca zaczęła się najgorsza godzina. Nie zamierzał nawet zmrużyć oka – bał się, że straże usną, a wtedy cały batalion przeleży aż do świtu. Dlatego zaczął krążyć między drzewami, uważnie wymijając ludzi. Spoglądał raz po raz na szkic, próbował zmusić swój otępiały umysł do wysiłku, ułożyć plan, który będzie odpowiedzią na każdy możliwy obrót zdarzeń.
Woronienkę stać było na wiele, a fakt, że zbliżyli się do niego na ledwie dwie mile bez wiedzy sotnika, bardziej niepokoił Tyca, niż cieszył.

***

Książę Otranto, minister policji Joseph Fouché, lubił pracować późnymi wieczorami. Kiedy korytarze ministerstwa cichły, pustoszały gabinety i archiwa, a w budynku zostawali tylko gwardziści oraz dozorcy, którzy cicho przemykali wysoko sklepionymi salami, książę zawsze doznawał niezwykłej jasności umysłu. Lubił wtedy wyciągać z przepastnych szaf akta szczególnie trudnych spraw i przeglądać je w blasku etherowej lampy. Zdawało mu się, że w absolutnej ciszy, w zimnym, błękitnym świetle, wspina się na wyższe poziomy logiki. Nic nie mogło rozproszyć uwagi lub zepchnąć z toru myśl. Były tylko zamrożone w etherowym blasku litery akt, tysiące liter, miliony, które płynęły przez jego umysł jak rzeka, budując obrazy zbrodni i dochodzeń.
Właśnie nocami Fouché najczęściej znajdował sposób, by pchnąć z miejsca beznadziejne zdawałoby się sprawy. Decydował też o awansach i degradacjach, przeglądał losowe dochodzenia, by przekonać się, jak radzą sobie komisarze wszystkich komórek jego ministerstwa.
Był człowiekiem, który wszystko musi sam sprawdzić, wszędzie zajrzeć, jak wścibski opiekun zegarowej wieży, który zamiast ograniczyć się do nakręcania maszyny o wskazanych porach, musi ją poznać do najmniejszego trybika.
Właśnie dzięki temu paryska policja była za jego panowania najskuteczniejszą służbą na świecie. Wiedząc, że sam minister w każdej chwili zainteresować się może nawet błahą sprawą, policjanci przykładali się do pracy jak nigdy wcześniej.
Zbliżała się właśnie północ, a książę miał przed sobą jeszcze sporą stertę raportów, gdy jego spokój zburzył nagle nietypowy dźwięk. Na korytarzu rozbrzmiały kroki – energiczne, pewne siebie. Fouché, który pamiętał rytm kroku wszystkich swoich współpracowników, zdał sobie sprawę, że tej osoby nie zna. Nie przerywał jednak pracy, sięgnął tylko lewą ręką do szuflady.
Wkrótce rozległo się pukanie, a zaraz potem do pokoju wszedł wysoki, ciemno ubrany mężczyzna o młodej twarzy i idealnie przystrzyżonej, trójkątnej bródce.
– Kiepski wieczór na przechadzkę – rzekł z uśmiechem książę, odwracając czytany raport na drugą stronę. – Powinien pan był wziąć powóz. Rozumiem jednak, że nie chciał pan być widziany pod ministerstwem, czekam więc, aż wyjaśni mi pan swoje powody.
– Skąd pan wie, że przybyłem pieszo? – w głosie obcego słychać było lekkie zaskoczenie.
– Buty – odparł Fouché, nie podnosząc głowy znad papierów. – W pańskich podeszwach chrzęści piaszczyste błoto. Znaczy to, że przybył pan od strony parku – żeby przejść niepostrzeżenie, jak sądzę; innego powodu nie dostrzegam. Z czego z kolei wnioskuję, że ma pan broń, bo nikt samotnie i bezbronnie nie chodzi w nocy po zaroślach.
– Istotnie, pistolet odebrali mi strażnicy – rzekł gość ze śmiechem.
Fouché uniósł do góry rękę, którą trzymał dotychczas w cieniu pod biurkiem. Błysnęła lufa z polerowanej stali.
– W takim razie i ja odłożę swój – powiedział.
– Widzę, że nie stracił pan z wiekiem ostrości umysłu.
– Na tym stanowisku nie mogę sobie pozwolić na bycie zaskakiwanym. Nie za to mi płacą.
– A jednak zamachu na Bramę Paryską nie zdołał pan przewidzieć...
Nieznajomy trącił czułą strunę. Uśmiech zniknął z twarzy Fouchégo.
– Czy właśnie w tej sprawie pan przychodzi? – spytał z naciskiem.
– Częściowo. Ale pozwoli pan, że najpierw, zgodnie z zasadami savoir-vivre’u, się przedstawię?
To mówiąc, nieznajomy podszedł i wyciągnął w stronę ministra pięść. Masywny sygnet błysnął w migotliwym płomieniu etherowej lampy. Fouché nachylił się, zmrużył oczy, a przez jego twarz przemknął zdziwiony wyraz.
– Dopiero teraz, drogi panie, zdołałeś mnie zaskoczyć – rzekł do gościa. – Od dawna nie rozmawiałem z nikim ze Stowarzyszenia. Przecież waszym bezpieczeństwem zajmuje się wojskowy wywiad! To z ministrem wojny, marszałkiem Saint-Cyrem, powinien pan rozmawiać we wszystkich kwestiach, które was dotyczą.
– Sedno sprawy tkwi w tym, że nie przychodzę w kwestii związanej ze Stowarzyszeniem. A przynajmniej nie bezpośrednio. Chodzi, jak już wspomniałem, o niedawną katastrofę. Do generała zwrócić się nie mogliśmy, ponieważ zabronił członkom Stowarzyszenia mieszać się w, jak to mówi, „niebezpieczne historie”. My zaś posiadamy informacje, które mogłyby pchnąć śledztwo do przodu...
– Jeśli chciał pan zdobyć moją uwagę, udało się w stu procentach. – Fouché się uśmiechnął. – Proszę opowiadać. I usiąść, jeśli łaska.
Nieznajomy zajął miejsce naprzeciw księcia i nachylił do niego ponad ciemnym, błyszczącym blatem mahoniowego biurka.
– Wiadomo panu coś o sprawie zaginięcia Antoine’a Marie Beulaya?
Pytanie było retoryczne. Wszyscy wiedzieli, że Fouché dzięki nieprzeciętnej pamięci ogarnia całą pracę podległych sobie wydziałów i potrafi sypać jak z rękawa szczegółami spraw, których akta już dawno pokryły się kurzem.
– Nazwisko wydaje mi się znajome. Porwanie, podejrzenie mordu na tle zawiści, moi ludzie wciąż nad tym pracują, choć teraz owe prace nieco spowolniły. Mamy ważniejsze rzeczy na głowie – odparł minister.
– Pozwolę sobie zauważyć, że nic nie jest ważniejsze. Bo sprawa zaginięcia profesora łączyć się może w jakiś sposób z wybuchem bramy.
– Z czego Stowarzyszenie to wnioskuje?
– Niech pan nas nie lekceważy, monsieur Fouché. Ma pan swoje wielkie osiągnięcia, ale proszę nigdy nie zapominać, że w Stowarzyszeniu działają niektóre z najtęższych umysłów cesarstwa. Już wkrótce po eksplozji zwołano specjalne zebranie, gdzie szybko ustaliliśmy, że jedną z najbardziej prawdopodobnych przyczyn katastrofy była detonacja urządzenia, które siłę niszczącą czerpie z energii etheru. Sporządziliśmy więc listę żyjących osób potencjalnie zdolnych skonstruować taki mechanizm. Lista była krótka, poza członkami Stowarzyszenia obejmowała ledwie garstkę osób. A jedną z nich okazał się Antoine Marie Beulay, który akurat kilka tygodni temu zniknął w niewyjaśnionych okolicznościach wraz z całym dorobkiem. Czy to nie zaskakujący zbieg okoliczności?
Po kamiennym obliczu księcia Otranto ciężko było poznać podniecenie. Jednak odsunął na bok papiery, nad którymi pracował, i poświęcił rozmówcy całą swoją uwagę; rzecz dla niego nietypowa.
– Więc próbuje mnie pan nakłonić do myślenia, że za wszystkim stoi wynalazek tego człowieka?
– To jedna z opcji. Jednak na tyle prawdopodobna, że Stowarzyszenie pragnęłoby, aby ktoś zajął się jego sprawą poważnie.
– Już to zrobiono. I obawiam się, że teorie, które pan tu przedstawia, nie znalazły potwierdzenia w faktach. Sprawa zaginięcia profesora jest niemal zamknięta. Moi śledczy są pewni, że został zamordowany przez własnego ucznia z powodu chorobliwej zazdrości. Wszystko się zgadza, naukowy nieudacznik oraz wielki talent na progu życiowego odkrycia. Porwanie, morderstwo, opróżnienie domu ze wszystkich notatek oraz prototypów... Prosta sprawa.
– Ale przecież jest jeszcze jedna osoba, która utrzymywała z profesorem kontakt tuż przed zaginięciem! – zaprotestował gość – Rosyjska arystokratka Elena Rostov. Czy nie należałoby się jej przyjrzeć?
– Hrabina Rostov? Drogi panie, czyżbyś myślał, że jesteśmy na tyle głupi, by wnikliwie nie śledzić każdego obcokrajowca, który ma dostęp do cesarskiego dworu? Proszę, proszę spojrzeć.
To mówiąc, minister podniósł się z krzesła i podszedł do jednej z komód. Choć szuflady nie były podpisane, bez wahania sięgnął do odpowiedniej. Szczupłe, białe palce przebiegły jak pająk po grzbietach opasłych teczek, które zrobione były z dwóch kawałków kartonu związanych tasiemkami. Jedną z nich wyciągnął i z hukiem położył przed gościem.
– Hrabina jest obserwowana na okrągło przez jednego z moich najlepszych ludzi, który nawiązał bliskie stosunki towarzyskie z jej ulubionym gwardzistą. To przebiegła i inteligentna kobieta, ale zapewniam, że gdybym miał choć cień podejrzenia, że jest więcej niż znudzoną utracjuszką, która dzieli czas między bale i rauty a parzenie się z własnymi kozakami, już dawno siedziałaby w lochu. Obawiam się, że pani Rostov nie ma i nigdy nie miała nic wspólnego z zaginięciem profesora. A tym bardziej z zamachem na bramę.
– Mimo wszystko sądzę, że w zaistniałej sytuacji powinien pan przyjrzeć jej się baczniej. Sprawdzić wszystko dwa razy.
Fouché pokręcił głową.
– Obawiam się, że to niemożliwe, drogi panie.
– Dlaczego?
– Hrabina Rostov opuściła dzisiaj Paryż. Jedzie z odwiedzinami do rodziny w Monachium. I – proszę mi uwierzyć – jest na tyle rozsądna, że nie wróci tu, póki nie skończy się ten cały, proszę wybaczyć, burdel.

***

Tego samego dnia, wczesnym popołudniem, kareta hrabiny Rostov wytoczyła się przez bramę z głośnym turkotem wysokich kół. Tylko po spiętrzonych z tyłu kufrach i walizach dało się poznać, że nie jest to zwykła, niedzielna przejażdżka. Powóz przemknął szybko przedmieściami i skierował się do Porte St Jacques, wschodnich rogatek Paryża, za którymi zaczynał się szeroki trakt cesarski.
U miejskich bram stał tego dnia patrol gwardii, w mieście panował bowiem nieoficjalny stan wyjątkowy. Tajna policja i armia dwoiły się i troiły, próbując znaleźć winnych katastrofy. Prowadzono dziesiątki rewizji, aresztowano każdego, kto czymkolwiek wyróżniał się z tłumu.
Dlatego gdy tylko powóz zatrzymał się przy bramie, sierżant podejrzliwie zajrzał do wnętrza, wpuszczając przez półotwarte drzwi strugę światła.
W półmroku rozbłysły szmaragdowe oczy.
– O co chodzi, drogi panie?
– Przepraszam najmocniej panią hrabinę. Nie, nie ma żadnego problemu. Ja... Muszę tylko...
– Spytać dokąd i po co jadę – zaśmiała się Elena Rostov. – Bardzo rozsądnie z pana strony. Niech pan zatem wie, że do Monachium, odwiedzić stryja, barona Antona Pawłowicza Rybaczyńskiego. Chce pan może jeszcze przeszukać moje kufry?
– Ależ co pani hrabina... Przepraszam najmocniej, można już jechać.
Elena zapukała w przednią ścianę karety, dając znak stangretowi.
– Miłego dnia życzę, panie sierżancie.
Gwardziści się rozstąpili, powóz przetoczył się rogatkami, przejechał szeroką groblą, a następnie zboczył na trakt. Stangret pogonił poczwórny zaprzęg, mury i domy Paryża szybko zostały z tyłu. A gdy tylko całkiem zniknęły z widoku, w środku powozu hrabina zgięła się z bólu. Twarz, dotąd uśmiechniętą, ściął okropny grymas.
Kobieta sięgnęła do głowy i zerwała z czoła etherową obręcz.
– Hej, Anton! Stawaj gdzieś tam, szybko – doszedł z wnętrza karety odmieniony, gburowaty głos.
Woźnica aż drgnął. Mimo to zatrzymał konie, lokaje zeskoczyli na ziemię, otwarli drzwi.
Najpierw ukazała się ręka. Gruba, krótka, pokryta rozlanymi piegami. Jeden ze służących rzucił się, żeby pomóc. Z wnętrza wytoczyła się niska, gruba kobieta o jasnych, krótkich lokach. Była blada, oczy miała przekrwione. Nogi drżały jej jak w febrze.
– Wszystko w porządku, Heleno Andriejewno?
– Dureń – fuknęła i odepchnęła go na bok.
Odbiegła kilka kroków, zataczając się, zgięła się wpół, a potem zwymiotowała. Torsje długo szarpały jej ciałem.
Gdy wreszcie podniosła się i obtarła usta chustą, lokaj podał jej etherową obręcz.
– Hrabina nalegała, by nigdy się z nią nie rozstawać – rzekł.
– Wiem dobrze, co hrabina kazała, idioto – warknęła kobieta. – Spróbowałbyś nosić to diabelstwo choć pół godziny, tobyś zobaczył, jak to jest. A teraz won!
Mężczyzna wrócił do wozu, a po minucie to samo zrobiła Helena. Kolasa ruszyła.
Czekała ją długa i niebezpieczna droga do Petersburga.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2009-02-25 (1414 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej