Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Starship: Bunt
 
Katalog - dodano
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Danina. Nowoczesna baśń - Holy Black



 1.

Zniewalające jak śpiączka, delikatne jak kwiat
implikacje twego wschodu
ogarniają duszę,
z każdego ciałka krwi wyczarowując elfa.
Mina Loy, Moreover, the Moon
The Lost Lunar Baedeker

    Kaye wirowała na szarych, wyślizganych deskach promenady. Powietrze było ciężkie i pachniało usychającymi małżami i skorupami soli, które osadziły się na pomostach. Fale zaciekle atakowały brzeg, po czym cofały się ociężale, unosząc ze sobą piasek i żwir.
    Wysoko na niebie widniał blady księżyc, choć słońce dopiero chyliło się ku zachodowi.
    Jak cudownie jest móc oddychać, pomyślała Kaye. Uwielbiała spokojną surowość oceanu i elektryzującą woń wilgotnego morskiego powietrza. Raz jeszcze zawirowała wokół własnej osi, nie przejmując się tym, że spódnica wzbija jej się ponad górną granicę czarnych rajstop.
- Przestań! - zawołała Janet. Chwiejąc się lekko w swoich butach na grubym koturnie, przeskoczyła nad wylewającym, zatkanym liśćmi kanałem, który oddzielał promenadę od biegnącej równolegle ulicy. Jaskrawy makijaż zalśnił w świetle latarni. Janet wypuściła chmurę niebieskiego dymu i ponownie zaciągnęła się papierosem. - Jeszcze spadniesz.
    Kaye i jej matka mieszkały u babci już od tygodnia i chociaż Ellen w kółko powtarzała, że wkrótce wyjadą, dziewczyna wiedziała, że tak naprawdę nie mają dokąd pójść. Cieszyło ją to. Uwielbiała wielki, stary dom, pełen kurzu i kulek na mole. Lubiła bliskość morza i powietrze, które nie drapie w gardle.
    Dziewczęta mijały tanie, dawno zamknięte i zabite deskami hotele z osuszonymi, popękanymi basenami. Nawet sale z automatami były zamknięte, choć przez okna z przyciemnionego szkła nadal było widać pluszaki w urządzeniach do łapania maskotek. Na zardzewiałym szyldzie ponad wystawą opuszczonego sklepu widniała nazwa "Nadmorski Walijczyk".
    Janet pogrzebała w swojej małej torebce i wyciągnęła truskawkowy błyszczyk. Kaye obróciła się ku niej gwałtownie, rozpinając sztuczne futro z lamparta, gotowa do biegu. Do wysokich butów przylgnął piach.
- Chodźmy popływać - powiedziała, oszołomiona nocnym powietrzem i płonąca jak rozgrzany do białości księżyc. Wszystko pachniało wilgocią i dzikością, jak przed burzą, i Kaye miała ochotę biec przed siebie, nieskrępowana, poza kraniec świata, który rozpościerał się przed jej oczami.
- Woda jest lodowata - zauważyła z westchnieniem Janet - a ty masz szopę na głowie. Kaye, musisz się doprowadzić do porządku, zanim tam dojdziemy. Wyglądasz jak jakiś dziwoląg! Faceci nie lubią dziwolągów.
    Kaye przystanęła i z uwagą przysłuchiwała się słowom Janet, wpatrując się w nią swymi nieco skośnymi, pomalowanymi ciemną kredką oczyma badawczo niczym kot.
- Więc jaka powinnam być?
- Nie chodzi o to, żebym miała dla ciebie gotową receptę, ale... chyba chcesz poderwać faceta?
- Co mi tam po facecie. Musimy znaleźć inkuby.
- Inkuby?
- Demony. To z łaciny. A najłatwiej nam będzie je znaleźć - konspiracyjnie ściszyła głos - pływając nago w Atlantyku na tydzień przed Halloween.
Janet przewróciła oczami.
- Wiesz, jak wygląda słońce? - zapytała Kaye. Na horyzoncie, gdzie morze stykało się z niebem, widniał już tylko niewielki pasek czerwieni.
- Jak? - zapytała Janet, podając Kaye błyszczyk.
- Jakby podcięło sobie żyły w wannie i zakrwawiło całą wodę.
- Kaye, to obrzydliwe.
- A księżyc nic, tylko patrzy. Siedzi tam i patrzy, jak ono umiera. Pewnie sam je do tego doprowadził.
- Kaye...
Kaye zawirowała ze śmiechem.
- Po cholerę ty ciągle wymyślasz te bzdury? Teraz wiesz, co miałam na myśli, mówiąc "dziwoląg". - Janet mówiła głośno, ale Kaye ledwo ją słyszała poprzez szum wiatru i własny śmiech.
- Daj spokój, Kaye. Pamiętasz tego skrzata, o którym kiedyś opowiadałaś historyjki? Jak mu było?
- Któremu? Jeden był Spike, a drugi Gristle.
- No widzisz! Zmyśliłaś ich. Ciągle coś zmyślasz.
Kaye przestała się kręcić, przekrzywiła głowę i zanurzyła palce w kieszeniach.
- A czy ja mówię, że nie?

    Stary budynek po karuzeli od lat stał niemal opuszczony. Na porozbijanych szybach widniały anielskie twarze bez wyrazu, otoczone koronami włosów. Cały przód budynku był oszklony. Zaglądając do środka, można było zobaczyć brudną podłogę z odłamkami szkła. Jedynie surowa, zrobiona ze sklejki rampa do deskorolkowych akrobacji świadczyła o tym, że w ciągu ostatniej dekady próbowano jeszcze wykorzystywać ten budynek w celach komercyjnych.     
    Głosy odbijały się echem w nieruchomym powietrzu, niesione aż na ulicę. Janet wyrzuciła papierosa do rynsztoka. Zasyczał i szybko odpłynął, przysiadłszy na wodzie niczym pająk.  
    Kaye wciągnęła się na gzyms i przewiesiła nogi na drugą stronę. Po szybie nie było już śladu, ale noga dziewczyny zahaczyła o pozostałości szkła, szarpiąc rajstopy.
    Warstwy farby gęsto pokrywały artystyczną niegdyś sztukaterię wewnątrz budynku. Stojąca na środku rampa została ochrzczona przez miejscowych grafficiarzy, pokryta naklejkami z nazwami zespołów i pobazgrana długopisami.
Rzecz jasna, budynek nie był pusty.-
- Kaye Fierch, pamiętasz mnie? - zapytał ze śmiechem Klucha, który pomimo swojej ksywy był szczupły i niski.
- Zdaje się, że to ty w szóstej klasie rzuciłeś w moją głowę butelką.
Chłopak znów się zaśmiał.
- Fakt. Fakt. Zapomniałem o tym. Nadal jesteś wściekła?
- Nie - odparła Kaye, ale jej błogi nastrój zdążył już się ulotnić, pozostawiając zmęczenie i niepokój. Janet wspięła się na szczyt rampy i usiadła obok Kenny'ego, który, niczym król, siedział w swojej srebrzystej wojskowej kurtce, przyglądając się wszystkiemu z góry. Przystojny, o ciemnych włosach i jeszcze ciemniejszych oczach. Gestem pozdrowienia uniósł w górę niemal pełną butelkę tequili.
    Marcus, który też trzymał butelkę, udał, że rzuca nią w Kaye. Kilka kropel prysnęło na jego flanelową koszulę.
- Burbon - rzekł, podając dziewczynie trunek. - Kosztowne gówno.
    Kaye z wymuszonym uśmiechem przyjęła butelkę. Marcus wrócił do żucia cygara. Nawet kiedy się garbił, był z niego kawał chłopa. Brązowa skóra na jego głowie lśniła. Kaye zauważyła coś, co wyglądało na zacięcie przy goleniu.
- Przyniosłam wam trochę słodyczy - rzekła Janet do Kenny'ego, wyciągając słodką kukurydzę i irysy o smaku orzeszków ziemnych.
- Przyniosłam wam trochę słodyczy - przedrzeźnił ją Klucha wysokim, piskliwym głosem, po czym wskoczył na rampę. - Dawaj.
    Kaye przechadzała się po okrągłym pomieszczeniu. Było niesamowite: stare, zniszczone i urocze. Burbon wywoływał w gardle powolne palenie, w sam raz pasujące do nastroju tego miejsca. Był jak trunek, który mógłby pijać człowiek w letnim garniturze i nieodłącznym kapeluszu.
- Masz azjatycką krew - rzekł Marcus, który tymczasem wypełnił cygaro zielskiem i zaczął pociągać. Powietrze wypełniła gęsta, słodka woń. - Z którego kraju?
Kaye ponownie pociągnęła burbona, usiłując zignorować pytanie.
- Kaye! Słyszysz mnie?
- Jestem w połowie Japonką.
    Dotknęła swoich włosów. Były jasne, jak włosy jej matki. To one wprawiały ludzi w zakłopotanie.
- Rany, widziałaś kiedyś te ich kreskówki? Małe dziewczynki z kucykami i tym całym gównem, w tych krótkich mundurkach. Powinni nam tu zafundować takie same. Nosiłaś kiedyś taki?
- Zamknij się, palancie - odparła ze śmiechem Janet. - Ona chodziła do podstawówki z Kluchą i ze mną.
    Kenny przełożył palec przez szlufkę dżinsów Janet i pociągnął dziewczynę ku sobie, by ją pocałować.
- Dobra, dobra, bez urazy. - Marcus zaśmiał się. - A nie potrzymałabyś przez chwilę tych włosów w kucykach? No, pokaż się tak.
Kaye pokręciła głową. Nie ma mowy.
    Marcus i Klucha zaczęli grać w piłkę pustą butelką po piwie. Kopali ją od nogi do nogi, więc się nie zbiła, tylko wydawała głuchy dźwięk. Kaye pociągnęła kolejny łyk burbona. W głowie przyjemnie jej szumiało, jakby muzyka nieistniejącej karuzeli wciąż grała. Dziewczyna weszła w głąb pogrążonego w półmroku pomieszczenia, przyglądając się starym plakatom reklamującym popcorn i orzeszki ziemne po pięć centów za porcję.
    W przeciwległej ścianie widniały zniszczone czarne drzwi. Kiedy je pchnęła, otworzyły się, choć nie bez oporów. Dochodzące przez okna w głównej sali światło księżyca oświetliło stare biurko i korkową tablicę, na której wisiały pożółkłe kartki z jadłospisem. Kaye weszła do pokoju, nie zważając na to, że włącznik światła nie działa. Poruszając się po omacku, znalazła kolejną klamkę. Te drzwi wychodziły na klatkę schodową, nieznacznie oświetloną dobiegającym z góry skąpym światłem. Ruszyła w górę, trzymając się rękoma zakurzonej barierki. Kichnęła głośno. Raz, drugi.
    U szczytu schodów widniało niewielkie okienko, oświetlone przez spoglądający złowrogo z nieba morderczy księżyc, dojrzały i wielki. W kątach stały wzbudzające ciekawość skrzynki. Gdy jednak wzrok Kaye padł na konia, wszystko inne znikło z jej pamięci. Zwierzak był niesamowity: lśniący perłową bielą i pokryty maleńkimi odłamkami lustrzanego szkła. Pysk miał wymalowany na czerwono, fioletowo i złoto; był nawet rządek białych zębów i różowy język, ponad którym znajdowało się dość miejsca, by wetknąć kostkę cukru. Było jasne, dlaczego koń został porzucony: miał odrąbane wszystkie cztery nogi i fragment ogona. Z kikutów sterczały drzazgi.
    "Gristle byłby zachwycony". Ta myśl wielokrotnie przychodziła Kaye do głowy od czasu wyjazdu z wybrzeża. Od sześciu lat. "Moi wyimaginowani przyjaciele byliby zachwyceni". Po raz pierwszy pomyślała tak, gdy zobaczyła miasto, oświetlone, jakby trwała tam wieczna Gwiazdka. Ale oni nigdy nie odwiedzili jej w Filadelfii. A teraz, gdy miała szesnaście lat, odnosiła wrażenie, że fantazja całkiem ją opuściła.
    Spróbowała postawić konia na postrzępionych kikutach. Zachwiał się, ale nie upadł. Kaye zdjęła płaszcz i rzuciła go na zakurzoną podłogę. Burbona postawiła obok. Przełożywszy nogę przez grzbiet zwierzaka, opadła na siodło, podpierając się nogami. Przesunęła rękoma po wyżłobionej w złote loki grzywie. Dotknęła pomalowanych na czarno oczu i pokiereszowanych uszu.
    W jej wyobraźni biały koń podniósł się na drżących nogach. Dotyk długich loków wywoływał przyjemne uczucie, a grzbiet zwierzęcia stał się żywy i ciepły. Kaye wplotła palce w grzywę i zacisnęła pięści, czując lekkie mrowienie w kończynach. Koń zarżał cicho, gotów do skoku w chłodną czarną toń. Dziewczyna odrzuciła głowę do tyłu.
- Kaye? - Cichy głos wyrwał ją ze świata fantazji. Przy schodach, spoglądając na nią bezbarwnym wzrokiem, stał Kenny. Jeszcze przez chwilę Kaye trzymała się swojej wizji; potem poczuła, jak płoną jej policzki.
    Teraz, w blasku księżyca, widziała chłopaka lepiej niż tam w dole. Z płatków uszu zwisały mu dwa ciężkie srebrne kółka. Krótkie, cynamonowe włosy były potargane i lekko kręcone, podobnie wyglądała niewielka kozia bródka. Pod wojskową kurtką miał przyciasną koszulkę, ukazującą kształtne, naturalnie uformowane mięśnie.
    Ruszył ku niej, wyciągając do przodu rękę, a potem spoglądając na nią dziwnie, jakby nie wiedział, co zamierzał z nią zrobić. W końcu, niemal jak zahipnotyzowany, pogłaskał konia po głowie.
- Widziałem - powiedział. - Widziałem, co zrobiłaś.
- Gdzie Janet? - Kaye nie była pewna, o co chodzi Kenny'emu. Gdyby nie malująca się na jego twarzy powaga i powolne cedzenie słów, byłaby przekonana, że chłopak z niej żartuje.
On tymczasem zaczął głaskać konia po grzywie.
- Martwiła się o ciebie. - Kaye nie mogła oderwać wzroku od dłoni Kenny'ego, która zdawała się czochrać nieistniejące włosy. - Jak to zrobiłaś?
- Co? - Teraz już naprawdę ją przestraszył, a zarazem pochlebił jej. Na jego twarzy nie było śladu kpiny. Spoglądał na nią tak badawczo, że wyglądał jak wielki znak zapytania.
- Widziałem, jak koń wstaje. - Mówił tak cicho, że mogłaby udać, iż nie dosłyszała jego słów. Kenny tymczasem opuścił dłoń na jej udo i zaczął przesuwać w górę ku bawełnianym majtkom.
    Dotyk poraził ją, mimo świadomości powolnego ruchu ręki. Na chwilę zamarła, sparaliżowana; potem zerwała się, wypuszczając spomiędzy ud grzbiet konia. Zwierzę przewróciło się z hukiem, przewracając butelkę burbona. Ciemny trunek niczym nocny przypływ rozlał się na jej płaszcz i zakurzone skrzynki.
    Nim zdążyła pomyśleć, chłopak schwycił ją za dekolt. Cofnęła się, straciła równowagę i upadła. Koszula rozdarła się, odsłaniając stanik, mimo że chłopak w końcu ją puścił.
Na schodach rozległ się tupot kroków.
- Co jest, kurde? - Marcus i Klucha pojawili się u góry, przepychając się wzajemnie, by zobaczyć, co się tam dzieje.
    Kenny pokręcił głową i rozglądał się w oszołomieniu, podczas gdy Kaye usiłowała podnieść z podłogi zalany burbonem płaszcz.
Chłopcy zrobili przejście Janet, która wbiegła po schodach w ślad za nimi i teraz stała, z konsternacją spoglądając to na Kaye, to na Kenny'ego. Kaye odepchnęła ją, pospiesznie usiłując trafić ręką w rękaw płaszcza.
- Kaye! - zawołała za nią Janet.
Kaye zignorowała ją, przeskakując w ciemnościach po dwa stopnie na raz. Nie było nic, co mogłaby powiedzieć, by wytłumaczyć to, co się stało.
Słyszała, jak Janet wrzeszczy:
- Co jej zrobiłeś? Co jej zrobiłeś, do cholery?
    Kaye przebiegła przez salę, w której niegdyś stała karuzela, i przewiesiła nogę przez parapet. Szkło, którego poprzednio starannie unikała, tym razem lekko porysowało zewnętrzną część uda, gdy zeskakiwała na pokryty wodorostami piach.
Zimny wiatr mile chłodził rozgrzaną twarz.

    Cornelius Stone podniósł nowe pudło komputerowych odpadków i zaciągnął je do sypialni, gdzie stało już mnóstwo innych. Za każdym razem, gdy jego matka wracała z pchlego targu z rozbitym monitorem, lepką klawiaturą albo po prostu z mnóstwem kabli, na jej twarzy malowała się nadzieja, która sprawiała, że Corny miał ochotę ją uderzyć. Ta kobieta po prostu nie była w stanie pojąć różnicy między dwieście osiemdziesiątką szóstką a komputerem kwantowym. Nie pojmowała, że epoka partyzanckiej inżynierii się kończy; że nie wystarczy już być pieprzonym geniuszem. Trzeba być jeszcze bogatym.
Upuścił pudełko, trzykrotnie kopnął je z całej siły, chwycił dżinsową kurtkę z diabelską głową na plecach i ruszył ku drzwiom.
- Przyda ci się to, kochanie? - Matka była w pokoju Janet. Składała nową parę dżinsów z lumpeksu. Potem podniosła koszulkę z kotkami z imitacji diamentów. - Myślisz, że spodoba się twojej siostrze?
- Dzięki, mamo - wycedził przez zaciśnięte zęby. - Muszę lecieć do roboty.
    Minął ojczyma, który stał pochylony, wyciągając piwo z kredensu pod stołem kuchennym. Po blacie spacerowała biała kotka z kolejnym miotem w brzuchu, wydzierając się o puszkę, pikle, lody czy cokolwiek. Corny niechętnie pogłaskał ją po łebku, ale nim zaczęła się do niego przymilać, otworzył zrobione z moskitiery drzwi i wyszedł na parking.
Chłodne październikowe powietrze przyniosło mu ulgę od papierosowego zaduchu.
    Corny uwielbiał swój samochód. Był to pomalowany farbą gruntową chevrolet, pokryty plamami rdzy, z wykładziną, która zwisała z sufitu jak wybrzuszona skóra. On sam też nie wyglądał lepiej: wysoki chudzielec ze szpiczastym nosem, kiepskimi włosami i jeszcze gorszą cerą. Pasował do swojego imienia. Cornelius. Corny. Korniszon. Ale nie, kiedy siedział w tym samochodzie. Tam, w środku, był anonimowy.
    Przez ostatnie trzy tygodnie codziennie wychodził do pracy nieco wcześniej. Jechał do sklepu z mrożonkami i kupował trochę żarcia. Potem krążył po mieście, mijając wszystkie lokalne miejsca schadzek, wyobrażając sobie, że ma w samochodzie półautomatyczny karabin, i licząc, ile osób zdołałby ustrzelić. "Paf!" - mówił cicho do podniesionych żaluzji, patrząc, jak szatyn o szerokich barach i założonej daszkiem do tyłu czapce baseballowej podbiega do chichoczących dziewcząt ukrytych za szybą czerwonej ciężarówki. "Paf! Paf!"
    Tego wieczoru kupił kubek kawy i paczkę czarnej lukrecji. Przez chwilę przyglądał się książce w papierowej okładce z wytłoczonym srebrnym smokiem. Przeczytał kilka zdań w nadziei, że opowieść go zainteresuje. Ta zabawa zaczynała go nudzić. Gorzej niż nudzić: zaczynał się czuć bardziej żałosny niż zwykle. Do Halloween został niecały tydzień. Prawdziwy świr już dawno poszedłby i kupił prawdziwą spluwę. Corny pociągnął łyk kawy i omal jej nie wypluł. Za słodka. Pociągnął kolejny łyk, usiłując przywyknąć do smaku. Ohyda.
Wysiadł z wozu i wylał cały kubek na parking. Zadowolony z efektu, wszedł do sklepu i kupił kolejną kawę. Stojąca za ladą matrona z szopą rudych włosów przyjrzała mu się i wskazała kurtkę.
- Niby że kim pan jest, diabłem?
- Chciałbym - odparł, rzucając na ladę dolara dwadzieścia pięć. - Chciałbym.

2.
Kamienie były ostre,
A wiatr mi w plecy dął,
Gdy szedłem autostradą,
Skradając się jak kot.

Theodore Roethke, Praise to the End!

    Wiatr nawiewał w twarz Kaye maleńkie kropelki wody. Takie same kropelki ściekały jej po włosach, wpadały za kołnierz, zmrażały dłonie. Posuwała się naprzód z opuszczoną głową, kopiąc śmieci naniesione przez fale na porośnięte trawą, ciągnące się wzdłuż autostrady brzegi. Spłaszczona puszka po napoju gazowanym ukryła się w zmokniętym, przykrytym chryzantemami piankowym serduszku, upamiętniającym miejsce wypadku samochodowego. Po tej stronie drogi nie było samochodów, jedynie długi pas zmokniętych drzew prowadzący do stacji benzynowej. Przebyła już ponad połowę drogi do domu.
Samochody ze świstem mknęły po asfalcie. Był to pocieszający dźwięk: brzmiał jak przeciągłe westchnienie.
"Widziałem. Widziałem, co zrobiłaś".
W trzewiach zabulgotało jej obrzydzenie. Obrzydzenie i wściekłość. Miała ochotę coś roztrzaskać, kogoś uderzyć.
Jak mogła była cokolwiek zrobić? Kiedy usiłowała siłą woli przewrócić stronę czasopisma albo sprawić, że moneta upadnie reszką do góry, nigdy się nie udawało. Jak to możliwe, żeby w oczach Kenny'ego drewniany koń z poprzetrącanymi nogami się poruszał?
    Równie dobrze mogła jednak przyjąć, że Spike, Lutie i Gristle też byli tworem wyobraźni. Wróciła do domu dwa tygodnie temu, a jednak nie dali śladu życia, niezależnie od tego, ile razy ich wołała, ile misek mleka im zostawiła i ile razy chodziła nad stary strumyk.
Wzięła głęboki oddech, wciągając w nozdrza deszcz. Przywodził jej na myśl łzy.   ````
    Drzewa wyglądały jak płaskie ołowiane płyty. Brakowało tylko witraży pomiędzy gałęziami. Kaye wiedziała, co powie babcia, gdy ją zobaczy w tej podartej bluzce i poczuje zapach alkoholu. Powie prawdę.
    Powie to samo, co jutro powie Janet. Nie było możliwości wytłumaczenia tego, co się zdarzyło, bez przyznania się do czegoś. Janet będzie zainteresowana głównie ręką Kenny'ego na udzie Kaye i faktem, że dziewczyna, choć zaledwie przez moment, pozwoliła jej tam spoczywać. Wyobrażała sobie, co teraz mówi jej koleżance Kenny - podniecony, wściekły i pijany - ale nawet kiepskie kłamstwo brzmiało w tym wypadku lepiej niż prawda.
"Widziałem, jak koń wstaje".
    A nawet gdyby nie posunął się do tego, kto by uwierzył, że dotknął jej krocza celowo, ale rozdarł koszulę przypadkiem? Nie, zapewne opowiedział coś zupełnie innego. Co zatem miała powiedzieć Kaye, gdy Janet spyta, co się wtedy stało? Już teraz uważała ją za kłamczuchę.
Kaye nadal czuła żar dłoni Kenny'ego, dotyk ognia na przemokniętej skórze uda.
    Kolejny poryw wiatru uderzył ją w policzki, tym razem przynosząc ze sobą dobiegający z lasu krzyk. Był to krótki dźwięk, ale pobrzmiewał w nim wyraźny ból. Kaye stanęła jak wryta, ale pozostał już tylko szum deszczu brzmiący jak zakłócenia radiowe.
    Potem, akurat w momencie, w którym minęła ją ciężarówka, wznosząc w powietrze tuman wody, Kaye usłyszała ten dźwięk ponownie - tym razem łagodniejszy, jak zduszony jęk. Dobiegał z niewielkiego zagajnika.
    Zeszła z wału i znalazła się wśród drzew. Stąpała po kępach niskich paproci i przyczepiających się do ubrania kolczastych krzewów, pochylając się, by przejść pod ociekającymi wodą gałęziami wiązu. Chwasty smagały ją po łydkach, pozostawiając smugi wilgoci. Rozjaśnione błyskawicami niebo nadawało lasowi srebrzystą poświatę. Z miejsca, w którym Kaye naruszyła dywan liści, wydobywał się słodki zapach zgnilizny.
Zagajnik był pusty.
    Kaye zerknęła w stronę nadal widocznej autostrady. Co ona wyprawia? Dźwięk z pewnością dobiegał z któregoś z domów po drugiej stronie niewielkiej rzeczki, biegnącej wzdłuż odległego skraju lasku. Nikt oprócz niej nie byłby tak durny, żeby w środku nocy przedzierać się przez mokry zagajnik.
    Kaye wróciła do drogi, starając się stąpać po miejscach, które wydawały się bardziej suche niż reszta. Do rajstop przyczepiło jej się mnóstwo rzepów. Schyliła się, by je pozbierać.
- Nie ruszaj się.
Podskoczyła na dźwięk tego głosu. Mówił z osobliwym akcentem, ale wyraźnie wypowiadał słowa.
    Zaledwie kilka kroków od niej leżał w błocie mężczyzna z wygiętym mieczem w dłoni. Ostrze lśniło w ciemnościach nocy niczym srebrne światło księżyca. Długie, srebrzyste włosy przylepione do szyi okalały pełną ostrych kątów twarz. Po czarnej zbroi spływały strumyczki deszczu. Drugą rękę mężczyzna trzymał przy sercu, ściskając dłonią wystającą z piersi gałąź. W tym miejscu woda była zabarwiona na różowo.
- To byłaś ty, mała? - zapytał, oddychając ciężko.
Kaye nie bardzo wiedziała, o co mu chodzi, ale pokręciła głową. Mężczyzna wyglądał na niewiele starszego od niej. Z pewnością nie był dość stary, by mówić do niej "mała".
- Więc nie przyszłaś po to, żeby mnie wykończyć?
    Znów pokręciła głową. Facet miał długie kończyny - gdyby stał, z pewnością byłby wysoki. Wyższy niż większość ludzi; wyższy też niż którykolwiek ze znanych Kaye skrzatów. Mimo to dziewczyna wiedziała, że tym właśnie jest nieznajomy, nawet jeśli nie miała po temu lepszego powodu niż widok szpiczastych końcówek uszu wystających z gęstwiny mokrych włosów. Poza tym był tak piękny, że zaparło jej dech.
Oblizał zakrwawione wargi.
- Szkoda - powiedział.
    Postąpiła ku niemu, a on gwałtownie podniósł się i zwinął w kucki. Szybki był, jak na rannego. Włosy opadły mu na twarz, ale lśniące jak rtęć oczy czujnie obserwowały Kaye.
- Jesteś skrzatem, prawda? - zapytała łagodnie, trzymając ręce tak, żeby przez cały czas je widział. Słyszała od Lutie-loo opowieści o skrzaciej szlachcie, ale nigdy dotąd nie widziała żadnego z jej przedstawicieli. Może właśnie miała okazję.
    Mężczyzna pozostał nieporuszony, więc Kaye zrobiła jeszcze pół kroku w jego stronę, wyciągając rękę, by go oswoić, jakby był jakimś fascynującym i niebezpiecznym zwierzęciem.
- Chcę ci pomóc.
Drżał z napięcia na całym ciele, ani na moment nie zdejmując wzroku z twarzy Kaye. Dłoń zaciskał na rękojeści miecza tak mocno, że aż kłykcie zbielały.
Nie miała odwagi zrobić kolejnego kroku.
- Wykrwawisz się na śmierć.
    Trwał bez ruchu przez kolejnych kilka minut, aż w końcu opadł jednym kolanem w błoto. Zgiął się, spazmatycznie zacisnął palce na liściach i splunął krwią. Mokre rzęsy, okalające jego zmrużone oczy, były srebrzyste niczym agrafka.
    Kaye zrobiła dwa kroki i przyklękła przy nim, podpierając się drżącymi rękoma. Dopiero teraz zobaczyła, że jego zbroja jest wykonana z twardej skóry, wytłoczonej tak, że wyglądała jak pióra.
- Nie mogę sam wyciągnąć strzały - rzekł cicho. - Oni chcą, żebym stracił jeszcze trochę krwi, nim stanę do walki na miecze.
- Kto tego chce?
Trudno jej było uwierzyć, że ktoś strzelał do tego faceta, używając gałęzi jako strzały, ale najwyraźniej to właśnie sugerował ranny.
- Jeśli chcesz mi pomóc, wyciągnij tę strzałę. - Mężczyzna przymknął oczy i pokręcił głową. - Jeśli nie, wciśnij ją najgłębiej, jak możesz, i miej nadzieję, że to mnie zabije.
- To zwiększy upływ krwi - rzekła Kaye.
Mężczyzna zaśmiał się gorzko.
- Niewątpliwie. I jedno, i drugie.
    Na jego twarzy malowała się rozpacz. Najwyraźniej wierzył, że Kaye należy do spisku mającego na celu zgładzenie go. Mimo to posłusznie oparł się o pień dębu i czekał.
Skrzaty, które znała w dzieciństwie - złośliwe, szybkie stworzonka - nigdy nie wspominały jej o takich historiach. Żadnych wojen, magicznych strzał, a już na pewno żadnych kłamstw czy intryg. Zakrwawiony mężczyzna, siedzący w błocie obok niej, był żywym dowodem na to, jak błędne wyobrażenie miała o tych istotach.
Jej palce nie chciały się zbliżyć do potwornej rany w piersi mężczyzny, a płuca jakby zlodowaciały.
- Nie mogę tego zrobić.
- Jak cię zwą? - zapytał cicho.
- Kaye. - Wraz ze słowem z ust dziewczyny wydobył się obłok pary.
Przez chwilę panowała cisza.
- Ja jestem Roiben. - Skrzaty nie od razu zdradzały swoje imiona, nawet w części, choć Kaye nigdy nie wiedziała dlaczego. Ten najwyraźniej chciał jej okazać zaufanie, a może także zrehabilitować się za wcześniejsze podejrzenia. - Daj rękę.
Pozwoliła, by ujął jej rękę i przyciągnął do gałęzi. Zacisnął dłoń na jej dłoni. Obie były mokre i zmarznięte. Roiben miał nieludzko długie, sękate palce.
- Po prostu zaciśnij dłoń na gałęzi i pozwól mi ciągnąć - rzekł. - Nie musisz nawet patrzeć. Jeśli tylko nie będę musiał jej dotykać, być może uda mi się ją wyjąć.
Zawstydziła się. Twierdziła, że chce mu pomóc, a teraz, kiedy ją o to prosił, zebrało jej się na fochy.
- Zrobię to - powiedziała.
Roiben puścił jej dłoń. Kaye pociągnęła mocno. Twarz mężczyzny wykrzywił grymas bólu, ale gałąź tylko nieznacznie się przesunęła.
    Czy naprawdę wśród tych drzew czaiły się inne skrzaty, wyczekujące chwili, w której ranny będzie już tak słaby, że stanie się łatwym łupem? Kaye pomyślała, że jeśli tak jest, powinny teraz wyjść z ukrycia i zaatakować.
- Jeszcze raz, Kaye.
    Tym razem zwróciła uwagę na kąt, pod jakim wbita była gałąź, i przesunęła się nieco, by ta nie zahaczyła o element pancerza. Potem dziewczyna podniosła się na jedno kolano i zaciskając dłonie na gałęzi, wstała, ciągnąc ją z całej siły.
Roiben wydał ochrypły krzyk. Gałąź puściła. Żelazny grot pokrywała gęsta posoka. Mężczyzna dotknął palcami rany i uniósł je do oczu, jakby nie mógł uwierzyć, że do niego strzelono.
- Dzielna dziewczynka - powiedział, mokrymi palcami dotykając jej nogi.
Kaye odrzuciła gałąź. Trzęsła się; w ustach miała smak krwi.
- Musimy zatamować krwotok. Jak się zdejmuje tę zbroję?
W pierwszej chwili miała wrażenie, że nie zrozumiał. Po prostu siedział i patrzył na nią z niedowierzaniem. Potem pochylił się do przodu, stękając.
- Pasy - wykrztusił z wysiłkiem.
Kaye usiadła za jego plecami, macając rękoma w poszukiwaniu sprzączek.
    Nagły podmuch wiatru w koronach drzew zaowocował deszczem ciężkich kropelek. Kaye znów zaczęła się zastanawiać nad obecnością w zagajniku innych magicznych istot. Drżącymi palcami usiłowała rozpiąć zbroję. Jeśli te istoty nadal obawiają się Roibena, myślała, już wkrótce zatriumfują. Nie miała wątpliwości, że mężczyźnie pozostało zaledwie kilka minut życia.
By zdjąć przedni pancerz, musiała odpiąć nie tylko umieszczone wokół ramion i po bokach pasy łączące go z tylnym, ale także te, które łączyły go naramiennikami i nagolennikami. W końcu zdołała tego dokonać. Naga pierś mężczyzny była zalana krwią.
Roiben odrzucił do tyłu głowę i zamknął oczy.
- Niech deszcz ją oczyści.
    Dziewczyna zdarła z siebie płaszcz i powiesiła go na gałęzi drzewa. Zdjęła też koszulę, pocieszając się, że ta i tak była już do niczego. Podarła materiał na długie pasy i zaczęła owijać wokół piersi i przedramion rannego. Gdy poczuł dotyk, otworzył oczy, zmrużył je, a potem otworzył jeszcze szerzej. Miały niesamowity kolor.
Wyprostował się, przerażony.
- Nawet nie słyszałem, jak drzesz materiał.
- Staraj się nie zasypiać. - Policzki Kaye były tak rozpalone, że dotyk deszczu przynosił jej ulgę. - Masz dokąd pójść?
Pokręcił głową. Pogrzebał ręką w ściółce, podniósł liść i potarł go o wewnętrzną część zdjętej zbroi. Liść lśnił teraz na czerwono.
- Wrzuć to do strumienia. Ja... Tam jest kelpie... Nie wiem, czy zdołam nad nim zapanować przy tej pogodzie, ale można spróbować.
Kaye pospiesznie skinęła głową, nie mając pojęcia, co to takiego ten kelpie, i sięgnęła po liść.
Nie od razu jej go oddał.
- Jestem twoim dłużnikiem. Chciałbym wiedzieć, jak mogę się odwdzięczyć.
- Mam kilka pytań.
Wtedy Roiben puścił liść.
- Odpowiem na trzy, tak wyczerpująco, jak tylko potrafię.
Skinęła głową. Jak w bajce. W porządku; w gruncie rzeczy i tak nic od niego nie chciała.
- Kiedy będziesz wrzucała liść do strumyka, powiedz: "Roiben z Niesfornego Dworu prosi cię o przysługę".
- Komu mam to powiedzieć?
- Po prostu powiedz na głos.
    Raz jeszcze skinęła głową i pobiegła ku wodzie. Stromy brzeg strumienia pokrywała roślinność i mnóstwo rozbitego szkła. Korzenie, spod których deszcz wymył ziemię, leżały na skale niczym przewrócone kosze lub ciągnęły się po podłożu jak blade ręce na wpół pogrzebanych trupów. Kaye stanowczo zabroniła sobie o tym myśleć.
    Przykucnęła i położyła liść na wodzie zakrwawioną stroną do dołu. Leżał na wodzie, obracając się lekko. Pomyślała, że może jest zbyt blisko brzegu, i dmuchnęła na niego, by odpłynął dalej.
- Roiben z Niesfornego Dworu prosi cię o pomoc - powiedziała, mając nadzieję, że dobrze zapamiętała. Nic jednak się nie wydarzyło. Powtórzyła formułkę głośniej. Było jej głupio, ale zarazem była przerażona. - Roiben z Niesfornego Dworu potrzebuje twojej pomocy!
Na powierzchnię wypłynęła żaba i ruszyła w kierunku Kaye. Czyżby miała coś wspólnego z kelpie? I w ogóle jaka pomoc mogła nadejść z płytkiego, brudnego strumienia?
    Potem jednak Kaye zrozumiała, że się pomyliła. To, co wzięła za żabę, było w istocie poruszającymi się otworami w czymś, co płynęło ku niej przez wodę. Chciała uciekać, ale zaciekawienie połączone z poczuciem obowiązku przykuło ją do ziemi. Otwory tymczasem zmieniły się w rozszerzone nozdrza osadzone w pysku czarnego konia, który wyłonił się z czarnej wody, jakby został przez nią poczęty. Oblepione błotem i roślinnością stworzenie wpatrywało się w Kaye lśniąco białymi oczyma.
Znieruchomiała. Nie miała pojęcia, jak długo stała i gapiła się na pokryty szarymi cętkami, gładki jak skóra foki tułów i niewiarygodnie błyszczące oczy.
Koń pochylił kark.
Kaye zrobiła krok do tyłu i usiłowała coś powiedzieć, ale słowa nie chciały jej przejść przez gardło.
Koniopodobne stworzenie przybliżyło do niej pysk, grzebiąc kopytami w błocie i łamiąc gałązki. Kaye zrobiła kolejny krok do tyłu i potknęła się.
Musiała coś powiedzieć.
- Tędy - wykrztusiła w końcu, wskazując zagajnik. - On jest tam.
    Koń ruszył we wskazanym kierunku, przyspieszając do kłusa, a ona z niewymowną ulgą ruszyła za nim. Gdy dotarła na polanę, Roiben z prowizorycznie przywiązanym przednim pancerzem dosiadał już konia. Kaye, do tej pory nieświadomie wstrzymująca oddech, wypuściła powietrze.
Roiben uśmiechnął się na jej widok. Teraz, w świetle księżyca, jego oczy wydały jej się ciemniejsze.
- Na twoim miejscu w przyszłości trzymałbym się z dala od naszej rasy. Jesteśmy kapryśnym ludem i niewiele sobie robimy ze śmiertelników.
Przyjrzała mu się i dostrzegła na zbroi zadrapania, których przedtem nie widziała. Czyżby ktoś go zaatakował? Przed chwilą z trudem podnosił głowę - niemożliwe, żeby był w stanie walczyć.
- Czy coś się stało?
Uśmiechnął się szerzej. Oczy mu zabłysły, a znużenie jakby ustąpiło.
- Nie trwoń czasu na zbędne pytania.
    Po tych słowach Roibena koń ruszył, śmigając pomiędzy drzewami wdzięcznie i w zawrotnym tempie, jakby dysponował nadnaturalną mocą, i uderzając kopytami z taką siłą, że aż liście fruwały wokół. Jego tułów lśnił w blasku księżyca.
Nim się spostrzegła, została w zagajniku sama. Sama, roztrzęsiona, ale i dumna z siebie. Gdy sięgnęła po płaszcz, coś błysnęło w zasięgu jej wzroku.
Strzała.
    Kaye przyklękła i podniosła zakończoną żelaznym grotem gałąź. Przesunęła palcem wzdłuż chropawej kory. Gdy dotknęła rozgrzanego metalu, jej ciałem wstrząsnął dreszcz. Upuściła gałąź na ziemię. Zagajnik wydał jej się nagle przerażającym miejscem. Ruszyła ku drodze najszybciej, jak tylko się dało. Gdyby puściła się biegiem, chyba nigdy nie zdołałaby się zatrzymać.

    Z nogami grzęznącymi w błocie wspięła się na pagórek stanowiący granicę trawnika babci. Prześliznęła się obok przepełnionego kubła ze śmieciami, zdezelowanego forda i płotka z zardzewiałych puszek po kawie, otaczającego więdnący ogródek zielny.
Dom był rzęsiście oświetlony. Światło przebijało przez wstrętne zasłony, a w salonie, gdzie stał telewizor, migotały niebieskie refleksy.
    Kaye otworzyła drzwi od podwórza i weszła do kuchni. W zlewie piętrzyła się sterta brudnych garnków i patelni. Zamiast zabrać się do zmywania, dziewczyna podeszła do kredensu, wyjęła miskę, nalała do niej mleka, a na wierzchu położyła kawałek czerstwego chleba. Będzie musiało wystarczyć, pomyślała, otwierając ostrożnie drzwi i stawiając miskę na schodach. Zresztą na co liczyła? Teraz już tylko koty z sąsiedztwa mogły się na to połakomić.
Wśliznęła się do salonu.
Po drugiej stronie schodów siedziała w fotelu Ellen, gapiąc się w ekran telewizora i jedząc jednego z miniaturowych snickersów, które babcia kupiła dla przebierańców chodzących po domach w Halloween.
- Odwal się - mruknęła do stojącego przed nią drinka.
- Myślisz, że nic nie wiem, co? Jasne, to ty jesteś wszechwiedząca - powiedziała babcia przesadnie słodkim tonem, który zawsze doprowadzał Kaye do szału. - Skoroś taka mądra, ciekawe, dlaczego jesteś sama? Jak to możliwe, że ci wszyscy faceci wykorzystują cię i rzucają? Że jedyną osobą, która cię przyjmie, jest stara, głupia matka?
- Słyszałam to od ciebie już milion razy.
- Więc usłyszysz jeszcze raz - rzekła babcia. - Gdzie się włóczy twoja córka? Już prawie pierwsza! Czy ciebie w ogóle obchodzi, że ona szwenda się nie wiadomo gdzie, ze wszystkich sił starając się naśladować swoją...
- Daj spokój mojej córce! - zdumiewająco gwałtownie zareagowała Ellen. - Ona nie ma z tym nic wspólnego. Jest w porządku.
Kaye pochyliła głowę i usiłowała wejść po schodach najciszej i najszybciej, jak to było możliwe.
    Lustro w korytarzu rzuciło jej w twarz żałosny widok: oba policzki usmarowane rozmytym tuszem i cieniem do powiek, które utworzyły lśniące smużki, jakby od łez, a na lewym dodatkowo krecha rozmazanej pomadki.
Kaye zajrzała ukradkiem do salonu. Matka pochwyciła jej wzrok, przewróciła oczami i równie ukradkowym ruchem dała córce znak, by ta uciekła na górę.
- Dopóki mieszka w tym domu, musi podlegać tym samym regułom, którym podlegałaś ty. Nie obchodzi mnie, że spędziła ostatnich sześć lat w zaszczurzonym mieszkaniu z tymi nicponiami, z którymi żyłaś. Od tego momentu dziewczyna będzie się zachowywać jak należy.
Kaye pokonała resztę schodów i weszła do swojego pokoju, starając się bezszelestnie zamknąć drzwi.
    Maleńka biała toaletka i zbyt krótkie łóżko zdawały się należeć do kogoś innego. W akwarium stojącym na starym pudle z zabawkami szeleściły jej szczury, Isaac i Armageddon.
    Kaye zdarła z siebie ubranie i wpełzła do małego łóżeczka, nie przejmując się, że jest mokra i ubłocona. Owinęła się kocem i podkurczyła nogi. Wiedziała, czym jest obsesja. Wystarczył jej widok matki, która w pogoni za sławą pozwalała facetom sobą pomiatać. Kaye nie chciała pragnąć kogoś, kogo nigdy nie będzie mogła mieć.
    Ale teraz, w tę jedną noc, pozwalała sobie o nim myśleć. Myślała o jego uroczystych, oficjalnych słowach, zupełnie innych od tych, których słuchała na co dzień. Myślała o błyszczących oczach i przebiegłym uśmiechu.
    Ześliznęła się w sen, jakby zanurzała się w wodzie, która zamyka się jej nad głową.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2007-02-17 (1651 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej