Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Nieznana
 
Katalog - dodano
 Coś
- John W. Campbell
 Zmierzch Bogów
- Michał Gołkowski
 Czara Cieni
- Frances Hardinge
 Śpiew kukułki
- Frances Hardinge
 Cała Orsinia
- Ursula K. Le Guin
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Delikatne uderzenie pioruna'' - Dariusz Domagalski



Człowiek ma to do siebie, że raduje go czyjeś nieszczęście i gotów jest zamiast pomóc, jeszcze dobić nieszczęśnika.
Ale najgorsze miało ich dopiero czekać w inflanckiej niewoli. Pozbawieni wszelkich praw jeńcy staną się niewolnikami, chodzącymi cały czas „w żelazie”, znajdując się na samym dnie, a życia będzie mógł ich pozbawić byle pachołek, sługa czy obozowy ciura. Wybawieniem dla nich byłaby szybka śmierć, lecz ona zazwyczaj przychodzi wtedy, kiedy człowiek się nie spodziewa, a nie, gdy jej pragnie.
Wśród więźniów była ciemnowłosa Żmudzinka, zhańbiona przez półbrata, którego później Saint-Amand położył trupem. Szła na końcu kordonu z głową nisko spuszczoną, próbując okryć się strzępami odzieży.
W pewnej chwili podniosła wzrok i spojrzała na leżącego Dagoberta. Miała duże, piękne, brązowe oczy, w których nie było śladu nadziei, a chęć do życia wygasła. Prawdopodobnie na zawsze.
Burgundczyk szarpnął się wściekle, więzy jednak trzymały mocno. Kolumna więźniów opuściła bramę osady i pomaszerowała w stronę gościńca. Dagobert czuł się bezradny, leżąc skrępowany na podmokłej ziemi. Przeniósł wzrok na dwóch knechtów zajętych grzebaniem towarzyszy. Nie wiedział, co stało się z ranionymi przez niego zbrojnymi. Czy zostali z pobojowiska zabrani, ułożeni na wozach i wywiezieni, czy też chrześcijańskim obyczajem, praktykowanym na wyprawach krzyżowych, skrócono im męki.
Tymczasem Inflantczycy, żeby nie mitrężyć czasu, wykopali płytkie groby, do których wrzucali trupy. Nie kryli się ze swoim wstrętem wobec ciał byłych towarzyszy broni.
– Spasiona świnia z tego Ottona – wysapał jeden, trzymając za nogi potężnego brodacza, który podczas walki atakował Dagoberta toporem.
– Prawdę rzekłeś, Reimar. Za życia świnia i po śmierci świnia – odpowiedział drugi i obaj zarechotali.
Wrzucili trupa do grobu. Rudowłosy i piegowaty, nazwany Reimarem, rozejrzał się uważnie i ściągnął pierścień z palca nieboszczyka.
– Trzymaj, Dytryk! Zgodnie z umową jest twój. – Rzucił klejnot jasnowłosemu młodzieńcowi, który sprawiał wrażenie mało rozgarniętego. Jego oblicze rozjaśniło się, gdy oglądał zdobyty właśnie skarb ze wszystkich stron.
– Głupcze! – syknął starszy z zakonnych sług. – Schowaj to, zanim kto obaczy.
Dytryk pospiesznie wrzucił pierścień gdzieś w wewnętrzną kieszeń kabata, natomiast Reimar przeszukał dokładnie odzież zabitego. Raptem oczy mu zabłysły, a na ustach pojawił się chytry uśmieszek. Okazało się, że gruby Otto miał w nogawicach sprytnie ukryty mieszek z dukatami.
– To niesprawiedliwe! – jęknął młodzieniec, widząc jak Reimar przywłaszcza sobie znalezisko. – Pierścień jest wart może dziesiątą część sakwy.
– Przecież się umawialiśmy – syczał rudowłosy. Dagobert zastanawiał się, czy zawsze mówi niczym wąż, który pluje jadem, czy tylko na potrzeby młodego towarzysza.
– Ty bierzesz pierścień, a ja resztę.
– Tak się nie godzi! Powinniśmy równo podzielić.
– Zawrzyj gębę, synku – Reimar syczał coraz groźniej – bo jeszcze brat Gerhard usłyszy i wszystko nam przepadnie. Przecież wiesz, że mienie poległego należy do zakonu.
– Nie dbam o to. Oszukałeś mnie!
– Nazwałeś mnie oszustem? Odszczekasz to, psie!
Nie wiadomo, jak dalej potoczyłaby się ta wymiana zdań, choć Dagobert nie miałby nic przeciwko temu, żeby się nawzajem pozabijali, ale nagle nad nim rozległ się głos:
– Panie! Obudził się!
Nie mógł się odwrócić i zobaczyć, kto krzyczał. Rycerz zakonu Kawalerów Mieczowych spojrzał w ich kierunku, wydał ostatnie dyspozycje podkomendnym, po czym podszedł do leżącego Burgundczyka. Stanął nad nim, chwilę się zastanawiał, a następnie z rozmachem kopnął jeńca w brzuch żelaznym butem. Dagobertem wstrząsnął potężny ból, zwinął się w kłębek, oczekując kolejnego ciosu, który jednak nie nastąpił.
Zakonnik, pochylony, przyglądał się więźniowi z zainteresowaniem, lecz na jego twarzy nie malowały się żadne uczucia. Właśnie ten chłód w oczach Inflantczyka był najbardziej przerażający.
– Kim jesteś, rycerzu? – zapytał, a jego głos ział lodową pustką.
– Dagobert Saint-Amand z Burgundii, poddany księcia Jana, hrabiego Nevers.
– Burgundczyk. – Wykrzywił w pogardzie usta. – Wy, Burgundczycy, nie wiecie, co to znaczy lojalność. Stanęliście po stronie Anglii w konflikcie z waszym prawowitym władcą. Majestat króla jest święty, a wy, występując przeciw niemu, niejako występujecie przeciw Bogu.
Oczy zakonnika zapłonęły dziwnie niezdrowym blaskiem, jakim płoną oczy szaleńców i fanatyków. Dagobert nie odzywał się, bo i nie miał co na wysunięte zarzuty odpowiedzieć. Dawno temu opuścił rodzinną ziemię i służył sprawie, która nie zna granic i nie rozróżnia narodowości.
– Milczysz, rycerzu. – Kawaler mieczowy uśmiechnął się krzywo. – Pewnie z ciebie banita, skoro szczęścia szukasz na Wschodzie?
Zakonnik podszedł do martwego knechta, w którym tkwił dwuręczny miecz Burgundczyka. Bez pardonu zaparł się okutym butem o ciało zabitego, chwycił dwiema rękami rękojeść i pociągnął. Miecz z oporem wyszedł spomiędzy żeber. Inflantczyk długo mu się przyglądał, podziwiając kunsztowną robotę. Spojrzał na znak kowalski sygnowany na zastawie i pokiwał głową z uznaniem. Spostrzegł litery ciągnące się prawie przez całą głownię miecza po obu jego stronach. Zmarszczył czoło.
– Co to za napis? – zapytał. – Wygląda na saraceński.
– To hebrajski.
– Co oznacza?
Burgundczyk milczał.
- Nie odpowiesz mi?
– Nie.
Rycerz odziany w biały płaszcz westchnął ciężko.
– Co ja mam z tobą zrobić?
– Możesz za mnie dostać niemały okup – odpowiedział szybko Saint-Amand, chcąc odwołać się do chciwości zakonnika, która, jak wiadomo, jest przyczyną prawie wszystkich ludzkich działań. Ten jednak pochylił się nad jeńcem, chwycił opancerzoną dłonią za jakę i pociągnął Dagoberta ku sobie.
– Od kogo?! Twojej rodziny w Burgundii? Polaków? Litwinów? Czy może Saracenów albo Żydów? Komu służysz, rycerzu?!
– Nie twoja sprawa, komu. Wyznacz cenę okupu, a obiecuję, że go otrzymasz.
Kawaler mieczowy spojrzał gdzieś daleko na las, jego oblicze złagodniało, a on sam zatopił się w myślach. Zdawało się, że rozważa propozycję. Długo nie odpowiadał, ale gdy wreszcie się odezwał, jego głos był zabarwiony kpiną.
– Tak sobie miarkuję, że mogę ciebie wziąć w niewolę i trzymać w lochu Goldinger do czasu otrzymania okupu lub dasz mi słowo rycerskie, a ja cię puszczę wolno. Wszak ufam, że honor każe ci stawić się z wyznaczoną sumą. Jednakże mam kłopot, Dagobercie z Saint‑Amand... Jesteś zbyt niebezpieczny. Porąbałeś moich ludzi, jednego zabiłeś gołymi rękoma, a do zamku Goldinger droga daleka. Nie wiadomo, co się zdarzyć może. Słowa zaś, że nie będziesz nas ścigać, zapewne mi nie dasz?
– Nie dam. – Dagobert uśmiechnął się zgryźliwie.
– Tak myślałem. – Zakonnik zamyślił się znowu. – Pozostaje jeszcze jedna kwestia. Przelałeś chrześcijańską krew. Niczym poganin nie uszanowałeś krzyża i targnąłeś się na świętość! Zaatakowałeś umiłowanych przez Chrystusa rycerzy i za to musi spotkać cię kara. – W oczach mówiącego ponownie pojawił się fanatyczny błysk. – Tak więc sam widzisz, rycerzu, że nie mogę postąpić inaczej niż sobie zamierzyłem. Skinął na dwóch knechtów, tych samych, którzy wcześniej prawie pozabijali się o skarb znaleziony przy martwym towarzyszu.
– Podnieście go! Migiem!
Ochoczo podbiegli i postawili szamoczącego się Dagoberta na nogi, trzymając go za skrępowane z tyłu ręce.
– Za swoje zbrodnie przeciw sługom Jezusa Chrystusa i przeciw chrześcijaństwu, skazuję ciebie, rycerzu z Saint-Amand, na śmierć – przemówił Inflantczyk z patosem i ciszej dodał: – A kiedy już staniesz przed Bogiem, powiedz mu, że przysyła cię Gerhard Rude.
– Zapamiętam twe imię, panie – wycedził Burgundczyk przez zaciśnięte zęby.
– Powiesić go!









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2009-07-07 (1577 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej