Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Pamiętniki Wampirów. Powrót o zmierzchu
 
Katalog - dodano
 Fałszywy Pieśniarz
- Martyna Raduchowska
 Opowieści o duchach
- Jim Butcher
 Legion. Kłamstwa patrzącego
- Brandon Sanderson
 Zmiany
- Jim Butcher
 Upiorne opowieści po zmroku
- Alvin Schwartz
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Córki Graala'' - Elizabeth Chadwick

Rozdział 1


MONTAGNE NOIRE, LANGWEDOCJA, LATO ROKU 1207


Bridget wiedziała, że jej matka umiera. Złota aureola życia, która powinna świecić jednostajnym, silnym światłem wokół ciała Magdy, była zaledwie bladym płomykiem, a jej rany nie reagowały na uzdrawiającą moc dłoni Bridget. Na zewnątrz górskiej jaskini, w której się schroniły, szalała letnia burza. Bridget poczuła błyskawicę wewnątrz siebie i zobaczyła jej jasne światło przez opuchnięte, zmęczone powieki. Urodziła się w trakcie takiej właśnie burzy i moc błyskawicy płynęła w jej żyłach. Był to święty dar życia, przejaw sił Jedynego Światła. Tym razem jednak przyszło po to, żeby zabrać jej matkę. – Nie opuszczaj mnie – szepnęła Bridget głosem zduszonym od łez. – Proszę, nie odchodź. Tak bardzo się boję. – Przytuliła policzek do dłoni matki. Czubki palców Magdy pokryte były zaschniętą krwią, a w miejscu, w którym niedawno jeszcze były równo przycięte paznokcie, teraz widać było żywe ciało. Szczupłe nadgarstki poznaczone były krwawymi pręgami w miejscach, gdzie więzy wrzynały się w skórę. Takie rany z czasem można było wyleczyć. Ale nie tą, którą Magda miała na czole, gdzie księża wypalili ciało aż do kości, znakując ją rozgrzanym do czerwoności krzyżem, którego nie chciała ucałować. Czarownica i heretyczka, tak ją nazwali. Nierządnica diabła. Jej biedna matka, która nigdy nikomu nie zrobiła ani nie życzyła niczego złego.
Powieki starszej kobiety zatrzepotały i uchyliły się. – Masz przed sobą wiele lat życia – szepnęła. – I masz do spełnienia obowiązek. Jesteś ostatnią z naszej linii... – Jej gardło poruszyło się, jakby próbowała przełknąć. Bridget podała jej mały, drewniany kubek, wypełniony wodą ze źródła bijącego w głębi jaskini. Magda wypiła, chociaż większość wody spłynęło jej po podbródku. Jej szare oczy były jasne i szeroko otwarte. Całe pozostające w niej życie skoncentrowało się w spojrzeniu. – Musisz znaleźć mężczyznę, który wypełni twoje łono nasieniem, kiedy przyjdzie odpowiednia faza księżyca. Tak było, od kiedy wzniesiono ogromne kamienne kręgi. – Ale stryj Chretien... – zaczęła Bridget i obejrzała się przez ramię w stronę tonącego w ciemności wejścia do jaskini. – Twój stryj nie będzie stawał ci na drodze. Jest katarem i musi pozostać w celibacie. Wie jednak, że twoja droga jest inna. Bridget nasłuchiwała dźwięku kroków na zewnątrz, ale dobiegał ją tylko świst gnającego wiatru i strumienie deszczu. Jej stryj Chretien i jego towarzysz Matthias szukali schronienia dla koni. W jaskini nie było dla nich miejsca. Matthias dostrzegł jednak opuszczoną stodołę niżej na zboczu. Znajdowała się wprawdzie bliżej wioski, ale w taką pogodę było mało prawdopodobne, że ktoś ich dostrzeże. Ogień, który wcześniej rozpaliła, dogasał, a dłoń jej matki była lodowata. Bridget położyła na żarze kilka kawałków drewna. Zamknęła oczy, sięgnęła wewnątrz siebie i wezwała życiodajną energię. Pod jej dłońmi wyciągniętymi nad dogasającym żarem, pojawił się ogień. Dziwaczne rysunki zwierząt na ścianach jaskini ożyły, tańcząc w rytm skaczących płomieni. Bridget wiedziała, że jeśli pogrążyłaby się głębiej w transie, zobaczyłaby niskich ludzi o brązowej skórze, rysujących na ścianach jaskini patykami opalonymi ogniem, uwieczniając w ten sposób swoje modły o powodzenie na polowaniu. Usłyszałaby ich rytualny śpiew, poczuła zapach dymu z ich ogniska, płonącego w tym samym miejscu, co jej ogień teraz.
Płomień do płomienia, poczuła tę więź zanim cofnęła ręce, po czym zwróciła się znów w stronę matki. – Tak ciężko jest to znieść – powiedziała cicho. Jej głos odbił się od ścian echem, niosąc w sobie tęskną nutę zagubionego dziecka. Magda leżała bez ruchu. Mimo że jej usta nie poruszały się, Bridget usłyszała w swojej głowie jej głos. – Taka jest ścieżka twojego rodu. Zawsze pod nogi będą ci rzucać kłody, ale jeśli uda ci się pokonać przeciwności odnajdziesz miłość i odwagę. Potężna błyskawica rozdarła niebo, wywołując lawinę kamieni osypujących się po zboczu. Usłyszała grzmot i, kiedy jego echo odbijało się od ścian jaskini, poczuła ciepły pocałunek błogosławieństwa na czole. – Mamo! – krzyknęła przerażona, przekrzykując grom, ale Magda nie odpowiedziała. Jej zmaltretowane, wyczerpane ciało leżało bez życia. Było już tylko pustą skorupą. Bridget załkała, ale po chwili zdusiła płacz. Jej matka była teraz tam, gdzie Jedyne Światło, była wolna od bólu i prześladowań. Płakała tylko i wyłącznie nad sobą. Ucałowała posiniaczony, zapadnięty policzek matki i delikatnie zdjęła jej srebrny amulet. Powiesiła go na swojej szyi, gdzie zadźwięczał, uderzając o drugi, identyczny – sześcioramienną gwiazdę, wewnątrz której gołębica unosiła się nad kielichem. Usłyszała męskie głosy przy wejściu do jaskini. Jeden był głęboki i pewny, drugi nieco wyższy, z obcym akcentem. Przemoczeni do suchej nitki, obaj mężczyźni schylili się i weszli do środka. Spostrzegłszy Bridget, umilkli. Jej stryj, Chretien, wciągnął gwałtownie powietrze, kiedy jego wzrok padł na nieruchomy kształt leżący przy ognisku. – Niech kroczy szczęśliwa w Świetle – powiedział ze współczuciem. – Jej duch był doskonały. Jego niższy, siwobrody towarzysz podszedł do ciała Magdy i ukucnął. Prawą rękę miał potwornie zniekształconą – brakowało w niej dwóch palców i kciuka, a kikuty były poznaczone świeżą krwią. Dotknął błyszczącego warkocza Magdy pozostałymi palcami.
– Była taka młoda – powiedział drżącym głosem. – Powinni byli wziąć mnie. – Wzięliby nas wszystkich, gdyby tylko mieli okazję – powiedział Chretien z głębokim zmęczeniem. Otworzył ramiona i Bridget podbiegła do niego z łkaniem. Przycisnęła policzek do jego piersi, nie zwracając uwagi na to, że jest przemoczony. Zawsze wiedziała, że ścieżka, którą podąża, jest samotna i niebezpieczna, ale nigdy nie odczuwała tego równie silnie, co teraz. Jakiś czas później, kiedy już obmyła ciało matki i przygotowała je do pogrzebu, usiadła przy ogniu z kubkiem wina w ręku i spojrzała ponad płomieniami na dwóch mężczyzn, którzy byli teraz jej jedyną rodziną – skryba Matthias i Chretien, młodszy brat jej ojca. Przez sześć lat podróżowała z matką i z nimi, odwiedzając wioski by przekazywać ludziom wierzenia katarów, nieść uzdrowienie i pocieszenie chorym. W miarę jak ich sława rosła, rosła również wrogość Kościoła do nich. Wierzenia katarskie uznawał za herezję, którą należało tępić za wszelką cenę. Jej ojciec też przyjął wiarę katarów. Umarł na gorączkę, kiedy Bridget miała dziesięć lat, ale przynajmniej umarł we własnym łóżku i nie doznał prześladowań. Wtedy katarzy mogli jeszcze podróżować otwarcie, nie bojąc się Kościoła. Teraz było inaczej. Spojrzała na okryte kocem ciało matki. Kiedy śpiew ptaka znikał, pozostawała tylko pusta klatka. – Kiedy burza się skończy musimy ruszać – powiedziała. – Nie powinniśmy tu zostawać. Chretien wyglądał na zaniepokojonego. – Gdzie pójdziemy? Tylko wysoko położone miejsca, takie jak Roquefixade i Montségur są w dzisiejszych czasach bezpieczne. Kiedy powiedział „Montségur” przed jej oczami ukazała się wizja zamku stojącego w płomieniach. Zobaczyła nocne niebo rozerwane błyskawicą i usłyszała krzyk setek cierpiących ludzi. – Nie, nie Montségur – powiedziała, potrząsając głową. – Wciąż mamy wielu przyjaciół, którzy zaoferują nam schronienie i zapewnią bezpieczeństwo.
– A ja muszę zdobyć pergamin i pióra – powiedział Matthias. Nieświadomie potarł swoją zniekształconą prawą dłoń palcami lewej. Chretien skinął głową, ale nadal marszczył brwi. – Siostrzenico, byłbym szczęśliwszy, jeśli pozostałabyś w górach. W miastach na równinie jest zbyt wiele wścibskich oczu. – Nie – odparła Bridget zdecydowanym tonem. – Jeszcze nie przyszedł czas. Jeśli teraz wycofam się ze świata, nie znajdę ojca mojego dziecka, a to było ostatnim życzeniem matki. Chretien nie powiedział ani słowa i wpatrzył się w ogień. Widać jednak było, że zacisnął szczęki. Bridget westchnęła cicho. Dla katarów, a jej stryj był jednym z nich, poczęcie dziecka było zamknięciem nieśmiertelnej duszy w nieczystym ciele. Według o wiele starszej religii jej matki, był to święty sakrament. Wiedziała jednak, że Chretien nie będzie stawał jej na drodze. Ona, żywiąc do niego podobny szacunek, nie próbowała przekonywać go o wadze swojej misji. W przedłużającej się ciszy przed jej oczami pojawił się inny obraz – żywej, krępej kobiety w średnim wieku, o czerwonych policzkach, ciężkich siwych warkoczach i szerokim uśmiechu. – Pojedziemy do lady Geraldy z Lavaur – powiedziała. – Jest wierna religii katarów i udzieli nam pomocy. Chretien uniósł dłoń i potarł rozgrzaną od płomieni twarz. – Jeśli nie godzisz się pozostać w górach, to Lavaur jest chyba najlepszym wyjściem – powiedział niechętnie. – Co o tym sądzisz, Matthias? Bridget usłyszała jak Matthias godzi się z wahaniem. Wiedziała, że nawet bez zgody mężczyzn pojedzie do Lavaur. Samo miasto nie było ważne – nie widziała go w swojej wizji. Ważna była prowadząca do niego droga. Poczuła wewnątrz siebie dziwne uczucie, tak jakby dziecko, którego życzyła sobie jej matka, już poruszało się w jej łonie. Kiedy przycisnęła dłoń do płaskiego brzucha to uczucie znikło. Pozostała jednak pewność, że decyzje, które teraz podejmie, będą niezwykle istotne dla jej przyszłości.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2009-09-04 (1349 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej