Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Czyste dobro
 
Katalog - dodano
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

W paszczę Złodzieja Światła

Autor: Darkaraghel


 Był piękny złocisty świt. Szum niewielkiego wodospadu mieszał się z muzyką zbudzonego ptactwa, a wschodzące słońce rozlewało ciepłe świetliste kałuże po wystudzonych nocą skałach. Mogador Allantre przykucnął, wpatrując się w taflę kryształowego jeziorka i falujące w nim jego własne odbicie. Poranny zefir rozdmuchiwał drobinki perlistej wilgoci, które lekką mgiełką osiadały na jego posępnej, wręcz posągowej twarzy. Oblicze miał szorstkie i drapieżne. Pozbawionych wyrazu ust nie znaczył choćby ślad emocji, a mocno zaznaczony orli nos nadawał twarzy dumny, podniosły charakter. Hebanowa skóra, liczne rytualne blizny i błyszczące czernią meandry runicznych tatuaży zdawały się tętnić jakby własnym, złowróżbnym życiem. Wyłupione za młodu lewe oko, złożone w ofierze Setowi zastąpiono magicznym klejnotem o barwie obsydianu, który czasem w chwilach eskalacji klerycznych mocy właściciela nabierał barwy płonącego złota.
Mnich poprawił kaptur jakby chciał ukryć w jego czarnym jedwabiu swą twarz i zarazem całego siebie. Przymknął powieki, a przez jego niezmącone myśli przebiły się głosy i obrazy, budząc gorzki grymas na wiecznie niewzruszonym obliczu.

Najwyższy Inkwizytor Wężowego Oka, był kimś kogo bali się wszyscy i kimś kto zawsze pozostawał tajemnicą dla tych po których przyszedł. Najżarliwszy kapłan i perfekcyjny zabójca, niezmącony umysł i nadludzko wyszkolone ciało, a do tego moc magii Cienia, Szeptów i Śmierci przekazana w darze od samego Seta. Tym kimś był Mogador Allantre. Był nim jeszcze całkiem niedawno.
Przybyły z nikąd, jako jedyne ocalałe dziecko ze spustoszonej barbarzyńskiej wioski był sierotą z pustyni i nie posiadał niczego co mogłoby mu zapewnić dach nad głową i miskę strawy w stolicy takiej jak orientalny Xha’raddhir. Chłopca tak jak i wiele bezdomnych i sierot porwano pod osłoną nocy i zawleczono na postronkach niczym bydło do Katedry Krwi i Strachu jak zwano wówczas świątynie Węża. Jednej ofiary jednak nie złożono, młody czarnoskóry chłopiec z dumnym wzrokiem przemówił do zgromadzonych językiem znanym tylko wtajemniczonym i tegoż samego dnia jako żywy przykład naznaczonego łaską wybrańca został przyjęty w szeregi akolitów i oddany pod bezpośredni nadzór samego arcykapłana.
Odtąd każdy dzień był dla nowicjusza dniem żarliwej modlitwy, kontemplacji i ćwiczeń. Dniem gdzie z radością ducha i poczuciem wypełniającego się przeznaczenia spełniał swe powołanie i tak było przez blisko trzydzieści lat. Trzydzieści długich mierzonych kalendarzem ludzi lat, zawierało w każdym z osobna czterysta siedemdziesiąt trzy dni, a w każdym z tych dni nic nie płonęło jaśniej niż ogień prawdziwej wiary w sercu Mogadora. W owym czasie był już dorosłym i gruntownie wykształconym mężczyzną, a mierząc ponad dwa metry i dziesięć centymetrów wzrostu był monumentem siły i symbolem strachu jakże przydatnym w czekających go misjach.
Każde zadanie spełniał z fanatycznym oddaniem i niezrównaną precyzją, jego możliwości zdawały się być nieograniczone i wtedy to podjęto decyzję o jego ostatecznej próbie., od wieków bowiem tytuł Mrocznego Kardynała oczekiwał na tego kto okaże się godny łaski wężowego Boga. Najwyższy kapłan Seta, przełożony wszystkich świątyń, Głos i Ręka Seta na ziemi, Półbóg. Od setek lat oczekiwano więc na legendę, która przybędzie w glorii nocy i zdoła zgasić słońce, po to by mógł nastać wieczny mrok.
Mogador czuł się wybrańcem i to przeświadczenie zamieniało go w fanatyczną maszynę zdolną sprostać niemożliwości i gotową na każde poświęcenie. Jeszcze wtedy tak właśnie było… .

Vellerus Nekhtere arcykapłan zwany „Ustami Seta”, był jedyną osobą której poleceń musiałby wysłuchać choć jakże rzadko zdarzało się by ktoś rozkazywał Mogadorowi. Wtedy jednak tak się właśnie zdarzyło.
Usta Seta, mimo iż przez większość czasu dryfował po królestwach marzeń, wizji i snów teraz mówił dość jasno i precyzyjnie. Mogador miał odnaleźć relikwię należącą do jego kościoła. Święty przedmiot zaginął wieki temu, a jego mroczny blask i siła byłą potrzebna wyznawcom. Zadanie było proste, odnaleźć zapomnianą świątynie zapomnianego smoczego kultu, który niegdyś podczas wojny ras ze smoczymi królestwami podstępnie najechał ziemię należące do kościoła Seta i skradł bezcenną relikwię. Wiadomo było, że artefakt skryto gdzieś na wydmach Pustyni Łez, miejsca gdzie dni są piekłem, a noce potrafią zmrozić najgorętszą krew. Cóż to jednak znaczyło dla Inkwizytora, który dla swego Boga uczyniłby wszystko, bo wtedy tak właśnie by postąpił. Jeszcze wtedy… .


***


Durgar Krull był już mocno wstawiony. Siedział przy karczemnym stole i z głupawą miną wydłubywał kozy z nosa wycierając je o poplamiony winem kaftan. Małe, przekrwione z braku snu oczka zmieniały się w wąskie kreski nad spasionymi policzkami. Długie rude włosy spięte wysoko w kuc, zwisały luźnym ogonem sięgając daleko za połowę atletycznych pleców. Włosy te, jak i pleciona na krasnoludzką modłę w warkoczyki broda rzadko obcowała z mydłem, a nader często z powidłem i wieloma innymi resztkami pokarmów które Durgar po prostu kochał. Olbrzymi tors mógłby należeć nawet i do samego mistrza gladiatorów gdyby nie pokrywała go tak kolosalna warstwa tłuszczu, który fałdami układał się w opasające tułów zwały.
Mimo to Durgar dbał o swój wizerunek prawdziwego barbarzyńcy. Klatkę zawsze nawet i teraz nacierał dla połysku błyszczącą oliwką. To że było jej daleko do tych jakimi smarowali swe ciała baśniowi herosi, a jakże blisko do tej kuchennej wielokrotnie używanej do obsmażania mięsa lub nasączania pochodni było dużo mniej istotne. Grunt że wyglądał okazale. Szkoda że głównie w swoim własnym mniemaniu, aczkolwiek wciąż okazale.
Jako mierzący ponad dwa metry i trzydzieści centymetrów ogre przepasany lamparcią skórą i noszący ze sobą ogromny dwuręczny miecz mógł sprawiać wrażenie kolosa zdolnego skręcić kark bawołu tak łatwo jak i przeciąć go na dwoje jednym machnięciem swojego oręża. Każdy kto by tak pomyślał bardzo minął by się z prawdą.
Durgar nie znosił się bić, do tego zupełnie nie umiał. Już od najmłodszych lat zdradzał budzące troskę przywódcy szczepu zainteresowania. Podczas gdy jego pobratymcy trenowali w dziczy sztukę zabijania wszystkiego co żyje za pomocą ogromnej maczugi, jego ciągnęło go do miast, karczm, wina, tańca i śpiewu. Widok krwi przyprawiał Durgara o zawroty głowy i mdłości, a zrodzony z iście gołębim sercem był zawsze ostatnim kto mógłby kogoś skrzywdzić. Pod płaszczykiem ogromnej postury i skradzionego przywódcy dwuręcznego miecza skrzętnie skrywał swą największą słabość – tchórzostwo.
Kilka lat wstecz podróżująca przez płomienne miasto Ignagaar elfia piękność Ellenae, widząc ogromny zapał Durgara do sztuki trubadurskiej zdecydowała nauczyć go nieco o tej profesji. Ogre chłonął ciałem i duszą każdą nutę i pieśń i choć jego śpiew przypominał ryk rannego bawołu, a niezdarne łapska nie potrafiły się obchodzić z żadnym instrumentem (te bowiem wymagały finezji), to jego patronka nie mogła mu odmówić poświęcenia. Tylko dlatego została z nim tak długo, sama będąc pod wrażeniem determinacji swego ogrowego ucznia. Ona to podarowała mu jego pierwszy i jedyny instrument. Stanowił on jedną z najcenniejszych rzeczy Durgara, a była nią zdobna elficka mandolina.

Wnętrze karczmy pustoszało, a odchodzący goście zostawiali po sobie smród alkoholowych wyziewów i spoconych ciał, który mieszał się ze swądem oliwy przypalanej w kuchni. Kis zwany winem jaki tu serwowano zalatywał utopionym szczurem i wyraźną nutą pleśni, ale to akurat odpowiadało tutejszej klienteli. Karczma „Pod Czerwonym Psem” była jedną z najtańszych i zarazem najgorszych nor gdzie wyśmienicie czuł się miejscowy margines. Podawano tu najgorsze jadło po którym łatwo było o zatrucie i trunki równie podłej jakości, ale tak jak i noclegi wśród pcheł i niepewności przebudzenia bez noża pod żebrem miały jeden ogromny plus. Były tanie. Bardzo, bardzo tanie. Tak tanie, że nawet Durgar Krull i jego banda mogła sobie tutaj pohulać.

Ogre – artysta z wielką niechęcią zwlókł się z wygodnego zydla i z ponurą miną jakby szedł na ścięcie, skierował się krętymi schodami na górę do apartamentów.
W zapyziałym i nie wietrzonym pokoju trwała burza mózgów. Trzy postacie wlepiały nosy w rozłożoną na stole mapę, gardłując na temat „najlepszej drogi do skarbu”. Każdy z osobna oczywiście miał własny i o dziwo jedyny słuszny punkt widzenia na tę sprawę. Najgłośniejszy jednak z całej trójki był rachityczny, garbaty gnom o skundlonych czarnych włosach o chochlikowatych ślepkach. Bez przerwy przechadzał się wkoło stołu lekko utykając na prawą nogę, i głaskał się po wydatnie wzdętym bebechu zabawnie skrzecząc swym chłopięcym głosikiem. Gormak Rufus Aremer, bo tak nazywał podający się za mieszczanina gnom, był miejscowym złodziejaszkiem i kanalią gotową zapakować kosę w bebechy każdemu jeśli tylko mógłby z tego wyciągnąć jakieś osobiste korzyści.
- Ruiny te być na północny wschód. – Wycharczał gardłowym głosem Myrloh. – Ja tam być, to złe miejsce i zły duch. Dżungla zjeść nasze serca i więcej nie oddać. – Chwycił szponiastymi dłońmi kawałek pergaminu na którym skreślono mapę i postukał w nią pazurem.
- To być na pewno w Dolina Cieni. – Odłożył mapę i wyprostował się. Żaden hobgoblin nie grzeszy urodą ale Myrloh należał do tych najpaskudniejszych. Ostre, głęboko osadzone czerwone ślepia, uniesione kości policzkowe, łysy jajowaty łeb i wielkie spiczaste uszy upodabniały go do diabła, którym z powodzeniem straszy się małe elfie dzieci. Skórę miał czarną jak węgiel, a z pyska sterczały dwie śnieżnobiałe prawie dotykające oczu szable. Nosił się na typowo plemienną i zabobonną modłę. Przepasany skórami własnoręcznie zabitych zwierząt, obwieszony gradem talizmanów i koralików bardziej przypominał ucznia szamana niż wytrawnego łowcę, za którego się z resztą uważał. Sterczące uszy poprzekłuwane były mnóstwem świecidełek, a z nosa wystawała zakrzywiona kość jakiegoś zwierza, którą ubarwił tandetnymi farbkami.
Najmniej odzywał się Vorth. Dziecko rasy mieszanej było owocem nagłej miłości między najeżdżającą wioskę bandą olbrzymów z pustyni Łez, a ludzką kobietą która nie miała w wypadku tego nagłego przypływu uczuć zbyt wiele do powiedzenia. Ogromna zwalista sylwetka i tępy wyraz twarzy idealnie komponowały się z dziesiątkami więziennych tatuaży które to zdobył jako wieloletni bywalec lochów pod basztą Czterech Gargulców – najpodlejszego więzienia dla największych wykolejeńców w tym mieście.

Durgar, umęczony cała nocą porykiwania do mandoliny i picia z przekupnymi gwardzistami z „gargulców”, sążniście beknął i ostentacyjnie rzucił się w barłóg z przepoconą pościelą, pragnąc zaznać nieco wypoczynku przed zbliżającą się wyprawą.
Pod zamroczone winem powieki sen wkradł się łatwo i szybko, rozmywając tonące w tle odgłosy cichych rozmów i gardłowych kłótni. Nim zasnął, przez brodatą twarz przemknął chochlikowaty uśmieszek zwiastujący jakiegoś przykrego psikusa, którego sidła już zostały zastawione.

Zbudził go świdrujący w głowie skrzek. To był doprowadzony do furii tubalny głos małego gnoma, który zbliżał się temperatury wrzenia. Ogre leniwie podniósł jedną powiekę by broń boże nie tracić rozkosznego sennego otępienia i spojrzał przez rozchylone okiennice. Dochodziło południe. Radośnie zachichotał i nakrył głowę pierzyną.
Podczas gdy jego rozjuszona drużyna próbowała dojść jakim cudem karczmarz zamiast zbudzić ich o świcie uczynił to dopiero w południe, Durgar w myślach powrócił do wydarzeń wczorajszego wieczora…









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2009-04-21 (1756 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej