Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Góra Grozy
 
Katalog - dodano
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 Ale z naszymi umarłymi
- Jacek Dehnel
 Jednookie walety
- antologia
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Błękitny Księżyc, cz.1'' - Simon R. Green

Książę, jednorożec i banda goblinów


– Nie cierpię trawy – oświadczył jednorożec markotnie.
– To dlaczego ją jesz? – zapytał Rupert, zapinając klamrę pasa obciążonego mieczem.
– Bo jestem głodny – odparło zwierzę, żując ze wstrętem. – A ponieważ od tygodni nie mamy już cywilizowanej strawy...
– Co jest nie tak z trawą? – zainteresował się Rupert. – Konie ją jedzą bez przerwy.
– Nie jestem koniem!
– Nie mówię, że jesteś...
– Jestem jednorożcem, i to czystej krwi! Mam prawo do odpowiedniej opieki, traktowania oraz żywienia. Na przykład owsem, jęczmieniem albo...
– A gdzie ja ci znajdę owies w Gęstowiu?
– Trawa kłuje mnie w zęby – burknął jednorożec. – I mam po niej wzdęcia.
– Przerzuć się na oset – zasugerował Rupert.
Wierzchowiec popatrzył na niego surowo.
– Czy ja ci z którejś strony przypominam osła? – spytał groźnie.
Rupert odwrócił głowę, żeby ukryć uśmiech i dostrzegł z tuzin goblinów, które wyłaniały się z mroku, zastępując im drogę. Stworzenia około metra wzrostu – mniej lub więcej, w zależności od krzywizny nóg oraz długości spiczastych uszu – uzbrojone były w zardzewiałe krótkie miecze lub poszczerbione tasaki rzeźnicze. Niedopasowane pancerze z brązu albo stali niechybnie należały wcześniej do jakichś podróżnych, zaś ostre kły odsłonięte w paskudnych uśmieszkach pozwalały domniemywać, jaki koniec spotkał poprzednich właścicieli zbroi. Zły, że dał się zaskoczyć, Rupert dobył miecza i potoczył groźnym spojrzeniem po grupce. Gobliny wrosły w ziemię, łypiąc na siebie niepewnie.
– No, nie stójcie tak – rozległ się gardłowy głos spośród gąszczu. – Bierzcie ich, chłopaki.
Gobliny przestępowały z nogi na nogę, ale nie czyniły żadnych gwałtownych ruchów.
– Ale on ma miecz! – zauważył najmniejszy.
– Wielki miecz – doprecyzował inny.
– I patrz, jakie ma szramy na twarzy – szepnął kolejny, zerkając na księcia z bojaźliwym szacunkiem.
– A ta zbroja jest cała zakrwawiona. Pewnie zaciukał całe setki ludzi...
– Posiekał ich na kotlety – piskliwie podchwycił najmniejszy.
Rupert od niechcenia zakręcił mieczem młynka; ostrze zalśniło. Przerażone gobliny cofnęły się, potykając o własne i cudze stopy.
– Zabierzcie mu przynajmniej konia! – krzyknął głos z mroku.
– Konia? – Jednorożec odrzucił łeb, a jego krwistoczerwone oczy zapłonęły furią. – Konia?! A to na mojej głowie to co? Oryginalna ozdóbka? Jestem jednorożcem, durniu!
– Koń, jednorożec, co za różnica?
Wierzchowiec grzebnął kopytem, pochylając nisko głowę. Od czubka ostrego rogu odbiło się światło.
– Tego już za wiele! No, dalej, chodźcie tu, po jednym, lub naraz, obojętne, i tak wszyscy oberwiecie!
– Przyjemniaczek z niego – mruknął najmniejszy goblin.
Rupert zerknął na jednorożca z rozbawieniem.
– Myślałem, że jesteś rozsądnym, logicznie myślącym tchórzem?
– Aktualnie jestem zbyt wściekły, żeby myśleć – warknął jednorożec. – Bać będę się później. A teraz ustaw mi ich w rządku. Zamierzam ponabijać całą bandę, jednego po drugim. Pokażę łobuzom szaszłyk, jakiego do końca życia nie zapomną.
Gobliny cofnęły się jeszcze bardziej, zbijając w ciasną gromadkę.
– Dość tego, lenie śmierdzące! Zabijać mi tu podróżnego, natychmiast! – ryknęły krzaki.
– Sam sobie go zabij! – fuknął goblini konus, strzelając oczami na boki w poszukiwaniu najlepszej drogi ucieczki. – To twoja wina. Trzeba go było zlikwidować, jak nie patrzył, zawsze tak robiliśmy.
Zarośla westchnęły, a po chwili na ścieżkę wkroczył majestatycznie przywódca bandy. Szeroki w barach, niesamowicie umięśniony, miał prawie półtora metra wzrostu, co czyniło go największym goblinem, jakiego Rupert widział w życiu. Atletyczny wódz zgasił na zaśniedziałym napierśniku podłe na oko cygaro i podszedł do kulących się ze strachu, stłoczonych podwładnych. Przez chwilę piorunował ich wzrokiem, po czym zniesmaczony westchnął, kręcąc głową.
– Spójrzcie na siebie. Jak mam zrobić z was wojowników, skoro nie chcecie walczyć? Co z wami? Przecież to tylko człowiek!
– I jednorożec – przypomniał najmniejszy goblin usłużnie.
– W porządku, człowiek i jednorożec. I co z tego?! Mamy być rabusiami, tak? A to znaczy, że musimy napadać na bezbronnych podróżnych i rabować ich z kosztowności.
– Dla mnie on nie wygląda na bezbronnego – wymamrotał konus. – Ma ze sobą wielgachny, upaćkany miecz, widzisz?
Gobliny obserwowały z chorobliwą fascynacją Ruperta, który wykonał kilka próbnych sztychów i wypadów. Widok wierzchowca, który tańczył za plecami księcia, wymachując groźnie rogiem, także nie dodawał bandytom pewności siebie.
– Dajcie spokój, chłopaki – przekonywał wódz coraz bardziej zdesperowany. – Jak można się bać kogoś, kto dosiada jednorożca?
– A co to ma do rzeczy? – zdziwił się mały goblin.
Przywódca wymamrotał coś, z czego zrozumiałe były tylko słowa „dziewica” i „prawiczek”. Gobliny zarechotały, wymownie zerkając na Ruperta.
– Hej, myślicie, że tak łatwo być księciem? – obruszył się Rupert, czerwieniejąc jak burak. – Tak was to bawi? Uważajcie, żebyście nie poumierali ze śmiechu.
Machnął mieczem, jednym ciosem odrąbując niski konar. Oddzielony kawałek grzmotnął na ziemię z złowieszczym łomotem.
– Lepiej go nie drażnić – mruknął najmniejszy goblin.
– Zamknij się – warknął przywódca. – Słuchajcie, jest nas trzynastu, a on jeden – zwrócił się do grupki.
– Jeśli rzucimy się na niego razem, nie ma szans, żeby nam się nie udało.
– A założysz się? – prychnął któryś ze stojących z tyłu.
– Milczeć! Na mój znak atakujemy. Do ataku!
Rzucił się naprzód, wywijając mieczem, a reszta niechętnie podążyła w jego ślady. Rupert napiął mięśnie, zamierzył się i zmiótł wodza jednym uderzeniem płazem w głowę. Na ten widok pozostali napastnicy zahamowali z poślizgiem, po czym na wyścigi zaczęli upuszczać broń. Rupert zagonił ich w stadko, kazał odsunąć się od broni, a potem oparł się o najbliższe drzewo, nie bardzo wiedząc, co z tym fantem zrobić. Wódz goblinów ocknął się, usiadł i potrząsnął głową, czego, krzywiąc się z bólu, natychmiast pożałował. Spojrzał na księcia spode łba, próbując przy okazji wyglądać wyzywająco, co nieszczególnie mu wyszło.
– Mówiłem, że trzynaście to pechowa liczba – bąknął konus.
– No dobra – zaczął Rupert. – Skupcie się i słuchajcie. Jeśli stąd odejdziecie i zostawicie mnie w spokoju, nie posiekam was na kawałki i nie oddam jednorożcowi na szaszłyki. Co wy na to?
– A dostaniemy z powrotem broń? – zapytał wódz.
– A wyglądam na wariata?
Przywódca wzruszył ramionami.
– Cóż, spróbować nigdy nie zawadzi. W porządku, panie bohaterze, pójdziemy na ten twój układ.
– I zostawicie mnie w spokoju? Wódz popatrzył na księcia surowo.
– A wyglądam na wariata? Szczerze mówiąc, panie bohaterze, będę najszczęśliwszym goblinem pod słońcem, jeśli już nigdy się nie spotkamy. – Z tymi słowy powiódł gobliny w las.
Rupert z szerokim uśmiechem odprowadzał wzrokiem znikające pomiędzy drzewami postacie.
Nareszcie zaczynał łapać, o co biega w tym bohaterstwie.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2009-08-04 (1350 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej