Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Zraniona kraina
 
Katalog - dodano
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Wampir z przypadku - Ksenia Basztowa

Jezu Chryste, w co ja się wpakowałem?!



O szóstej rano telewizor włączony przez jakiegoś idiotę na cały regulator uroczyście odegrał hymn. Grobowy harmider trąb, bębnów i tym podobnych instrumentów do wtóru z hukiem młota pneumatycznego w mojej głowie sprawił, że się obudziłem.
Złorzecząc cicho przez zaciśnięte zęby (głośno nie mogłem z powodu wspomnianej dolegliwości), bez otwierania oczu spełznąłem z wersalki i namacawszy przycisk na pilocie, wyłączyłem szklane pudło. Biorąc pod uwagę fakt, że zdołałem to zrobić, musiałem znajdować się w domu.
A skoro tak, to żeby dotrzeć do kuchni i dorwać się do cudownego eliksiru z ogórków, wystarczyło wyjść z pokoju i skręcić... w lewo!
Kiedy z niewielką pomocą palców uniosłem powieki, poczułem, jak razi mnie niesamowicie jasne światło poranka (kto powiedział, że promienie słońca są przyjemne?!).
Doszedłem do wniosku, że najwyższy czas wstać. Po pięciu nieudanych próbach pokonałem wreszcie syndrom agresywnego chodnika — gdyby ktoś nie wiedział, mam na myśli sytuację, kiedy chodnik, a w tym przypadku podłoga, oddala się coraz bardziej i bardziej... aż w końcu znienacka obija człowiekowi gębę. Doczłapałem do lodówki i wyciągnąłem trzylitrowy słój z błogosławioną wodą po ogórkach.
Kilka łyków i od razu jakby lepiej. Oto co kac robi z człowiekiem.
No tak, ale w jaki sposób doprowadziłem swój biedny organizm do takiego stanu? Zmusiłem szare komórki do pracy na wysokich obrotach i walcząc z bólem głowy przy pomocy wspomnianego już napoju, zacząłem sobie co nieco przypominać.
Wczoraj... a może wcale nie wczoraj? W każdym razie na pewno w piątek. W piątek o trzeciej po południu rodzice zabrali młodszego brata i wyjechali do domku letniskowego.
Wcześniej doszli do wniosku, że będzie dla mnie lepiej, jeśli zostanę w mieście i spróbuję pobyć trochę bez ich nadzoru.
Nawiasem mówiąc, lepiej, żeby była sobota. Jak mnie mamuśka zobaczy w takim stanie, porządnie oberwę po uszach.
Powróćmy jednak do tematu. Co się działo później?
Najpierw skakałem po kanałach telewizora, usiłując znaleźć coś lepszego od tych nadawanych bez końca talkshow, a gdy się poddałem i zamierzałem wyłączyć szklane pudło, ktoś zadzwonił do drzwi. Przyszedł „lekko” wcięty Wowka z kilkoma butelkami piwa.
– Słuchaj, brachu, skoro twoich starych nie ma w domu, może byśmy łyknęli? — zaproponował.
Chyba się opierałem, ale w końcu wytoczył argument koronny:
— Stary, Irka mnie rzuciła.
Wowka bez przerwy to się kłócił, to znów godził z Ireną, po pięćdziesiąt razy na dzień, bo przecież najważniejsze to znaleźć jakiś powód, zgadza się?
Ale do rzeczy. Kiedy osuszyliśmy wszystkie butelki piwa, kochany Wowka wyciągnął skądś pół litra samogonu, potem wódkę, potem koniak, potem znów piwo, potem ja znalazłem sake (zawsze myślałem, że to jakieś paskudztwo, a tu proszę — całkiem, całkiem), potem jeszcze jedną butelkę wódki, potem... potem Wowka rzygał.
Kiedy doszedł do siebie, oznajmił, że zatruł się ciastem owsianym, które służyło nam za zakąskę. Na szczęście mój żołądek nie jest aż tak wrażliwy.
Ponieważ uznaliśmy, że mamy już dość w czubie, wyszliśmy na miasto. Co się działo później, pamiętam jakby przez mgłę... Zresztą, może później sobie przypomnę.
Odstawiłem kubek z niedopitą wodą po ogórkach i zrobiłem obchód po wszystkich pokojach, trzymując się ścian. Najwyraźniej niczego nie spaliliśmy, nie rozbiliśmy, ani nie przepiliśmy, a to już połowa sukcesu.
Posiedziałem chwilę na kanapie, a potem poszedłem się umyć. Gdy wlazłem do łazienki, przypadkiem spojrzałem w górę — na świeżo wybielonym sufi cie widniały ślady butów. Przeniosłem wzrok na swoje nogi — no tak, byłem w butach. Rzuciłem okiem na podeszwę — wszystko się zgadza, cała w kredzie. Tylko jak ja to zrobiłem?
Pomyślałem, że kiedy już dojdę do siebie, zamażę ślady, bo inaczej rodzice mnie ukatrupią. Opłukałem twarz i zacząłem myć zęby, nie potrafi ąc się wyzbyć wrażenia, że coś jest nie tak. Zerknąłem w wiszące nad zlewem lustro, szeroko rozdziawiając usta, by słodko ziewnąć. Ujrzałem własną nietrzeźwą fizjonomię: rozczochrane kasztanowe włosy, smutne brązowe oczy (nic dziwnego, przy takim główy bolu...tfu, bólu głowy), dwudniowy zarost... A figa z makiem, nie będę się dzisiaj golić! Sprawy i tak przybrały dość nieoczekiwany obrót, tylko tego brakowało, żebym się jeszcze pozacinał na kacu. Tak sobie właśnie myślałem, gdy wtem, mniej więcej w połowie wydobywającego się z mojego gardła przeciągłego „aaaaa”, wybałuszyłem oczy.
Górne kły były zdecydowanie dłuższe od pozostałych zębów, a na dodatek chyba zaostrzone. Jasne, nigdy nie miałem idealnego zgryzu, ale żeby do tego stopnia?!
Ostrożnie przeciągnąłem kciukiem po jednym z kłów: na palcu pojawiła się krew.
Jezu Chryste, w co ja się wpakowałem?!









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2009-03-21 (1407 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej