Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Century. Tom 1. Ognisty pierścień
 
Katalog - dodano
 Fałszywy Pieśniarz
- Martyna Raduchowska
 Opowieści o duchach
- Jim Butcher
 Legion. Kłamstwa patrzącego
- Brandon Sanderson
 Zmiany
- Jim Butcher
 Upiorne opowieści po zmroku
- Alvin Schwartz
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Wyprawa - Pierre Bottero

Rozdział 2


– Camille, Camille, hej! Ogłuchłaś?
Czyjś głos przedarł się do labiryntu myśli, w którym błądziła Camille. Dziewczyna podniosła wzrok. Mówiącym był chłopak w jej wieku i jej wzrostu, o wspaniałej fryzurze z warkoczyków przystrojonych perełkami. Jego okrągłą, ciemnoskórą twarz zdobił szeroki uśmiech.
– Zapomniałaś nastawić budzik? Nie było cię w szkole.
– Salim...
– Co jest, staruszko? Znowu masz problemy z rodzicami?
– Chyba przedostałam się do równoległego świata.
Chłopak popatrzył na nią zdumiony, zmarszczył nos, podrapał się po policzku. Jego usta lekko drgnęły, po czym wybuchnął nagle śmiechem. Śmiechem gromkim i niepohamowanym. Trzeba było kilku minut, żeby się uspokoił, a udało mu się to z trudem.
– Salim, ja nie żartuję, naprawdę przedostałam się do równoległego świata.
– Nie przejmuj się – rzucił chłopak, ledwie powstrzymując się od kolejnego wybuchu śmiechu. – To się zdarza. Mój brat często stosuje tę strategię, żeby uciec przed prześladującymi go Marsjanami.
– Ja mówię poważnie! Ty nie masz brata, a... do diaska! To się naprawdę zdarzyło!
– Nie ma problemu, staruszko, wierzę ci. Od dawna jestem przekonany, że nie żyjesz na tym samym świecie, co my!
– Przestań, Salim!
– Dobrze, ale powiedz mi najpierw, ile jest trzysta pięćdziesiąt siedem razy sześćset dwadzieścia dziewięć.
– Dwieście osiemdziesiąt tysięcy sto pięćdziesiąt trzy, a dlaczego?
– Tak sobie. Co jest stolicą Burkina Faso?
– Wagadugu, ale co to ma...
– Nic. Kto wynalazł telefon?
– Graham Bell w 1876 roku.
– A jak w tamtych czasach działał telefon?
– Bell użył „diafragmy”, czyli membrany, która drgała pod wpływem ludzkiego głosu. Umieścił ją obok elektromagnesu. Wibracje diafragmy prowadziły do zmian w polu magnetycznym, a w konsekwencji do zmian natężenia prądu elektrycznego. Na drugim końcu drutu podobne urządzenie zamieniało na powrót prąd w drgania.
– Wystarczy, dziękuję! Chciałem się tylko upewnić, czy nie zwariowałaś.
Camille skrzyżowała ramiona, patrząc przyjacielowi w oczy. W zagłębieniu jej dłoni nadal spoczywał kamień, ale nie miała już ochoty go pokazać, nawet Salimowi. Po raz ostatni obróciła klejnot w palcach, po czym włożyła go do kieszeni dżinsów.
– Dobrze, Salim... Skoro już się upewniłeś, idziemy na lody?
– Tak, staruszko, to piekielnie dobry pomysł!
– Nie jestem staruszką. Mam cztery tysiące dziewięćset dni, czyli dokładnie cztery miesiące i osiemnaście dni mniej niż ty, pomijając godziny. Choć, mówiąc zupełnie szczerze, nie dam stuprocentowej gwarancji, że to poprawny wynik. Dobrze wiesz, że nie jestem pewna swojej daty urodzenia.
– Ale...
– Ale mimo wszystko, nawet jeśli podaję w wątpliwość fakty, a robię to bezustannie, jak twierdzą moi rodzice, jestem absolutnie pewna, że nie mam więcej niż czternaście lat. Zrozumiałeś?
– Tak właśnie sobie myślałem, że jak na staruszkę, to jesteś niezła...
Droczyli się, podążając wzdłuż rzeki migocącej w majowym słońcu, aż dotarli do parku, gdzie sprzedawano ich ulubione lody.
Na ulicy za nimi zamarł ruch pojazdów. Ludzie zaczynali wysiadać z samochodów. Zbiegowisko wokół kierowcy ciężarówki powiększało się, a on za nic nie chciał wrócić do szoferki.
– Mówię wam, że na jezdni była dziewczyna, tu, tuż przede mną! – wrzeszczał. – I nagle zniknęła!
Ale Camille i Salim byli już daleko.

Nieco później przyjaciele usiedli na oparciu drewnianej ławki. Salim w jednej ręce trzymał ogromnego loda truskawkowego, a drugą podrzucał kolorową piłkę.
– Mimo wszystko sądzę, że masz tupet! – wykrzyknął. – Wybrać się do biblioteki, zamiast przyjść do szkoły...
– Nie przejmuj się, Salim, panuję nad sytuacją!
– Nie boisz się, że twoi rodzice dowiedzą się, że byłaś na wagarach?
– Po pierwsze to nie są moi rodzice, a poza tym dopóki przynoszę dobre oceny i zachowuję się poprawnie przy stole, zupełnie nie obchodzi ich, co robię. W dodatku, zapewniam cię, że nie wejdzie mi to w nawyk.
Camille ugryzła spory kęs rożka waniliowego. Skrzywiła się, czując zimno na szkliwie zębów, ale tak właśnie lubiła jeść lody, a nie lizać je koniuszkiem języka.
Salim właśnie skończył swojego loda. Zszedł z ławki i stanął naprzeciw Camille. Z kieszeni bluzy wyjął dwie dodatkowe piłki i zaczął żonglować najpierw dwiema rękami, następnie jedną.
– Widzisz, Ewilan, jaki kunszt? – pochwalił się. – Wieczorami ćwiczę z czterema piłkami, niedługo ci pokażę!
– Jak mnie nazwałeś?
Salim, zaskoczony jej tonem, upuścił piłki.
– Spokojnie, staruszko, tak jakoś mi się wyrwało – usprawiedliwił się z uśmiechem. – Nie ma się o co awanturować.
– Chcę po prostu, żebyś powtórzył, to, co powiedziałeś, Salim – nakazała ostro Camille. – Chyba jesteś w stanie przypomnieć sobie słowo, które przed sekundą wypowiedziałeś?
Chłopak popatrzył na przyjaciółkę dużymi, okrągłymi oczami. Camille nie żartowała, a takie zachowanie mocno kontrastowało z jej zazwyczaj zrównoważonym, pogodnym usposobieniem.
– Ewilan, nazwałem cię Ewilan. Pewnie wziąłem to z jakiegoś filmu albo komiksu, ale skoro tak na to reagujesz, drugi raz już tego nie powtórzę!
Camille obserwowała Salima przez kilka sekund. Słowa groźby potwora wciąż dzwoniły jej w uszach. Tak właśnie ją nazwał... Ewilan! Dlaczego Salim użył tego imienia, zaraz po tym, jak zostało wypowiedziane przez to stworzenie? Camille przeczesała ręką włosy.
– Wybacz mi, jestem trochę zdenerwowana, nie wiem, co mnie napadło...
Salim już miał sobie z niej zażartować, ale powstrzymał się, widząc przygnębioną minę dziewczyny.
– Chyba lepiej, żebym już wracała do domu – dodała. – Nie mam ochoty wysłuchać kazania za spóźnienie...
Para przyjaciół skierowała się do bramy wychodzącej na aleję. W pobliżu wyjścia, na oparciu jednej z ławek siedziało pięciu nastolatków. Kiedy Camille i Salim przechodzili obok, chłopcy obrzucili ich zaczepnymi spojrzeniami.
– Ej, czarnuchu, co to za babska fryzura?
Wyrostek, który się odezwał, był tyczkowaty, miał na sobie bezkształtny podkoszulek oraz spodnie za duże o trzy rozmiary.
Pozostali wybuchli złośliwym śmiechem.
Salim zignorował ich, ale Camille, oburzona, zwolniła.
Przyjaciel ujął ją za ramię i pociągnął za sobą. Oparła się.
– Boisz się, czarnuchu, że zjemy ci kumpelkę?
Camille otworzyła usta, żeby odpowiedzieć, ale Salim znowu pociągnął ją za sobą.
– Chodź – wyszeptał. – Nie ma sensu wdawać się w dyskusję.
– Ale...
– Chodź, mówię ci.
Za nimi rozległy się dalsze obelgi. Camille wcisnęła ręce do kieszeni.
– Co za banda debili z zaczadzonymi łbami! – rzuciła. – Dlaczego nie pozwoliłeś mi zamknąć im dziobów?
– Ponieważ tylko na to czekali; bo było ich więcej od nas i byli bardziej wyrośnięci, a także dlatego, że jestem przyzwyczajony to tego rodzaju głupstw – powiedział Salim, wzruszając ramionami.
Mówił spokojnym tonem, a jednak Camille wiedziała, że czuł się zraniony i zacisnęła zęby z bezsilności. Kiedy znaleźli się na szerokim chodniku biegnącym wzdłuż alei, odwróciła się w stronę parku.
W odległości dwudziestu metrów, pięciu wyrostków nadal siedzących na ławce, kierowało pod jej adresem serię wulgarnych gestów.
Camille zacisnęła pięści. Nienawidziła głupoty, zwłaszcza gdy – jak często się to zdarza – zabarwiona była złośliwością i tępotą. Zamknęła oczy, wyobrażając sobie pięciu imbecyli spadających z ławki i okrywających się śmiesznością.
Często stosowała tę metodę, kiedy coś skrajnie ją zirytowało. Liczni nauczyciele, nic o tym nie wiedząc, znaleźli się już w zwariowanej czy krępującej sytuacji, na łasce jej rozzłoszczonej wyobraźni.
Wyobrażała sobie mnóstwo drobnych szczegółów i z satysfakcją malowała wewnętrzny obraz, niezwykle precyzyjny, który uwalniał ją od złych emocji i pozwalał znowu się uśmiechnąć.
Tym razem przeszła samą siebie. Wymyślony przez nią obraz był tak prawdziwy, że omal nie wybuchła śmiechem.
Stojący obok Salim wzdrygnął się. Camille otworzyła oczy.
Ławka, na której siedziało pięciu chłopców, właśnie się przewróciła, a oni wpadli w trawę, tworząc wspaniałą plątaninę rąk i nóg.
– Jest sprawiedliwość na tym świecie! – ucieszył się Salim. – Widziałaś te ofermy?
Camille nie odpowiedziała. Poczuła lekki niepokój, jak gdyby sytuacja skrywała potencjalne niebezpieczeństwo...
– To naprawdę genialne! – ciągnął Salim. – Można by powiedzieć pięć wielkich, krowich łajn!
Camille uśmiechnęła się. Radość przyjaciela była zaraźliwa. Poklepała go jednak po ramieniu.
– Teraz już chodźmy, Salim. Nie będą tarzać się po ziemi cały wieczór, tylko po to, żeby cię rozśmieszyć!
Rzeczywiście, chłopcy powoli wstawali, bardziej poobijani, niż powinni być, po w sumie niegroźnym upadku. Dwóch kulało, a trzeci, krzywiąc się, macał się po żebrach.

Nieco dalej Camille i Salim rozstali się. Chłopak przeszedł na drugi brzeg rzeki, żeby wrócić na swoje osiedle. Camille z kolei szybkim krokiem skierowała się ku wieży romańskiej.
Minęła ją w chwili, gdy wielki zegar na szczycie wybijał sześć uderzeń.
Camille dobrze wiedziała, że rodzice oczekiwali od niej, by przestrzegała co do joty, nielicznych nakazów, jakie jej wydawali. Życzyli sobie między innymi, żeby zawsze wracała do domu przed osiemnastą. Kara, którą Camille na siebie ściągała, przekraczając wyznaczoną godzinę, różniła się w zależności od tego, o ile minut się spóźniła. Kwadrans pociągnie za sobą krótkie kazanie, co już teraz było jej obojętne.
Natomiast o wiele bardziej niepokoiło ją to, co właśnie jej się przytrafiło. Zdarzenie, którego była świadkiem, było identyczne z tym, co sobie wyobraziła, a to podobieństwo nie mogło być przypadkowe.
Od tego dzielił ją tylko krok do wniosku, że to ona była odpowiedzialna za przewrócenie się ławki, ale nie odważyła się go wyciągnąć.
– Spokojnie, dziewczyno – skarciła się – o ile mi wiadomo, nie masz dyplomu czarodziejki, a telekineza nie została jeszcze wynaleziona. Nie bujaj w obłokach.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2009-04-17 (1527 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej