Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Straszny smok
 
Katalog - dodano
 Żółte ślepia
- Marcin Mortka
 Lanny
- Max Porter
 Pułapka Tesli (wyd.2)
- Andrzej Ziemiański
 Port Cieni
- Glen Cook
 Notebook
- Tomasz Lipko
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Sępy - Robert Cichowlas, Jacek M. Rostocki

Jacek M. Rostocki: Pobite gary


06 września, 11:27

Okazało się, że Młody też pobiegł za mną. Teraz obaj przyglądaliśmy się rzężącemu Januszowi. Miał oberwaną praktycznie połowę ciała.
– Janusz?
– Zostaw, Młody, tu już nic nie pomoże...
– Skąd wiesz, on jeszcze żyje!
– Nie można żyć bez ręki, płuca i, kurwa, wszystkiego tam w środku, uspokój się! Już mu nie pomożemy.
– Jezu! Tak nie można, przecież on umiera!
– Nie, on już jest martwy.
– Przecież jeszcze mruga...
Młody przyklęknął przy leżącym.
– Janusz! Janusz... Nie odchodź! – Przedawkował Hollywood, pomyślałem.
– Przestań... Kurde, już po nim...
Jakby na zamówienie ciało naprężyło się w ostatecznym skurczu, a potem opadło bezwładnie.
– Koniec... – Młody spojrzał na mnie. Po policzkach spływały mu łzy.
– My żyjemy. Jeszcze.
– Ale...
– Żadne ale, jak myślisz, co go zabiło?
Pośrednia odpowiedź była zaplątana w nogi Janusza. Pewną wskazówką było również złamane na wysokości około metra drzewo.
– Mina! Ja pierdolę! Wietnam!
– O co tu, kurwa, chodzi?
– Nie wiem. Ale nie chcę ginąć. Osobiście radzę ci uważać na wszystko.
– Ale co się dzieje?
– Weź, no... Nie zadawaj bezsensownych pytań. Widać, co się dzieje. Ktoś nas morduje, tak?
– Ale dlaczego?
– Później się będziemy zastanawiać. Teraz jest istotne, kto to, gdzie jest i jak go unieszkodliwić. Albo uciec...
– O Jezu!
Podszedłem do Młodego, złapałem za ramiona i zacząłem potrząsać. Nie byłem spokojny, chociaż być może z zewnątrz na spokojnego wyglądałem. Adrenalina osiągnęła takie stężenie w moim organizmie, że mógłbym ciosami karate wyciąć pół lasu, jednocześnie mózg uzyskał stan izolowanego spokoju – przejrzystą jasność, w której łatwo przychodziło myślenie, decydowanie o następnych ruchach.
– Uspokój się, bo będziesz następny! Myśl, człowieku, otrząśnij się! Nikt nie ochroni twojej dupy lepiej niż ty sam!
– Ale Kris, Janusz...
– Właśnie!
– Co robimy... Ja się boję uciekać...
– Miny.
– Co miny?
– Poszukajmy, wątpię, żeby tu była tylko jedna.
– Boję się! Kurwa, no, mam cykora normalnie!
– To stój tu i się nie ruszaj.
– A jak będą strzelać?
– To się będziesz ruszał. Nie zawracaj tyłka... Możesz mi pomóc... Szukaj drutu, takiego jak ten w nogach Janusza, będzie rozpięty od pięciu do dwudziestu centymetrów od ziemi.
Były dwie. Ja znalazłem jedną, Młody drugą.
– Co teraz?
– Nic, czekaj.
Obejrzałem swoją. Była prosta, samodziałowa. Widziałem takie u kumpla, maniakalnego militarysty. Wtedy usiłowałem schować się za biurkiem albo do szafy, on jednak zmusił mnie, bym dotykając drżącym palcem, zapoznał się dokładnie z całą śmiercionośną konstrukcją. Teraz w duchu obiecałem mu wielkie piwo. Problem polegał na tym, czy taka mina reaguje tylko na wyciągnięcie trzpienia, czy również na urwanie drutu.
Bo postanowiłem pobawić się w sapera.
– Co się u was dzieje, co się u was dzieje, Jacek? – zacharczał mi nagle w uchu Bartek. Aż podskoczyłem, o mało nie wyrywając zawleczki.
– Kurwa!
– Co?!
– Powtarzam: kurwa! Przymknij się teraz i nie przeszkadzaj!
– Ale... co z Januszem?
– Nie żyje. U was w porządku? W porządku?
– Kurwa...
– Co u was?
– Spokój. Rozłączam się.
– Dobra. Czekaj, dam ci znać. A! I nie łaźcie nigdzie. Teren jest zaminowany!
– Co?!
– Za-mi-no-wa-ny! Po prostu nie oddalajcie się.
– O Jezu...
Dokładniejsza lustracja przekonała mnie, że nie jest to sprzęt wyrafinowany. Zwykła zawleczka kończyła się uchem, do którego przywiązany był naciąg. Odwiązałem drut (dzięki Bogu, nie był zbytnio poplątany). Odczepiłem ładunek od drzewa. Mina ważyła mniej więcej tyle, co kostka masła. Przez moment zastanawiałem się, czy to dużo, czy mało. Ale biorąc pod uwagę, co zostało z Janusza, wyraźnie było wystarczająco.
Po chwili to samo zrobiłem z miną Młodego. Resztę drutu zwinąłem – mógł się jeszcze przydać.
– Wiesz, którędy przybiegliśmy?
– Bo co?
– Bo tam raczej nie było zaminowane, a chcę wrócić do naszych.
– A jak się ten... no, jak się na nas zaczaił?
– Wolisz zostać?
– Nie.
– To musimy iść. Odbezpiecz markera, jakby co, to przynajmniej można go ostrzelać.
– Żartujesz?
– Każda metoda dobra, nie? Lecimy. Krytym. Ty pierwszy.
Upewniłem się, że zawleczki nie wypadną z zapalników, lecz po chwili zastanowienia wyciągnąłem zapalniki z plastycznego materiału. Semtex? Plastik? W cholerę, skąd niby miałbym wiedzieć? Bryłki materiału wybuchowego schowałem w górnych kieszeniach kurtki, a zapalniki wrzuciłem do bocznych. Miałem nadzieję, że się za bardzo za sobą nie stęsknią.
Młody już odbiegł na paręnaście metrów i przyklęknął za drzewem, lustrując otoczenie znad markera. Teraz moja kolej. Przebiegłem obok niego i zatrzymałem się ze dwadzieścia kroków dalej za powalonym pniem. Jeszcze dwie tury i... Młody zaczął mi dawać jakieś znaki.
Podbiegłem do niego i kucnąłem obok.
– Co jest? – wyszeptałem.
– Tam. – Młody nawet się nie próbował tłumaczyć, brodą i ręką wskazując tylko kierunek.
Skryty za krzakiem klęczał człowiek w pełnym kamuflażu. Na szczęście akurat nie patrzył w naszym kierunku.
Schowaliśmy się jeszcze dokładniej za drzewo.
– Jakiego masz markera?
– No... swojego.
– Masz ustawiony na serie czy na semi?
– Kulek szkoda! Semi...
– To przestaw na serie i skup się. Ja go podejdę jak najbliżej z boku. Obserwuj mnie. Jak się zbliżę na jakieś dziesięć metrów wygrzej w niego na maksa. Najlepiej w łeb. Ja postaram się go dopaść. Powinien być zdezde... zdeze... zdez-orien-to-wa-ny. Jak mi się uda go przewrócić, to lecisz mi pomóc. Jak coś nie wyjdzie, spierdalaj do bazy. Skumałeś?
Młody kiwnął tylko głową, a ja szerokim łukiem zacząłem skradać się do celu.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2009-03-01 (1458 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej