Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Nawigatorzy Diuny
 
Katalog - dodano
 Zmierzch Bogów
- Michał Gołkowski
 Czara Cieni
- Frances Hardinge
 Śpiew kukułki
- Frances Hardinge
 Cała Orsinia
- Ursula K. Le Guin
 Stróże 2: Brudnopis Boga
- Jakub Ćwiek
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Upiór południa. Czerń'' - Maja Lidia Kossakowska

Afryka


Nie jest najlepiej. Naprawdę niedobrze.
Tak jak w starym dowcipie. Chciałem powiedzieć: „Podaj mi sól, kochanie”, a wyszło: „Może powinienem wrócić do Afryki”.
I zatrzęsło się nasze małe niebo. Poranek skwaśniał jak mleko w bawarce, miseczka wypluła na wpół rozmiękłą magdalenkę, grill do barbecue upadł na wznak, morele pospadały z drzew w ogródku.
Groza. Groza. Groza.
Cytrusowa księżniczka siedzi obrażona, a ja gapię się na własne palce. Równiutko umalowane cyklamenowe usta milczą wymownie, choć dobrze wiem, co chcą mi powiedzieć.
Jak mogłeś to zrobić!
Jakbym nagle przyznał się, że w niemowlęctwie zabiłem JFK‑a. „Ach, skarbie, byłbym zapomniał. Wrócę później, bo muszę zamordować parę osób. Takie hobby, o którym jeszcze ci nie opowiadałem”. Coś w tym rodzaju, mniej więcej. Pozdrowienia od wykrzywionych cierpieniem usteczek w kolorze cyklamenu.
Rzecz w tym, że Fabienne nic nie rozumie. Lekarstwo przestaje działać. Ona przestaje działać. Już nie jest barierą między mną a upiorami. Nie mogę się dłużej oszukiwać.
To cholernie niedobrze, fakt.
Ale nie wolno mi zamykać oczu. Nie wolno znów zwariować. Nie chcę więcej bezsennych nocy, mokrych od potu, lepkich od krwi, wypełnionych smrodem palonego mięsa. Nie chcę prochów łykanych garściami, trzęsących się rąk, nagłych napadów płaczu. Muszę się bronić.
Muszę wrócić do Afryki.
Zaczęło się jak zwykle od snów. Od swądu i głuchych poszczekiwań automatu. Jeszcze się wtedy nie bałem. Jeszcze nie zrozumiałem, że moje tajemne złotoskóre lekarstwo przestaje działać.
A wówczas przyszedł Jacques.
Wszedł w cichą, senną liońską noc i stał nade mną z uśmiechem na twarzy. Już nie Biały, oibo. Czarny jak ebonitowa wtyczka.
Widziałem zęby połyskujące przez dziury w policzkach. Odłażącą płatami, pozwijaną od gorąca skórę. Białawe jajka ugotowanych oczu. Łysą czaszkę udekorowaną kępami płonących włosów.
Mój kumpel Jacques przybył w odwiedziny.
Bił od niego żar niczym z pieca hutniczego. Czerwony, krwawy żar śmierci.
Wrzeszczałbym, gdyby nie ściśnięte gardło. Wrzeszczałbym z wściekłości i strachu, bo przecież dawno powinien obracać się w proch gdzieś na cmentarzu w Roins, czy skąd tam pochodził, pochowany, opłakany przez siostrę i niezliczonych kuzynów.
Żegnaj, Jacques! Nieodżałowany, kryształowego charakteru, szczyt odwagi, śmierć na posterunku, bla, bla, bla! Żegnaj, chłopie. Spoczywaj w pokoju. I wynoś się z mojego życia! Won!
Nic z tego. Mój martwy, spalony żywcem współpracownik, rzutki, małomówny, zawsze perfekcyjnie zorganizowany Jacques, nie ma ochoty leżeć w grobie. Woli przychodzić w odwiedziny. Co noc.
A ja wiem, że nie jest sam. Słyszę jego bosonogą świtę poruszającą się w ciemności.
Stłumione chichoty, półsłówka, przyspieszone oddechy.
Plask, plask, plask, tupią po parkiecie.
Klik‑klak, mówi kałasznikow.
Upiór mojego kumpla z pobłażaniem potrząsa głową.
Dzieciaki! Takie już są, n’est – ce pas?
Leżę w łóżku, wstrząsany dreszczami, tonąc w strugach potu, i patrzę, jak się uśmiecha. Upieczone usta rozciągają się lekko, smutno. Wyciąga rękę.
Chodź do mnie, bracie. Chodź do mnie. Polej sobie łeb benzyną, podpal i dołącz do naszego małego klubu.
Nie rozumiesz, Jacques. Jak ty nic nie rozumiesz.
Prawda wygląda tak, że bardzo nie chcę tego robić.
Za żadne pieprzone skarby.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2009-07-09 (1410 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej