Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Po trzecie dla zasady
 
Katalog - dodano
 Dotąd dobrze
- Ursula K. Le Guin
 Coś
- John W. Campbell
 Zmierzch Bogów
- Michał Gołkowski
 Czara Cieni
- Frances Hardinge
 Śpiew kukułki
- Frances Hardinge
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Much i Dateria - Wiesław Waszkiewicz



A z fioletową trawką było tak:
Puściłem sobie Frankiego Sinatrę, wafla mojego od lat, przyszykowałem kubek herbaty z mlekiem i puszkę orzeszków ze względu na gastrofazę, a następnie skręciłem i odpaliłem to fioletowe ziółko. Jak wszystko w nim, także strzał był nietypowy. Najpierw przez mój mózg przeleciał taki szybki, intensywny zgrzyt, jakby ktoś przeciągnął pazurami po szkle. Nie było to przyjemne, ale jakby “oczyszczające” po fakcie. Z jakiegoś powodu pomyślałem sobie: “Skanowanie mózgu zakończone, przechodzimy do następnego punktu.” I bardzo mnie to rozśmieszyło – kapujecie, prawda?
A potem włączył się mój komputer. Tak sam z siebie! “Co jest?” zapytałem sam siebie. “Nie wiem, ale to dziwne!” odpowiedziałem sam sobie. I pewnie jeszcze tak sam z sobą bym gawędził, gdyby na ekranie monitora nie pojawiła się czyjaś twarz. “No nie! To jakiś halucynogen czy co?”. Przyjrzałem się temu pyskowi dokładnie i stwierdziłem, że skądś go znam. “Przecież to ja!” – odkryłem po chwili. “O, w mordę!” – dodałem. Odkryłem też, dlaczego nie rozpoznałem siebie od razu. Przyzwyczajony jestem do swego widoku w lustrze, a więc w układzie odwrotnym, ten zaś był odbiciem jak z aparatu fotograficznego. Poznałem po pieprzyku na prawym policzku. Ledwo to zauważyłem, a obraz zmienił się na lustrzany. “Co się dzieje?” – pomyślałem, ale niepokoju nie poczułem – trawka była bardzo relaksująca.
– Siemasz, Władziu! – powiedział nagle typek z ekranu.
“O, kurwa!” – wyświetliło się w mojej sieci neuronów. Ale zapowiadało się na ciekawą zabawę, więc nie pękałem.
– O, kurde! – wyraziłem swe zdziwienie bardziej elegancko.
– Musimy pogadać – walnął tamten “ja”.
Skąd ja znam ten tekst? Nigdy nie zapowiadał niczego dobrego.
– O, kurde! – powtórzyłem inteligentnie. “Mój komputer chce sobie ze mną pogadać!” przebiegło przez moje nasycone chemią zwoje, zaśmiałem się i dorzuciłem: – No, to zasuwaj, brachu!
– Wiemy, że jesteś trochę zdziwiony, ale nie obawiaj się – zasuwa tamten. – Wszystko jest w porządku. Chcemy cię uprzedzić, zanim się pojawimy.
Zauważyliście, że używał liczby mnogiej? Ja zauważyłem.
– Pojawicie się? A to dobre! – Poczułem się tak, jakbym wlazł do jednego z moich komiksów o tematyce fantastyczno oderwanej. I czym tu się niepokoić? Przecież wszyscy pojawiają się w ten sposób. A szczególnie ja sam! A w ogóle, co to znaczy: “Pojawimy się”? We łbie zafalowało mi coś ciemnego. – I niby, kurka, gdzie?
– U ciebie.
– U mnie? – Błyskawica rozdarła ciemną chmurę. – Tu? W domu?
– Tak.
– Aha! Ładnie! – Wychodziło na to, że będzie niekiepska jazda.
– Jesteś gotów? – zapytał “ja”.
Czy ja byłem gotów? Wymyślałem już bardziej niesamowite historyjki, ale co innego wykombinować intrygę, a co innego zostać podmiotem takiej. Jednak nie targała mną jakaś szczególnie bolesna obawa. Byłem raczej rozluźniony i rozbawiony, choć cień czegoś mrocznego, ksenofobicznego pętał się gdzieś po podświadomości.
– Nie macie wrogich zamiarów, przybysze z jaźni? – zapytałem lekko frasobliwie.
– Ależ skąd! – odpowiedzieli jakby oburzeni. – I nie jesteśmy przybyszami z twojej jaźni.
– A skąd?
– Wytłumaczymy ci, ale nie chcesz chyba rozmawiać z monitorem, co?
Fakt, dyskutowanie ze swoim komputerem wydało mi się nazbyt schizofreniczne, czy jak to określają doktorzy od głowy. Cwaniaczki.
– Niech będzie! – Zgodliwy ze mnie człowiek po fai, nie ma co. – No to wskakujcie. Byle nie całą kupą! – dodałem ostrzegawczo. – To małe mieszkanko.
Pyk! Obraz na monitorze zniknął, za to przede mną pojawił się fotel, a w nim “ja”. Jak żywy! Pomachał do mnie i rzekł radośnie:
– Cześć, Władziu!
Byłem niby przygotowany na coś ekstraordynaryjnego, ale realizm wizji powalał. Wszystko było na miejscu, nie falowało, nie było widmowo przejrzyste, ulotne ani nic w tym rodzaju. Powtarzam: jak żywe! Jednak coś było nie tak, coś ledwo uchwytnego, czego nie mogłem sobie uzmysłowić, a co intuicyjnie czułem. Ale byłem na niezłym diapazonie, więc odwzajemniłem się równie swobodnie:
– Cześć, kimkolwiek jesteś. – A potem dodałem do siebie (a może pomyślałem?): – Niezły towar! Tybetańska jakość.
– To nie towar – powiedział mój gość. – Jesteśmy realni.
– A jakże! Po prostu się rozdwoiłem. W języku matematycznym: zbifurkowałem.
– To oznacza – ciągnął mój wizerunek – że jesteśmy tylko projekcją w twoim umyśle, ale realne jest nasze istnienie. – I dodał: – Powaga!
– No, jasne! Powaga – roześmiałem się.
Tamten “ja” roześmiał się także.
– Tak naprawdę nas tu nie ma – wyjaśnił – i nie wyglądamy tak, jak nas widzisz, ale komunikujemy się z tobą na poważnie.
– Na poważnie? – upewniłem się. – I smuci mnie, że nie wyglądacie jak ja. To byłoby takie urocze.
– Tak, na poważnie – zapewnił mnie uroczyście. – Nadajesz się!
Nadaję się! “O, w dupę!”, zaniepokoiłem się nieco.
– A do czego? Lub na co? – zapytałem ostrożnie.
– Do misji Ducha w Materii!
“Misja Ducha w Materii! Fajno. A niby czego się, Władziu, spodziewałeś?” – pomyślałem i wtedy pojąłem to coś nieuchwytnego w wizerunku przede mną. Trudno to wyjaśnić, ale każdy, kto miał do czynienia z malarstwem, zrozumie: to jak obraz namalowany na czarnym tle. Wszystko jak trzeba, ale brak światła od spodu. Jednak zaintrygował mnie tym Duchem.
– To fajno – rzekłem – że nadaję się do tej misji. Cieszę się niezmiernie. Jakieś szczegóły?
– Po pierwsze: nie obawiaj się.
– Tak?
– Tak. Rzuć we mnie orzeszkiem!
Rzucić orzeszkiem? Proszę bardzo! Wyciągnąłem jedno ziarenko z puszki i ciepnąłem w typka. A orzeszek przeleciał przez niego, przez fotel i wylądował pod przeciwległą ścianą. Niezłe, co?
– Widzisz? – powiedział uspokajająco. – Jestem tylko obrazem. Nie masz się czego bać.
– A kto powiedział, że się boję? – zakozaczyłem odrobinkę.
– My to wiemy.
– Aha! A niby skąd?
– Lubimy cię.
A to piękne! Facet, który wygląda jak ja i pojawił się w mojej głowie, twierdzi, że mnie lubi. Pardon: “lubią”. Jest ich więcej! Ciekawe, jak zdiagnozowałby to stary Freud? Narcyzm? Schizo? A może to projekcja mojego id? Lepiej nie. To musi być grząskie bagienko!
– To nie tak – wtrącił tamten “ja”.– Jesteśmy projekcją obrazu, który widzisz, ale na przekaz informacyjny nie masz żadnego wpływu. Rozmawiasz z “kimś”, a nie z sobą.
– Taa? Jasne! A dlaczego mówisz ciągle “my”?
– Tworzymy wielość w jedności. W pewnym sensie.
– Wy?
– My.
– To znaczy kto? I jak mam do was mówić?
– Yyy... – Facio podrapał się po czole. – Mów do nas: “kolesie”, lubisz to określenie, prawda?
– Owszem – przyznałem. A potem zapytałem: – To kim jesteście, Kolesie?
– Jesteśmy z sąsiedniej fraktali czasoprzestrzennej – wyjaśnił Kolesie. – Tak to nazwijmy dla naszych potrzeb.
Rozbawili mnie serdecznie.
– No pewnie! – zaśmiałem się złośliwie. – Że też od razu was nie rozpoznałem! Przecież to widać gołym okiem, że jesteście z sąsiedniej fraktali czasoprzestrzennej.
O dziwo, ich/jego także to rozbawiło.
– Lubimy twoje poczucie humoru – wychichrali.
– Poważnie?
– Poważnie.
– To może powinienem kasować za bilety?
– Nie da rady, my nie mamy pieniędzy.
– Szkoda – zmartwiłem się. – A czy przypadkiem nie chcecie ich ode mnie? – zaniepokoiłem się natychmiast.
– Nie potrzebujemy pieniędzy.
– To super! Kamień spadł mi z serca. Bo wiecie, różni się tu kręcą. – Zachowałem swój chemiczny luzik, ale zdecydowałem potraktować ich poważniej, więc zapytałem: – To jak wam tam leci, na tej sąsiedniej fraktali?
– W porzo, koleżko – odpowiedział wesolutko Kolesie.
– To klawo! – ucieszyłem się. – A jeżeli nie wyglądacie tak, jak was widzę, to jak wyglądacie?
– My nie wyglądamy.
– Tak? – Coś mi tu nie pasowało. – To dlaczego wyglądacie tak, jak wyglądacie? Trochę to się komplikowało.
– To po to, żeby ci się spodobać i nie przestraszyć. I żeby ułatwić porozumienie. Kapujesz, psychologia i te pe. Ale możemy zmienić wygląd, jeżeli wolisz inną postać.
– Możecie zmienić? Na kogokolwiek?
– Tak.
To pobudziło moją fantazję. “Kogo by tu...?” – zacząłem się zastanawiać. “Aha! Mam!”
Przypomniałem sobie mieszkającą w pobliżu laseczkę, która jeździ sportowym autkiem, ubiera się drogo i skąpo, a zachowuje wyniośle i chłodno. Wiem, bo dokonałem próby abordażu. Niestety, jest to jedna z tych, co to mają rentgen w oczach i potrafią bez zaglądania przeliczyć zawartość twojego portfela. Tutaj pan Władek usuwa się z wdziękiem.
– A moglibyście...
Pstryk! I dziewuszka siedzi naprzeciw mnie. “Skąd wiedzieli?” – niepokojąca myśl ta przecwałowała przez pola i ugory mojego mózgu. Ale najpierw wykorzystajmy sytuację!
– A moglibyście...
Pstryk! I lalunia siedzi sobie dalej, ale już naga.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2009-04-16 (1537 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej