Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Odźwierny
 
Katalog - dodano
 Wspomnij Phlebasa
- Iain M. Banks
 Złodziejka magii
- Lisa Maxwell
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Nekrofikcje'' - Paweł Ciećwierz



Dziewiąte życie w pamięci

Pożegnanie z Afryką


– Barbarzyńcy – powiedział kapitan Hawkins, przyglądając się rozmieszczonym przypadkowo, niewysokim stosom kamieni.
Członkowie oddziału pacyfikacyjnego pocili się obficie pod wyposażonymi w lokatory satelitarne i termografy hełmami. W temperaturze pięćdziesięciu stopni Celsjusza kamizelki kuloodporne uwierały we wszystkich miejscach naraz. Każdy najchętniej zostawiłby je w transporterze, lecz powstrzymywało ich przed tym wspomnienie niefortunnej przygody szeregowego Borra. Głupio umierać przez cały dzień z włócznią wbitą między czwarte i piąte żebro na oczach całej wioski. Eksport demokracji napotyka czasem takie trudności. Dlatego samopoczucie oddziału pogarszało się wraz ze wzrostem temperatury. A wielkie i groźne, zajmujące ćwierć błękitnego nieba afrykańskie słońce nie osiągnęło jeszcze zenitu.
– Ludzie powinni być chowani z godnością, nie zagrzebywani pod stosem kamieni jak śmieci po pikniku.
Marquez, jedyny cywil w ekipie, zamknął przysłonę obiektywu w aparacie i odwrócił się z krzywym grymasem na spoconej twarzy.
– Jak im kiedyś opowiedziałem o naszych zwyczajach pogrzebowych, uważali je za stratę czasu – wyjaśnił nieproszony. – Po co pomniki, pytali, nie wystarczy pamiętać?
Nikt nie zareagował, bo etnograficzne opowieści dziennikarza wychodziły im już bokiem. Gdyby nie doskonała znajomość terenu, cywil już dawno dostałby odprawę i po kopniaku w dupę od każdego z marines. Był złem koniecznym w takim samym stopniu, jak przeładowane technologią hełmy i niewygodne kamizelki. Dla Hawkinsa, który odliczał dni do końca służby, cała wojna o diamenty wydawała się prawdziwym dopustem bożym. Przyjechał tylko dlatego, że paru starszych kolegów nieźle się ustawiło po powrocie z Ugandy. Oddział dwadzieścia cztery jak do tej pory nie miał jednak szczęścia. Nic, na co się natknęli od momentu przyjazdu, nie było warte więcej niż pięć dolców. Każda misja wyglądała podobnie do tej. Wykopywanie biedoty z lepianek, płacz umorusanych fekaliami i pokrytych muchami dzieci, krzyki kobiet i angielskie przekleństwa, których tubylcy nauczyli się z filmów. Kapitan czuł się bardziej jak komornik niż żołnierz. To, że sam był Afroamerykaninem, nie miało żadnego wpływu na sytuację. Po przyjeździe tutaj zrozumiał niezacieralną różnicę między słowami: Afroamerykanin i czarnuch.
Bezładny cmentarz rozciągał się od miejsca, gdzie zaparkowali transporter, aż po drewniane ogrodzenie, broniące dzikim zwierzętom wstępu do wioski. Zza ogrodzenia błyskały w ich stronę białka oczu i ostre zęby tubylców. Według relacji Marqueza było to jedno z większych osiedli ludzkich na tym terenie. Prawie sto osób. Dla dwudziestu ciężkozbrojnych marines nie robiło to różnicy. Stu, dwustu – na tym kontynencie Amerykanom nigdy nie brakło amunicji. Cywilizacja razem ze swoimi napojami chłodzącymi, lekarstwami i bronią rzadko docierała tak daleko w głąb kraju, dlatego nie trzeba się było obawiać wymiany ognia.
– Misja prosta jak pierdolenie – powiedział mu generał prowincji, gdy popijali mojito w barze hotelu Holliday Inn. – Za poprzednią porażkę winę ponosi tylko niekompetentny dowódca oddziału trzynaście, który miał za zadanie oczyścić sektor. Idźcie więc i dokończcie robotę, a czerwona afrykańska ziemia dobrze się wam odpłaci.
– Rozkaz brzmi: eksmitować wioskę – powtórzył po raz nie wiadomo który Hawkins. – Minimalizując straty w ludności cywilnej. Nie strzelać do Murzynów, zrozumiano? A ty, Marquez, na wszelki wypadek schowaj ten jebany aparat.
– Zapolujemy na noplisy – zaproponował sierżant Montoya, wyglądając zza ramienia kapitana.
Hawkins był do tego przyzwyczajony. Młody czuł się w obowiązku utrzymywać kowbojskiego ducha w ekipie i mimo paru głupstw, które mu się przytrafiły, to szpanerstwo ogólnie wychodziło wszystkim na dobre. Uśmiechnął się z grzeczności, bo słyszał ten dowcip już setki razy. Wychodzisz z giwerą. Z krzaków wypada coś małego i czarnego i robi: No, please. Noplis. Strzelasz.

*****

Zanim się zaczęło, kapitan powrócił myślami do żony i dwójki dzieci. Niektórzy przed bitwą całowali medalion albo robili znak krzyża – on przypominał sobie twarz swojej żony taką, jaką widział ją po raz pierwszy. Nawet wspomnienia wyblakły jednak w afrykańskim słońcu.
– Tam są ludzie – krzyknął Marquez, wskazując kierunek przeciwległy do wioski.
– Będzie z pół setki – uzupełnił Montoya, patrząc przez celownik optyczny swojego landwarriora. – Nieuzbrojeni, ale w kupie. Napierdalamy czy idziemy się dogadać?
Hawkins mimo chwilowej myślowej dezercji nie stracił zimnej krwi.
– Allen, Sanders, Brezinsky, zostajecie i filujecie na wioskę. Nic bez rozkazu. Reszta za mną. Pójdziemy się przywitać.
Ruszyli w odwrotnym kierunku, osłaniając oczy przed blaskiem i skwarem.
– ...rrwa, było przyjść później – marudził Montoya. Minę miał jednak jak gimnazjalista pierwszy raz grający w paintball.
– Jesteśmy oddziałem pacyfikacyjnym Stanów Zjednoczonych – zaczął kapitan, krzycząc w stronę zgromadzonych. – Ziemia, na której leży wasza wioska, jest oficjalną własnością firmy...
Urwał, bo tubylcy ruszyli w ich stronę. Wiatr od cmentarza niósł ze sobą znajomy, słodkawy zapach.
– Ej, z nimi jest chyba coś nie tak – zauważył przytomnie Marquez, odruchowo zdejmując przesłonę.
– Schowaj ten...
– Nie mają twarzy. Kurwa, ci ludzie nie mają twarzy – wrzasnął Montoya, odbezpieczając broń.
Sępy zataczały dalekie, cierpliwe kręgi nad głowami. Zaczęło się.




Sztukmistrz

Ćmy


Słoneczne refleksy ślizgały się po powierzchni. Woda w jeziorze miała kolor atramentu. Trochę zbyt ciemna i nieprzejrzysta, żeby północne przedmieścia Mgławy stały się turystyczną atrakcją. Poranna mgła dźwigała się ponad korony sosen obrastających zbiornik. Samotny żagiel dryfował na horyzoncie. Drugi brzeg pozostawał niewidoczny.
Ksiądz obserwował ten widok zza panoramicznej szyby, grając na zwłokę, żeby zapanować nad oddechem i uspokoić kołatanie serca. Klimatyzacja w pomieszczeniu działała na całego, pozostawiając w gardle i na języku metaliczny posmak. Mimo to spocił się jak mysz pod sutanną i koloratką. Postawny, siwy mężczyzna czekał, ale pokłady jego cierpliwości właśnie się wyczerpywały.
Kapłan przełknął przekleństwo i odwrócił się w stronę łóżka. Umocowane u wezgłowia i w nogach pasy nie były już napięte. Dziewczynka leżała spokojnie, rozkrzyżowana i pozbawiona możliwości ruchu. Głęboko żłobione, krwawe obwódki wokół kostek i nadgarstków oraz ciemnofioletowe sińce wskazywały na to, że mimo wszystko próbowała. Prześcieradła były wilgotne od potu i krwi. Ksiądz zbliżył się ostrożnie, wpatrując się z natężeniem w twarz dziecka. Czekał.
Mała miała dziesięć lat, chociaż trudno to było ocenić w tej chwili. Spod półprzymkniętych powiek wyzierały przekrwione białka. Po wszystkim zapadała w letarg i były to nieliczne chwile, kiedy nie cierpiała. Zbrązowiałe ścieżki krwotoków z nosa i ust znaczyły skórę, świadomość wracała jej wolno. Siwy mężczyzna za plecami kapłana zacisnął pięści na oparciu zabytkowego krzesła.
Dziewczynka otworzyła oczy i rozejrzała się nieprzytomnie dookoła. Usta wygięły się w podkówkę. Stary, doświadczony ksiądz bardzo chciał usłyszeć ten płacz. Mała popatrzyła na swojego ojca, potem na niego. Wysunęła różowy język i puściła do nich oko. Potem zaczęła się dusić, a oparcie krzesła pękło jak sucha szczapa drewna.
Po pięciu minutach obaj byli już na zewnątrz. Wiedzieli, co będzie dalej. Teraz przez kilka godzin Lidia będzie ich karać za to, że chcieli się jej pozbyć.
– Może gdyby władze naszego Narodowego Kościoła zgodziły się na transport do Watykanu... – zaryzykował duchowny.
– Jasne. Pewnie mógłbym zaaranżować coś takiego – odpowiedział z lodowatym spokojem ojciec dziecka. – Mógłbym nawet wynająć najlepszego papieskiego egzorcystę, żeby jeszcze raz patrzeć, jak przez wiele godzin znęca się nad moją małą córeczką. Jakie są szanse, że wszystko skończy się inaczej niż dziś?
– Nikłe – skapitulował ksiądz – ale...
– Co ale? – Głos rosłego mężczyzny zawibrował niebezpiecznie. – Co ale? Nie masz bladego pojęcia, o czym gadasz, człowieku. Wiesz dlaczego? Bo ty nigdy nie byłeś i nigdy nie będziesz niczyim ojcem.
Kapłan spuścił głowę. To nie pierwsza porażka w jego życiu. Był taki czas, kiedy zdawało mu się, że Bóg w ten sposób testuje jego wolę i wiarę. Teraz już się nad tym nie zastanawiał.
Pożegnał się szybko i nie odprowadzany przez nikogo, odnalazł wrota luksusowej posiadłości.
Ojciec dziecka, właściciel wielkiego domu nad jeziorem, zapadł się w klubowy fotel w swoim gabinecie, nasłuchując szlochów i jęków dobiegających z sąsiedniego pokoju. Był zbyt zmęczony, żeby płakać. Ociężałym, automatycznym gestem sięgnął po inkrustowaną drewnem słuchawkę telefonu.
– Marysiu. Przynieś mi, proszę, kawę po irlandzku. Tylko mocną, jeśli można. Ustal mi też namiary na dziennikarza, który nazywa się Tarkowski. Znajdź i natychmiast mnie z nim połącz.
Opary porannej mgły nad jeziorem znikały w złotych promieniach słońca. Na atramentowej powierzchni wody chybotał się samotny biały żagiel.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2009-09-01 (1407 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej