Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Żelazne wojny
 
Katalog - dodano
 Fałszywy Pieśniarz
- Martyna Raduchowska
 Opowieści o duchach
- Jim Butcher
 Legion. Kłamstwa patrzącego
- Brandon Sanderson
 Zmiany
- Jim Butcher
 Upiorne opowieści po zmroku
- Alvin Schwartz
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Raptowny fartu brak'' - Eugeniusz Dębski




Ruszaj, czterocylindrowa flądro!

Na zboczu wzgórza, niemal na końcu podjazdu, usadowił się pasożytniczy wzgórek powodując, że łagodna już pozornie droga nagle stanęła dęba. Silnik sprężył się, wyciągnął nieco wyższą nutę, prawie zmarszczył się z wysiłku, ale pokonał wzniesienie, a potem samo wzgórze. Na szczycie jednak zapiszczał podejrzanie i raptownie ucichł. Siedzący w nieruchomym pojeździe Luk uniósł oczy ku górze i bezgłośnie sklął niebo.
– Nie rób mi tego – poprosił.
– Pusty zbiornik – beznamiętnie, zdyszanym głosem poinformował Silnik. – Może niezupełnie to mam na myśli, chociaż upraszczając...
– Nie chrzań, chłopie. Całą drogę klnę jak szewc!
– Ale jest pod górkę, a paliwo nie najwyższej marki.
– C-co ty mi pieprzysz?! Jakiej marki? Jakiej marki, co? Teraz mi coś mówisz o marce? Jak się układałem, to było tylko o „mięsie”, prawda? Miałem kląć przez całą drogę. Tak?! Gdybym wiedział coś o warunkach dodatkowych, tobym zaproponował inne paliwo.
Silnik prychnął pogardliwie.
– Jakie?
Luk zacisnął zęby i chwilę walczył ze sobą.
– Spermę! – Splunął z całej siły w przydrożny pył.
– Akurat by wystarczyło! – ironicznie sapnął Silnik. – Chciałeś przecież wyjechać poza garaż.
Luk zeskoczył z siodełka i kopnął w oponę.
– A na tym z kolei nie zajechałbyś nawet do peryferyjnego parku. Spokojnie, chłopie. Spokojnie. Tak nie ma sensu, uwierz mi. Spoko.
– No to jak? Klniesz czy nie? – nie ustawał Silnik.
– Zaraz, przecież nie chcesz byle czego, ty parchu pustynny? – wstawił sprytnie.
– Było.
– Rusz się, nie wkurwiaj mnie!
– No i ty masz pretensje, że nazwałem twoje przekleństwa marnym paliwem?!
Luk zawirował na pięcie jednej nogi z łokciami przyciśniętymi do brzucha.
– O, może trzeba było wybrać jakieś łamańce gimnastyczne?
– Zamknij ryja! – huknął Luk doprowadzony do szału.
– Ty w pachę skubany, flegmotwórczy wyciorze! Ty w trzy pi...
– Było – flegmatycznie przerwał Silnik.
– Aaaa!!! Trzymajcie mnie! Ludzie! Lu-udzie-e!
– A propos „ludzie”... – rzeczowo wtrącił Silnik. – Znasz taki dowcip: pewien miastowy zgubił się w lesie, w strasznym lesie, i zaczyna wrzeszczeć: „Ludzie, ludzie!”, a zza drzewa wychyla się Czukcza i powiada: „Ha! Jak tutaj, to: «ludzie», a jak w mieście, to pogardliwie: Czu-uukcza!”.
– Oczy-reflektory patrzyły na zamarłego w bezruchu Luka, potem ich pokrywy zamknęły się i natychmiast otworzyły.
– Hy-hy... – niepewnie roześmiał się Luk. – Idiota, jak Boga kocham, wrobili mnie w Silnik idiotę!
– Mógłbyś mi to wyjaśnić? To słowo „Czukcza” i dlaczego to śmieszy...
– Kpisz sobie ze mnie, tak? – Luk odsunął się o dwa kroki i położył rękę na kaburze. – Pokurczu moczem chłodzony... Gnido niewychechłana, jak ci wkopię kołek w tę niskochłodzoną dupę, to się sfajdasz aż po wycieraczki.
– Odsunął się jeszcze o krok i zaczepił paznokieć o mosiężną klamerkę. – Tak cię, robaczku, wytrzepocę...
– Ojej, dobrze już, z górki może wystarczy – stęknął Silnik. Nie spuszczał oczu z kabury i gdy tylko zobaczył, że z człowieka uchodzi para, że ręka sięga do kieszeni po wodne dropsy, dodał przebiegle: – Ale wytłumaczysz dowcip i dołożysz jednak kilka jobów... Później, może jutro! – wrzasnął widząc, że człowiek bez ostrzeżenia wyszarpuje blaster z kabury. – W przyszłym tygodniu!
– Ruszaj, czterocylindrowa flądro!
Silnik warknął, zapracował równym rytmem. Luk zabezpieczył klamerkę kabury. Silnik odczekał chwilę.
– Oj-jej! Aleś mi dokuczył! – parsknął ironicznie, ale przedtem sprawdził, czy kabura jest zamknięta. Zgrzytnęła przekładnia, drgnęły baloniaste zbrojone tlenem opony. Dźwignia ręcznego hamulca zachrobotała i opadła, pojazd drgnął.
Człowiek poruszył się i niedbale, demonstracyjnie oparł dłoń o pogięte nadkole, rozejrzał się starannie dokoła.
– A rusz się o centymetr! – zagroził Silnikowi. – Już mam dość ciebie i całego tego *****ania się. OK?
Silnik zmrużył reflektory i pyrknął obraźliwie. Niewątpliwie starał się jak mógł zamanifestować swe niezadowolenie, tymczasem człowiek okazał się istotą na tyle gruboskórną, że jego usiłowania nie miały szans powodzenia.
Luk poklepał protekcjonalnie nadkole, potem wskoczył na maskę i jeszcze raz, tym razem z rzeczywistej potrzeby, a nie dla czczej demonstracji, przeleciał wzrokiem horyzont; najpierw normalnie, później przez wszczepione binokle i było to na tyle nieciekawe, że nie chciało mu się nawet sięgnąć do lornetki. Zeskoczył na ziemię, wzniecając obłoczki duszącego suchego pyłu. Przypomniał sobie o awanturze z Silnikiem i postanowił dopiec mu bardziej. Pochylił się, poklepał jeszcze raz maskę.
– Do-o-obry silniczek – powiedział. – Dobly pana silniczek, plawda?
– Nie musisz mnie chwalić, znam swoją wartość – odparł Silnik, a w jego tonie zabrzmiały wyraźne nutki zadowolenia. – A dlaczego zmieniasz głoskę „r”? – zapytał naiwnie po chwili.
– Debil – warknął Luk.
– Nie rozumiem. Może tu trzeba odwrotnie: „l” na „r”?
– Zabiję... – Luk zamierzył się nogą na koło, chciał wskoczyć na pakę, lecz zamarł słysząc:
– Nie strasz, nie strasz, bo się...
Luk odczekał chwilę z uniesioną do góry nogą, z otwartymi do kolejnego ciętego esprita ustami, wystraszony.
Z tego co wiedział, a wiedział o Silnikach niemal wszystko, Silniki nie potrafi ły grozić, bo nie potrafi ły planować czegokolwiek, a przecież użycie groźby ma na celu jakieś korzyści w dalszej lub bliższej, ale jednak przyszłości. Popatrzył na Silnik. Zastanawiał się chwilę.
– Jedźmy – powiedział nagle Silnik.
W jego na ogół metalicznym głosie tym razem zabrzmiała wyraźna prośba. Luk wsunął się ostrożnie na siedzenie, poruszył dźwignię zamykającą owiewkę i delikatnie wcisnął pedał akceleratora.
– Czy coś się stało? – zapytał, starając się nie zdradzić emocji.
– Lepiej nie pytaj. – Silnik sam zwiększył obroty.
Wbrew zamierzeniom Luka już po chwili gnali w dół o kilkanaście kilometrów na godzinę za szybko. Droga wiodła zboczem wzgórza wciąż w prawo ciasnymi, nieregularnymi spiralami.
– Skoncentruj się na prowadzeniu.
– No to nie gazuj za mnie. Wiem, na ile mnie stać – warknął rozzłoszczony Luk. – Jeszcze... – Serce podskoczyło mu do gardła, gdy okazało się, że zakręt zacieśnia się do absurdalnych granic, że wewnętrzne koła zaczynają tracić oparcie w podłożu i niemal połowę czasu spędzają w powietrzu. Gwałtownie wdusił pedał hamulca.
– Szszszsz... Jeszcze trochę i byśmy zrobili pa-pa w dół!
– Jeszcze trochę i dogoni nas Kolbobum! – krzyknął histerycznie Silnik, zagłuszając terkot opon na nierównej powierzchni i trzask pracujących na maksymalnych obciążeniach resorów, zwłaszcza lewych. Krzyknął na-włosów na karku i trochę wyżej. – Nie żałuj pedału...
– Ale co to jest?!
– Nie pytaj...
Zakręt. Oczywiście w prawo, nagły uskok terenu, żołądek do gardła, uuups! Jakiś dziwny absurdalny kawałek prosto i znowu w prawo, ciaśniej. Luk zawisł nad prawymi kołami, coś z półki za plecami spadło i utkwiło na wysokości nerek, gniotąc ciało za każdym razem, gdy pojazd podskakiwał lub zmieniał nawet nieznacznie kierunek czy prędkość. Kanciasty przedmiot stale atakował nerki. Człowiek zacisnął zęby. Już dwie minuty wcześniej zdjął nogę z pedału gazu, bo i tak Silnik dawał pełną moc, skoncentrował się na hamulcu, używając go jednak oszczędnie w obawie, że Silnik wyłączy niepotrzebne w obecnej sytuacji urządzenie. Sytuacja musiała być tragiczna.
Luk wyszedł z kolejnego łuku, poszerzył promień skrętu, od razu zacieśnił i spazmatycznie zaczerpnął powietrza – środek drogi zajmował spory głaz, praktycznie niemożliwy do ominięcia. W tym tempie wykluczone było również hamowanie. Silnik pisnął, pojazd szarpnął się do przodu jeszcze szybciej. Luk mógł już tylko trzymać się kierownicy, zwłaszcza że i tak nie reagowała na jego ruchy. Pojazd wahnął się od lewej krawędzi szosy, uniósł się lekko na lewych kołach, musnął prawymi stok wzgórza, a nadkolami kanciastą zawadę i huknąwszy chyba wszystkim, czym mógł, o nawierzchnię drogi, pognał dalej, a po chwili naraz zanurkował, niemal wyrzucając człowieka z fotela. Luk jęknął, podkurczył nogi i przygotował się do opuszczenia szalonego wehikułu, nie widząc możliwości opanowania wozu. Coraz bardziej był przekonany, że Silnik również stracił kontrolę nad pojazdem.
– Trzymaj się, Lu-chu-chuk... – Wyboje zniekształciły imię pasażera.
Na marginesie zwykłego w takiej sytuacji procesu myślowego – mieszanki strachu, analizy sytuacji, złości na siebie, na Silniki, które zapewniały o bezpieczeństwie planetki – odezwała się myśl zwariowana, która zachowywała się jak beztroskie dziecko. Nie dostrzegała grozy położenia idiotycznie zdziwiona na przykład tym, że Silniki podskakując na wybojach, również mają kłopoty z wymową. A przecież mówią nie przez otwór gębowy, a przez specjalne szczeliny nad oczami-reflektorami.
– To ty... y-y... t-t-ty... się zatrzy-yma...
Jeden z gwałtownych podskoków z niemal równoczesnym zatrzymaniem wehikułu spowodował, że język Luka dostał się między zęby i został nimi przytrzaśnięty.
Luk zawył głośno, a potem, trzymając zaciekle kierownicę, przerzucony przez nią górną połową ciała rąbnął twarzą w pokrywę silnika. W uszach... nie, nie w uszach – pod kopułą czaszki rozległ się wielodźwięczny trzask, przed oczami bezgłośnie eksplodowała jasność.
I zamknęła się w Czarną Dziurę. Otworzyła znowu. Luk poczuł, że osuwa się po masce pojazdu, że kierownica ociera się o uda i za moment przekroczy granicę kolan, a wtedy nic już nic uratuje pasażera przed stoczeniem się na grunt, może pod koła. Ryknął coś, nie zdążył nawet zaplanować krzyku, po prostu wrzasnął rozpaczliwie, ale Silnik albo zrozumiał, o co chodzi, albo przyspieszył – pojazd runął do przodu, podskoczył i Luk dość gładko trafił niemal dokładnie w to samo miejsce, z którego przed chwilą pęd i rozhukana droga go wyrzuciły. Szlak opadał w sposób przynoszący zaszczyt odwadze projektanta, następnie, zaraz za najniższym punktem, skręcał w lewo, przenosząc się na bok siostrzanej góry.
– Wielki Bo-oż...
– Tam mamy kryjówkę! – krzyknął Silnik, zagłuszając szurgot, charkot i wizg opon. – Skręcamy w prawo – ostrzegł.
– Zgłupiałeś?! Tam nic nie...
W tej właśnie chwili przednie koła przejęły na swoją oś niemal cały ciężar pojazdu, tylne zaterkotały, uderzając we wpuszczone w grunt kamienie, chwytając rozpaczliwie namiastkę przyczepności. Silnik wyhamował niemal całkowicie i – gdy Luk napiął mięśnie, chcąc wyskoczyć w biegu ze sfiksowanego wehikułu – przyspieszył, skręcając absurdalnie koła w prawo. Za fałdą na stoku góry pojawił się kanion, naturalny twór o dnie przypominającym strukturą drogę, po której „zjeżdżali” przed chwilą. Silnik wyrwał do przodu i pognał, jakby nie zauważył, że teren wymagałby rozwagi od kozic, a uciekającemu wężowi sprawiłby niejedną niemiłą niespodziankę.
Luk porzucił myśl o wyskakiwaniu, zaniechał prób kręcenia kierownicą, porzucił pomysł wyhamowania.
I nadzieję. Zaparł się od dołu kolanami wkoło kierownicy, wparł stopy w pedały. Palce dłoni wczepiły się w wolne centymetry kierownicy z taką siłą, że groziło im wtopienie się w jej tworzywo.
– Matko... matko... matko...


Much

Wyjście z podprzestrzeni nie było przewidywane ani planowane. Było niepotrzebne i niebezpieczne, a Kit, wściekły jak wszyscy diabli, nazwał je sabotażem. I oskarżył o to Babuschkę. No, może nie bezpośrednio, ale kto, do cholery, zapragnął się bawić w hodowlę much?
Właśnie jedna z nich, w zasadzie nie jedna, a jedyna, kolejny model supercybermuchy, grzmotnęła podczas któregoś z pierwszych lotów w osłonę tastera „Stop”. Rozbiła ten plastik i wyprowadziła statek z podprzestrzeni. Durny komputer posłuchał rozkazu jeszcze głupszej muchy, aczkolwiek lojalnie zasygnalizował, że wejść w tunel już się nie da.
Z tej całej sytuacji były dwa wyjścia: albo komunikat do najbliższej stacji i czekanie około pięciu miesięcy na pomoc, albo wykorzystanie calenu, który awaryjnie nadawał się na paliwo. Oczywiście odnalezienie w pobliżu planety z czystym calenem byłoby cudem.
I cud się wydarzył. Zdesperowany Martinson znalazł taki księżyc, małą pomarańczę krążącą wokół olbrzyma wielkości Jowisza. Ta pomarańcza, trochę jak by nadgniła (miała sporą ciemną plamę – właśnie złoże calenu) powinna była już dawno grzmotnąć w planetę, ale na razie jeszcze tego nie zrobiła. Olbrzym, też nadgniły, bo z identyczną prawie plamą, ciemny i głuchy, wirował obojętnie, kusząc zwiadowców.
– Musimy zdobyć paliwo. To przede wszystkim – powiedział Kit tonem wykluczającym sprzeciw. Ale nikt nawet nie myślał się sprzeciwiać.
– A olbrzym? – Babuschka chętnie by poszperał również po tym gigancie. Martinson podzielał jego zdanie.
Mucha, jakby czując swoją winę, siedziała cicho i nie zabierała głosu.
– Na twoim miejscu bym się nie odzywał – wyskandował Kit.
– A mnie ta sprawa śmierdzi – oświadczył Martinson.
– Bo? – Kit stukał palcami w stół.
– Ta kuleczka powinna już dawno wyrżnąć w swego wielkiego brata. To raz. Ta duża regularna plama na olbrzymie i taka sama na jego księżycu, to dwa. I niemal czysty calen. To trzy. Wszystko razem podoba mi się jeszcze mniej.
– Mógłbyś konkretniej? – Babuschka przestał wiercić się na krześle.
– Konkretniej? Nie. – Martinson potarł czoło. – Tylko dlaczego akurat na tym płaskowyżu, na tej plamie jest calen?
– Może to jakiś stary magazyn? – Babuschka pchnął palcem muchę. Rozległ się cichy warkot i mucha odsunęła się od palca.
– Może... – Nawigator odchylił się w fotelu i patrzył w sufit. – Ale calen jest doskonałym buforem, w pewnych warunkach...
– No to co robimy? – Babuschka wolał działać, niż się zastanawiać. Jakoś tam będzie.
– Albo w ciągu kilku godzin zdobędziemy paliwo, albo będziemy mogli przynajmniej nadać jeszcze komunikat. Jeżeli się spóźnimy, trafi my na zamkniętą barierę i wtedy klops. W sumie są dwa wyjścia: zdobywamy paliwo i badamy spokojnie układ albo wysyłamy komunikat i czekając na pomoc, badamy układ. Ale jeżeli się spóźnimy albo nie zdobędziemy calenu, czekamy na otwarcie bariery trzy miesiące i na pomoc cztery. W sumie siedem. Możemy przeżyć sześć. Oczywiście jeżeli będziemy bardzo oszczędzać, przeżyjemy i siedem, tyle że nie będą to przyjemne wakacje... – Kit podniósł brwi, akcentując w ten sposób swój niechętny stosunek do tego typu wypoczynku.
– Jest jeszcze trzecie wyjście – Babuschka podniósł palec. – Możemy wysłać komunikat i polecieć po calen.
Wtedy będziemy ubezpieczeni.
– Zrobiłbyś to? – Martinson nachylił się do pilota.
– Nie.
– A dlaczego, skoro proponujesz? – Kit wzruszył ramionami.
– Bo może być głupio: przylecą po nas, a tu ładownie pełne. – Babuschka zerwał się z krzesła, złapał muchę i podrzucił ją w powietrze. Błyskawicznie odpalił silniczek i po sekundzie mucha wyrównała lot.
– Narada zakończona. Ja lecę patroletką na olbrzyma, a wy dwaj na księżyc. Zgoda? – Kit wstał również z fotela.
Kiwnęli głowami. Skierowali się do drzwi, gdy zatrzymał ich głos komandora:
– Łączność za sześć godzin. Prędzej nie wyjdę z cienia.
Trzy godziny później Martinson, Babuschka i mucha wylądowali na księżycu. Od godziny Kit milczał i nie było szans, żeby się szybko odezwał. Martinson zaproponował, by komputer sterował wyładunkiem transportera i kombajnu, a oni w tym czasie dokładnie oznaczą złoże.
– Któryś z nas skoczy później z powrotem i przyprowadzi całą tę bandę.
– W porządku. – W głosie Babuschki czuło się radość.
– Ubieramy się i lecimy?
– Poleci to twoje paskudztwo – nawigator wskazał muchę – ja będę szedł.
Babuschka musiał przyznać, że nie była zbyt ładna.
I w ogóle nie przypominała muchy. Takie najeżone metalowymi pręcikami jajko okopcone z tyłu, z kroplami kwarcytu w części czołowej.
– Nie jestem paskudztwem – odpowiedziała mucha głosem Babuschki. Martinson machnął ręką i poszedł do „szatni”.
Pół godziny później wyszli na powierzchnię księżyca. Nie umawiając się, zaczęli biec, a właściwie skakać – ciążenie było tu prawie takie samo jak na ziemskim Księżycu.
Posuwali się w kierunku ciemnej plamy zauważonej przez Martinsona.
– Muchu! Leć pierwszy, melduj, gdy dojdziemy do złoża.
– Co ty tam bełkoczesz? – Martinson nie dosłyszał dobrze polecenia Babuschki.
– Do Mucha mówię, nie do ciebie.
– Do mucha? Do muchy, chciałeś powiedzieć!
– Powiedziałem „Much” i nie zmieniam decyzji. Żadnych bab na statku patrolowym!
– Babuschka, idź ty lepiej do lekarza, jak wrócimy.
Wydaje mi się, że okresowe badania w pewnych przypadkach są niewystarczające.
– Nie nudź. Znasz ten dowcip o musze na statku patrolowym?
– Jaki? – zainteresował się nawigator.
– No, jak to na statek dostała się mucha. Przez pierwszy miesiąc samotnego patrolu pilot usiłował ją złapać, przez drugi miesiąc ignorował ją absolutnie. A na początku trzeciego zaczął się zastanawiać, czy to przypadkiem nie jest samica!
– He, he! – Martinson dał susa przez spory głaz. Pozwoliło mu to opanować śmiech. – Jeden ze słabszych dowcipów, jakie w życiu słyszałem. Gdzieś ty go wygrzebał?
– To z pierwszego roku akademii.
– Za moich czasów... – Martinson wdał się w dość rozwlekłe dywagacje na temat przewagi wszystkiego co stare, w tym dowcipów, nad nowym.
Mucha nie interesowała ta dyskusja. Otrzymał polecenie i poleciał je wykonywać. W porównaniu z ludźmi posuwającymi się w sumie dość wolno imponował prędkością.
Dlatego też stosunkowo szybko wrócił.
– Pięć stopni na zachód, tam jest największe skupisko złoża – usłyszeli w głośniczkach głos Mucha.
Skręcili jednocześnie. Rzeczywiście, po dziesięciu minutach wskaźniki analizatora wychyliły się bardzo wyraźnie. Przystanęli, Babuschka patrzył w niebo, na zwisającego tuż nad głową olbrzyma odwróconego brunatną plamą w stronę swego księżyca, Martinson dokonywał pomiarów.
– To co? Wracamy? – Martinson machnął ręką w stronę, z której przyszli. – Oznaczyłem miejsce, wystarczy wezwać kombajn, niech grzebie. My tu już nie jesteśmy potrzebni.
– Jasne. Złapiemy transporter i skoczymy gdzieś na godzinkę. Mamy jeszcze tlen.
– Tylko musimy się trochę cofnąć. Stąd nie wywołamy kombajnu, jesteśmy w niecce.
– No to chodźmy. Nie ma tu już nic...
Niebo runęło na Babuschkę, dławiąc niedokończone zdanie. Kiedy walił się na ziemię pod jakimś gigantycznym ciężarem, zauważył, że Martinson upada na bok. Potem mignął mu jeszcze zawieszony nad nimi olbrzym i Babuschka stracił przytomność.
Odzyskiwał ją powoli, bardzo powoli, świadomość jakby nie bardzo chciała wrócić do spłaszczonego bezlitosną prasą ciała. Oddychał z wielkim trudem, największym wysiłkiem woli otworzył oczy, ale bardzo długo jeszcze purpurowa zasłona przesłaniała niebo.
W końcu zobaczył je, najpierw niewyraźnie, potem w miarę normalnie. Plama na olbrzymie zmieniła kolor, właściwie nie zmieniła, a zmieniała, pulsowała jasną żółcią na przemian z bladą czerwienią.
„Co to... tak nas... rąb... nęło... dlaczego... przecież tu... jest pusto... długo tak... nie wytrzymam...” – Spróbował przekręcić głowę, zobaczyć, co się dzieje z Martinsonem.
– „Co... z Martinem... dlaczego milczy...” – Myśli rwały się, przeciskały jak przez gęsty klej.
– Baab... – Babuschka usłyszał chrypienie Martinsona.
– Ży... jesz? – coś mu bulgotało w gardle.
Babuschka dopiero po dłuższej chwili zrozumiał, że to Martinson mówi do niego. Pokonał ból i kilkudziesięciokilogramowy ciężar warg.
– Żyy... jję... co... to... jak u... ciebie...
– Uderzyłe... jakiś... kajeń... krotok... nic nie... widzę...
– Marti... – Babuschka zebrał wszystkie siły, prawie krzyczał. Z Martinsonem było źle, nawet nie wymawiał niektórych głosek. – Muś... simy coś... zrobić... to... może...
– ...Pole... pole... – wychrypiał nawigator. Kosztowało go to chyba resztę sił, bo umilkł i Babuschka słyszał już tylko jego charczenie.
– Maaartin... od... dezwij się... Maaa...
„Stracił przytomność... ja... ja też... niedługo... nie... wytrzymam... pole... Martin... mówił... pole... jakie...”
Otworzył oczy. Gigantyczny krąg nad głową. Plama jarzyła się jadowitą żółcią, jak olbrzymie nienawistne oko.
„...co on... z tym... polem jakie... przecież nic... nie było... jak wyjść... nie wycofaliśmy... kombajn...łączność za dwie... godziny... tlen... na... czterdzieści... minut... szkoda... Kit... Boże! Kit!” – Myśl o komandorze wyrwała go z powolnego rytmu leniwie płynących myśli. Szarpnął głową, drgnęła lekko.
„Kit wpadnie... w pułapkę. Przyleci tu po nas. To pole go... też złapie. Trzeba jakoś... muszę... Muszę...”
– Martin... odezwij... się... Martiiin...
Żadnej odpowiedzi, tylko ten ohydny bulgot i charkot.
„On się udusi... krwią... jest nieprzytomny... przynajmniej nic... nie czuje... a ja muszę Kita... on nie może... znak... jakiś znak... napis... nie mogę ruszyć... ostrzec... MUSZĘ...”
Stracił przytomność.










Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2009-06-24 (1346 odsłon)

[ Wróć ]
Content ©



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej