Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Angelologia
 
Katalog - dodano
 Cień i kość (wyd.MAG)
- Leigh Bardugo
 Oblężenie i nawałnica
- Leigh Bardugo
 Zniszczenie i odnowa
- Leigh Bardugo
 Fałszywy Pieśniarz
- Martyna Raduchowska
 Opowieści o duchach
- Jim Butcher
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Szrama - Marina i Siergiej Diaczenko

Prolog


Skądś się pojawił i dokądś zmierza. Wędruje po świecie, jak wędrują po niebie gwiazdozbiory. Tuła się po zakurzonych drogach i tylko cień podąża jego śladem.
Powiadają, że posiadł wielką moc… lecz owa moc jest nie z tego świata. Nawet magowie się go wystrzegają albo też nie mają nad nim władzy. Ten, kto stanie mu na drodze z wyroku losu lub bezmyślności, będzie przeklinał dzień, w którym doszło do owego spotkania…
Nieznane są jego zamiary, gdyż czasem potrafi obdarować wybranych. Cały świat zdaje się mu służyć jak wierny pies.
Górskie szczyty, kamieniste morskie wybrzeża, pagórki i szczeliny, pola… skrywają jego tajemnicę przed ludźmi.
Lasy i pogórza, wybrzeża i równiny, ścieżki i szerokie trakty…
Powiadają, że będzie tak tułać się przez wieczność. Strzeżcie się spotkać go na tłumnym jarmarku… lub w norze pustelnika, ponieważ może być wszędzie…
Czy na progu twojego domu nie stanęła jeszcze noga Tułacza?

Część pierwsza
EGERT
Rozdział 1

Ściany zatłoczonej tawerny aż się trzęsły od pijackiego gwaru. Po rozlicznych toastach, serii tłustych dowcipów i wesołych przepychankach nadszedł czas tańców na stole. Tańczono z parą posługaczek. Czerwone na liczkach, zmęczone, lecz trzeźwe po długiej służbie, były jednak oszołomione blaskiem epoletów, guzików, naszywek oraz gorących spojrzeń, wyłaziły zatem ze skóry, byle tylko dogodzić panom gwardzistom.
Kielichy i dzbany spadały z łoskotem na podłogę, srebrne widelce dziwacznie się wyginały, przydeptane ciężkim obcasem. W górze, niczym talia kart w dłoniach szulera, wirowały szerokie spódnice, aż szumiało w uszach. Karczmarka, mądra, wychudła staruszka, przesiadywała w kuchni i bardzo rzadko wysuwała nos ze swojej kryjówki. Wiedziała, stara szachrajka, że nie ma powodu do niepokoju, że gwardziści są bogaci i szczodrzy, straty zwrócą się z nawiązką, a popularność jej przybytku wzrośnie po stokroć…
Tańce zmęczyły w końcu hulaków. Hałas trochę przycichł, a zasapane posługaczki, poprawiwszy naprędce rozchełstaną odzież, napełniły winem ocalałe dzbany i przyniosły z kuchni nowe kielichy. Trochę się przy tym opamiętały, więc wstydliwie spuszczały oczęta, zastanawiając się zapewne, czy nie pozwoliły sobie wcześniej na zbyt wiele. W duszy każdej z nich kryła się niejasna nadzieja przeżycia czegoś niezwykłego. Za każdym razem, gdy zakurzony wojskowy but dotykał niby przypadkiem małej nóżki, owa nadzieja zalewała rumieńcem policzki i delikatne szyje.
Dziewczęta zwały się Ita i Feta, co sprawiało, że klienci bezustannie mylili ich imiona. Swoją drogą, większość gości ledwie już władała językiem, toteż nie była w stanie prawić im komplementów. Namiętne spojrzenia przygasły, a wraz z nimi dziewczęca nadzieja na niezwykłe przeżycie… Nagle w drewnianą framugę nad głową Ity wbiło się ostrze ciężkiego, bojowego kindżału.
Natychmiast zrobiło się cicho. Nawet karczmarka wychyliła z kuchni zaniepokojone, pobladłe oblicze. Hulacy rozglądali się w niemym zdziwieniu, jakby spodziewali się ujrzeć na zakopconej powale groźne Widziadło Łasza. Ita otworzyła szeroko usta i zrozumiawszy po chwili, co się stało, upuściła na podłogę pusty dzbanek.
W napiętej ciszy rozległy się łoskot przewracanego na podłogę, ciężkiego krzesła, potem chrzęst deptanych skorup rozbitego dzbana. Ktoś zbliżył się powoli do dziewczyny. U pasa miał pustą pochwę od kindżału. Wyrwał groźne ostrze z framugi, a z ciężkiego mieszka wydobył złotą monetę.
- Trzymaj, ślicznotko… Chcesz jeszcze?
W tawernie znowu rozległy się krzyki i śmiechy. Ci z gwardzistów, którzy byli jeszcze w stanie podnieść się z siedzeń, wesoło poklepywali jeden drugiego po plecach i ramionach, ciesząc się figlem swego towarzysza.
- Nie ma jak Soll! Brawo, Egert! Trafił w dziesiątkę! Spróbuj jeszcze raz!
Właściciel kindżału uśmiechnął się szeroko. Kiedy się tak uśmiechał, przy samych wargach na prawym policzku tworzyła się niewielka bruzda. Ita nie mogła od niej oderwać oczu.
- No, co też pan, Egercie… Jak tak można, panie…
- Co, wystraszyłem cię? – zapytał niezbyt głośno porucznik Egert Soll.
Spojrzenie jego jasnoniebieskich oczu wywołało gęsią skórkę u nieszczęsnej dzieweczki.
- Ależ…
- Stań plecami do drzwi.
- Ależ… panie Egercie… dużo pan wypił…
- Co, nie ufasz mi?!
Ita zatrzepotała gęstymi rzęsami. Gapie wchodzili na stoły, żeby lepiej wszystko zobaczyć. Najbardziej pijani wytrzeźwieli wobec nowego widowiska. Trochę zaniepokojona oberżystka zastygła w kuchennych drzwiach, za białą zasłoną.
Egert zwrócił się do kolegów.
- Noże! Kindżały! Wszystko, co macie!
W ciągu minuty był uzbrojony niczym jeż w swoje kolce.
- Jesteś pijany, Egercie – wycedził, jakby mimochodem, drugi porucznik o imieniu Dron.
Z gromady hulaków wyskoczył śniady młodzik.
- A co on tam wypił?! Parę kropel… Po czym ma być pijany?
Soll zaśmiał się.
- Masz rację! Feta, podaj wina!
Feta posłuchała. Czyniła wszystko machinalnie, jako że nie mieściło się jej w głowie, by sprzeciwić się życzeniu gościa.
- Ale… - wymamrotała Ita, patrząc, jak do gardła oficera spływa szemrzący winny potok.
- Ani słowa – wykrztusił tamten, ocierając usta. – Odsuńcie się wszyscy.
- On jest pijany! – zawołał ktoś z tylnych rzędów obserwatorów. – Jeszcze uszkodzi dziewczynę, głupcy!
Nastąpiła krótka szamotanina, w wyniku której krzykacz zmienił zdanie.
- Za każdy rzut… moneta – wyjaśnił Egert dziewczynie. – Jeden rzut, jedna moneta… Stój spokojnie!
Dziewczyna, usiłująca odsunąć się od dębowych drzwi, ze strachem wróciła na poprzednie miejsce.
- Raz, dwa…
Soll wydobył ze stosu oręża pierwszy z brzegu nóż.
- Nie, to będzie nudne… Karwer!
Śniady młodzik zjawił się na zawołanie.
- Świece… Daj jej dwie do rąk i umieść trzecią na głowie.
- Nie! – zapłakała dziewczyna.
Całkowitą ciszę mąciło tylko co pewien czas jej żałosne szlochanie.
- A może tak – podjął oficer, jakby olśniła go nagła myśl – jeden rzut, jeden całus…
Ita uniosła na niego załzawione oczy. To wystarczyło, by wtrąciła się druga z dziewcząt.
- Lepiej ja to zrobię!
Feta odepchnęła koleżankę, stanęła pod drzwiami i wzięła gorejące świeczki z rąk chichoczącego Karwera.
Ostrza ścięły chwiejne płomyki dziesięć razy, dwa razy wbiły się w drewno tuż nad główką dziewki, trzykrotnie minęły jej skroń na grubość palca. Porucznik Egert Soll całował piętnasty raz zwykłą posługaczkę, Fetę.
Widzieli to wszyscy oprócz Ity, która uciekła z płaczem do kuchni. Źrenice Fety zamgliły się, kiedy zręczne dłonie oficera spoczęły na jej talii. Karczmarka obserwowała to z wyrozumiałym smutkiem. Dziewczynę owładnęła namiętność. Rozochocony Soll zawiódł służącą do jej izdebki, odprowadzany zawistnymi, lecz pełnymi podziwu spojrzeniami.
Dawno minęła północ i w zasadzie było już nad ranem, gdy wesoła kompania opuściła nareszcie gościnny przybytek. Dron powiedział do zataczającego się przed nim Egerta:
- Wszystkie matki w okolicy straszą córki porucznikiem Sollem, ty łotrze!
Ktoś obok się zaśmiał.
- Kupiec Wapa… No, ten bogacz, który kupił pusty dom na wybrzeżu… Niedawno przywiózł sobie z przedmieścia młodą żonkę. I co myślicie? Już się dowiedział… Nie znacie dnia ani godziny, gdy w pobliżu gwardzista Soll!
Wszyscy wokół chichotali, tylko Karwer spochmurniał na wspomnienie młodej kupcowej.
- No myślę – rzucił przez zęby. – Ktoś nagadał głupot kupcowi, a ten teraz oka nie zmruży i ciągle pilnuje żony…
Potrząsnął głową z irytacją. Najwidoczniej piękna kupcowa nie od dzisiaj zajmowała jego myśli, a zazdrosny mąż wielce utrudniał sprawę swoją czujnością.
Egert zatrzymał się chwiejnie. Błogie rozmarzenie na jego twarzy ustąpiło miejsca ciekawości.
- Nie łżesz?
- Czemu miałbym łgać – odparł młodzik niechętnie, widocznie ta rozmowa była mu nie na rękę.
Reszta kompanów stanęła wokół, pomrukując z zainteresowaniem.
Egert wydobył z pochwy swą słynną, cudnie zdobioną szpadę i unosząc cienkie ostrze, rzekł triumfalnie:
- Przysięgam, że kupiec nie uchroni się od zarazy, ognia ani od…
Ostatnie słowa utonęły w kolejnym wybuchu śmiechu. Karwer skrzywił się ponuro i nisko pochylił głowę.

Sławetny gród Kawarren był równie starożytny, jak i wojowniczy. W żadnym innym mieście nie mieszkało tylu wspaniałych potomków wielkich dynastii i w żadnym innym nie dojrzewało tyle owoców prastarych drzew genealogicznych. Nigdzie bardziej niż tu nie ceniono odwagi i umiejętności władania bronią. Z ową walecznością mogła się jedynie równać umiejętność tresury bojowych dzików.
Każdy dom w tym mieście mógł w razie konieczności wytrzymać atak licznego wojska, tak mocne były jego mury, tak niedostępne wąskie okna, tak wiele stalowych kolców sterczało z bram i drzwi. W każdej piwnicy znajdował się cały arsenał wszelakiej broni, a nad dachami dumnie falowały na wietrze przyozdobione frędzlami rodowe godła. Każdą bramę zdobił herb, którego sam widok z pewnością skłoniłby napastników, by wzięli nogi za pas. Najeżone kłami i pazurami, błyskały groźnie źrenicami i wściekle wyszczerzonymi paszczami heraldycznych bestii. Cały gród otaczały potężne mury, bramy zaś ozdobione były tak srogimi atrybutami, że nawet wielki Hars Opiekun Wojowników straciłby głowę albo uciekał gdzie pieprz rośnie.
Przede wszystkim jednak Kawarren szczycił się swoim elitarnym pułkiem gwardii. Kiedy tylko jakaś szanująca się rodzina wydała męskiego potomka, natychmiast starała się, by malec, podobnie jak jego ojciec, zasilił szeregi gwardzistów. Każde oficjalne święto uświetniała parada wojskowa, na co dzień zaś spokoju na ulicach strzegły wojskowe patrole. Karczmy się zapełniały, matki srogo napominały córki, od czasu do czasu dochodziło także do pojedynków, o których potem długo opowiadano z zachwytem.
Gwardziści wsławili się zresztą nie tylko pijatykami i przygodami. W historii pułku były także zwycięstwa w krwawych zmaganiach, które wszakże należały do odległej przeszłości. Obecni gwardziści, potomkowie dawnych bohaterów, niejednokrotnie przejawiali swe męstwo w potyczkach z dobrze uzbrojonymi bandami zbójców, grasujących od czasu do czasu w okolicznych lasach. Wszyscy ważni mieszkańcy miasta przepędzili młodość w siodle i z orężem w dłoni.
Najstraszniejszym wydarzeniem w dziejach miasta nie były jednak wojny, czy oblężenia, lecz Czarny Mór, który zdarzył się przed dziesiątkami lat i w ciągu trzech dni zmniejszył liczbę ludności niemal o połowę. Przeciwko zarazie potężne mury, umocnienia i stalowe ostrza okazały się całkiem bezsilne. Ci starcy, którzy przeżyli ową plagę w dzieciństwie, opowiadali o niej wnukom przerażające historie. Biednym dzieciakom mogłoby się od nich pomieszać w głowie, gdyby nie cudowna umiejętność młodości wypuszczania jednym uchem tego, co usłyszało się drugim.
Egert Soll był nieodrodnym synem Kawarrenu i uosobieniem jego waleczności. Gdyby zginął w wieku swoich dwudziestu pięciu lat, mógłby stać się duchem miasta, jednakże w jego urodziwej, jasnowłosej głowie nie postała nawet myśl o śmierci.
Właściwie młodzieniec w ogóle nie wierzył w jej istnienie w stosunku do siebie. W końcu zdołał zabić w pojedynkach dwóch ludzi! Oba zdarzenia cieszyły się wielkim rozgłosem, przy czym podkreślano, że owe sprawy odbyły się honorowo i z zachowaniem wszelkich prawideł, toteż o poruczniku mówiło się z wielkim szacunkiem i nikt nie próbował go osądzać. Opowieści o tych potyczkach, w których przeciwnicy Solla odnieśli rany i okaleczenia, stanowiły pouczający przykład dla dorastających młodzików.
Od pewnego czasu Egert pojedynkował się coraz rzadziej, nie dlatego bynajmniej, jakoby opuściło go bojowe szczęście, lecz coraz mniej było ewentualnych kandydatów, gotowych wystawić się na sztych jego rodowej szpady. Soll był samozwańczym mistrzem szermierki. Kiedy trzynaście lat temu zamiast dziecięcej szabelki jego ojciec wręczył mu uroczyście rodową relikwię z kunsztownie rzeźbioną rękojeścią, stała się ona dla niego główną radością życia.
Nic zatem dziwnego, że nie miał żadnych wrogów, co w pewnym stopniu równoważył nadmiar przyjaciół. Mógł ich napotkać w każdej tawernie i ciągle deptali mu po piętach, stając się świadkami i uczestnikami jego szalonych zabaw.
Uwielbiając wszelkiego rodzaju niebezpieczeństwa, najlepiej się czuł, stąpając bezustannie na ostrzu brzytwy. Pewnego razu, wskutek zakładu, wszedł po zewnętrznej ścianie na szczyt wieży strażackiej, najwyższej w całym mieście, po czym trzykrotnie uderzył w dzwon, wywołując tym spory popłoch. Porucznik Dron, który się z nim założył, musiał pocałować w same usta pierwszą napotkaną damę. Okazała się starą panną i ciotką burmistrza, co wywołało niemały skandal!
Innym razem pokonał gwardzistę o imieniu Lagan. Tenże przegrał zakład, gdy Soll na oczach wszystkich osiodłał ogromnego buhaja, całkiem osłupiałego od takiej bezczelności. Zaciskając w zębach końską uzdę, nieszczęsny Lagan dźwigał zwycięzcę od miejskiej bramy aż do jego domu.
Najwięcej ze wszystkich dostało się jednak Karwerowi.
Byli nierozłączni od dzieciństwa. Karwer lgnął do Egerta i był do niego przywiązany jak młodszy brat. Niezbyt urodziwy, ale też nie pokraka, niezbyt silny, ale i nie najsłabszy, chłopak zawsze przegrywał w porównaniu ze swym idolem, zarazem grzejąc się w blasku jego sławy. Od małego starał się zasłużyć na miano najlepszego przyjaciela tak ważnej osobistości, znosząc czasem rozmaite poniżenia i złośliwości.
Gorąco pragnął być taki, jak Soll, przejmując bezwiednie styl jego zachowania, a nawet sposób mówienia. Nauczył się pływać i chodzić po linie i tylko niebiosa wiedziały, czego jeszcze mu brakło… Nauczył śmiać się w głos, gdy zdarzyło mu się poślizgnąć w kałuży, i nie płakał, kiedy rzucony przez druha kamyk pozostawiał siniak na ramieniu albo kolanie. Wspaniałomyślny przyjaciel cenił jego poświęcenie i na swój sposób lubił Karwera, co nie przeszkadzało mu zapominać o jego istnieniu, gdy nie widział go cały dzień. Pewnego razu czternastoletni Karwer zrobił swego rodzaju eksperyment. Twierdząc, że jest chory, cały tydzień nie zjawiał się w gronie przyjaciół, przesiadując w domu i czekając w napięciu, kiedy Soll sobie o nim przypomni. Nie przypomniał sobie jednak, zbyt zajęty rozlicznymi rozrywkami, zabawami i piknikami. Naturalnie nie miał pojęcia, że chłopak przesiedział w milczeniu siedem dni u okna swego dobrowolnego więzienia, pogardzając sam sobą i łykając łzy goryczy. Cierpiąc w samotności, przysięgał sobie zerwać na zawsze z Egertem, potem jednak sam przyszedł do niego i był przyjęty z tak niespodziewaną radością, iż całkiem zapomniał przysięgi…
Niewiele zmieniło się, kiedy obaj podrośli. Nieśmiały Karwer nie miał szczęścia do miłosnych podbojów, tym bardziej, że Egert bezustannie zdmuchiwał mu sprzed nosa najładniejsze miejscowe dziewczęta. Cierpiał zatem w milczeniu, utwierdzając się w swym poświęceniu w imię przyjaźni.
Egert oczekiwał od otaczających go kolegów takiej samej odwagi, jaką sam dysponował, wyśmiewał zatem tych, którzy nie spełniali jego oczekiwań. Szczególnie Karwerowi było z tym ciężko. Pewnej późnej jesieni, kiedy opływająca miasto rzeka Kawa pokryła się pierwszym lodem, oficer zaproponował zawody, kto szybciej przebiegnie po cienkiej warstwie od brzegu do brzegu. Wszyscy przyjaciele gwałtownie wtedy zachorowali, tak więc tylko Karwer, który był jak zwykle u boku idola, został poczęstowany pogardliwym spojrzeniem i tak zjadliwym słowem, że zarumienił się po czubki uszu. Niemal z płaczem zgodził się na warunki stawiane przez przyjaciela.
Oczywiście Egert był wyższy i cięższy, a jednak bezpiecznie prześliznął się po lodzie na przeciwległy brzeg tak gładko, że skryte w ciemnej głębinie ryby pootwierały szeroko pyszczki ze zdumienia. Oczywiście Karwer wystraszył się w decydującym momencie i zapadł z łoskotem pękającego lodu w mroczną głębię niczym Gwiazda Piołun. Dał tym samym możność, aby przyjaciel go wyratował z opresji i zebrał kolejne laury.
Najciekawsze, że był autentycznie wdzięczny Egertowi za wyciągnięcie go z lodowatej wody…
Matki dorastających córek drżały na samo wspomnienie porucznika Solla, podczas gdy ojcowie stawiali go swym dojrzewającym synom za wzór. Rogacze zasępiali się, spotykając go przypadkiem na ulicy, a mimo to uprzejmie go pozdrawiali. Burmistrz wybaczał mu czynione w mieście burdy i figle, puszczając mimo uszu skargi zanoszone na niego, tym bardziej, że wciąż pamiętne było zdarzenie podczas walk dzików.
Ojciec Solla, jak większość mieszkańców Kawarrenu, hodował dziki bojowe, co uważano powszechnie za godne podziwu zajęcie. Czarne dziki Sollów były wyjątkowo zajadłe i niebezpieczne, mogły z nimi konkurować jedynie szaro-pasiaste, należące do burmistrza. Na każdych zawodach owi odwieczni konkurenci spotykali się w finale. Walki toczyły się ze zmiennym szczęściem, dopóki pewnego pogodnego letniego dnia szaro-pasiasty czempion zwany Ryk nie wściekł się na arenie.
Rozpłatał kłami brzuch swemu przeciwnikowi, czarnemu, potężnemu Harsowi, potem zaś rzucił się szaleńczo na publiczność. Pasiasty pobratymiec, który stanął mu przypadkowo na drodze, nie zatrzymał go na długo i także padł z rozoranym kałdunem. Burmistrz, który tradycyjnie zasiadał wraz z rodziną w pierwszym rzędzie, zdążył tylko krzyknąć rozpaczliwie i chwyciwszy żonę za ramię, wskoczyć wraz z nią na obite aksamitem siedzenia.
Nikt nie wie, czym mógłby się zakończyć ów krwawy dramat. Bardzo możliwe, że większość widzów z burmistrzem na czele podzieliłaby los nieszczęsnego Harsa, skoro Ryk uznał najwidoczniej, że nadszedł dzień pomsty na ludziach. Pomylił się jednak, biedaczek, gdyż był to szczęśliwy dzień dla Solla, który zjawił się w centrum wydarzenia szybciej, nim publika z ostatnich rzędów zdążyła zrozumieć, co się stało.
Egert wykrzykiwał w stronę zwierzęcia same obraźliwe, w jego pojęciu, słowa. W lewej ręce wirowała oślepiająco błyszcząca tkanina, jak się później okazało, narzutka jednej z ekstrawaganckich dam, którą wcześniej okrywała nagie ramiona. Ryk zatrzymał się chwilę i jedna sekunda starczyła, żeby nieustraszony młodzieniec podskoczył bliżej i wraził pod łopatkę oszalałego zwierza ostrze wygranego kiedyś w zakładzie kindżału.
Wstrząśnięty burmistrz ofiarował rodowi Sollów wspaniały dar: wszystkie szaro-pasiaste dziki, które padły w walkach, zostały upieczone i zjedzone podczas wielkiej uczty, jakkolwiek ich mięso okazało się twarde i żylaste. Egert zasiadał na szczycie stołu. Jego ojciec ocierał łzy szczęścia: czarni czempioni Sollów od tej chwili nie będą mieli sobie równych! Nadchodząca starość jawiła się głowie rodu w różowych barwach, skoro miał najlepszego z synów.
Matka Egerta nie uczestniczyła w biesiadzie. Często chorowała i nie lubiła tłumnych zgromadzeń. Silna niegdyś i zdrowa kobieta, zaczęła tracić siły od momentu, kiedy jej syn zabił pierwszego człowieka w pojedynku. Nie przyszło mu nawet do głowy, że matka go unika, a nawet wręcz obawia. Zresztą starał się uodpornić swój umysł na wszelkie dziwne lub niewygodne myśli.

Jasnym, słonecznym dniem, a był to pierwszy dzień wiosny, kupcowi Wapie, przechadzającemu się pod rękę z małżonką po nadbrzeżu, zdarzyło się zawrzeć sympatyczną znajomość.
Nowym znajomym, który wydał się mieszczuchowi nadzwyczaj miłym człowiekiem, był, jak się łatwo domyślić, pan Karwer Ott. Znamienne wydawało się, że młody gwardzista przechadzał się w towarzystwie siostry, nadzwyczaj rosłej dziewoi z wydatną piersią i skromnie spuszczonymi szaroniebieskimi oczkami.
Panna zwała się Bertina. Spacerowali odtąd we czwórkę: Karwer ramię w ramię z Wapą, Bertina obok prześlicznej Seni, młodej małżonki kupca, tam i z powrotem po bulwarze.
Kupiec był jednocześnie zdumiony i zaskoczony: po raz pierwszy jeden z tych „przeklętych arystokratów”, zwrócił na niego uprzejmą uwagę. Senia zerkała spod oka na młodzieńcze lico Karwera i prędko opuszczała powieki, jakby bojąc się srogiej kary za każde zakazane spojrzenie.
Minęli grupę gwardzistów, malowniczo rozmieszczonych przy balustradzie. Senia rzuciła w ich stronę wystraszone spojrzenie, zauważając od razu, że młodzieńcy nie weselili się jak zwykle, lecz odwróceni jak na komendę w stronę rzeki zatykali usta dłońmi i dziwnie się trzęśli, jakby jednocześnie dopadła ich gorączka.
- Co się z nimi dzieje? – zapytała ze zdziwieniem Bertiny.
Tamta pokręciła jedynie ze smutkiem głową i wzruszyła ramionami.
Popatrując z niepokojem na siostrę i kupcową, Karwer czym prędzej zaszeptał:
- Ach, wierzcie mi, w mieście, gdzie od dawna panuje totalna demoralizacja… Bertina jest niewinną dziewczyną i bardzo trudno znaleźć jej godną zaufania przyjaciółkę, która nie wywierałaby na nią zgubnego wpływu… Jak dobrze byłoby, gdyby tak moja siostra mogła zaprzyjaźnić się z panią Senią!
Ostatnim słowom towarzyszyło ciężkie westchnienie.
Cała czwórka zawróciła i ruszyła z powrotem. Ubyło gwardzistów przy balustradzie, ci zaś, którzy pozostali, patrzyli uporczywie na rzekę, jeden zaś siedział na jezdni i cicho szlochał.
- Jak zwykle pijani – stwierdził karcąco Karwer.
Siedzący podniósł nań mętne źrenice i po chwili zgiął się wpół, nie będąc w stanie opanować wstrząsającego jego brzuchem rechotu.

Następnego dnia Karwer i jego siostra złożyli Wapie wizytę. Bertina przyznała się Seni, że w ogóle nie potrafi wyszywać jedwabiu.
Trzeciego dnia kupcowa, której smutno było spędzać czas w samotności, poprosiła męża o pozwolenie, aby mogła spotykać się częściej z Bertiną. Obie będą miały rozrywkę, tym bardziej, że siostra Karwera poprosiła ją, by nauczyła ją wyszywania.
Czwartego dnia panienka pojawiła się przyprowadzona jak zwykle przez swego brata, który był zresztą wyjątkowo ponury i prędko się pożegnał. Kupiec usiadł za kontuarem, a jego żona zaprowadziła przybyłą na piętro do swojej komnaty.
Kanarek szczebiotał słodko w rzeźbionej klatce. Z koszyka wyciągnięto igły i cienkie płócienko. Palce Bertiny były trochę zbyt grube i przez to niezgrabne, ale panna starała się, jak mogła.
- Moja droga – powiedziała w zadumie Senia w trakcie lekcji – czy to prawda, że jesteś jeszcze całkiem niewinna?
Panienka ukłuła się w palec i zaczęła go ssać.
- Nie wstydź się – zachęciła kupcowa z uśmiechem. – Myślę, że możemy być ze sobą zupełnie szczere… Ty naprawdę… Czy mnie rozumiesz?
Bertina uniosła na gospodynię jasnoszare oczy i kobieta stwierdziła ze zdumieniem, że źrenice dzieweczki były niewiarygodnie smutne.
- Ach, Seniu… to taka smutna historia!
- Tak myślałam! – krzyknęła małżonka Wapy. – Uwiódł cię i porzucił, czy tak?
Bertina zakołysała głową i znowu ciężko westchnęła.
Jakiś czas panowała w pokoju zupełna cisza. W pewnej chwili z ulicy dobiegł wesoły śmiech, wydobywający się chyba z dwudziestu młodych gardeł.
- Gwardziści… - mruknęła kupcowa, podchodząc do okna. – Z czego się ciągle tak śmieją?
Bertina chlipnęła. Senia wróciła do niej i usiadła obok.
- Posłuchaj… czy ten twój ukochany… był gwardzistą?
- Gdyby chociaż… – szepnęła panienka – Gwardziści są czuli i dobrze wychowani, wierni i mężni…
Senia skrzywiła się sceptycznie.
- Nie sądzę, aby byli wierni… Czy twój oblubieniec nie nazywał się czasem Egert Soll?
Panna aż podskoczyła na poduszkach. Znowu nastała cisza.
- Moja droga – zaczęła szeptać Senia – a czy ty… mnie możesz to powiedzieć… czy próbowałaś… Mówią, że kobieta także pragnie… rozkoszy. Rozumiesz mnie?
Żona kupca zarumieniła się, widocznie taka szczerość nie przyszła jej lekko.
Bertina znowu podniosła oczy, tym razem pełne zdziwienia.
- Ależ, kochana… Jesteś mężatką!
- I o to właśnie chodzi.
Senia szybko wstała z wyrazem niezadowolenia na twarzy.
- Zamężna… - wycedziła przez zęby. – O to właśnie chodzi!
Jej przyjaciółka powoli odłożyła robótkę.
Ich poufna rozmowa trwała prawie godzinę. Bertina długo opowiadała bez zająknięcia, coraz bardziej gładko i melodyjnie. Chwilami opuszczała powieki i wspierała się lekko główką o oparcie fotela. Zamarła z szeroko otwartymi oczyma Senia wielokrotnie wstrzymywała oddech i oblizywała spieczone wargi.
- I takie rzeczy się naprawdę zdarzają? – zapytała w końcu drżącym głosem.
Panna skinęła twierdząco głową.
- I nigdy czegoś takiego nie zaznam? – szepnęła kupcowa z goryczą.
Bertina wstała. Wciągnęła głęboko powietrze, jakby zamierzała skoczyć w głęboką toń. Rozchyliła suknię na piersi… Na podłogę spadły dwa wywatowane woreczki.
Senia siedziała jak skamieniała, nie będąc w stanie krzyczeć.
Suknia spełzła z ciała Bertiny niczym wężowa skórka. Wynurzyły się spod niej muskularne ramiona, szeroka, owłosiona pierś, brzuch ze wzgórkami mięśni…
Kiedy szata opadła jeszcze niżej, kupcowa zakryła oczy dłońmi.
- Jeśli zaczniesz krzyczeć – oznajmił szeptem ten, kto udawał Bertinę – mąż mnie i ciebie…
Reszty kupcowa nie słyszała, tracąc zmysły.

Naturalnie Egert nie miał zamiaru wykorzystywać słabości bezbronnej kobiety. Udało mu się dość szybko ją ocucić i szczera rozmowa toczyła się dalej, chociaż w trochę innych okolicznościach.
- Obiecujesz? – pytała Senia, drżąc na całym ciele.
- Słowo gwardzisty.
- Jesteś… gwardzistą?
- Jeszcze pytasz! Egert Soll!
- Nie…
- Tylko, jeśli pozwolisz…
- Nie…
- Jedno twoje słowo, a odejdę!
- Nie…
- Mam odejść?
- Nie!!!
Kupiec Wapa, siedzący wciąż na parterze, skrzywił się ze złością, albowiem wykrył pomyłkę w obliczeniach. Gwardziści na zewnątrz chyba się znudzili, zaczęli się bowiem rozchodzić.
Koszyczek z robótką dawno spadł na podłogę, rozwijając kłębki barwnych nici. Kanarek w klatce przycichł, jakby nieco zdziwiony.
- Och, wielkie nieba… - wydyszała Senia, obejmując szyję Solla.
Mężczyzna milczał, miał bowiem coś lepszego do roboty.
Biedna ptaszyna zaniepokoiła się nie na żarty. Jej klatka, wisząca nad samą pościelą, kołysała się coraz mocniej. Stary zegar rozdzwonił się długim kurantem.
- Och, dobre duchy… wielkie nieba…
Senia nie wiedziała, kogo by tu jeszcze wezwać i z trudem się powstrzymywała, żeby nie zakrzyczeć na całe gardło.
Kupiec zatarł z zadowoleniem dłonie. Błąd został wykryty i poprawiony, a niesumienny rachmistrz straci posadę. Jak to dobrze, że jego żona zaprzyjaźniła się z siostrą pana Karwera! Cały dzień nie słuchać jej ani nie oglądać, nie plącze się pod nogami, nie trajkocze nad głową, że chce spacerować… Spokojnie, jak nigdy. Wapa uśmiechnął się. A może by tak odwiedzić mistrzynie haftowania?
Już się unosił, zamierzając odsunąć fotel, skrzywił się jednak, czując ból w krzyżach, znowu więc przysiadł.
Egert wyjrzał przez okno na nadbrzeżną promenadę. Stanął w nim nagi i wyczerpany, spoglądając z wyrzutem na kolegów. Kupiec na dole wzdrygnął się i zmarszczył brew. Przeklęci gwardziści! Te ich śmiechy i wycia!
Jakiś czas potem Senia i Bertina zeszły na dół. Kupcowi wydało się, że jego żona jest jakby nieswoja, być może zmęczyła ją nauka wyszywania. Przy pożegnaniu spojrzała w oczy przyjaciółki ze szczególną czułością.
- Odwiedzisz mnie jeszcze?
- Koniecznie – odparła z westchnieniem panienka – w ogóle mi nie wychodzi ten ścieg, kochana Seniu…
Kupiec skrzywił się lekceważąco: ależ te kobiety są czułostkowe…

- Utnę język każdemu – oświadczył Egert kolegom w knajpce – kto będzie o tym plotkował. Jasne?
Nikt nie miał wątpliwości, że tak właśnie uczyni, skoro tajemnica romansu z kupcową stałaby się głośna w mieście. Pamiętali o rodowej klindze, woleli zatem milczeć.
Wszyscy za to gorąco ściskali dłonie Karwera, który odegrał w tej aferze istotną rolę. Gratulacje nie sprawiały mu szczególnej radości. Nie bacząc, że znowu grzeje się w blasku sławy przyjaciela, „brat” szybko wychylił szklankę i równie szybko wyszedł.

Wiosna wybuchła uporczywymi deszczami. Krętymi zaułkami płynęły mętne potoki, na których dzieci kucharek i sklepikarzy puszczały drewniane chodaki z postawionym żagielkiem, a młodzi potomkowie arystokracji spoglądali na nie zazdrośnie z wysokich, strzelistych okien.
Pewnego ranka przed gospodę „Wspaniały Miecz”, która znajdowała się niemal w centrum Kawarrena, zajechała zwykła podróżna kareta. Stangret, wbrew przyjętemu zwyczajowi, nie zeskoczył, by otworzyć drzwiczki, lecz pozostał na koźle. Być może pasażerowie nie byli jego panami, lecz tylko go wynajęli. Drzwi same się otwarły i niewysoki, bardzo chudy młodzieniec sam sobie rozłożył stopień, by wysiąść.
Przyjezdni nie byli w tym mieście szczególną rzadkością i być może ten przyjazd przeszedłby niezauważenie, gdyby po drugiej stronie ulicy, w karczmie „Solidna Tarcza” nie spędzał czasu Egert Soll z przyjaciółmi.
- Patrzcie! – zawołał Karwer, siedzący u samego okna.
W jego stronę odwróciły się dwie, może trzy głowy, gdyż reszta zanadto zajęta była rozmowami przy winie.
- Zobacz!
Karwer szturchnął lekko w bok siedzącego obok Solla.
Egert spojrzał we wskazanym kierunku. Młodzieniec zeskoczył właśnie na mokry bruk i podawał dłoń komuś niewidocznemu, siedzącemu jeszcze we wnętrzu karety. Ubrany był od stóp do głów na czarno. Oficer zauważył od razu bystrym okiem pewien brak w wyglądzie nieznajomego.
- Nie ma szpady – stwierdził Karwer.
Poza nim tylko Egert spostrzegł, że nowo przybyły jest bezbronny, nie ma u pasa rapciów ani kindżału, ani nawet zwykłego, kuchennego noża. Przyjrzał się jeszcze uważniej. Strój obcego przypominał trochę uniform, ale na pewno nie był to wojskowy mundur.
- To student – zgadywał Karwer. – Na pewno student.
Młodzieniec tymczasem, zamieniwszy parę słów z osobą we wnętrzu karety, poszedł zapłacić stangretowi. Tamten nie okazał w związku z tym ni odrobiny szacunku, najwidoczniej student nie był majętny.
- Cóż to – wycedził przez zęby Egert – studenci teraz nie noszą broni, jak dziewczyny?
Karwer zachichotał.
Egert chrząknął pogardliwie i miał już zamiar odwrócić się od okna, lecz właśnie w owej chwili z powozu wysiadła panienka, wspierając się na dłoni studenta. W tawernie natychmiast zrobiło się cicho.
Jej twarzyczka była zatroskana, blada ze zmęczenia i zasmucona nieustanną ulewą, lecz nawet to nie mogło przyćmić jej urody. Była jak wykuta z marmuru: jedynie w tym miejscu gdzie bieleją ślepe oczy posągu, błyszczały ciemne oczy, spokojne i pozbawione kokieterii.
Odziana była, podobnie jak jej towarzysz, w prostą podróżną suknię, która jednak nie skrywała harmonijnych konturów ciała ani zgrabnych ruchów. Panna zeskoczyła na bruk przy pomocy młodzieńca. Ten coś do niej powiedział i wtedy jej skrzywione dotąd zmęczeniem usteczka rozciągnęły się w lekkim uśmiechu, oczy zaś błysnęły żywiej.
- Nieprawdopodobne – szepnął Egert.
Stangret popędził konie i kareta ruszyła. Dwoje podróżników odskoczyło, pragnąc uniknąć zbryzgania błotem. Następnie młodzieniec zarzucił na ramię sporą sakwę i wziąwszy za rękę swą towarzyszkę, zniknął wraz z nią za drzwiami „Wspaniałego Miecza”.
W tawernie naprzeciwko zaczęli mówić wszyscy naraz. Egert milczał, nie odpowiadając na pytające spojrzenia. W końcu rzucił na stronie do Karwera:
- Muszę się dowiedzieć, kim są.
Tamten zerwał się odruchowo, gotów usłużyć druhowi. Soll spoglądał za nim, jak spieszy do „Wspaniałego Miecza”, przeskakując po drodze kałuże. Drzwi z monogramami zatrzasnęły się wkrótce za nim. Przyjaciel Egerta wrócił po kwadransie.
- Tak, to student… Spędzi u nas zapewne około tygodnia.
Zamilkł, z satysfakcją oczekując pytania.
- A ona? – nie wytrzymał Egert.
- Ona – odparł Karwer z dziwnym uśmiechem – nie jest jego siostrą ani młodą ciotką, jak miałem nadzieję… Jest jego narzeczoną i wygląda na to, że wkrótce wesele!
Egert milczał. Rewelacje, przyniesione przez młodego kolegę, nie były zaskakujące, a jednak niemile go uderzyły.
- Niewłaściwy mariaż – zasugerował któryś z gwardzistów. – Mezalians.
Wszyscy go hałaśliwie poparli.
- A ja słyszałem – wtrącił Karwer z ironicznym zdziwieniem – że trzebią wszystkich studentów, żeby przestali oglądać się za kobietami i całkowicie się poświęcili nauce. I co się okazuje?
- Okazuje się, że to nieprawda – mruknął z rozczarowaniem porucznik Dron, chwytając zapomniany na chwilę kubek.
- Bez szpady jest eunuchem – zauważył cicho Soll.
Wszyscy odwrócili się w jego stronę. Na twarzy oficera pojawił się drapieżny, pogardliwy grymas.
- A na co eunuchowi kobieta, panowie, i do tego jeszcze taka?
Wstał. Wszyscy rozstępowali się przed nim z szacunkiem. Rzucił właścicielowi garść złotych monet, stawiając wszystkim kolejkę, i wyszedł na deszcz.

Wieczorem tegoż dnia para młodych przybyszów wieczerzała na parterze gospody. Kolacja była nader skromna, dopóki szeroko uśmiechnięty karczmarz nie postawił na ich stole sporego wiklinowego kosza, najeżonego szyjkami butelek.
- Dla pani od pana Solla!
Podkreślił te słowa dwuznacznym uśmieszkiem, po czym się oddalił.
Wygodnie skryty w kącie Egert obserwował, jak student i jego ślicznotka rozglądali się ze zdziwieniem. Serweta, okrywająca koszyk, została odsunięta i na obliczach pochylonej nad nim parki pojawiło się radosne zdumienie, dość naturalne wobec takich smakołyków.
Wkrótce jednak radość ustąpiła miejsca zmieszaniu. Zaczęli rozmawiać o czymś gorączkowo, potem student wstał i poszedł do oberżysty, zapewne, by wyjaśnić, kim jest ów tajemniczy hojny ofiarodawca, pan Soll.
Egert wychylił swój pucharek i podniósł się powoli, potem zaś przeszedł przez salę, kierując się w stronę samotnej panienki. Specjalnie na nią nie patrzył, obawiając się, że piękność z bliska może okazać się wcale nie taka piękna.
Jadalnia była pusta w połowie. Nieliczni podróżni spożywali posiłek w towarzystwie przypadkowych miejscowych. „Wspaniały Miecz” słynął z tego, że był spokojnym miejscem. Odwlekając w czasie chwilę poznania pięknej panny, Soll zdążył kątem oka zobaczyć nową twarz. Widocznie ten wysoki, niemłody podróżny przyjechał dopiero co i oficer wcześniej go nie zauważył.
Zbliżywszy się na koniec do celu, Egert zebrał się na odwagę i spojrzał na narzeczoną studenta.
Była rzeczywiście urocza. Twarz nie wydawała się już tak przeniknięta zmęczeniem, gładkie, alabastrowe policzki nieco się zaróżowiły. Zauważył teraz niedostrzeżone wcześniej detale: konstelację drobniutkich pieprzyków na długiej szyi, a także niesamowicie gęste, wywinięte do góry rzęsy.
Stał i patrzył bez słowa. Panna uniosła powoli głowę i oficer po raz pierwszy napotkał jej poważne, choć trochę nieprzytomne spojrzenie.
- Dzień dobry – powiedział i usiadł na miejscu studenta. – Nie sprzeciwi się pani towarzystwu skromnego wielbiciela jej urody?
Panienka nie zmieszała się ani nie wystraszyła. Sprawiała wrażenie tylko lekko zaskoczonej.
- Przepraszam, panie…
- Nazywam się Egert Soll.
Wstał, by się ukłonić, potem znowu usiadł.
- Ach tak… - odparła z wymuszonym uśmiechem. – Więc to panu powinniśmy dziękować…
- W żadnym wypadku! – zaprzeczył niemal z lękiem. – To raczej my, obywatele Kawarrena, powinniśmy być wdzięczni, za honor, jaki pani nam wyświadczyła… - nabrał powietrza w płuca, by dokończyć ową pokrętną frazę – zaszczycając nas swym przybyciem… Jak długo jednak zdołamy okazywać naszą gościnność?
Panna uśmiechnęła się w taki sposób, że oficer zapragnął, by zawsze była uśmiechnięta.
- Jest pan bardzo miły… Spędzimy tutaj tydzień, może dłużej.
Egert sięgnął wielkopańskim gestem do kosza i zręcznie odkorkował pierwszą butlę, jaka wpadła mu w ręce.
- Proszę pozwolić mi spełnić dług gościnności i zaproponować… Ma pani rodzinę albo przyjaciół w Kawarrenie?
Zdążyła pokręcić przecząco głową, nim wrócił jej student. Panna uśmiechnęła się do niego, bardziej radośnie niż wcześniej do Solla. Egert poczuł w sercu ukłucie zazdrości.
Student skinął głową oficerowi, lecz nie podał mu ręki. Miał szczęście, gdyż Soll nigdy nie uścisnąłby tej kościstej, niewprawnej w robieniu szpadą dłoni, na której widniały ciągle niezmyte plamy atramentu. Z bliska młodzieniec wydał się Egertowi jeszcze bardziej żałosny i niesympatyczny. Oficer wezwał niebo na świadka, jak bardzo niedobrana wydawała mu się owa para.
A zresztą przy stoliku były tylko dwa zajęte już krzesła, a zatem biedny student mógł tylko stać obok, drepcząc w miejscu.
Nie zwracając nań więcej uwagi, Soll zwrócił się do panny:
- Proszę wybaczyć, lecz nie usłyszałem jeszcze pani imienia…
Przenosząc wzrok z przestępującego z nogi na nogę towarzysza na rozwalonego na krześle Egerta, odparła machinalnie:
- Nazywam się Toria.
Egert natychmiast powtórzył jej imię, jakby delektując się jego brzmieniem. Student tymczasem zreflektował się i przyniósł sobie pierwsze z brzegu wolne krzesło.
- Więc nie macie tutaj krewnych ani przyjaciół…
Oficer uniósł się nieco i pochylił w stronę rozmówczyni przesuwając jej kielich w taki sposób, że rękawem musnął lekko rękaw jej sukni.
- Właściwie mówiąc, nie mieliście, gdyż teraz na pewno całe miasto zechce się z wami zaprzyjaźnić. Podróżujecie ot tak, dla przyjemności?
Student nastroszył się trochę, wziął od posługaczki trzeci kielich i nalał sobie wina. Egert uśmiechnął się samymi kącikami ust, widząc, że młodzieniec nawet nie w połowie napełnił naczynie.
- Podróżujemy – potwierdziła z lekkim wahaniem panienka – lecz nie dla rozrywki… Tutaj, w Kawarrenie wieki temu mieszkał człowiek, który nas interesuje… z punktu widzenia nauki. Był magiem. Wielkim magiem. Mamy nadzieję, że pozostawił zapiski, manuskrypty, które znajdziemy w starych archiwach.
Ożywiała się z każdym słowem, zapominając o wcześniejszym skrępowaniu. Najwidoczniej jakieś zapleśniałe szpargały były dla niej ważniejsze ponad wszystko. Przy słowie „archiwa” jej głos zadrgał zapałem. Egert uniósł kielich. Nieważne, co tak podniecało tę pannę, byle dalej błyszczały jej oczy i różowiły się policzki.
- Piję zdrowie poszukiwaczy starych manuskryptów! Tylko, o ile wiem, w naszym mieście nigdy w życiu nie było żadnych uczonych kronikarzy…
Student wydął wargi i rzekł beznamiętnie:
- W Kawarrenie znajduje się spora biblioteka historyczna… W ratuszu. To dla pana nowość?
Egert nie zadał sobie trudu podjęcia z nim rozmowy. Zauważył, że Toria potrafiła docenić dobre wino, ponieważ przymrużyła z zadowoleniem powieki, przełknąwszy pierwszy łyk. Dał jej czas, by się nim delektowała. Wydobył z koszyka następną butlę.
- Proszę zwrócić uwagę: duma naszych piwnic, pochodząca z południowych winnic „Muskat Serenada”. Życzy sobie pani zdegustować?
Ponownie napełnił jej kielich, wdychając zapach jej perfum, o cierpkiej, ziołowej woni. Znowu musnął jej rękaw, nakładając na talerz cienki plasterek różowego mięsa. Student z ponurą miną obracał korek w długich palcach.
- Cóż więc to za szczęśliwiec zainteresował panią, chociaż żył przed wiekami? – zaciekawił się Soll z czarującym uśmiechem. – Chciałbym być na jego miejscu…
Bardzo chętnie rozpoczęła opowiadać długą i kompletnie nieciekawą historię maga, który stworzył jakiś zbrojny zakon. Egert dopiero po chwili połapał się, że chodzi o Święte Widziadło Łasza, któremu gdzieniegdzie jeszcze oddawano cześć. Słuchał jej, lecz słowa przeciekały mu przez uszy, gdyż przede wszystkim rozkoszował się jej mile brzmiącym głosem… Miękkie wargi co pewien czas rozchylały się, ukazując przebłysk białych ząbków. Oficer odczuł, że czoło spłynęło mu potem na myśl, jaką rozkosz może ofiarować pocałunek tych uroczych usteczek.
Pragnął, aby przemawiała doń bez końca. Ona jednak zamilkła nagle, zerkając niepewnie na studenta. Ten siedział wciąż nastroszony niczym chory ptak i spoglądał na nią karcąco.
- Proszę mówić dalej – rzekł Egert przymilnie. – To niezwykle ciekawe. Ten wasz mag w końcu zasnął na wieki, czy tak?
Student popatrzył wymownie na Torię i uniósł wzrok do sufitu. Oficer był wystarczająco bystry, by dostrzec w tym zachowaniu absolutną pogardę dla swej ignorancji. Było jednak poniżej jego godności przejmować się fochami byle studencika.
Toria uśmiechnęła się niewyraźnie.
- Chętnie opowiedziałabym panu więcej, lecz jesteśmy bardzo zmęczeni podróżą. Przepraszam, ale czas na nas.
Podniosła się, pozostawiając niedopity kielich.
- Pani Torio – odparł Egert, wstając także – może pozwoli mi pani również jutro okazać naszą gościnność? Z pewnością zainteresują was rozmaite miejscowe osobliwości, ja zaś jestem, nie chwaląc się, ich największym znawcą…
Jedynymi osobliwościami, jakie znał Egert, były karczmy i zagrody dzików bojowych, lecz wyczuwał, że panienka połknęła sprytnie zarzucony haczyk.
- Doprawdy?
Student ciężko westchnął. Egert kiwnął głową skwapliwie, nie zwracając na tamtego uwagi.
- Absolutnie. Czy mógłbym poznać wasze jutrzejsze plany?
- Jeszcze nie są ustalone – odparł opryskliwie młodzieniec.
Zerknąwszy nań spod oka, Soll stwierdził ze zdziwieniem, że studenci także potrafią się złościć.
- Pani Torio – zwrócił się znowu do dziewczyny, jakby jej towarzysz nie istniał – proponuję zaplanować na jutro zwiedzanie osobliwości, obiad w najlepszej gospodzie naszego miasta i wieczorną przejażdżkę łódką… Zauważyła pani, że nasza Kawa to rzeka wielce malownicza?
Panna jakby nagle przygasła, a jej oczy pociemniały, zamieniając się w dwa mroczne jeziora pod chmurnym niebem. Egert nadal się uśmiechał tak szczerze i ujmująco, jak tylko potrafił.
- Chyba nie wszystko zrozumiałem z pani opowieści. Chętnie zadałbym jeszcze kilka pytań na temat tego… pana, który podarował światu zakon Łasza. A w podzięce za opowieść wasz pokorny sługa uczyni wszystko, by panią zadowolić… Wszystko, czego pani zapragnie, znajdzie się u jej stóp. Do jutra!
Ukłonił się i wyszedł. Niemłody gość gospody odprowadził go zmęczonym spojrzeniem.

Komendant ratusza długo wił się z zażenowania i kręcił głową. Księgozbiór znajduje się w nieodpowiednich warunkach, część woluminów spłonęła trzydzieści lat temu. Istnieje niebezpieczeństwo, że na głowy młodych ludzi spadnie spróchniała belka lub cegła. Poszukiwacze byli jednak nieustępliwi i ostatecznie zyskali dostęp do upragnionych skarbów.
Z owych skarbów pozostały zresztą tylko nędzne resztki. To, co ocalało z pożaru od lat było pożywieniem niezliczonych szczurów. Rozgrzebując ten śmietnik, poszukiwacze wydawali co chwila odgłosy rozczarowania. Egert, który pojawił się w bibliotece z wielkim bukietem róż, zastał parę młodych w chwili, kiedy ich działania odsłoniły w końcu zniszczoną miejscami podłogę.
Oboje nie zwrócili najmniejszej uwagi na Solla. Student wisiał pod sufitem, kołysząc się na chwiejnej drabince. Toria patrzyła na niego, zadzierając głowę i w owej pozie Egert wyczuł uwielbienie. W jej włosy wczepiły się smugi pajęczyny, lecz oczy lśniły, a usta poruszały się w niemym zachwycie, kiedy słuchała mówiącego bez przerwy studenta.
Z jego ust tryskał potok słów, jak z fontanny. Odczytywał z różnych ksiąg niezrozumiałe cytaty, po czym interpretował je na użytek Torii. Wymieniał długie, dziwaczne nazwy, pokrętnie objaśniał runiczne teksty i od czasu do czasu przechodził na kompletnie nieznany Sollowi język. Panienka odbierała z jego rąk ciężkie, zakurzone tomy, a jej delikatne palce dotykały okładek z taką czcią, że oficer im pozazdrościł.
Postał obok nich mniej więcej pół godziny i nie został zaszczycony choćby jednym spojrzeniem, ozdobił więc kwiatami najbliższą półkę i odszedł. Jego miłość własna doznała poważnego uszczerbku.
Młodzi poszukiwacze wrócili do gospody w porze kolacji, ale Toria ani razu nie opuściła pokoju, nie odpowiedziała także na bilecik Solla. Gwardziści, mający sztab główny w „Solidnej Tarczy”, prawdziwie się zasępili. Czyżby tym razem Egert sięgał zbyt wysoko? Tamten tylko prychał ze złością na ironiczne zaczepki.
Następnego dnia komendant ratusza miał niespodziewaną wizytę hojnego gościa, pana Solla. Młodzi poszukiwacze, pragnący powrócić do przetrząsania ksiąg, otrzymali stanowczy zakaz: dzisiaj to niemożliwe, schody są w remoncie, a klucze zabrał dozorca… Zdziwieni student i Toria byli zmuszeni wrócić do gospody. Egert przesiedział cały dzień w jadalni, lecz panna znowu nie zeszła na dół.
Deszcz padał całą noc i całe rano, zmoczył więc studenta, który znowu wrócił z kwitkiem z ratusza. W porze poobiedniej chmury nareszcie się rozstąpiły i słońce wyjrzało wreszcie na mokre miasto. Młoda para, zmuszona do bezczynności, zdecydowała się w końcu na spacer.
Jakby obawiając się odchodzić zbyt daleko od gospody, student i jego narzeczona przeszli się parę razy tam i z powrotem wzdłuż prędko schnącej ulicy, nawet nie podejrzewając, jak wiele uważnych oczu obserwuje ich przez szyby okien „Solidnej Tarczy”. Ktoś zauważył, że student pilnuje narzeczonej lepiej niż kupiec Wapa swej żony. Ktoś inny dodał rezolutnie, że kupcowa nawet się nie umywa do przyjezdnej ślicznotki, na co ktoś znowu się zaśmiał.
Potem na drodze spacerujących pojawił się Karwer.
Obserwatorzy, przyciskając nosy do szyb, mogli zobaczyć jak poklepawszy studenta po ramieniu, gwardzista pokłonił się niemal do samej ziemi. Młodzik odpowiedział ukłonem. Karwer rozpoczął jakąś wesołą rozmowę i przeprosiwszy Torię, odprowadził na stronę uczonego młodzika. Gestykulując gwałtownie, odciągał go coraz dalej i dalej, aż za róg ulicy. Wtedy Soll stanął w drzwiach tawerny.
Toria odpowiedziała tym razem na ceremonialne powitanie Egerta tylko chłodnym skinieniem głowy. Nie wydawała się zmieszana ani wystraszona. Spoglądała na oficera z ostrożną uwagą, pytająco.
- Jaka pani niesłowna – stwierdził Egert z goryczą. – Przecież obiecała pani… Czekałem na ciąg dalszy opowieści, tymczasem pani ani razu nie zeszła na dół!
Westchnęła.
- Proszę się przyznać. To pana nic a nic nie obchodzi.
- Mnie?! – obruszył się Soll.
Toria obejrzała się, szukając narzeczonego. Pochwyciwszy to niespokojne spojrzenie, Egert nachmurzył się i rzekł półgłosem:
- Czemu ma służyć ta nieprzystępność? Czyżby zamierzała się pani stać pokorną służebnicą męża tyrana? Co takiego strasznego w rozmowie, spacerze… we wspólnym obiedzie, w pływaniu łodzią? Czyżbym w czymś panią uraził? Czyżby pani należała już do innego?
Odwróciła się odeń. Oficer rozkoszował się jej profilem.
- Jest pan bardzo natarczywy – oznajmiła z wyrzutem.
- A pani czego oczekuje? – zapytał ze szczerym zdziwieniem. – Skoro w moim mieście gości najpiękniejsza kobieta na świecie…
- Dziękuję. Ma pan specyficzne wyobrażenie o gościnności. Muszę pana jednak opuścić.
Toria zrobiła krok w stronę, w którą gadatliwy Karwer odciągnął studenta.
- Więc to pani woli uganiać się za mężczyzną? – zaoponował Soll. – Pani?
Panna zarumieniła się, lecz zrobiła kolejny krok. Oficer zastąpił jej drogę.
- Drogocenny klejnot oprawiony w tak liche drewienko… Gdzie pani ma oczy! Stworzona jest pani do czegoś lepszego…
Zza węgła wyskoczył student. Był potargany i czerwony na twarzy, chyba brał udział w bójce z Karwerem, który wyskoczył w ślad za nim, wrzeszcząc na całą ulicę:
- Jeszcze się nie ożeniłeś, a już odgrywasz rogacza! Jeśli kobieta chce porozmawiać z kimś miłym na ulicy, to jeszcze nie powód do histerii!
Przechodzący obok rzemieślnicy zaśmiali się w głos. Siwy mężczyzna, który właśnie wychodził z gospody, obejrzał się powoli. Na ganek „Solidnej Tarczy” wyszli porucznik Dron i wiecznie zasępiony Lagan.
Student posiniał na twarzy i odwrócił się do Karwera, jakby zamierzając go uderzyć, lecz po chwili namysłu pospieszył w stronę stropionej panny. Chwycił mocno jej dłoń.
- Chodźmy stąd.
Drogę jednak nadal zastępował im Soll, który spojrzał Torii prosto w oczy i rzekł łagodnie:
- Da się pani potulnie poprowadzić temu… komuś drogą smutnego, ciężkiego życia, jakie wam szykuje?
Karwer nadal wołał z daleka:
- Jeszcze zdążysz stać się prawdziwym rogaczem! Nie minie nawet tydzień od weseliska, jak ona przyozdobi rogami twój uczony łeb!
Student drżał na całym ciele. Toria, wczepiona kurczowo w jego nadgarstek, nie mogła tego znieść.
- Proszę pozwolić nam przejść, panie Soll…
- W sytuacjach, kiedy mężczyzna wyciąga szpadę, ty będziesz bódł rogami! – kontynuował Karwer. – Da ci to pewną przewagę…
Student rzucił się na oślep, prosto na Solla, lecz jego żelazne ramię odtrąciło go na poprzednie miejsce.
- Jak się nazywa ten rodzaj ataku, panie studencie? – pytał z ciekawością Karwer. – Bykiem go, bykiem? Tego was uczą na uniwersytecie?
- Panie Soll – powiedziała cicho Toria, patrząc prosto w oczy oficera – wydawało mi się, że jest pan dobrze wychowanym człowiekiem.
W ciągu swego nie tak znowu długiego życia Egert zdążył dość dobrze poznać kobiety. Spotkał wiele kokietek, których „odejdź precz!” znaczyło: „przyjdź, ukochany!”, a „podły łajdaku!” oznaczało: „sprawdzimy to później w nocy!”. Mężatki demonstracyjnie okazywały mu swą oziębłość, gdy były w towarzystwie małżonka, aby potem rzucać mu się na szyję, kiedy zostali sami. Potrafił odczytywać rozmaite delikatne sygnały. W oczach Torii wyczytał jednak nie tylko kompletną obojętność wobec swoich popisów męskości, ale wręcz wściekłą odrazę.
Porucznik poczuł się dotknięty do żywego. Na oczach niemal całego pułku, zasiadającego w „Solidnej Tarczy”, ktoś wybrał zamiast niego jakiegoś studencinę, eunucha bez szpady…
Niechętnie usunął się z drogi.
- No cóż – wycedził przez zęby – gratuluję… Welinowa karta w objęciach mola książkowego: wspaniała para! A może uczony małżonek będzie tylko parawanem dla dwóch albo trzech kochanków?
Z okien gospody wychyliły się głowy ciekawskich mieszczan i przyjezdnych, przywabionych hałasem.
Student puścił dłoń Torii. Nie zwracając uwagi na jej błagalne spojrzenie, z całej siły wyrył zakurzonym noskiem buta głęboką bruzdę przed botfortami Solla. Było to tradycyjne wyzwanie na pojedynek.
Oficer zaśmiał się pogardliwie.
- Co? Nie walczę z babami, które nie noszą broni!
Lekko się zamachnąwszy, student wymierzył Sollowi głośny, siarczysty policzek.

Wzburzony tłum gwardzistów, mieszkańców gospody, mieszczan, służących i przypadkowych przechodniów wypełnił tylny dziedziniec „Wspaniałego Miecza”. Karwer wyłaził ze skóry, żeby jak najszybciej oczyścić pole do pojedynku.
Jakaś dobra dusza obdarowała studenta szpadą, lecz całkiem porządna klinga wyglądała w jego dłoni niezbyt groźnie. Egert widział także, iż narzeczona studenta za chwilę straci panowanie nad sobą: jej twarz pobladła jak chusta i pokryła się nierównymi, czerwonymi plamami, które znacznie ujęły jej urody. Przygryzając wargi, zaczęła się miotać na wszystkie strony.
- Przerwijcie to! Wielkie nieba, Dinarze… Niech ktoś ich powstrzyma!









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2009-06-01 (1327 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej