Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Starship: Najemnik
 
Katalog - dodano
 Fałszywy Pieśniarz
- Martyna Raduchowska
 Opowieści o duchach
- Jim Butcher
 Legion. Kłamstwa patrzącego
- Brandon Sanderson
 Zmiany
- Jim Butcher
 Upiorne opowieści po zmroku
- Alvin Schwartz
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Sępy - Robert Cichowlas, Jacek M. Rostocki

R. Cichowlas & J. M. Rostocki: Niemoc


Wybiegł z budynku. Wściekły, obolały i przerażony ruszył do samochodu.
– Hubert! – usłyszał ostry głos Marty. Szła ku niemu, sprawiając wrażenie zaskoczonej. Gdzie się podziewała, kiedy rozpętało się to piekło?
– Hubert, zaczekaj!
– Daj mi spokój, wiesz?!
– Co się stało?
Zatrzymał się przed samochodem i posłał jej miażdżące spojrzenie.
– Co się stało? – warknął. – Ty mi powiedz!
Zmarszczyła brwi.
– Co masz na myśli?
– Dlaczego wyszłaś z sali? I kim są ci idioci?
– Jacy idioci?
– Moi słuchacze – wycedził przez zęby. – Pieprzone czubki, z pieprzonego wariatkowa!
Otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili się powstrzymała. A potem spróbowała jeszcze raz, znowu bez rezultatu. Zupełnie jak ryba wyciągnięta z wody. Gdyby nie łzy. Teraz Kors się zmieszał.
– Co się tutaj dzieje? – zapytał spokojniej. – Skąd wytrzasnęłaś tych ludzi?
– Hubert, co oni ci zrobili? Czym cię tak zdenerwowali?
– Na litość boską! Sprawia ci przyjemność robienie ze mnie idioty? W co ty grasz?
– W nic! – krzyknęła i tupnęła nogą jak mała dziewczynka.
Był świadom, że jest bardzo zdenerwowana. Nie wiedział tylko, z jakiego powodu. – Skończyłeś wykład?
Zaskoczyło go to pytanie.
– To raczej oni go skończyli. Leją się teraz w sali jak banda kiboli. Ledwo udało mi się uciec! Co to wszystko ma znaczyć?
– Nie przesadzaj.
– Co?
Spojrzała na niego niepewnie.
– Nie mogę ci teraz powiedzieć... – wykrztusiła. – Nie teraz. Nie sądziłam, że coś takiego się wydarzy... Uwierz mi, nie miałam pojęcia, że to się tak skończy.
Nie wierzył własnym uszom.
– Ale co!? Co się „tak skończy”? Dlaczego mi nie powiedziałaś, że to psychole? – Oparł się o maskę calibry. – Do diabła, Marta, ja nie mogę uwierzyć! Oni się teraz nawzajem zarzynają!
Nie odezwała się.
– Wyjaśnisz mi to? Co to za ludzie? W ogóle to trzeba chyba jakąś pomoc sprowadzić... Karetkę?
Zadzwoniła komórka. Marta sięgnęła po nią i przyłożyła do ucha. Mruknęła coś niezrozumiale, po czym odczekała chwilę i rozłączyła się.
– Już wszystko w porządku – oznajmiła pewniejszym głosem. – Sytuacja opanowana.
– Sytuacja opanowana? Gadasz jak cholerny agent FBI. Co to za ludzie?
– Muszę iść. Zaraz ich zabiorą.
– Dlaczego chciałaś, żebym tu przyjechał?
Cofnęła się kilka kroków.
– To nie miało tak wyjść.
– Twoja gwiazda odmówiła, co?
– To nie tak.
– A jak?
– To nie jest rozmowa na teraz – powtórzyła z naciskiem.
I Marta już przebiegała przez ulicę, znikając między domami. Wiatr zaświszczał Korsowi w uszach, jakby naigrawał się z jego bezradności.
To wszystko absurd – powtarzał w myślach. – Jakaś farsa. Czuł się jak skończony dureń. Nie miał pojęcia, co robić. Kim byli ci idioci? Dlaczego Marta nie powiedziała mu, o co chodzi? Przecież nie robiłby problemów.
Mogła go poinformować, że goście to czuby z Gniezna, Tworek, Toszka czy cholera wie skąd. I tak by przyjechał.
Zrobiłby to dla niej. Mogła jednak uprzedzić, zdradzić charakter imprezy, a nie ściemniać o zjeździe miłośników fantastyki!
I gdzie, do cholery, był personel? Ochrona? Bo jeśli rzeczywiście uczestnicy spotkania byli chorzy, chyba powinni mieć jakąś opiekę? Sanitariusze, ochroniarze? Dla zwykłego, kurwa, bezpieczeństwa. Ich i otoczenia.
Kompletnie nic do siebie nie pasowało. I jeszcze to, jak Marta potraktowała Korsa.
„To nie miało tak wyjść... To nie jest rozmowa na teraz”.
Udawała zaskoczoną, ale kiepsko jej szło, więc go zostawiła bez słowa wyjaśnienia.
Popełnił błąd. Nie powinien zaprzątać sobie głowy żoną. A raczej byłą żoną. Byłą, Kors, zrozumiałeś? A już w ogóle nie powinien był godzić się na przyjazd tutaj.
Pisarz wsiadł do samochodu. Był roztrzęsiony. Pomyślał, czy nie wrócić do budynku i sprawdzić, co się dzieje. Marta mówiła, że już po wszystkim, że sytuacja została...
Zaklął na myśl, że sam zaczyna pieprzyć jak jakiś agent. Zerknął na budynek. Jedna z szyb była stłuczona, ale panował spokój. Nikt nie wrzeszczał ani się nie śmiał histerycznie.
Kors wyciągnął telefon i wybrał numer Marty. Przez chwilę wpatrywał się w jej imię na wyświetlaczu, a potem schował aparat do kieszeni. Zadzwoni później. Teraz wróci do domu i napije się piwa. Potrzebował izolacji i świętego spokoju.
Ruszył, z piskiem opon wypadając na ulicę. Zostawił z tyłu niewielki kościół z czerwonej cegły. Jechał między obdrapanymi blokami, mijał przystanki i ludzi czekających na autobus. Potem wyjechał między pola pszenicy, kukurydzy i ogrody prywatnych domów. Wciąż był zdenerwowany, ale już nie tak bardzo jak jeszcze kilka minut temu. Emocje powoli opadały. Widok targanych przez wiatr koron potężnych olch działał kojąco.
Pisarz prawie zaśmiał się na myśl o tym, czego doświadczył.
To był jakiś cholerny nonsens, powtarzał w myślach. Absurd i jeszcze raz absurd.
– Starzeję się – mruknął pod nosem.
– Owszem, Kors, starzeje się pan – usłyszał z tylnego siedzenia.
Hubert wcisnął hamulec do oporu i skręcił kierownicę.
Samochód z piskiem opon zjechał z szosy na piaszczyste pobocze. Kors wyskoczył na zewnątrz i obiegł pojazd.
– Wypierdalaj! – wrzasnął, otwierając drzwi i kilka razy rąbnął otwartą dłonią w dach. – Słyszysz? Wy – pier – da – laj, ale już!
Pan Stefan poruszył się na tylnym siedzeniu, po czym posłusznie opuścił samochód. Stanął naprzeciwko Korsa i pokręcił wolno głową.
– Zatem nie porozmawiamy...
– Skończ pierdolić i odwal się, dobra? Odwal się ode mnie! – Hubert zaciskał pięści, miał ochotę rozkwasić nos temu palantowi.
Pan Stefan spuścił głowę i wciągnął głęboko powietrze.
Był niezwykle opanowany.
– Cóż, to pańska decyzja.
Kors nie słuchał. Wsiadł do samochodu i trzasnął drzwiami.
– Czubek! – krzyknął, wyładowując złość na kierownicy.
Walnął w klakson, ryk wystraszył ptaki. Poderwały się z pola i trzepocząc panicznie skrzydłami, wzniosły się do nieba.
– Czu – bek! Czubek, czubek, czubek! – przekręcił kluczyk w stacyjce i wrzucił wsteczny.
Wjeżdżając na szosę, zerknął w lusterko. Pan Stefan stał na polu i obserwował calibrę.
Wiatr rozwiewał kępki jego rudych włosów.
Po chwili mężczyzna przygładził je starannie dłonią, odwrócił się i ruszył w głąb pola.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2009-03-06 (1673 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej