Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Klątwa tygrysa. Wyzwanie
 
Katalog - dodano
 Cień i kość (wyd.MAG)
- Leigh Bardugo
 Oblężenie i nawałnica
- Leigh Bardugo
 Zniszczenie i odnowa
- Leigh Bardugo
 Fałszywy Pieśniarz
- Martyna Raduchowska
 Opowieści o duchach
- Jim Butcher
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Światło'' - Aleksander Wierny



I

Ja, Oskar Sawicki, siedzę za odrapanym biurkiem w małym, ciemnym pokoju i poprawiam opisy zbrodni, przestępstw i wykroczeń.

Bezczelny łapówkarz

Policjanci zatrzymali pijanego kierowcę. 42-letni kierowca opla corsy, jadąc ulicą Jagiellońską, uderzył w tył forda focusa i spowodował kolizję. Potem próbował przekupić funkcjonariuszy stuzłotowym banknotem. Zażądał pięćdziesięciu złotych reszty.

Policjanci oczywiście nie zgodzili się na tę propozycję. Badanie wykazało, że mężczyzna miał we krwi prawie cztery promile alkoholu. Za prowadzenie samochodu w tym stanie grożą mu dwa lata więzienia, za próbę korupcji - nawet dziesięć lat.

U schyłku każdego miesiąca, bez opóźnień - przecież zajmuję państwową posadę - na moje konto wpływa niewielka pensja. To cena, jaką Komenda Miejska Policji w Częstochowie płaci poloniście, byłemu nauczycielowi z liceum, za jasne i przejrzyste komunikaty, które trafiają codziennie do dziennikarzy z Częstochowy.

Jestem postacią z głębokiego cienia. Żurnaliści wierzą, że autorem informacji jest rzecznik prasowy. W komendzie prawie nikt nie wie o moim istnieniu.

Tożsamość Oskara Sawickiego zna komendant, który przed dwoma laty dostał od zwierzchników poufny rozkaz dyskretnego zatrudnienia osoby o moich kwalifikacjach. Nie musiał długo szukać, bo jestem synem jego dalekiego krewnego, znanego częstochowskiego prokuratora, który dziś cieszy się zasłużoną emeryturą.

Współpracuję ściśle z rzecznikiem prasowym, nadkomisarzem Tomaszem Bieńkiem, policjantem z krwi i kości, który nie przepada za swoją funkcją. Wolałby przesłuchiwać, zamiast odpowiadać na pytania dziennikarzy. Nie lubi mnie, jakby uważał, że jestem istotą bliższą żurnaliście niż funkcjonariuszowi. Ma rację.

Każdego ranka odbiera raport od dyżurnego oficera, wstępnie selekcjonuje wiadomości z ostatniej doby i przesyła mi je mailem. Podpisuje się pod sporządzonymi przeze mnie komunikatami. Odwiedzając mój pokój, na ogół pochyla się nad odrapanym biurkiem, żeby przytłoczyć mnie zwalistą sylwetką. Oczy Bieńka są tego samego koloru co nienagannie wyprasowany mundur.


Nie wiem, ilu cyzelatorów nagiej, policyjnej rzeczywistości zatrudniono podczas ataku marketingowego szaleństwa, bo to tajna informacja. Z półgębkiem rzucanych przez komendanta strzępków informacji wynika, że utajnieni poloniści pojawili się w każdej większej polskiej komendzie. Zdaniem stołecznych szefów nasza praca powinna poprawić wizerunek policji w oczach dziennikarzy, grupy opiniotwórczej i jednocześnie szczerze znienawidzonej przez najwyżej postawionych stróżów prawa.

Każdego dnia czyścimy komunikaty ze sformułowań w rodzaju "intensywnie oddalił się z miejsca wypadku", "mężczyzna nn" (czyli o nieznanej tożsamości), "doznała ciężkich obrażeń ciała", "stosując groźby karalne, chciał wymusić zwrot długu na dłużniku", "policjanci realizowali czynności w sprawie".

Nasze istnienie jest utrzymywane w tajemnicy, żeby policja nie naraziła się na oskarżenia o rozrzutność. Poznawszy nieco sposób myślenia dziennikarzy, jestem przekonany, że zaraz zaczęliby przeliczać nasze pensje na koszty zakupu brakujących radiowozów albo na liczbę komputerów, które mogłyby służyć w komisariatach.

Nigdy nie spotykałem towarzyszy spowitej woalem tajemnicy walki o poprawność językową. Nie wiem, jaką część ośmiogodzinnej dniówki poświęcają na wywiązanie się z obowiązków; mnie zazwyczaj udaje się uporać z pracą w półtorej godziny. Potem pogrążam się w samotności, bo skazany jestem na utrzymywanie tajemnicy wśród ludzi, którzy zarabiają na chleb odkrywaniem cudzych sekretów, muszę być więc w dwójnasób ostrożny. Nie wychodzę z pokoju, jeśli nie muszę. Odwracam wzrok, kiedy spotykam na korytarzach komendy innych policjantów. Odpowiadam na ich pozdrowienia niezobowiązującym uśmiechem i nie reaguję na zaczepki. Na szczęście nie przeprowadzają w mojej sprawie nieformalnych dochodzeń, bo cierpią na emocjonalną przypadłość wszystkich ludzi służących w ściśle zhierarchizowanych, rozbudowanych strukturach: lęk przed nieokreślonymi kompetencjami. Nie wiedzą, czym się zajmuję, więc boją się mnie na wszelki wypadek.


Dzięki złej organizacji pracy poznałem Sergiusza Grosa.


Siedząc samotnie w małym pokoju na drugim piętrze trójkątnego budynku Komendy Miejskiej Policji, potwornie się nudziłem, czytałem więc książki, gazety i buszowałem w Internecie. W godzinie najbardziej obezwładniającej nudy, gdy snułem się po wirtualnej przestrzeni bez wyraźnego celu, skacząc bezmyślnie ze strony na stronę, trafiłem na blog Sergiusza.


Była tam tylko jedna notatka - Gros dopiero zaczynał pisać internetowy pamiętnik. Choć porzucił ten zwyczaj dość szybko, dzięki krótkiemu pobytowi w sferze wirtualnej komunikacji zdążyłem nawiązać z nim kontakt i w efekcie spotkać się twarzą w twarz. Wtedy też rozpoczął Dzieło, zapoczątkował Przedsięwzięcie.


Najpierw jednak moją uwagę zwrócił wpis na blogu - zarówno treścią, z której niezbicie wynikało, że autor pochodzi z Częstochowy, jak ja, jak i formą - zdania były potoczyste i pozbawione błędów ortograficznych, co na blogach zdarza się nader rzadko.


Mecz


Każdego roku na Jasną Górę przybywają z różnych stron świata miliony pielgrzymów. Klasztor jest sławny wszem i wobec dzięki cudotwórczej ikonie Matki Boskiej, którą według legendy namalował święty Łukasz Ewangelista, a na klasztorne wzgórze przywędrowała z Rusi za sprawą księcia Władysława Opolczyka.

Tubylcy, jak ja, nie znajdują w potokach pątników niczego wzniosłego, żadnej metafizyki. Jeżeli pielgrzymi mieli wpływ na nasze życie, to raczej przypadkowo, rykoszetowo.

Miałem piętnaście lat. Członkowie mojej siedmioosobowej drużyny byli w tym samym wieku, niektórzy nawet młodsi. Goście z Italii, którzy wyzwali nas na futbolowy pojedynek, górowali doświadczeniem, mieli średnio nie mniej niż osiemnaście lat. Byli Włochami, więc mieli też przewagę psychologiczną, bo kluby z tego kraju zawsze są w europejskiej czołówce - jeśli nie Juventus, to Milan, a jeżeli i te dwie potęgi miałyby zawieść, nagle pokazuje się światu jakiś genialny nowicjusz, jak Sampdoria albo Lecce. W odwodzie jest wiecznie niespełniony, lecz zawsze groźny Inter. Włoska reprezentacja kolekcjonuje tytuły mistrzów świata. Gracz z Italii - już choćby tylko dzięki pochodzeniu - budzi respekt zawsze i u wszystkich. Nawet zawodnik - pielgrzym.

Nie traciliśmy jednak ducha, bo miejscem pojedynku miało być boisko na zapleczu szkoły podstawowej numer sześć przy ulicy Krakowskiej. Byliśmy pewni, że w takich warunkach Włosi jeszcze nigdy nie grali. Projektant placu doszedł prawdopodobnie do wniosku, że młodzi piłkarze nie muszą się zmagać na nawierzchni trawiastej, to byłoby zbyt oczywiste i trywialne. Nie, prawdziwym wyzwaniem dla każdego ucznia i nieletniego sportowca amatora jest - tak zapewne myślał ów bezimienny konstruktor - rozegranie meczu na boisku wysypanym żużlem. Ile wspaniałych ran można odnieść po każdym upadku, których podczas piłkarskiego meczu nigdy nie brakuje! Jak nieprawdopodobnie głęboko może wniknąć w skórę żużlowy brud! Nawierzchnia miała jeszcze jedną męczącą cechę, ale o niej za chwilę.

Szansy szukaliśmy także porównując fizyczne walory obydwu drużyn. Włosi, mimo że całkiem młodzi, byli już obarczeni dość sporą nadwagą. Ustępowali nam wzrostem. Gdy mecz się rozpoczął, zebrane wokół boiska dziewczyny (na ogół przychylne gościom z zagranicy, a szczególnie - czego nigdy nie potrafiłem zrozumieć - przybyszom z Półwyspu Apenińskiego) zamilkły skonfundowane. Na tle makaroniarzy byliśmy piękni, smukli i zgrabni.

Włosi, niestety, dryblowali jak natchnieni i żonglowali piłką niczym Brazylijczycy, więc pierwszą, dwudziestominutową połowę wygrali cztery do jednego.

Pod koniec tej części meczu boisko ujawniło tajemnicę, którą znaliśmy doskonale, ale z którą Włosi mieli się dopiero zaznajomić. Nad placem gry, prażonym przez bezlitosne sierpniowe słońce, na który przez trzy tygodnie nie spadła kropla deszczu, z wolna uniósł się duszący woal żużlowego pyłu i odebrał oddech biegającym w spiekocie zawodnikom. Najpierw jednak słabli ci, którzy mieli za sobą kilkuletnie doświadczenie tytoniowego nałogu, a tacy zawodnicy przeważali w drużynie przeciwnika. Poza tym na żużlowym boisku najwcześniej słabości ulegali gracze z najgorszą kondycją. Także pod tym względem palma pierwszeństwa należała do naszych otyłych rywali. Po zmianie bramek wyszliśmy na boisko pełni animuszu.

Entuzjazm połączony z duszącym kurzem sprawił, że szybko odrobiliśmy straty. Dłuższe i szczuplejsze nogi niosły nas swobodnie między krępymi i smagłymi ciałami zdyszanych Włochów. Wbijaliśmy bramkę za bramką. Z rzadka techniczny kunszt naszych przeciwników pozwalał im odgryźć się wymęczonym golem. Mecz dobiegał końca, remisowaliśmy siedem do siedmiu.

Zazwyczaj grałem z tyłu, inicjowałem akcje, podawałem z głębi pola najbardziej wysuniętym zawodnikom i przyjmowałem ataki przeciwników. Pod koniec meczu zmęczenie i emocje sprawiły, że dyscyplina taktyczna poszła w kąt i zaszarżowałem. Minąłem dwóch zawodników włoskiej drużyny, kolejny zdołał wybić piłkę poza boisko. Stanąłem na polu karnym i czekałem na dośrodkowanie z rzutu rożnego. Piłka zmierzała dokładnie w kierunku mojej głowy. Wybiłem się wysoko nad małymi, grubymi przeciwnikami, pochyliłem się nieco i chciałem uderzyć futbolówkę tak, żeby wpadła do bramki tuż pod poprzeczką. Pot zalał mi jednak oczy i zabrakło precyzji. Piłka nie odbiła się od czoła, ale od twarzy, pokrywając ją szczelnie makijażem brudu, następnie trafiła w poprzeczkę, uderzyła w ziemię i wyszła w pole.

Mecz dobiegł końca. Rozpętało się piekło. W gęstej zawiesinie pyłu wydzieraliśmy się na Włochów, oni odpłacali nam równie głośnym jazgotem doprawionym przesadną, południową gestykulacją. Spieraliśmy się o to, czy piłka przekroczyła pełnym obwodem linię bramkową. Interpretowaliśmy niewyraźne ślady na żużlu w korzystny dla nas sposób. Włoscy zawodnicy zaklinali się na zdrowie matek i cnotę sióstr, że gol jednak nie padł. Moja twarz była czarna, pył przylgnął do niej grubą warstwą. Wyglądałem jak diabeł z dziecięcych wyobrażeń i lęków.

Rozstaliśmy się z gośćmi z Italii w gniewie. Ani my nie umieliśmy udowodnić swoich racji, ani oni nie potrafili znaleźć rozstrzygającego argumentu. Dziewczyny uniosły się patriotyzmem i poszły z nami, choć później chyba żałowały! Następnego dnia, czyli piętnastego sierpnia, w święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, Włosi wyjechali tuż po głównej mszy odprawionej dla pielgrzymów na jasnogórskich błoniach. Zabrakło okazji, żeby zakopać wojenny topór.

Nie wiem, czy tamtego upalnego popołudnia po moim strzale padła decydująca o zwycięstwie bramka. Nigdy już nie mogłem być niczego pewien, bo co miałem na swoją obronę? Ulotne ślady w suchym pyle i wątłą wiarę, że racja jest jednak po mojej stronie. Dzieciństwo skończyło się tym nagłym wzlotem, gdy wyskakiwałem do piłki z twarzą jeszcze czystą i jasną, zawisałem w powietrzu z głową wysoko, wysoko nad ziemią i nad głowami innych. To zdarzyło się tylko raz, jeden, jedyny raz, a potem spadałem, potem już tylko piekło, czarny makijaż dorosłości.


Znalazłem w tej historii emocje i klimat bliski mojemu dzieciństwu, mimo że nie potrafiłem wskazać konkretnego elementu łączącego mnie ze światem wczesnej młodości Grosa... Może obraz sierpniowego słońca oświetlającego biegające po czarnej nawierzchni, chłopięce sylwetki stopił się gdzieś głęboko w magmie pamięci ze wspomnieniem podobnego przeżycia, którego doświadczyłem dwadzieścia lat temu? Wychowałem się wprawdzie wśród bloków Północy, a nie w starych kamienicach Śródmieścia, do którego należy ulica Krakowska, ale boiska, na których rozgrywaliśmy mecze piłki nożnej, wszędzie miały tę samą, ciemną nawierzchnię, chociaż nie wszystkie były pokryte żużlem.

Odniosłem też wrażenie, że Gros musi być moim rówieśnikiem. Później, kiedy już się spotkaliśmy, okazało się, że mam rację, był ode mnie starszy ledwie o rok - miał trzydzieści pięć lat. Jak odgadłem wiek Grosa? W tym samym czasie przeprowadziłem podobny rozrachunek z własnym dzieciństwem. Definitywnie pożegnałem się z młodością, choć nie umiałem tego opisać w równie efektowny sposób, jak czynił to Sergiusz na blogu. Rachunki przemawiały jednak do mnie za pośrednictwem zamglonych, trudno uchwytnych obrazów i wrażeń.

Na przykład matka gotująca obiad, odwrócona, w szarobeżowej sukni. Ach, jakże często towarzyszy tej wizji zapach rozgotowanych warzyw, kopru i ziemniaków. Albo wizja nagłych olśnień, kiedy każdy szczegół wywołuje na zasadzie podobieństwa swój odpowiednik z przeszłości - ławka w altanie w podjasnogórskim parku, ta sama, na której siadałem dwadzieścia lat temu, ta sama faktura desek, ten sam półcień wewnątrz; wtedy i dziś.


- Po przekroczeniu smugi cienia odkrywamy, że jesteśmy śmiertelni - tłumaczył Gros kilka tygodni później, gdy już się trochę zaprzyjaźniliśmy. - Młodość to bezkresna, ponadczasowa perspektywa. Gdy się jednak nieco zestarzejemy, zdajemy sobie sprawę, że nieuchronnie zbliża się jej koniec, ale i koniec wszystkiego. Szukamy wtedy punktów odniesienia na początku kontinuum życia. Nasz umysł wyszkolono i ukształtowano w taki sposób, żebyśmy umieli w miarę sprawnie wytyczać trasę z punktu A do punktu B. Nagle rozumiemy też, że tylko przeszłość jest realna, że pewne jest tylko to, co zapamiętane - koniec jest wszak zawsze niepoznawalny, niezależnie od tego, jak bardzo wierzymy prorokom i świętym księgom. Tęsknimy zarazem za czasami niewinności, kiedy jeszcze nie musieliśmy żyć ze świadomością śmierci, w lęku i niepewności. W takim stanie umysłu rzeczy pierwsze stają się przedmiotem dojmującej tęsknoty. Kształty teraźniejszości są zaledwie ich cieniami, bladymi odbiciami, a śmierć powoli staje się tożsama z niepamięcią i stąd potrzeba ścisłej inwentaryzacji wspomnień.

Kiwałem głową z udawanym zrozumieniem, ale w głębi duszy nieco napuszony ton Grosa i jednak dość banalne prawdy, którymi mnie raczył, budziły lekką irytację. Już wtedy przeczuwałem, że stać go na więcej. Wierzyłem, że jest nosicielem tajemnicy, tak jak inni są nosicielami wirusa grypy. Wystarczy zatem być w pobliżu, żeby się zarazić.

Niemniej wiek Grosa miał znaczenie, bo charakterystyczne dla tej fazy życia rozterki wypchnęły go z kolein uporządkowanej egzystencji i zapoczątkowały Dzieło.

Ale to wszystko wydarzy się później. Tymczasem, siedząc samotnie w swojej policyjnej norze, kilka razy dziennie wstukiwałem adres blogu i sprawdzałem, czy pojawiła się nowa notatka. Moja cierpliwość została nagrodzona dopiero po kilku dniach.


Ogród za murem


W ogrodzie za murem trawa była niespotykanie długa, jej źdźbła ścieliły się na ziemi jak włosy posiwiałych wróżek.

Nazywaliśmy to miejsce "za murem", bo pokonanie rozchwianego ogrodzenia zbudowanego z wapiennych kamieni było rytuałem inicjacyjnym. Od tej chwili należało się do podwórkowej społeczności. Teren za murem był jeszcze ograniczony płotem, za którym w ogródkach należących do mieszkańców pobliskiej kamienicy rosły rzodkiewki, kalarepy i marchewki. Dalej wyrastała wielka ściana fabrycznej hali "Warty" oraz kanał Kohna, za którym rozciągała się "Warta", jedna z pereł - dziś martwego - częstochowskiego przemysłu włókienniczego.

Ogród za murem, ziemia niczyja, strefa zagrożenia! Przeganiali nas stamtąd pracownicy "Warty", przekonani, że strzegą w ten sposób zakładowego mienia, choć nikt nigdy nie miał zamiaru nic ukraść z fabrycznego mienia. Polowali na nas też właściciele działek, omamieni nienawiścią przez właściciela firmy pogrzebowej, któremu przypadkowo włamaliśmy się do warsztatu. Przypadkowo, bo któregoś wakacyjnego dnia, nie planując żadnej zbrodni, postanowiliśmy zbadać grubość muru; nie na wysokości ogrodu, lecz mniej więcej tam, gdzie znajdowała się kamienica, w której mieszkali działkowcy amatorzy. Parter należał do karawaniarza i ściśle przylegał do muru. Gdy po naszej stronie spadł na ziemię ostatni wapienny, jurajski kamień, wydłubany przy pomocy żelaznego pręta, ukazała się mroczna dziura. Nasze oczy wolno przyzwyczajały się do panującej wewnątrz ciemności. Zobaczyliśmy trumny oparte o ściany. Struchleliśmy. Mrok przeciął niespodziewanie promień światła. W drzwiach warsztatu stanął właściciel zakładu pogrzebowego.

- Co jest?! - ryknął. Rzuciliśmy się do ucieczki.

Od tej chwili polował na nas zaciekle i zaraził niechęcią sąsiadów.

Ale nie rezygnowaliśmy ze zbadania tajemnic zamurza. Jeśli żaden wróg nie stał na straży, forsowaliśmy mur, chwiejąc się na szczycie jak rozkołysane wiatrem strachy na wróble, i schodziliśmy ostrożnie do ogrodu, gdzie od razu musieliśmy pokonać kolejną przeszkodę - rosnące wzdłuż muru wybujałe, kłujące krzewy malin.

Nie pamiętam, kto wpadł na pomysł, żeby niezwykłej, długowłosej trawy używać jako poszycia szałasów, ale idea upowszechniła się błyskawicznie: każdego lata okrywaliśmy nią szkielety zbudowane z uschłych gałęzi zdziczałych grusz i jabłoni, a owoce magazynowaliśmy we wnętrzach naszych schronień, ażeby ustrzec się ustrzec przed głodem. Nie pamiętam szałasu dwu- albo trzyosobowego. Każdy chłopiec - bo dziewczyny nie ryzykowały tak niebezpiecznych przedsięwzięć jak przeprawa przez mur - budował schronienie tylko dla siebie. Rozpełzaliśmy się po opuszczonym ogrodzie w poszukiwaniu budulca, wznosiliśmy rachityczne i nieco nieudolne konstrukcje z gałęzi, pokrywaliśmy je trawą i wczołgiwaliśmy się do środka.

Wedle oficjalnej wersji, którą poświadczaliśmy między sobą podczas każdej wyprawy, chodziło tylko o to, żeby nie zauważyli nas prześladowcy, szałasy czyniły nas przecież niewidzialnymi. Wyrobiliśmy w sobie nawyk pogardy dla wrogów, których z taką łatwością wyprowadzaliśmy w pole i dawaliśmy jej upust po bezpiecznej stronie muru, po zakończeniu kolejnej eskapady.

Jednak po wpełznięciu do szałasów, kiedy zamaskowaliśmy wejścia, każdy zostawał tylko w towarzystwie odurzająco wonnych ścian i sufitu schronienia. Zapadaliśmy w półsny, lekkie letargi, jakby roślina miała właściwości halucynogenne. Wędrowaliśmy po młodzieńczych zaświatach, z których nic nie pamiętam (znów amnezja, która rozrasta się jak zaniedbany ogród); nic - oprócz intensywności doznań. Dzisiaj barwy i emocje są odległym echem tamtych przeżyć, są jak cienie na ścianie platońskiej jaskini. Samotni i całkowicie samowystarczalni, pełni potencji i nieświadomie już zrealizowani, spokojnie dryfowaliśmy przez długie, letnie popołudnia. Promienie słońca łagodnie przedzierały się przez zbite kłęby traw, wypełniały wnętrza szałasów zielonkawym, przejrzystym światłem.

Nikt nigdy nie odkrył naszej tajemnicy. Ani cerberzy pilnujący "Warty", ani kompania karawaniarza, choć czasem, gdy spoczywaliśmy spokojnie w swoich roślinnych kryptach, słyszeliśmy ich kroki i rozmowy. Nikt nas nie nadepnął, nie potknął się o szałas, nie zdemaskował, jakby na straży stała przyjazna, niewidzialna siła.

Ta sama moc musiała nas także łączyć telepatycznymi więzami, bo gdy po kilku godzinach wypełzałem z szałasu, jednocześnie spod trawy wyrastały głowy innych chłopców. Prostowaliśmy się powoli i rozglądaliśmy, węsząc jak pieski preriowe. Potem powoli podążaliśmy w kierunku muru. Przebrnąwszy przez krzewy malin, ustawialiśmy się w kolejce przed najwygodniejszym wejściem na mur, tam, gdzie wystające kamienie były najbardziej przyjazne naszym stopom i dłoniom. Gramoliliśmy się do góry jak syte misie koala.

Ogrodu już nie ma, mur wyleciał w powietrze, wybuchy zmiotły fabrykę i nasze domy. Kanał Kohna zniknął pod warstwą gruzu i ziemi. Miała tu powstać galeria handlowa, ale po częściowym wyrównaniu terenu jego nowi właściciele stracili dalszy zapał. Gładki plac, z którego z rzadka wystają kupy gruzu, z wolna znów zarósł, ale zamiast trawy podobnej do posiwiałych włosów wróżek pojawiły się osty i pokrzywy. Nasi synowie nie bawią się w tym miejscu.

Ogród istnieje tylko za murem naszej pamięci.


Postanowiłem nawiązać kontakt z autorem bloga. Doskonale znałem miejsce, o którym opowiadał z takim przejęciem i czułością, bo rozległy plac pełen chwastów i gruzu służył mojemu psu jako wybieg. Dopóki zwierzak żył (a zdechł dwa lata temu, strawiony przez raka), bywaliśmy tam dwa, trzy razy w tygodniu. Przemierzając spacerowym krokiem księżycowy krajobraz nigdy nie podejrzewałem, że to samo miejsce wyzwoliło tak ciepłe, głębokie emocje.

Adres poczty elektronicznej znalazłem bez trudu na blogu.


Witam!

Nie znamy się. Nazywam się Oskar Sawicki, mieszkam w Częstochowie. Nie jestem szaleńcem, nie podszywam się pod nikogo, nie jestem też zwariowaną nastolatką, ale dorosłym człowiekiem, któremu spodobały się Twoje opowieści. Dla pełnej jasności - nie jestem też gejem. Niektóre z opisanych przez Ciebie miejsc są ważne także dla mnie i to był jedyny powód, dla którego postanowiłem napisać tego maila.


Pozdrawiam,

Oskar


Wysłałem maila i w tej samej chwili pomyślałem, że nie ma w nim ani krzty sensu. Co bowiem mógł mi odpowiedzieć autor blogu? Że się cieszy? Że mu miło? Że nie przypuszczał? Gdybym dostał taką wiadomość, zlekceważyłbym ją, nadawca na pewno nie doczekałby się odzewu. Patrzyłem na mżący bladą poświatą ekran komputera i marzyłem o wszechogarniającej awarii Internetu, która zatrzyma niewydarzonego maila i uchroni mnie przed wstydem.

Zadzwonił telefon, co zwiastowało kłopoty, bo mój numer znał tylko komendant i rzecznik prasowy. Jeżeli korzystali z niego w samo południe, znaczyło to zazwyczaj, że nastąpił kryzys. W makabrycznym karambolu na trasie DK-1 łączącej Warszawę z Katowicami i zarazem przecinającej Częstochowę zderzyło się aż pięć samochodów. Zginęły trzy osoby, cztery w ciężkim stanie trafiły do szpitala.

- Proszę się pospieszyć - ponaglał rzecznik. - Musimy pokazać, że jesteśmy profesjonalni, szybcy i dokładni. Potrzebny jest komunikat.

Pokazaliśmy.


Następnego ranka sprawdziłem konto. Nie było odpowiedzi. Przez kilka kolejnych dni nerwowo zaglądałem do poczty, daremnie! Odezwał się dopiero po tygodniu, uzupełniając jednocześnie blog o kolejną porcję wspomnień.


Słowa w ciemności


Gdyby nie rura, nigdy nie powiedziałbym Agnieszce, a precyzyjniej - nie dałbym jej do zrozumienia - że jestem w niej wściekle zakochany.

Niespodziewana miłość przyszła tuż po wakacjach, w szóstej klasie. Do tej chwili Agnieszka nie istniała. Nie zwracałem uwagi na jej kruczoczarne włosy, czarne brwi i brązowe oczy. Teraz jednak widziałem wszystko wyraźnie. W klasie siadałem zawsze za nią, w sąsiednim rzędzie ławek. Chciałem spokojnie obserwować, nie zwracając na siebie uwagi.

Gdy patrzyła na siedzącą obok koleżankę, byłem jej sąsiadce bezgranicznie wdzięczny i w myślach obdarowywałem dziewczynę bukietem róż, bo dzięki niej mogłem podziwiać w pełnej okazałości profil Agnieszki. Kiedy nauczyciel wywoływał ją do tablicy, przygotowywałem się do następnej jego lekcji szczególnie starannie, żeby w odpowiedniej chwili zabłysnąć wiedzą i oprawić ten błysk dyskretnym pochlebstwem, z którego niezbicie wynikało, że pokochałem chemię czy historię tylko ze względu na walory pedagoga.

Wiedziała, co się ze mną dzieje, bo bardzo młode dziewczyny także są świadome szaleństwa, jakie wzbudzają w męskich ciałach i umysłach, nawet jeżeli zagnieździło się ono w nieletnim mężczyźnie. Na początku zerkała na mnie nieco podejrzliwie. Nie wiedziała, jaką formę przybierze moje zainteresowanie. Mogło się przecież objawić w postaci przemocy, w wyzwiskach i poszturchiwaniu na szkolnym korytarzu. Budząca się do życia męskość z braku innych środków wyrazu manifestowała się czasami w ten właśnie sposób. Potem zorientowała się, że moja nieśmiałość znacznie przewyższa intensywnością jej ostrożność i zaczęła się szerzej uśmiechać, szukać mojego wzroku. Unikałem jej spojrzeń, odwracałem się, nie potrafiłem się otwarcie przyznać, jak bardzo jestem zakochany.


W tym samym czasie rozpocząłem piesze wędrówki po mieście. Wracałem ze szkoły, rzucałem torbę z książkami, szybko jadłem obiad i ruszałem w drogę. Trasę tych peregrynacji wybierałem instynktownie, przypadkowo, szedłem tam, gdzie poniosły mnie nogi; cel podróży był nieistotny. Pozbywałem się nadmiaru energii, maszerując środkiem chodnika i nie zważając na innych, przekraczając w niedozwolonych miejscach ulice, przedzierając się przez krzaki w parkach. Budziło się libido, które zmuszało mnie do bezrozumnego pędu.



Zapoczątkowałem zarazem modę. Znajomi rówieśnicy chętnie się do mnie przyłączali albo samodzielnie wytyczali marszruty. Miasto przejęli w tamtych czasach we władanie spacerujący chłopcy. Byliśmy wszędzie, widzieliśmy wszystko. Spotykaliśmy się czasami w Alejach, biorąc za punkt odniesienia Jasną Górę. Dyskutowaliśmy o trasach wędrówek, a w tle tych opowieści zawsze kryła się przechwałka, chęć zaimponowania albo długością przebytej drogi, albo stopniem jej komplikacji.

Spadł śnieg, chwycił mróz, powietrze stężało od zimna (dziś nie ma takich zim, dzisiaj pory roku są tak bardzo do siebie podobne). Rzadziej urządzaliśmy wypady, bo szybciej zapadał zmrok, ale nie poddaliśmy się do końca i od czasu do czasu wypuszczaliśmy się jeszcze na wędrówki ulicami miasta, penetrowaliśmy zakamarki Częstochowy, otoczeni parującymi oddechami.


Kilka dni przed Wigilią ruszyliśmy wzdłuż przebiegającej przez środek miasta trasy DK-1. Nieuchronnie zbliżały się święta Bożego Narodzenia, które oznaczały dla nas także przerwę w nauce. Czekaliśmy przede wszystkim na krótkie wakacje, a nie na rocznicę narodzin Boga. Chyba już wtedy byliśmy pozbawieni łaski i umiejętności dostrzegania spraw przekraczających potoczne, codzienne doświadczenie.




Obok nasypu, w pobliżu dwupoziomowego skrzyżowania DK-1 z ulicą Mirowską, znaleźliśmy stos kilkunastometrowej długości żeliwnych rur, z których każda miała średnicę mniej więcej półtora metra. Porzucili je wodociągowcy lub ciepłownicy. Zatrzymaliśmy się przy niezwykłym znalezisku. Po chwili zza rur wyszła Agnieszka, której towarzyszyła koleżanka.

Nie czułem zimna, nie słyszałem hałasu samochodów pędzących wściekle do Warszawy i do Katowic. Nie wiedziałem, co robić.


Towarzyszący mi kolega ulepił śnieżną kulkę i cisnął ją w kierunku dziewczyn. Koleżanka Agnieszki z piskiem uciekła; kolega popędził za nią. My staliśmy nieruchomo jak sople lodu i patrzyliśmy na siebie w milczeniu. Wreszcie Agnieszka w przebłysku geniuszu stanęła przy wlocie leżącej najbliżej rury. Zrozumiawszy po dłuższej chwili jej intencje, stanąłem przy drugim końcu. W ciemnym tunelu widziałem tylko zarys dziewczęcej sylwetki. Westchnąłem ciężko, dźwięk - dzięki doskonałej akustyce - pomknął do Agnieszki. Roześmiała się cicho w odpowiedzi.



Tama nieśmiałości runęła i wylała się ze mnie rzeka bezładnych wyznań. Opowiedziałem Agnieszce o ukradkowych obserwacjach, wyliczyłem dokładnie, ile razy - od września - i w jakich okolicznościach na mnie spojrzała, próbowałem wytłumaczyć, jak bardzo się cieszę, że wreszcie rozmawiamy; w końcu zamilkłem. Przestraszyłem się; tak łatwo moje wynurzenia mogły mnie ośmieszyć.

Nie wyznałem wprost, że jestem zakochany, lecz Agnieszka doskonale o tym wiedziała. Zaskoczyła mnie pragmatyzmem: po krótkiej chwili milczącego namysłu zaproponowała spotkanie następnego dnia u niej w domu. Mieliśmy się razem przygotować do sprawdzianu z matematyki. Po raz pierwszy zyskałem świadomość o tym, że kobiety z naturalną wprawą przekładają miłość na język codzienności; z tą wprawą, której mężczyźni muszą mozolnie się uczyć.

Zgodziłem się szybko, bo usłyszeliśmy krzyki i piski naszych towarzyszy, którzy po krótkiej gonitwie wracali, rozgrzani i roześmiani. Odsunęliśmy się od rury. Po szybkim pożegnaniu każda para poszła w swoją stronę. Następnego dnia, po bezsennej nocy, podczas której zamieć biła wściekle w okna pokoju, a we mnie przetaczały się jeszcze zacieklejsze huragany uczuć, stchórzyłem i nie odwiedziłem Agnieszki. Nie wybaczyła i nigdy się już do mnie nie odezwała. Nie spojrzała w moją stronę i nie uśmiechnęła się. Po letnich wakacjach przeniosła się do innej szkoły.

Później pokonałem nieśmiałość i nauczyłem się odpowiednio postępować z kobietami, ale nigdy nie byłem tak szczery i otwarty jak wtedy, gdy przemawiałem do ciemnej postaci na końcu tunelu, na początku wszystkiego.


Wspomnieniami o pierwszej miłości podzielił się ze wszystkimi czytelnikami bloga, a do mnie równolegle napisał tak:


Oskarze!

Dobrze, że się odezwałeś. Nie przypuszczałem, że moja pisanina może się komuś spodobać. Jeśli - jak twierdzisz - jesteśmy krajanami, musimy się kiedyś spotkać i porozmawiać.


Pozdrawiam,

Sergiusz Gros.


Dostałem odpowiedź, na jaką zasłużyłem. Nie byłem jednak zawiedziony, bo mógł mnie potraktować dużo gorzej, zbyć drwiną lub całkowitym milczeniem. Nie pisałem do Grosa przez kilka następnych dni, żeby nie płoszyć go nachalnością. Niecierpliwie zerkałem na bloga, czekając na kolejny tekst, lecz - choć wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem - Gros porzucił pisanie internetowego pamiętnika, zanim na dobre zdążył rozwinąć to przyzwyczajenie. Wkroczył na ścieżkę, która zaprowadziła go wprost do Przedsięwzięcia.


Nieświadomie przeczuwałem, że będą się działy rzeczy niezwykłe. Przeżywałem te dni dużo intensywniej niż zazwyczaj. Pozornie czyniłem zadość rutynie codzienności: wychodziłem do pracy i wracałem o stałych porach. Po powrocie prowadziłem rytualne rozmowy z żoną i córką, podczas których zdawaliśmy sobie wzajemne sprawozdania z kończącego się dnia. Córka, Natalia, przeżywała w gimnazjum pierwsze uczuciowe zawieruchy. Żona, Ewa, moja rówieśniczka, weszła właśnie w fazę łagodnej rezygnacji. Zdobyła pewność, że zestarzeje się u mojego boku; że nie zazna już żadnych większych uniesień i porywów serca, więc pogodziła się z powolnym znikaniem ciała - bo czyż tracąc seksualny powab, nie stajemy się niewidzialni? Często narzekała, ale na ogół dość subtelnie. Złość i frustrację wyładowywała na uczniach; uprawiała bowiem zawód, który porzuciłem dla posady w policji - była polonistką w liceum.

Opowiadałem rodzinie o ciekawszych przestępstwach, zbrodniach i wykroczeniach; miałem wrażenie, że słuchają z niewymuszoną uwagą, co bardzo mnie cieszyło, bo na pozostałą część dnia stapiałem się z meblami, zastawą stołową, wanną, lampami i resztą wyposażenia naszego trzypokojowego mieszkania na drugim piętrze spółdzielczego bloku z wielkiej płyty. Nie zauważały mnie, pochłonięte swoimi sprawami. Kochały na tyle, na ile umiały, a ja ze wszystkich sił starałem się ich nie krzywdzić. Tworzyliśmy rodzinę niezwyczajnie zgodną.

Podczas tych dni oddaliłem się od Ewy i Natalii. Wprawdzie nie zapominałem o opowiadaniu policyjnych historyjek, ale czyniłem to rzadziej i z mniejszym zaangażowaniem. Rozpraszały mnie niezwykłe zjawiska: jesienne niebo zaskakiwało intensywnym błękitem, powietrze przepływało przez płuca czystą falą, lekki chłód orzeźwiał, nie odbierając zarazem ochoty do życia, krew krążyła żwawiej w żyłach, jabłka kupowane na targowisku na Wałach Dwernickiego, zwanym ryneczkiem, smakowały soczyście. Czułem się tak, jakby wrócił czas rzeczy pierwszych, opisywanych z pietyzmem przez Grosa. Prawie, bo miałem jednak świadomość tej doskonałości, a prawdziwa doskonałość obywa się bez wewnętrznego obserwatora.

Od Magdy, żony Grosa, dowiedziałem się później, że połączyła mnie z Sergiuszem nić tajemniczego powinowactwa; tamtej jesieni przeżywał podobne emocje. Powrócił - jak ja - do świata czystych i wyrazistych wrażeń. Były też istotne różnice.

Oddalał się od rodziny, a ich podupadające małżeństwo (byli ze sobą bardzo długo, od wczesnej młodości; nie mieli dzieci; mieli za to systematycznie powracające kłopoty finansowe) nieco odżyło za sprawą kilkunastodniowego ataku entuzjazmu i dobrego humoru, któremu uległ Sergiusz. Magda patrzyła na przykład ze zdziwieniem, jak przy kuchennym stole z dziecięcym, niewinnym niedowierzaniem pożerał rosół.

- Smakowało mu jak nigdy, mimo że przecież gotowałam tę zupę od wielu lat w każdą niedzielę - opowiadała Magda. - Nagle zaczął się zachwycać wiejącym w twarz wiatrem, muzyką, którą usłyszał w radiu; zmęczeniem, gdy bez powodu zrywał się do kilkusetmetrowego biegu. Także seks... - Magda pochyliła głowę, odgarniając ciemne włosy, które natychmiast znów opadły i zasłoniły twarz z wyrazistymi, zielonymi oczyma. - W łóżku stał się inny, chwilami czułam nawet, jakbym go zdradzała z kimś obcym, tak bardzo różnił się od Sergiusza, z którym brnęłam przez życie w ostatnich latach.

Zapewne mijaliśmy się na ulicach Częstochowy - Gros powrócił do rozpoczętych we wczesnej młodości peregrynacji po mieście, a ja odkryłem tę przyjemność zainspirowany jego blogiem i wiedziony własną, świeżo wyzwoloną energią, której nie potrafiłem inaczej rozładować.


Częstochową nie można się zachwycać. Miasto bez prawdziwego rynku, którego centrum stanowią Aleje Najświętszej Maryi Panny - deptak wiodący od kościoła świętego Zygmunta do klasztoru na Jasnej Górze. Miasto ściśnięte blokowiskami Północy i Tysiąclecia z jednej strony oraz Błeszna i Rakowa z drugiej. Miasto, które pozostałe flanki oddało bez walki Stradomiowi, Zawodziu, Lisińcowi i Grabówce z ich brzydkimi, kwadratowymi domkami jednorodzinnymi. Miasto bez architektonicznej tożsamości, z wrzodami bezbarwnych, pozbawionych jakiegokolwiek stylu niskich kamienic w Śródmieściu. Miasto po drodze do innych miast - Warszawy, Katowic, Krakowa, Wrocławia. Miasto niezgrabnie otaczające wzgórze z sanktuarium jasnogórskim. Miasto, przez które pielgrzymi muszą przejść, jeśli chcą uklęknąć przed cudownym obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej, ale ignorują je, nie zostawiają śladów, zapominają. Miasto bez właściwości, bez duszy.

Jednak podczas tych cudownych dni zachwycaliśmy się także Częstochową.

- Dlaczego popadliśmy w taką przesadę? - zastanawiałem się miesiąc później, siedząc w towarzystwie Grosa w Skrzynce przy ulicy Dąbrowskiego, dłubiąc łyżeczką w szarlotce. - Dlaczego postrzegaliśmy świat prawie tak jak za młodu?

- Bo tęskniliśmy za młodością tak bardzo, że nasze mózgi stworzyły jej substytut, żeby zminimalizować cierpienie - odparł natychmiast Sergiusz.

- Dlaczego przeżywaliśmy atak nostalgii w tym samym czasie? - nie rezygnowałem.

- Przypadek - Gros nie miał wątpliwości. Ostrożnie zanurzył usta w parującej kawie, zamlaskał głośno, nie zważając na zgorszone spojrzenia siedzących najbliżej gości lokalu. - Poza tym jesteśmy w podobnym wieku, przekraczamy smugę cienia. W tej fazie życia każdy robi rozrachunek. Przypadkowo zbiegło się to niemal co do dnia.

To już drugi zadziwiający przypadek - pomyślałem. Poznałem przecież Sergiusza dzięki mało prawdopodobnemu zbiegowi okoliczności, skacząc chaotycznie z linku na link, aż wylądowałem na jego blogu. Nie zapytałem, jak Gros wytłumaczyłby przyczynę tej sekwencji zdarzeń; denerwował mnie jego wszystkowiedzący ton. Wplotłem w rozmowę bardziej neutralne tematy.

Spotkaliśmy się wreszcie po miesiącu, ponieważ w końcu odważyłem się wysłać drugiego maila, w którym zaproponowałem rozmowę w Skrzynce, powołując się na jego propozycję z ostatniego listu.

Bardzo długo cyzelowałem tekst. Zmieniałem słowa, wersy i akapity dziesiątki razy, jakby zależało od tego powodzenie bardzo ważnego przedsięwzięcia, a nie spotkanie z człowiekiem poznanym w Internecie. W chwilach skrajnej desperacji rzucałem się nerwowo na opisy zbrodni i wykroczeń podsuwane przez rzecznika. Chciałem należycie wywiązać się ze swoich obowiązków, które zaniedbywałem, trawiąc czas na rozmyślaniach nad formą listu, i zauważałem ze zdumieniem, że nie tylko mnie ogarnął dziwny nastrój. Ulegli mu także bohaterowie pisanych kalekim językiem opowieści. Poprawiając notatki sporządzone przez funkcjonariuszy, przecierałem ze zdumienia oczy. Oto przykład: pościg radiowozu za traktorem, jeszcze w administracyjnych granicach miasta, ale już wśród pól.


Radiowóz ruszył w pogoń za traktorem ciągnącym przyczepę kempingową, który jechał zygzakiem środkiem ulicy. Gdy funkcjonariusze zbliżyli się do niego, zauważył ich kierowca. Gwałtownie skręcił na pole i cisnąc z całej siły pedał gazu, próbował uciec przed radiowozem. Przez kilkaset metrów czynił to skutecznie, ale w końcu ugrzązł w błocie. Podczas walki z wertepami zamroczony alkoholem kierowca ciągnika zapomniał, dlaczego wybrał tak karkołomną trasę. Wydostał się z błota i jak gdyby nigdy nic ruszył tą samą trasą z powrotem w kierunku szosy. Nie ujechał jednak daleko. Z kabiny wyciągnęli go dyszący ze zmęczenia policjanci, którzy zostawili radiowóz na poboczu i wytrwale ścigali traktor piechotą. Pijany kierowca znów zachował się absurdalnie. Gdy funkcjonariusze wyrywali mu kluczyki, próbował je połknąć, żeby zapobiec utracie pojazdu. Nie potrafił wytłumaczyć, dlaczego ciągnął przyczepę kempingową.


Opatrzyłem opowieść szczegółami topograficznymi oraz paragrafami i wynikającymi z nich karami, zastanawiając się, kto napisał tak nonsensowny tekst! Zatytułowałem notkę: "Ciągnik pijany", za co zbeształ mnie mój bezpośredni zwierzchnik.

- Rimbauda proszę w nasze sprawy nie mieszać - warknął. - Niech pan sobie daruje takie nawiązania. Ma być krótko, konkretnie, na temat i bez literatury.

Nie zdziwił mnie ostry ton. Wprawdzie nigdy nie zwracał się do mnie w ten sposób, ale wiedziałem, że za mną nie przepada. Uważał, że zatrudnianie takich jak ja to niepotrzebna strata publicznych pieniędzy i zarazem obraza dla policjantów z krwi i kości, takich jak on. Zdumiało mnie, że zrozumiał nawiązanie do "Statku pijanego" francuskiego poety. Nie przypuszczałem, że kiedykolwiek czytał coś poza przepisami i kodeksami.

Dziwiłem się jednak krótko, bo Bieniek dał mi jednocześnie wskazówkę potrzebną do napisania maila.

Pokiwałem głową z udawaną pokorą i usiadłem do komputera, dając do zrozumienia, że natychmiast chcę naprawić swoje winy. Rzecznik wyszedł, a ja napisałem krótki, konkretny list, w którym przypomniałem Grosowi, kim jestem, i bez zbędnego krygowania się zaproponowałem spotkanie w Skrzynce. Odpowiedź ze zgodą nadeszła w ciągu kilku godzin.

Podczas pierwszej rozmowy zdenerwował mnie nieznoszący sprzeciwu ton Grosa; nie zamierzałem jednak zrywać znajomości. Nie musiałem się zanadto wysilać, bo następne spotkanie zaproponował Sergiusz. Mieliśmy się zobaczyć w piątek w pubie Pod Gruszą, miałem poznać jego żonę i znajomych. Gros chciał koniecznie zawrzeć znajomość z Ewą, o której napomknąłem podczas pierwszej rozmowy. Żona nie miała jednak ochoty na wypad do pubu.


W tym samym czasie opadła wysoka fala czystych emocji, która niosła mnie i Sergiusza przez ostatnie dni. Już nie było tak pięknie. Może dlatego Gros upił się do nieprzytomności w pubie Pod Gruszą? Może chciał podtrzymać euforię, wspomagając zmysły alkoholem?


Zanim osiągnął alkoholową nirwanę, dowiedziałem się, jak zarobkuje. Dopóki nie pochłonęło go bez reszty Przedsięwzięcie, pracował w biurze nieruchomości Weranda. Pokazywał klientom mieszkania, zachwalał zalety i pomijał wady. "Proszę spojrzeć! Pokój zlokalizowany od południowej strony, będzie zawsze słoneczny. Co? Gęste drzewa zasłonią? Rozproszą trochę światło, nie będzie przeszkadzało". Prowadził biały wywiad: wyszukiwał w lokalnych gazetach ogłoszenia o sprzedaży mieszkań, które zamieścili właściciele, a nie pośrednicy, dzwonił do nich i namawiał, żeby skorzystali z usług Werandy.

Wcześniej sprzedawał samochody w salonie Fiata, handlował telefonami komórkowymi, krótko zajmował się dystrybucją ubezpieczeń. Nie zrobił kariery. Brakowało mu bezrefleksyjnej bezczelności i odruchowej chęci zdominowania rozmówcy, a bez tych dwóch cech nie można być dobrym handlowcem. Trzymał się jednak uparcie tego rodzaju zajęć i nie próbował szukać posady w jakimkolwiek urzędzie. Jakby - tak myślę, rzecz jasna, dziś, gdy byłem już świadkiem powstania Dzieła i towarzyszącej mu działalności kaznodziejskiej - nieustannie, nieświadomie i na przekór oczywistemu brakowi talentu doskonalił się w umiejętności przekonywania innych do tego, na czym mu zależało.

Gdy zapoczątkował Przedsięwzięcie, stał się od razu przekonujący, jak gdyby stworzono go do sprzedawania tylko jednego produktu - Dzieła.

Zawodową przeszłość Sergiusza poznałem Pod Gruszą dzięki Pawłowi Pochaniukowi, osobie najbliższej Grosowi wśród pracowników Werandy. Alkohol rozwiązał mu język. Z cwaniacką miną odrobinę naigrywał się z Sergiusza, któremu kolejne piwa, pite z nadmierną zachłannością, nie odebrały przez ponad trzy godziny przytomności, lecz pozbawiły go zdolności skutecznej riposty i, w miarę upływu czasu, stopniowo ograniczyły umiejętność mówienia. W końcu Gros położył głowę na stoliku i zasnął. Ciemne, niemal czarne włosy dotknęły blatu; powieki opadły na brązowe oczy z nienaturalnie wielkimi źrenicami; długie, szczupłe, ale proporcjonalne ciało nabrało miękkości. Oddychał ciężko, mamrotał coś pod nosem, z kącika ust sączyła się ślina.

Pochaniuk, któremu pomogłem wsadzić Sergiusza do taksówki, zaproponował kolejne piwo. Magda cichym głosem, nie patrząc nam w oczy, zapewniła, że poradzi sobie i dowlecze Grosa do domu. Zgodziłem się na propozycję Pawła.

- Sergiusz dziwnie się ostatnio zachowuje - powiedział Pochaniuk, gdy już usiedliśmy przy stoliku. - Najpierw maniakalnie się wszystkim zachwyca, potem popada w depresję.

Opowiedziałem o wędrówce do krainy młodości i dzieciństwa oraz o wyjaśnieniach Grosa. Pochaniuk patrzył na mnie z lekkim niedowierzaniem.
- Ale dlaczego stał się nagle apodyktyczny? - zapytał. - Jaki to ma związek z waszym regresem?

- Nie wiem - przyznałem.

Sącząc kolejne piwa, rozmawialiśmy o swoich rodzinach, pracy, polityce i sporcie. Wygadałem się nieopatrznie, że zarabiam na życie w Komendzie Miejskiej Policji, ale nie zdradziłem, na jakim stanowisku, dodałem jedynie, że moja praca nie ma nic wspólnego z patrolowaniem ulic, za to bezustannie tonę w papierach. Na szczęście Pochaniuk nie dopytywał się o szczegóły.


Paweł stał się dla mnie potem źródłem cennych informacji o Grosie. Od czasu do czasu, przy kawie albo piwie, opowiadał o kolejnych szaleństwach Sergiusza.





Kilka dni później usłyszałem od Pochaniuka o debiutanckim ekscesie Sergiusza i zarazem pierwszej manifestacji Dzieła, jeszcze dość mglistej i niejasnej, lecz gdy myślę o niej w kontekście późniejszych wydarzeń, nie mam wątpliwości.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2009-08-09 (1383 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej