Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Niepamiętnik Dolores Price
 
Katalog - dodano
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Strażniczka istnień - Feliks W. Kres (fragm.2)



 Miko

    Wycia rozbrzmiały znowu – przeciągłe, wrogie zawodzenia wywołujące dreszcz.
– Wilki – rzekł Haven. – Nienawidzę tego lasu.
– W Arelay takich nie było – przytwierdził Saul.
Niespiesznie popijali kwaśne piwo, zagryzając serem i czerstwym chlebem.
    Saul i Haven byli myśliwymi wioski. Otaczano ich niezmiernym szacunkiem – chodzili po obcych i przerażających lasach Starej Ziemi Heastseg. Osadnicy, ludzie twardzi i nielękający się byle czego, karczowali jednak skraj puszczy ze strachem i bojaźnią, rodzącymi wrogość. Tylko Saul i Haven odważali się zapuszczać głębiej w gąszcze.
    Ale nawet oni nie mieli śmiałości chodzić do lasu po nastaniu nocy.
    Dziwna knieja. Przytłaczająca i mroczna... Kryjąca w sobie ponure i niesamowite tajemnice. Obok zwykłych drzew rosły w niej i takie, których nigdy i nigdzie dotąd nie widziano, a nawet nie potrafiono wymyślić... Kalekie, potworne. Albo znów potężne nad miarę, strzelające do samego nieba – w cieniu ich koron dęby wydawały się wątłe. Jeszcze inne pełgały po ziemi, wpijając się weń drapieżnie nie tylko korzeniami, ale i gałęziami, rozpostarte szeroko, lecz nisko, na podobieństwo ohydnej ośmiornicy. Były krzewy, które nie czekały, aż ofiara wpadnie w ich kolce – uderzały same, pozostawiając w ciele drzazgi pełne jakiejś trucizny. Rany po nich nie chciały się goić, płonęły całymi tygodniami, sprowadzając gorączkę.
    A tropy... Saul i Haven widzieli ślady zwierząt, których kształty umykały wyobraźni: odciski kopyt o niebywałych rozmiarach; grube konary naznaczone pazurami, które je zdruzgotały...
Na koniec – same zwierzęta. Obok zwykłych saren i danieli, złośliwego borsuka i sprytnego lisa żyły skrzydlate monstra, porywające z pastwisk cielaki. Widywano orły o czerwonych oczach, ze szponami zdolnymi chyba wydrzeć życie mężczyźnie...
Straszny las.
    Drewno jednak było niezbędne i skraj puszczy padł wkrótce od ciosów topora, w oczekiwaniu zaś na pierwsze plony bardzo potrzebowano dziczyzny, znoszonej przez myśliwych. Wroga puszcza musiała służyć człowiekowi.
* * *
    Wraz z nocą przychodził zwykle deszcz. Zazwyczaj mizerny, raczej mżawka. Bywało jednak, że mżawka zmieniała się w ulewę.
Za dnia nie padało prawie nigdy.
    Tej nocy deszcz spadł dość obfity. Poprzez jego szum Saul i Haven posłyszeli kołatanie do drzwi. Saul otworzył i zaprosił gościa.
– Pochwalony – rzekł stary Maneo i nim zdążyli odpowiedzieć, zapytał: – Same żeśta?
Myśliwi popatrzyli po sobie.
– A jakże. Szukacie kogoś, ojczulku?
– Ano szukam. Chłopak gdzieś to mi się zatracił.
– Miko? – zdziwił się Haven.
    Miko był niespełna rozumu. Trzydziestoletni drągal o twarzy dziecka i sile niedźwiedzia. Lubiano go powszechnie, bo miał serce poczciwe, a naturę wesołą i pogodną. Przy tym był uczynny. Każdemu dopomógł, jak umiał: drew narąbał, a i ciężki wóz pociągnął, kiedy zaszła taka potrzeba. Starego Manea kochał całym swym wielkim sercem, nigdy jeszcze nie zdarzyło się, by rozmyślnie sprawił mu jaki kłopot.
– Wszędzie jużem był – rzekł starzec. – Mówię: może u was? Dyć on stale by siedział ino i gapił się na to-to. – Wskazał palcem myśliwskie łuki i strzelbę.
Myśliwi zmartwili się.
– U nas nie. Jakże, Maneo? Odesłalibyśmy go do was przed nocą! Wszędzie, powiadacie, już byliście?
– No, wszędzie.
Haven wypił resztkę piwa i wstał.
– Trzeba szukać. Gdzieście go ostatnio widzieli, ojczulku?
– Na progu... Strugał z patyków te swoje cudaki. Co to niby potem z nimi gada...
Myśliwi wdziali kapoty i ruszyli do drzwi. Ale Saul wrócił się jeszcze i zabrał rusznicę.
* * *
    Wkrótce wszyscy mężczyźni ze wsi włączyli się do poszukiwań. Przetrząśnięto niezliczone zakamarki, nawoływano – daremnie. Plusk i szelest dżdżu były jedyną odpowiedzią. Coraz częściej popatrywano ku skrajowi puszczy. Nikt jeszcze tego nie powiedział, ale powoli stawało się jasne, że niedojda zapuścił się tam...
– Poszedł w las – rzekł wreszcie Haven, gdy wszyscy zebrali się pośrodku wioski.
– Chyba by głupi... – zaczął ktoś i zamilkł.
Bo i głupi... Głupi w samej rzeczy.
– A na pola? Może poszedł na pola? – zapytał ktoś inny.
– Po co by miał iść na pola? Po nocy?
– A do lasu po co? Wiadomo, głupi.
    Potwierdzono zgodnym pomrukiem. Ale tak naprawdę, to nikt jakoś nie wierzył w te pola. Jakby poszedł na pola, toby był. Na polach się nie zginie.
Wszystkim bardziej się zdało, że Miko poszedł w las.
– To co? Idziemy za nim?
Zaległa cisza, pełna wahania i lęku.
– Trza by iść...
– Po nocy?
Znów cisza.
    Czekano, co powiedzą myśliwi, ale Saul i Haven popatrywali w ziemię.
– A kto pójdzie? – zapytał w końcu pierwszy.
Milcząc, chłopi odwracali spojrzenia.
    Z głębi lasu, poprzez szum wiatru i deszczu, doleciał jakiś głos posępny, groźny... Przebrzmiał zaraz, lecz ten i ów wzdrygnął się mimo woli, kto inny nawet przeżegnał. Myśliwi widzieli, że nie pójdzie nikt.
Z kręgu wyszedł stary Maneo.
– Ja pójdę – powiedział.
W gromadzie zapanowało poruszenie.
– A gdzie wy tam? Co, Maneo?
– Jakże, Maneo?
– Pójdę – upierał się starzec. – Przecie on by po mnie poszedł... – wytłumaczył. – Poszedłby... chocia głupi.
    Nagły wstyd zamknął wszystkim usta, bo wiedzieli, że stary mówi prawdę.
– Poszedłby, bo głupi właśnie – rzekł ktoś z tyłu, ale zamilkł zaraz, jakby rozumiejąc, że nie znajdzie poparcia.
Rzeczywiście.
– To i ja – odezwał się Saul.
– Kopnij się który po mój łuk! – zawołał Haven. – Strzały przynieś, a proch i kule do strzelby! – przypomniał.
Ruszono, by spełnić polecenie.
– Tacyście? – odezwał się rozeźlony gruby bednarz Remok. – No niechże... To i ja, znaczy... z wami.
– Wszyscy pójdą! – zawołano. – Wszyscy, no przecie!
W gromadzie znów wszczął się ruch.
– Dalej, chłopy! Brać siekiery, idziemy! Ino migiem!
Wieśniacy pobiegli do chałup.
    Były w wiosce aż dwie strzelby: jedna u Saula i Havena, a druga – przedpotopowa rusznica – stanowiła własność całej wsi. Wziął ją Remok, bo służył kiedyś w wojsku, i choć jako pikinier, przecież strzelać umiał. Reszta mężczyzn uzbroiła się w siekiery – bardziej dla dodania sobie animuszu niźli dla ich rzeczywistej przydatności. Jednak Saul i Haven nic nie powiedzieli, a dlatego że ciesielski topór w garści zaszkodzić przecież nie mógł.
– Światło weźcie!
Pobrano ślepe latarki.
* * *
    W kupie zawsze łatwiej o odwagę, mimo to ledwie parę kroków postąpiono w głąb kniei, ludzie zaraz potracili się z oczu w ciemności. Wątłe ogienki rzucały więcej cieni, niż dawały światła, czarna noc, zasnuta dodatkowo deszczem, wypełniała puszczę bez reszty. Skupiono się w ciasną gromadę i dreptano omal w miejscu. Myśliwi łatwo odgadli, że w ten sposób nic nie zwojują.
– Cicho, ludzie! – rzekł Saul, chociaż nikt nic nie mówił. – Trzeba nam się rozdzielić... No trzeba! – przekrzyczał niechętny pomruk. – Nie po jednym przecie... Maneo, wasze nogi już nie do takich wędrówek. Weźcie jeszcze kogo, macie tu mój róg, idźcie pod sam las i dmijcie czasem, żeby wszyscy z powrotem drogę znaleźli. No idźcie, tak najbardziej pomożecie. A my – zwrócił się do pozostałych – podzielimy się. Kto do mnie, a kto do Havena? Remok pójdzie środkiem, kiedy my bokami.
Tak zrobiono.
    Czarny las rozbrzmiał nawoływaniami. Pokazywano drogę niedojdzie; jeśli zbłądził, mógł posłyszeć głosy. Ale jeśli spotkała go jaka zła przygoda...
Ociekające deszczem gąszcze stawały się coraz bardziej zbite. Posunięto się niedaleko w głąb lasu, a przecież wszystkim się zdawało, że są w samym jego sercu. Puszcza była cicha i wroga. Hen! daleko, rozbrzmiało jakieś posępne zawołanie, niczym wycie upiora: niewyraźne, odległe... może będące złudzeniem. I znowu cisza, tylko wiatr i deszcz.
Przemoczeni, zziębnięci, z dłońmi zaciśniętymi na styliskach siekier, chłopi szli coraz wolniej, nawoływali zaś coraz rzadziej. Zdano sobie sprawę, że nocna wyprawa nie ma wcale sensu; że knieja nie odda łatwo tego, co raz wzięła.
    Gąszcze rozstąpiły się nagle – drzewa utworzyły dwa niemal równe szeregi, coś jakby ulicę, zalaną mrokiem, niesamowitą, nieprawdziwą zgoła. Stłumiony głos rogu rozbrzmiał za plecami i przyniósł otuchę – na krótko jednak. Oddział Remoka zatrzymał się. Poblask latarń wyławiał z ciemności najbliższe pnie upiornego szpaleru, brodzące w gęstych krzewach, krąg ziemi porosłej trawą. Ale światło w nocy oślepia, nie pozwala oczom przywyknąć do ciemności i poza jego kręgiem mrok wydaje się gęstszy, niźli jest w rzeczywistości.
    Gdzieś, może u samego końca owej leśnej ulicy, którego to końca tylko się domyślano, skłębiła się ciemność jeszcze bardziej zwarta, bardziej gęsta i mokra niż gdzie indziej. Lodowaty podmuch nadciągnął z tamtej strony. Chrupnęły głośno gałęzie, potem jeszcze raz, już bliżej. Ku zbitej gromadzie skradało się coś wielkiego...
    Bednarz nie nosił duszy na ramieniu, a śmierci w oczy zajrzał wielokrotnie. Ale zawsze widział ją, gdy się zbliżała – w kłębach prochowego dymu, w ostrzach pik i rapierów wrogiej infanterii... Tu, okryte mrokiem niebezpieczeństwo, idące z głębi lasu, było jak sama trwoga: nikt jej nigdy nie widział, choć każdy przecież poznał tajemnicze tchnienie.
Remok bał się tego czegoś nieznanego.
    Wystawiwszy naprzód lufę przedpotopowej broni, która wobec wiszącej w powietrzu wilgoci wcale nie musiała wypalić, uczynił krok do tyłu, a wraz z nim wszyscy inni.
– Chłopy... – rzekł ochryple.
Nowy trzask gałęzi, potem cisza. Migotliwe światło latarń pokazywało wciąż te same najbliżej stojące drzewa.
Gdzieś z boku i trochę z przodu, wiatr przyniósł nawoływania Havena i jego ludzi. Zły czar zelżał; nie byli w lesie sami.
– Wracamy... chłopy – rzekł Remok.
Z oddali doleciał słaby głos rogu. Potem znowu i znowu – przeciągły, niecierpliwy. Nie ustawał. Zrozumieli nagle, że Maneo woła, by wracali.
Deszcz prawie przestał padać, a wiatr ustał. W lesie panowała cisza. Wrogie gąszcze zdawały się czujnie obserwować odwrót ludzkiej gromady.
Na skraju puszczy czekał Maneo, dmąc w róg, a obok, ciesząc się jak dziecko, podskakiwał Miko-niedojda.
* * *
    Wielkie, barczyste chłopisko o twarzy sześcioletniego dziecka żarłocznie pochłaniało zimną kaszę. Mała izba była zatłoczona ludźmi. Półgłosem wymieniano uwagi, niecierpliwiąc się.
Miko, szczęśliwy, że jest ośrodkiem zainteresowania wszystkich, unosił głowę znad miski i stroił miny.
– Miko – pytał Maneo – jakże, mówisz?...
– Wołała mnie! – cieszył się głupek. – Wołała, o tak: – Miko zawył posępnie, plując kaszą.
Wieśniakom przeszły po plecach mrówki.
– Kto cię wołał, co? Miko?
– Ona. Ona mnie wołała.
– Jaka ona?
Niedojda marszczył czoło z powagą.
– Egahesehemirrammi.
– Że jak, powiadasz?...
– Egahesehemirrammi.
Ktoś machnął ręką.
– At, głupi i tyle – powiedział rozeźlony. – Późno już... Z Bogiem.
    Skrzypnęły drzwi. Wieśniacy żegnali się kolejno i szli do swych domów. Wkrótce starzec został sam, z troską spozierając na wielkie dziecko kończące swoją kaszę.
– Maneo, ona mnie wołała. Egah... Egahesehemirr...
– Tak, Miko. Zjadłeś? To idźże tera spać. Rano wszystko powiesz.
– Wołała, Maneo. Wiesz?
– Wiem, Miko.
Niedojda poszedł do swojego posłania. Ukląkł na podłodze i przeżegnał się wolno, starannie. Wkrótce potem spał.
Stary Maneo długo jeszcze siedział przy kopcącym ogarku, kiwając głową do swych myśli.


Fragment udostępniony przez Wydawnictwo Fabryka Słów








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2007-02-17 (1602 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej