Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Wielki smród
 
Katalog - dodano
 Dotąd dobrze
- Ursula K. Le Guin
 Coś
- John W. Campbell
 Zmierzch Bogów
- Michał Gołkowski
 Czara Cieni
- Frances Hardinge
 Śpiew kukułki
- Frances Hardinge
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Nacja'' - Terry Pratchett




Rozdział I

ZARAZA

Snieg sypał tak mocno, że w powietrzu tworzyły się kruche kulki, które topniały, gdy tylko lądowały głucho na koniach stojących wzdłuż nabrzeża. Była czwarta nad ranem, port dopiero się budził i kapitan Samson nigdy nie widział w doku takiej krzątaniny. Ładunek dosłownie wyfruwał ze statku; dźwigi robiły wszystko, co w ich mocy, żeby jak najszybciej wyładować towar. Statek już cuchnął środkiem odkażającym, smród był niemożliwy. Każdego, kto wchodził na pokład, zlewano tym płynem tak obficie, że aż wychlapywał mu się z butów. I jakby tego było jeszcze mało, niektórzy, ciapiąc butami, wkraczali na pokład z ciężkimi metalowymi puszkami sprayu, które opluwały wszystko różową kwaśną mgiełką.

 

A kapitan nic nie mógł na to poradzić. Agent armatora czekał na nabrzeżu z rozkazami w ręku. Kapitan Samson nie zamierzał jednak się poddawać.

- Naprawdę myśli pan, panie Blezzard, że można się od nas zarazić? - rzucił szczekliwym głosem do mężczyzny na nabrzeżu. - Mogę pana zapewnić...

- Z tego, co wiemy, kapitanie, nie zarażacie, ale tutaj chodzi o wasze dobro - agent krzyknął przez olbrzymi megafon - i muszę raz jeszcze ostrzec pana i pańskich ludzi, żebyście nie opuszczali statku!

- Ależ panie Blezzard, my mamy rodziny!

- Istotnie, ale wszyscy znajdują się pod dobrą opieką. Proszę mi wierzyć, kapitanie, wasze rodziny mają dużo szczęścia i was też ono nie opuści, jeśli będziecie słuchać rozkazów. O świcie musicie wracać do Port Mercia. To sprawa najwyższej wagi.

- Niemożliwe! Przecież to drugi koniec świata! Wróciliśmy zaledwie parę godzin temu! Mamy za mało żywności i wody!

- Wypłyniecie o świcie i na kanale czeka was rendez- -vous z Dziewicą z Liverpoolu po niedawnym rejsie z San Francisco. Przedstawiciele kompanii już są na jej pokładzie. Wyekwipują was we wszystko, czego będziecie potrzebować. Ogołocą tamten statek do cna, żeby tylko was dobrze zaopatrzyć na drogę!

Kapitan pokręcił głową.

- Nie podoba nam się to, panie Blezzard. Pańskie żądania... są nie do przyjęcia. Ja... na Boga, człowieku, potrzebuję większych gwarancji niż kilka słów wykrzyczanych przez metalową tubę!

- Myślę, że ja będę wystarczającą gwarancją, kapitanie. Mam pańskie zezwolenie na wejście na pokład?

Kapitan znał ten głos.

Był to głos Boga albo kogoś pierwszego po nim. Ale chociaż rozpoznawał głos, miał problemy z rozpoznaniem mówcy stojącego na końcu trapu. A to dlatego, że był on przyodziany w coś w rodzaju klatki dla ptaków. Przynajmniej tak to wyglądało na pierwszy rzut oka. Przyjrzawszy się lepiej, kapitan dostrzegł, że jest to metalowa konstrukcja, bardzo misterna, otoczona cienką siatką. Osoba znajdująca się wewnątrz kroczyła w rozedrganej chmurze środka odkażającego.

- Sir Geoffrey? - chciał się upewnić kapitan, gdy mężczyzna sunął powoli po lśniącym trapie.

- W rzeczy samej, kapitanie. Przepraszam za ten strój. Nazywany jest skafandrem życia... z oczywistych powodów. Stanowi niezbędną ochronę. Rosyjska grypa okazała się groźniejsza, niż ktokolwiek przypuszczał! Mniemamy, że najgorsze już minęło, ale zaraza zebrała straszliwe żniwo... we wszystkich sferach. Wszystkich, kapitanie. Proszę mi wierzyć.

Coś w sposobie, w jaki prezes wypowiedział słowo "wszystkich", sprawiło, że kapitana zmroziło.

- Rozumiem, że Jego Królewska Mość jest... nie jest... - Przerwał, nie mogąc wydusić z siebie reszty pytania.

- Nie tylko Jego Królewska Mość, kapitanie. Powiedziałem już: "groźniejsza, niż ktokolwiek przypuszczał" - przypomniał sir Geoffrey, gdy czerwony płyn odkażający skapywał ze skafandra życia i tworzył na pokładzie kałuże podobne do krwi. - Proszę mnie wysłuchać. Kraj nasz nie pogrążył się w całkowitym chaosie tylko dzięki temu, że większość ludzi nie wyściubia nosa z domu. Jako prezes naszej linii żeglugowej rozkazuję panu, a jako stary przyjaciel błagam: Dla dobra Imperium pędź pan jak najszybciej do Port Mercia i odnajdź gubernatora. Wtedy... Ach, nadchodzą pańscy pasażerowie. Tędy, panowie.

Na nabrzeżu pośród krzątaniny zatrzymały się następne dwa powozy. Na trap weszło pięć zasłoniętych postaci, które wtaszczyły na pokład wielkie pudła.

- Kim pan jest? - zapytał kapitan najbliżej stojącego mężczyznę, który odparł:

- Nie musi pan tego wiedzieć, kapitanie.

- O, doprawdy? - Kapitan Samson odwrócił się do sir Geoffreya, rozpościerając ręce w geście protestu. - Panie prezesie, do jasnej cholery, przepraszam za wyrażenie, czyż nie służyłem naszej linii wiernie przez ponad trzydzieści pięć lat? Jestem kapitanem Ptaszynki czy nie? Kapitan musi znać swój statek i wiedzieć, co zabiera na pokład! Nie pozwolę, by trzymano mnie w nieświadomości! Jeśli nie można mi zaufać, w takim razie schodzę z pokładu! W tej chwili!

- Niechże się pan tak nie żołądkuje, kapitanie - poprosił sir Geoffrey. Zwrócił się do przywódcy nowo przybyłych. - Panie Black, o lojalności kapitana jestem całkowicie przekonany.

- Tak, popełniłem nietakt. Proszę mi wybaczyć, kapitanie - rzekł pan Black - ale musimy w trybie natychmiastowym zarekwirować pański statek, stąd niestety ten deficyt dobrych manier.

- Jesteście z rządu? - burknął kapitan.

Pan Black wyglądał na zaskoczonego.

- Z rządu? Obawiam się, że nie. A tak między nami, po naszym rządzie mało co zostało, a niedobitki chowają się po piwnicach. Nie, jeśli mam być z panem szczery, rządowi zawsze wygodniej było nie wiedzieć o nas zbyt wiele i panu radziłbym to samo.

- Czyżby? Wie pan, nie urodziłem się wczoraj...

- Faktycznie, kapitanie, urodził się pan czterdzieści pięć lat temu jako drugi syn Bertiego Samsona i jego małżonki i po dziadku otrzymał pan na chrzcie imię Lionel - wyrecytował pan Black, spokojnie opuszczając swój bagaż na pokład.

Kapitana znowu zmroziło. Zabrzmiało mu to trochę jak początek groźby; a że żadna groźba w końcu nie padła, z jakiegoś powodu poczuł się nieswojo.

- No to dla kogo pracujecie? - wykrztusił pytanie. - Lubię wiedzieć, z kim pływam.

Pan Black wyprostował się.

- Jak pan sobie życzy. Zwą nas Dżentelmenami Ostatniej Szansy. Służymy Koronie. Czy to panu wystarczy?

- A ja myślałem, że król nie... - Kapitan przerwał, nie chcąc wypowiadać tych strasznych słów.

- Nie żyje, kapitanie, zgadza się. Ale Korona nie zginęła. Powiedzmy, że służymy... sprawie wyższej wagi? A przy okazji, kapitanie, oświadczam, że pańscy ludzie dostaną za ten rejs cztery razy większy żołd plus dziesięć gwinei za każdy zyskany dzień wobec planowanego czasu podróży do Port Mercia plus kolejne sto gwinei po powrocie. Poważnie wzrosną szanse awansu dla wszystkich marynarzy i oficerów na pokładzie. Pan, kapitanie, otrzyma oczywiście zwiększone wynagrodzenie odpowiednie dla stanowiska, a jako że słyszeliśmy o pańskich planach rychłego przejścia w stan spoczynku, Korona na pewno zechce okazać swoją wdzięczność w tradycyjny sposób.

Stojący za nim sir Geoffrey przemówił i zakasłał jednocześnie:

- Ahuszlachectwoahu.

- Jestem pewien, że pani Samson by się ucieszyła - stwierdził pan Black.

Kapitan czuł się jak na torturach. Oczami wyobraźni ujrzał, co by się stało, gdyby do uszu pani Samson dotarło, że odrzucił szansę uzyskania przez nią tytułu lady Samson. Nie mógł znieść samej myśli o tym. Wpatrzony w mężczyznę, który przedstawił się jako pan Black, powiedział cicho:

- Czy coś ma się wydarzyć? Czyżbyście próbowali czemuś zapobiec?

- Tak, kapitanie. Wojnie. Następca tronu musi stanąć na angielskiej ziemi najpóźniej dziewięć miesięcy po śmierci ostatniego monarchy. Taki zapis widnieje w Wielkiej Karcie Swobód, na dole małym drukiem, a raczej maciupeńkimi literkami. Widzi pan, baronowie nie chcieli kolejnego Ryszarda Lwie Serce. I niestety, jako że na przyjęciu urodzinowym króla zupę podawał zarażony kelner, następni dwaj żyjący pretendenci do tronu znajdują się gdzieś na Wielkim Południowym Oceanie Pelagialnym. Mniemam, że dobrze pan zna te wody, kapitanie?

- Ach, teraz już rozumiem! Wiem, co jest w tych pudłach - oznajmił kapitan, wskazując je palcem. - Transport angielskiej ziemi! Znajdujemy następcę, on stawia na niej stopę i wszyscy krzyczymy "hurra!"

Pan Black uśmiechnął się.

- Nieźle, kapitanie! Jestem pod wrażeniem! Ale niestety o tym też już pomyślano. Istnieje klauzula, która przewiduje, że angielska ziemia musi być mocno przytwierdzona do Anglii. Możemy ogłosić sukcesję za granicą... nawet przeprowadzić koronację w razie konieczności... ale obecność monarchy będzie wymagana na angielskiej ziemi przed upływem tego terminu, żeby formalnościom stało się zadość.

- Wie pan, panie Black, wydawało mi się, że znam całą Wielką Kartę Swobód, ale o takich zapisach nie słyszałem - wtrącił sir Geoffrey.

- Możliwe - odparł cierpliwie Dżentelmen Ostatniej Szansy - a to dlatego, że znajdują się one w  ratyfikowanej wersji. Chyba nie sądzi pan, że baronowie, którzy ledwie potrafili się podpisać, zdołali sformułować pełną listę rozsądnych zasad rządzenia dużym krajem dla następnych pokoleń? Ich kopiści spisali pełną wersję Wielkiej Karty Swobód miesiąc później. Jest siedemdziesiąt razy bardziej obszerna, ale i niezawodna. Niestety Francuzi mają kopię.

- A co to ma do rzeczy? - zapytał kapitan.

Tymczasem na nabrzeżu zatrzymał się kolejny powóz. Wyglądał na drogi, z wymalowanym na drzwiach herbem.

- Bo jeśli pańskie przedsięwzięcie się nie powiedzie, kapitanie, według wszelkiego prawdopodobieństwa królem Anglii zostanie Francuz - wyjaśnił pan Black.

- Co? - krzyknął kapitan, zupełnie zapominając o nowym powozie. - Nikt nie wyrazi na to zgody!

- Cudowny naród, ci Francuzi, cudowny - rzucił pospiesznie sir Geoffrey, wymachując rękami. - Byli naszymi sojusznikami podczas ostatniego konfliktu na Krymie i w ogóle, ale...

- Och, w tej sprawie między nami a rządem francuskim istnieje pełne porozumienie - zapewnił pan Black. - Ostatnią rzeczą, jakiej by pragnęli, to zobaczyć Francuza na jakimkolwiek tronie, gdziekolwiek. To nie dla naszych galijskich braci. Ale we Francji są też i tacy, którzy by sobie tego bardzo życzyli, uważamy więc, że lepiej by było dla wszystkich zainteresowanych, gdyby naszego nowego monarchę sprowadzono jak najszybciej bez zbędnych ceregieli.

- Ukatrupili ostatniego króla, jakiego mieli! - przypomniał kapitan Samson, który nie marnował żadnej okazji, żeby się zapienić. - Mój ojciec bił się z nimi pod Trafalgarem! Nie możemy do tego dopuścić, panie, w żadnym wypadku. I wypowiadam się w imieniu całej załogi. Pobijemy rekord prędkości, panie, w jedną i drugą stronę! - Rozejrzał się za sir Geoffreyem, ale prezes pospiesznie oddalał się trapem i nadskakiwał teraz dwóm zawoalowanym postaciom, które wysiadły z powozu.

- Czy to... kobiety? - zapytał kapitan, gdy wpłynęły na pokład Ptaszynki i minęły go, jak gdyby był kimś zupełnie niegodnym uwagi.

Pan Black strzepnął trochę śniegu ze swojej zasłony.

- Ta drobniejsza jest służącą i mniemam, że kobietą. Ta wyższa, której pański prezes tak bardzo pragnie się przypodobać, jest głównym udziałowcem w waszej linii żeglugowej, a także matką następcy tronu. To prawdziwa dama, chociaż moje ograniczone kontakty z nią wskazują, że jest też po trosze Boudiką bez rydwanu, Katarzyną Medycejską bez zatrutych pierścieni i Attylą, wodzem Hunów, bez jego wspaniałego zamiłowania do zabawy. Niech pan nie gra z nią w karty, bo kantuje jak szuler z Missisipi, niech pan nie częstuje jej sherry, niech pan robi wszystko, o co prosi, a może wszyscy przeżyjemy.

- Ostry język, co?

- Jak brzytwa, kapitanie. Ale jest i dobra wiadomość: możliwe, że po drodze dościgniemy córkę sukcesora, która szczęśliwie płynęła już do ojca, gdy rozszalała się zaraza. Dzisiaj ma wypłynąć z Cape Town na szkunerze Słodka Judy i kierować się do Port Mercia przez Port Adwent. Kapitanem jest Nathan Roberts. Ufam, że zna go pan?

- Co, stary Roberts "Alleluja"? To on wciąż żegluje? Złoty człowiek, zważ pan, jeden z najlepszych, a Słodka Judy to bardzo dobrze utrzymany okręt. Dziewczyna jest w dobrych rękach, może pan być spokojny. - Kapitan się uśmiechnął. - Mam tylko nadzieję, że lubi hymny. Ciekaw jestem, czy Roberts w dalszym ciągu zmusza załogę do tego, żeby przeklinała do beczki z wodą w ładowni?

- Jest taki religijny? - zapytał pan Black, gdy kierowali kroki ku rozgrzanej głównej kabinie.

- Odrobinę, szanowny panie, tylko odrobinę.

- W przypadku Robertsa, kapitanie, jak wielka jest odro­bina?

Kapitan Samson wyszczerzył zęby w uśmiechu.

- Och, mniej więcej wielkości Jerozolimy...


Na drugim końcu świata morze płonęło, wiatr zawodził, a rycząca noc zakrywała oblicze morza.

Tylko człowiek niezwykły umiałby na poczekaniu ułożyć hymn, takim człowiekiem był jednak kapitan Roberts. Znał na pamięć Zbiór hymnów dawnych i współczesnych i wyśpiewywał je wszystkie głośno i radośnie, kiedy stał na wachcie, co między innymi przyczyniło się do wybuchu buntu.

Teraz, gdy zbliżał się koniec świata i niebo ciemniało o świcie, a strumienie ognia apokalipsy spływały na statek i podpalały takielunek, kapitan Roberts przywiązał się do koła sterowego, czując, że morze wzbiera, a okręt szybuje ku niebu, jakby niesiony jakąś potężną ręką.

W górze szalały pioruny z błyskawicami. Od kapelusza kapitana odbijał się grad. Ognie świętego Elma iskrzyły na szczycie każdego masztu, a potem trzaskały na brodzie kapitana, gdy ten zaczął śpiewać głębokim, mrocznym barytonem. Każdy marynarz znał tę pieśń: "Odwieczny Ojcze, wybawicielu, który władasz morską kipielą" - ryczał pośród sztormu, gdy Judy balansowała na fali niczym balerina. - "I trzymasz w ryzach żywioły wodne posłuszne woli Twej czcigodnej..."

Z jaką prędkością płyniemy, zastanawiał się kapitan, gdy poszarpane żagle odfruwały z łopotem. Fala była wysoka jak kościół, ale z pewnością pędziła szybciej od wiatru! Widział w dole małe wysepki niknące w wodzie, gdy fala przetaczała się przez nie z rykiem. Nie był to odpowiedni moment, żeby przestać chwalić Pana!

- "Usłysz nas, prosimy Cię, Boże, ratuj tych, których zabrać chce morze" - skończył i popatrzył przed siebie.

Gdzieś tam zbliżało się, coraz szybciej, coś wielkiego i ciemnego. Ominięcie tego wydawało się niemożliwe. Było za duże, a zresztą statek był już niesterowny. Kapitan trzymał się kurczowo koła sterowego, co było raczej aktem wiary, próbą pokazania Bogu, że Go nie opuści, wyrazem nadziei, że i Bóg w zamian nie opuści kapitana Robertsa. Kręcił kołem, gdy zaczynał drugą zwrotkę, i błyskawica rozświetliła drogę przez wzburzoną falę - w świetle płonącego nieba ujrzał prześwit, dolinę albo szczelinę w skalnej ścianie, jak cud nad Morzem Czerwonym, pomyślał kapitan Roberts, tylko że oczywiście na odwrót.

Następny błysk światła pokazał, że ów prześwit jest porośnięty lasem. Fala miała weń uderzyć na wysokości czubków drzew. I zwolnić. Może jeszcze ocaleją, nawet teraz, w samych szczękach Piekła. I spadli...

I oto Słodka Judy popłynęła przez las deszczowy, przy czym kapitan Roberts, pod wpływem spontanicznego natchnienia, ułożył nową zwrotkę, z wiadomego powodu niestanowiącą części pierwotnego hymnu: "Tyś, co wykuł gór wielkich granie, których zadaniem nieba podpieranie" - nie był pewien, czy ma być "wykuł", czy "wykłuł" - "Tyś, który lasom życie podarował" - gałęzie pod kilem trzaskały jak salwy, grube pnącza chwytały to, co zostało po masztach - "I ziemski ogród sam wyhodował" - na pokład spadał deszcz owoców i liści, wstrząs zaś wywołało złamane drzewo, które oderwało część kadłuba, wyrzucając balast. - "Modlimy się, byś niezrażony" - kapitan Roberts chwycił mocniej bezużyteczne koło sterowe i zaśmiał się w nos ryczącej ciemności - "na lądzie pomagał zagrożonym".

Wtem trzy wielkie figowce, których mocne korzenie przetrwały stulecia cyklonów, nadleciały w pędzie z przyszłości, zupełnie go zaskakując. Jego ostatnią myślą było: A może "Tyś, co podniósł gór wielkich granie" byłoby lepszym wersem w tych okolicz...

Kapitan Roberts poszedł do nieba, które nie do końca wyglądało tak, jak się spodziewał, a gdy cofająca się woda łagodnie osadziła wrak Słodkiej Judy na poszyciu lasu, na pokładzie ocalała tylko jedna duszyczka. A może dwie, jeśli lubicie papugi.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2009-07-01 (1397 odsłon)

[ Wróć ]
Content ©



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej