Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Kryształowy gryf
 
Katalog - dodano
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Noc szarańczy'' - Jewgienij T. Olejniczak




Prorok i bestie

Ktoś zaczął mamrotać modlitwę, z westybulu dobiegł kobiecy śmiech. Wysoki i świdrujący. Obłąkana albo pijana, beznamiętnie pomyślał Gustav Klossovsky, nawet nie odwracając głowy. A najpewniej i jedno, i drugie.
– Przeszliśmy już przez ogień i przez dymy pożarów. Lecz to za mało, bracia moi, czas prawdziwej próby dopiero nadchodzi! Musimy skruszyć naszą starą naturę, podeptać ją. Wyrwać ducha naszego z okowów. Ofiara będzie bolesna, bo tylko nasz ból uczyni ją słodką w ustach Pana. Wyrwijcie oko, które gorszy, bracia moi, rozerwijcie szatańską zasłonę, która oddzieliła nas od Boga, a wkrótce wydamy okrzyk zwycięstwa! Szarańcza spadnie jedynie na tych, którzy nie mają Jego pieczęci na czołach.
Policja zainteresowała się Szyłowskim już jakiś czas temu, ale dopiero ostatnie krwawe wydarzenia w mieście spowodowały, że zajęto się nim poważnie. Inspektor Klossovsky starał się zebrać wszelkie dostępne informacje na temat przedparyskiej działalności kaznodziei.
Oczywiście nie było tego zbyt wiele, niemniej kilka faktów, które zgromadził, pozwoliło mu prześledzić z grubsza jego losy.
Według jednej z wersji prorok urodził się około roku 1801 jako trzecie dziecko profesora wileńskiego gimnazjum, według innej w 1805 – pod Warszawą, w rodzinie kościelnego organisty. Sam utrzymywał, że pochodzi z rodziny szlacheckiej, nie miało to raczej nic wspólnego z prawdą. W młodości studiował prawo albo medycynę.
Przez jakiś czas przebywał w Petersburgu. Możliwe, że właśnie podczas pobytu w Rosji zapoznał się z niektórymi poglądami starowierców. Przed katastrofą mieszkał i pracował w Warszawie. Napisał tam liczne poematy i dramaty.
Do Paryża przybył na początku kwietnia tego roku, mając za sobą wielomiesięczną tułaczkę po ruinach największych miast Europy Środkowej. Warszawa, Praga, Wiedeń, Drezno, Monachium, Genewa – wszędzie tam w nielicznych ocalałych kościołach, teatrach, magazynach zbierali się przerażeni ludzie, a on proponował im, aby wyrzekli się daru widzenia, bo tylko wtedy zdołają przeciwstawić się diabłu.
– Wielki bój dopiero się rozpoczyna!
Wiadomo było, że ktoś taki wcześniej czy później trafi do Paryża. Musiał tutaj przybyć. Ten współczesny Babilon przyciągał wszystkich samozwańczych proroków Europy. To w Paryżu właśnie, w samym centrum zepsucia i grzechu, zamierzali podjąć ostateczną walkę z Bestią.
Był więc Szyłowski tylko jednym z dziesiątek proroków w tej dzielnicy. Coś go jednak wyróżniało.
Był szalony i niebezpieczny, to na początek. Zatem ludzie, którzy wokół niego się gromadzili, również musieli być szaleni i niebezpieczni.
Dlatego Gustave Klossovsky przybył już trzeci raz do gmachu Opery. Obserwował zarówno proroka, jak i tych, którzy przyszli wysłuchać kazania. Sprawdzał, czy mają oś wspólnego z nieludzkimi morderstwami, do jakich doszło w Paryżu w ciągu kilku ostatnich tygodni.
– Zapomnijcie o marnym ciele, co do pajęczyny jest podobne, a przysięgam, że wywiodę was z sideł mroku! Były urzędnik warszawskiego archiwum i niedoceniony poeta głęboko wierzył w swoją misję. Miał w Paryżu zaledwie kilkunastu słuchaczy – ufał, że wkrótce pójdą za nim tysiące.

Wyspa Cité
Lodowaty wiatr, drobny śnieg sypiący w oczy. Kilkanaście stopni poniżej zera. Wymarłe ulice pomiędzy wieżami katedry Notre Dame i zamienionym w skład zboża kościołem Sainte Chapelle ginęły ciemnościach. Przypominały chodniki opuszczonej kopalni. Czarne niebo przytłaczało jak pokłady węgla. Trzeba było mieć dużo odwagi, żeby się tutaj pojawić.
Albo wystarczyło wykonywać rozkazy. Żołnierze gwardii narodowej wstrzymali konie. Jadący na czele pięcioosobowego patrolu młodzik o dziewczęcej twarzy, zasłoniętej teraz aż po oczy wełnianą chustką, podniósł wyżej latarnię. Wydobył z mroku tylko narożnik kamienicy i fragment najbliższej bramy.
Nawet leżący na ulicy śnieg tylko odrobinę rozświetlał ciemności. W tej dzielnicy nie zapalano ulicznych latarń ani nie ustawiano świec za szybami parterowych okien.
– Chyba pusto – powiedział młodzik.
Wszyscy trzymali broń w pogotowiu, trudno się zresztą dziwić. Nie chodziło tu nawet o grasujące na wyspie watahy wilków – cały Paryż był ich pełen. Jednakże wąskie, pogrążone w ciemnościach ulice stwarzały idealne okazje dla eks‑galerników, band Bretończyków, a także dla uciekinierów ze wschodniej Europy. Wszystkich tych zdziczałych, okutanych w futra osobników, którzy w ostatnich miesiącach niemal całkowicie opanowali ruiny dumnej niegdyś stolicy. Wprawdzie większość z nich zajęła wystawne pałace i rezydencje na lewym brzegu Sekwany oraz na pobliskiej wyspie Świętego Ludwika, ale wysokie kamienice w okolicy wcale nie musiały być całkowicie wyludnione, prawda?
– Patrzą na nas przez okna – odezwał się do młodzika Jean‑Baptiste Frochot, niewiele starszy dowódca patrolu, nazywany przez gwardzistów po prostu Rudym.
Ręce miał tak zgrabiałe, że nie czuł karabinu. – Wiem, że tam są. Czuję ich spojrzenia.
– Jeśli nawet ktoś tu jest, to patrzy na nasze konie – odparł żołnierz siedzący na klaczy obok. – Skurwysyny zdychają z głodu, nie mają sił do ataku. Mogą sobie tam siedzieć i patrzeć, ile tylko chcą.
Nazywał się Maurice Tautin. Był tylko dwa lata starszy od dowódcy. Mimo to wyglądał jak weteran spod Moskwy: grubo ciosana, czerwona od zimna i jałowcówki twarz, której jako jedyny w całym oddziale nie osłaniał niczym przed lodowatym wiatrem. Bandycka gęba ze szramą na czole i z płaskim złamanym nosem. Ponure spojrzenie szaroniebieskich oczu. Aż trudno było uwierzyć, że ten twardy, zobojętniały na niebezpieczeństwo zabijaka służył w gwardii dopiero od czterech miesięcy. Jego rodzina parała się od pokoleń handlem morskim z Antylami, a on sam jeszcze trzy lata temu chciał zostać księdzem. Stare czasy.
– Ludzie, którzy zabili strażników przy Sainte Chapelle, mieli całkiem dużo sił – powiedział Frochot.
Tautin splunął.
– A może to wcale nie byli ludzie? – odparł wyzywającym tonem.
– A więc kto? – Frochot odwrócił głowę w stronę żołnierza. Jego klacz parsknęła i rzuciła łbem.
– Nie wiem.
– Tautin? – Frochot wolałby, żeby jego głos wyrażał w tej chwili więcej zdecydowania.
– Nie wiem – powtórzył. – Nic nie widziałem.
– A nie słyszeliście przypadkiem od innych?
Żołnierz podrapał się w zniekształcony nos.
– Aha.
– No więc?
– Różnie mówią, ja tam nie mam zdania.
– Bestie?
Wybuch śmiechu gdzieś za plecami.
– Coś takiego...
– Czyli jednak?
– Wszyscy tak mówią. Nawet w pałacu.
W rudym sierżancie wezbrał gniew. Choć przecież wiedział doskonale, że Tautin powiedział prawdę, Frochot nie zamierzał walczyć z tym uczuciem. Dzięki niemu nie było już mu tak zimno.
– Wierzycie w te potwory wychodzące ze studzienek kanalizacyjnych, Tautin? Mamy szukać morderców pod ziemią? Wejdziecie do kanału?
– Nie.
– Więc czemu się, kurwa, wygłupiacie?
Tautin wzruszył tylko ramionami i pociągnął nosem. Rudy dowódca poczuł, że jego gniew stygnie równie gwałtownie, jak zapłonął, i zastępuje go poczucie zażenowania. Przed kim właściwie odgrywał tę komedię?
– To ludzi należy się obawiać – powiedział cicho.
Spojrzał w górę, gdzie powinny znajdować się okna kamienic. Starał się dostrzec jakiekolwiek ślady życia. Nigdzie nie widział jednak nawet słabego odblasku światła.
Dał znak i cały oddział ruszył wolno ulicą.




Dziś modlitwa nic nie zjedna

– Czemu nie zapalisz światła? – spytał Aleksander, sprawdzając fryzurę w lustrze. – Ciemno tu jak w grobowcu.
– Bo to jest grobowiec – odparła zimno. – Jeszcze tego nie zauważyłeś?
– O co chodzi?
Nie odpowiedziała, tylko westchnęła teatralnie, odwróciła się do niego plecami i z nadąsaną miną wróciła do sypialni. Kiedy tam za nią wszedł, siedziała na rozgrzebanym łóżku, wpatrując się w telewizor. Usiadł obok niej i przez minutę czy dwie wspólnie oglądali reklamy, a potem finał teleturnieju, w którym główną nagrodą była wycieczka do Meksyku. Sprawiał wrażenie rozkojarzonego.
Wciąż przygładzał włosy i wystukiwał palcami na kolanie jakieś skomplikowane rytmy.
– Był wypadek – odezwał się wreszcie wciąż wpatrzony w ekran, na którym pojawiły się cztery odpowiedzi do wyboru. – Pewnie wiesz. Są dwa trupy.
Miała już na końcu języka pytanie, które powinna była w tej chwili zadać, ale przecież postanowiła, że w ogóle nie będzie poruszać tego tematu. Odgrywanie roli obrażonej kobiety zaczęło jej nawet odpowiadać. Poczuła się trochę jak bohaterka telenoweli.
– Islamabad! Stolica Pakistanu! – krzyknął nagle, aż się wzdrygnęła. – To już było. Dlaczego oglądasz wczorajszy teleturniej?
– Z nudów – odparła. – Po prostu się nudzę. Zresztą one wszystkie są wczorajsze.
Wstał i zanim zdążyła zareagować, wyłączył telewizor.
Potem podszedł do okna, odsunął odrobinę popielatą zasłonę i spojrzał na drogę. Przez uchyloną szparę do sypialni wsączyło się światło w kolorze wodnej zieleni. Alicja poczuła delikatne ukłucie niepokoju. Mężczyzna odwrócił się z dziwnym uśmiechem, mrugnął do niej i ni stąd, ni zowąd zaczął recytować:

Przecież nie wiem, skąd ta nuda.
Wyglądam kogoś za każdym szelestem,
Ach, i zawsze sama jestem!
Przykro mi, że bez ustanku
Wiatr mną jak piórkiem pomiata
Nie wiem, czy jestem z tego czy z tamtego świata.

– To moja kwestia – powiedziała odruchowo.
– Więc jak idzie dalej?
– Nie pamiętam – skłamała.
– No to co z ciebie za aktorka? – Poklepał się po kieszeniach marynarki w poszukiwaniu papierosów. – „Czego potrzebujesz, duszeczko, żeby się dostać do nieba?”
– Przestań mnie męczyć. Nie mam dzisiaj nastroju. Po co przyszedłeś?
– „Nic mnie, nic mnie nie potrzeba”. Masz papierosy?
– Są na lodówce.
Oderwał się od okna, minął jej łóżko i szybkim krokiem ruszył w stronę kuchni. Gdy przechodził przez sień, pod jego stopami zaskrzypiały klepki podłogi.
Potem znów usłyszała wesoły, tubalny głos:

Lecz nie płacz, piękna dziewico!
Oto przed moją źrzenicą
Odkryto przyszłe wyroki:
Jeszcze musisz sama jedna
Latać z wiatrem przez dwa roki,
A potem staniesz za niebieskim progiem.

Pomyślała, że dłużej tego nie wytrzyma. Napięcie rosło w niej dramatycznie, a te dziwaczne rymowane słowa, których w zasadzie nigdy do końca nie pojmowała, tylko pogarszały sprawę. Podniosła się z łóżka, nałożyła kapcie i powoli podeszła do okna. Chociaż miała na sobie gruby szlafrok, poczuła, że ogarnia ją straszny chłód. Odsunęła całkowicie nie tylko zasłony, ale i firankę, wyjrzała przez okno w kierunku ukrytej za ciemnymi drzewami drogi.
Na szybie widniały widmowe ślady palców.

Dziś modlitwa nic nie zjedna.

Podwórko było puste, podobnie jak przebiegająca obok niego piaszczysta droga, lecz nieco dalej, pomiędzy szeroko rozstawionymi pniami buków, na tle rozciągających się daleko zrudziałych pól Alicja dostrzegła jakiś ruch. Jakieś kształty.
Już są, pomyślała.
– Dalej nie pamiętam! – krzyknął z kuchni Aleksander.
– Ładny ze mnie Guślarz. Gdzie masz popielniczkę?
A może to tylko wysoka trawa uginała się od podmuchów wiatru? Z daleka niewiele właściwie było widać.
Cały ten posępny krajobraz zdawał się przecież martwy – nic, tylko kolczaste zarośla, błoto i piach. Alicja pochyliła się do przodu, aż dotknęła czołem chłodnej szyby.
Parapet był czarny od kurzu.
– Idą – powiedziała do siebie.
Brzęk naczyń świadczył o tym, że Aleksander wyjął popielniczkę ze zlewu. Na zewnątrz zaczął ujadać pies.
Potem Alicja usłyszała złowróżbne krakanie.
– Idą – powtórzyła głośniej i zadrżała. Nie tyle ze strachu, ile z podniecenia. – Już są.
Zbliżali się.
Szli na przełaj w stronę drogi, częściowo ukryci za drzewami. Ich ciemne sylwetki, które do tej pory zlewały się z jednolicie szarym tłem, stawały się coraz wyraźniejsze i po chwili Alicja zaczęła rozpoznawać poszczególne osoby. Kiedy pojawili się na drodze, aż westchnęła z wrażenia.
Pierwszy szedł oczywiście ksiądz Marek, wysoki i sztywny jak gromnica. Mimo wiatru i kłopotów z nogą starał się poruszać majestatycznie. Śnieżnobiała komża mocno kontrastowała z brunatnobrązowym kolorem drogi. Wyprzedzał o krok pana Mostowiaka, którego trudno byłoby poznać w tym żałobnym garniturze, gdyby nie szerokie bary i nieodłączny filcowy kapelusz na głowie. Nieco dalej Alicja dostrzegła dwie kobiety w czerni – panią Chojnicką i panią Kurylczyk – ostrożnie prowadzące pod rękę jakiegoś długonogiego mężczyznę z brodą, a za tą grupą jeszcze jedną nieznajomą postać, niższą i bardziej krępą, próbującą iść samodzielnie, chociaż widać było, że sprawia jej to dużą trudność.
To oni, pomyślała Alicja.
Usiłowała przyjrzeć im się dokładniej, byli jednak zbyt daleko. Poprawiła kosmyk włosów, który wysunął jej się zza ucha. Aleksander, który właśnie wrócił z kuchni, objął ją od tyłu w pasie i przyciągnął do siebie.
– Dwaj Niemcy – powiedział szeptem. – Czterdzieści i pięćdziesiąt sześć lat. Jechali chyba do Drezna. Ten starszy był kierowcą mikrobusu. Zasnął za kółkiem.
– Gdzie ich prowadzą? – spytała dziewczyna.
– Na razie będą mieszkać u księdza dobrodzieja – zaciągnął się głęboko i wypuścił dym nosem. – A potem znajdzie się im jakieś kwatery.
– Tylko dwóch? – spytała po chwili, mimo wszystko lekko zawiedziona. – Podobno było mnóstwo ofiar. Burska mówiła, że takiego wypadku jeszcze tutaj nie było.
– W sumie zginęły trzy osoby – powiedział Aleksander.
– Cztery są ranne.
– A gdzie ta trzecia?
– Trzecia do nas nie przyjdzie – odparł szybko, a potem uśmiechnął się szeroko i dodał: – Była Świadkiem Jehowy.
– Pytałam poważnie – powiedziała, uwalniając się z jego objęć. – Ta osoba była od nas jakaś lepsza, prawda?
– O co ci właściwie chodzi?
– Poszła gdzie indziej?
Nie musiał odpowiadać.
Z wolna zaczynała rozumieć, a przynajmniej tak jej się zdawało.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2009-06-20 (1326 odsłon)

[ Wróć ]
Content ©



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej