Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Ogrze, ogrze (wyd.2)
 
Katalog - dodano
 Wspomnij Phlebasa
- Iain M. Banks
 Złodziejka magii
- Lisa Maxwell
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Strażniczka istnień - Feliks W. Kres (fragm.1)



Gryfy

     Gryfy zawsze latają samotnie. Bardzo rzadko widuje się więcej niż jednego gryfa naraz. Przyczyna jest łatwa do zrozumienia: pojedynczy gryf zawsze spenetruje obszar większy niż dwa gryfy lecące razem. Wędruje nad drzewami w tempie, do jakiego przywykł, ma własny rytm odpoczynków, łatwiej też unika niebezpieczeństw, nie będąc zmuszonym do liczenia się z siłami słabszego towarzysza, lub też na odwrót, nie starając się sprostać możliwościom silniejszego. Pomocy zaś w łowach gryf nie potrzebuje.
    Jednoczesny przelot kilku gryfów zdenerwował senoo. Kiedy indziej wywołałby może tylko pełną zdziwienia ciekawość. Teraz jednak senoo były niespokojne i rozdrażnione – u senea rozpoczął się czas rui.
    Tęskne, przeciągłe nawoływania prawie każdego dnia rozbrzmiewały w głębi lasu, czasem pojedyncze, częściej mnogie. Senoo przebywały rzekę i szły ku owym wołaniom, a z nastaniem ciemności wracały na swe wyspy – krwawiąc z ran i zadrapań, wyczerpane, ale już spokojniejsze. Zadośćuczyniwszy instynktowi, wkrótce miały przystąpić do kucia nowych mieczów i zbroi, by z czasem powierzyć je tym senea, które przyjdą i przyniosą młode senoo.
    Przelot gryfów rozgniewał i poruszył mieszkańców wysp, ale nie dlatego, że gryfy były groźne dla senoo. Nic w puszczy nie jest groźne dla senoo, tak samo jak nic nie jest groźne dla żubrów. Leniwe i spokojne, są jednak wyspiarskie stworzenia prawdziwie potężne. Mieszkańcy kniei ­starannie omijają senoo, one zaś, jedząc ryby i hodując swoje rośliny, także żyją niejako „obok” puszczy...
    Gryfy zniknęły równie szybko, jak się pojawiły, a niedługo potem umilkł w oddali łopot ich wielkich skrzydeł. O ile jednak łagodne senoo szybko zapomniały o dziwnym zdarzeniu, o tyle senea, szczególnie agresywne w okresie rui, dziko miotały się po lesie, rozjuszone do granic. Spośród wszystkich senoo, które odpowiedziały tego dnia na ich wezwania, kilka musiało walczyć ze swoimi senea, by akt, zawsze niebywale gwałtowny, nie zakończył się prawdziwie tragicznie.
* * *
    Rozwścieczona Gehemm biegła za stadem gryfów. Uderzenia skrzydeł rozbrzmiewały nad jej głową; senea mknęła przez puszczę z szybkością wiatru i czasem wyprzedzała powolne potwory, ale częściej miała je nieco z boku i przed sobą, bo tak najłatwiej mogła obserwować, w jakim kierunku zmierzają. Biegnąc, rzucała wyzwanie za wyzwaniem – odpowiedzią był groźny, mnogi skrzek dochodzący z góry. To sprawiało, że wściekłość nie przemijała, wręcz przeciwnie, przybierała na sile. Czarnogrzywa senea nie myślała wcale o tym, że wynik jej walki z pojedynczym gryfem – a cóż dopiero z całym stadem! – mógł być tylko jeden; nie pamiętała, że jest sama, bo sfora rozproszyła się po lasach, jak zawsze w okresie rui. Pędząc, przyzywała swoje senea, śląc groźne zawołania przodowniczki stada. Pragnęła dopaść i zabić wroga!
– Se-hoo!
    Dokuczliwe pulsowanie w lędźwiach, które kazało iść nad rzekę, wzmogło się na skutek furii, stało się niemal bolesne. Pod jego wpływem Gehemm wydała przeciągły okrzyk przeznaczony dla senoo i zatrzymała się nagle, nie czując chłodnego oddechu rzeki, który zwykle taki okrzyk wyzwalał. Wrzasnęła ochryple i zawróciła, znów się zatrzymała, smagnęła biodra ogonem i jeszcze raz pobiegła za gryfami. Oddaliły się znacznie. Posłała za nimi wściekłe ujadanie, miotając się między drzewami; nagle znów zawołała senoo i brzmienie własnego głosu zaskoczyło ją do tego stopnia, że zamilkła i zastygła w bezruchu.
    Ale bolesne pulsowanie zaraz przypomniało o sobie. Nałożyło się nań zimne, drapiące pierś wspomnienie stada gryfów i rozdarta między dwa potężne instynkty Gehemm prawie oszalała. Rzuciła się na najbliższy pień i zerwała płat kory, potem szybko, nie zdając sobie sprawy z tego, co robi, wspięła się aż do najniższych konarów. Spadła, próbując chwycić gałąź, zerwała się i warcząc zajadle, z nienawiścią, tratowała pobliskie paprocie, wyrywała je z ziemi, łamała... Wreszcie ruszyła na oślep w głąb lasu, uciekając od dziwnego, złego bólu, który ją prześladował.
    Nagle i niespodziewanie natknęła się na mnogi, bardzo świeży trop. I znowu znieruchomiała, chłonąc wiatr.
Trop...
    Był niezwykły. Obcy. To przepełniło czarę i potężna czarnogrzywa senea jak wściekła pobiegła tam, dokąd prowadził. Rozdygotane instynkty splotły się w gorący kłąb nienawiści, strachu, bólu, żądzy walki i krwi.
Posępny zew szeroko niósł się po puszczy. Gehemm, wciąż na nowo rzucając wyzwanie, biegła śladem nieznanego wroga.
* * *
    Niezwykły, szeroki trop był najwyraźniejszy ze wszystkich, na jakie Gehemm natknęła się w swym życiu. Był obcy, obcy tak bardzo, że aż nieprawdziwy. To, co go pozostawiło, nie miało nic wspólnego z jakąkolwiek wonią puszczy i gdyby Gehemm natknęła się na ów trop w innym czasie, natychmiast powiodłaby sforę jak najdalej od niego, zdjęta przerażeniem, instynktowną trwogą przed nieznanym. Teraz jednak tajemnicze i niezrozumiałe wydarzenia spiętrzyły się zbyt licznie, by przytłumiony instynkt mógł zadziałać właściwie. Nieustanne rozdrażnienie przerodziło się we wściekłość, gdy gryfy przeleciały nad puszczą, a strach wzbudzony przez nieznany trop nie potrafił tej wściekłości stłumić. Został więc wchłonięty, roztopiony i podsycił tylko szaleństwo czarnogrzywej przodowniczki senea.
    Gehemm, niezmordowanie mknąc przez puszczę, zachowywała się tak, jakby jej śladem podążała cała sfora. Nie kryła się i pomimo że trop był coraz świeższy, nie zamierzała zwolnić ani skrycie podejść ku temu, co go zostawiło. Puszcza nie zastawia pułapek na sforę; sforze nic nie jest w stanie się oprzeć. Gehemm rozumiała tylko, że dogania wroga. Uciekającego wroga – bo każdy wróg ucieka, gdy sfora pochwyci jego trop.
Senea wypadła z gąszczu i... zgubiła Wiatr. Zawróciła natychmiast, podjęła go na nowo i skręciła w bok, pędząc długą aleją, przecinając zbite chaszcze, czy też może raczej cienistym zielonobrunatnym tunelem, bo drzewa nad jej głową łączyły niezliczone dłonie swych ramion, wspierając się mocno nawzajem.
– Se-hoo!
Wróg musiał już usłyszeć wyzwanie... Wyzwanie sfory na tropie.
* * *
    Saahag posłyszała je także.
Był czas rui. Dziwny czas, przepełniony mnogością dokuczliwych pragnień. Saahag tłumiła je, pojmując, że w jakiś sposób są niedobre dla sewerha... niedobre dla nich obojga. Ale głos instynktu brzmiał coraz potężniej, wreszcie nie zdołała mu się oprzeć. Porzuciła rewir. Uciekła od swojego sewerha.
Chciała wrócić, ale chciała też iść nad rzekę.
Nie, nie chciała... Musiała.
    Sewerh nie pojmował jej dziwnego zachowania. Nie wiedział, dlaczego senea nagle porzuca odkryte tropy... nie chce iść na łów... gardzi mięsem... Nie rozumiał, a ona nie umiała mu tego powiedzieć.
Gdy uciekła, podążył za nią, nawołując gniewnie, pragnąc znów wyruszyć na wspólne polowanie, żądając od swojej senea udziału w łowach. Udziału, do którego przywykł.
Zdążając ku rzece, słyszała, jak idzie jej śladem, śląc potężne zawołania, których bała się knieja. Rozbrzmiewały przez pewien czas. Wreszcie umilkły.
Saahag biegła na spotkanie z senoo.
* * *
    Ale senoo obawiały się Saahag. Przybywały na wezwanie, ale potem uciekały od groźnego, wrogiego zapachu, który ze sobą niosła. Rozwścieczona senea ścigała je, ale rzeka była zbyt blisko i senoo potrafiły szybko ukryć się w jej nurtach, wracając na bezpieczne wyspy. Rozdrażniona i niezaspokojona senea miotała się na brzegu, ujadając z bezsilnym gniewem. Czasem brodziła po kolana w wodzie, ale strach przed głębią nie pozwalał iść dalej. Wreszcie zapomniała o ostrożności i woda zdradziła ją nagle. Śmiertelnie przerażona obcym i wrogim żywiołem, kilkakrotnie szła pod wodę, wynurzała się, kaszląc i rozpaczliwie bijąc ramionami, potem znów tonęła, aż poczuła grunt pod nogami, twarde podłoże, które ją wybawiło. Wypełzła na brzeg. Długo dochodziła do siebie, ciężko dysząc. Potem powlokła się w głąb lasu.
    Wkrótce nadciągnął Ciemny Wiatr. Skulona w gęstych zaroślach dających osłonę przed jego podmuchami, usłyszała coś jak odległy zew sewerha... Nagle zapragnęła doń wrócić, odnaleźć ciepło w kłębach gęstego futra, wsłuchać się w pomruk falujący wraz z rytmem oddechu. Jednak głos sewerha – tu, nad rzeką senoo – nie mógł być prawdziwy. Ciemny Wiatr smagnął knieję nową falą wody i Saahag zasnęła w swej kryjówce.


Fragment udostępniony przez Wydawnictwo Fabryka Słów








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2007-02-17 (1771 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej