Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Podręcznik łowcy demonów
 
Katalog - dodano
 Wspomnij Phlebasa
- Iain M. Banks
 Złodziejka magii
- Lisa Maxwell
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Świat finansjery'' - Terry Pratchett



Była to historia kompletna i wymagała porządnej opowieści. W pewnym momencie Moist był już pewien, że przyszedł czas na epokę lodowcową. Słowa przepływały obok jak deszcz ze śniegiem, ale jak deszcz ze śniegiem, niektóre się lepiły. Stanowisko dziedzicznego majstra powołano setki lat temu, kiedy pozycja zarządcy mennicy była tylko synekurą przyznawaną kumplowi od kieliszka obecnego króla czy patrycjusza, ten zaś wykorzystywał ją jak skarbonkę i robił tyle, że co jakiś czas pojawiał się z wielkim workiem, kacem i znaczącym spojrzeniem. Majstrostwo ustanowiono, ponieważ niejasno zdawano sobie sprawę, że ktoś powinien wszystkim kierować, w miarę możliwości na trzeźwo.
– Więc to pan wszystkim tutaj kieruje? – wtrącił pospiesznie Moist, by zatamować strumień naprawdę interesujących informacji o pieniądzach.
– Zgadza się, sir. Czasowo. Od stu lat nie mieliśmy zarządcy.
– Więc jak dostajecie wypłatę?
Przez chwilę trwała cisza. Potem pan Shady odpowiedział takim tonem, jakby tłumaczył coś dziecku:
– To jest mennica, sir.
– Sami produkujecie swoje pensje?
– A kto inny mógłby to zrobić, sir? Ale wszystko oficjalnie, prawda, panie Bent? To on dostaje wszystkie kwity. Właściwie tylko eliminujemy pośredników.
– No, przynajmniej prowadzicie zyskowny interes – stwierdził grzecznie Moist. – Znaczy, robicie tu niezłe pieniądze.
– Udaje nam się wyjść na zero, sir, rzeczywiście – zgodził się Shady takim tonem, jakby nie była to łatwa sprawa.
– Na zero? Jesteście mennicą! Jak można nie mieć zysków, kiedy się produkuje pieniądze?
– Koszty, sir. Gdzie pan spojrzy, wszędzie mamy koszty.
– Wszędzie?
– Wszędzie – potwierdził dziedziczny majster stanowczo.
– One nas rujnują, sir, naprawdę. Produkcja ćwierćpensówki kosztuje pół pensa, a półpensówka prawie pensa. Pens wychodzi pensa i ćwiartkę, ale sześciopensówka to dwa i ćwierć pensa, więc na nich zarabiamy. Pół dolara kosztuje siedem pensów. Dolary są tańsze, po sześć pensów, ale to dlatego, że wszystko robimy na miejscu. Prawdziwy problem to szelągi: warte są pół ćwiartki, ale kosztują po sześć pensów, bo to delikatna robota, skoro są takie małe i jeszcze mają w środku dziurkę. Trzypensowe, sir… mamy tylko kilka osób, które je wykonują, te monety są bardzo pracochłonne, wychodzi po siedem pensów sztuka. I niech pan nawet nie pyta o dwupensówki…
– A co z dwupensówkami?
– Cieszę się, że pan o to spytał, sir. Delikatna robota, kosztują nas po siedem i jedną szesnastą pensa. I tak, sir, istnieje też szesnasta część pensa, czyli elim.
– Nigdy o nich nie słyszałem!
– Nie, sir, na pewno nie, taki dżentelmen z klasą jak pan… Ale ma swoje miejsce, sir, ma swoje miejsce. Ładna mała monetka, sir, tradycyjnie wykonywana przez wdowy. Kosztuje całego szylinga, bo grawerunek jest wyjątkowo delikatny. Te dziewuszki potrzebują całego dnia, żeby wyrzeźbić jedną taką, no bo wzrok już nie ten i w ogóle, ale przynajmniej czują się potrzebne.
– Szesnasta część pensa? Pół szeląga? Co można za to kupić?
– Zdziwiłby się pan, sir, na niektórych ulicach. Ogarek świecy, mały ziemniak, tylko trochę zzieleniały – tłumaczył Shady. – Może ogryzek jabłka, który nie jest całkiem wyjedzony. I oczywiście przydaje się, kiedy wypada rzucić coś dla biednych.
A wszystko opiera się na złocie, myślał Moist.
Rozejrzał się po ogromnej hali. Pracowało tu jakieś dwanaście osób, wliczając golema – o którym Moist nauczył się myśleć jako przedstawicielu innego gatunku, traktowanym jako „człowiek, dla ustalonej wartości człowieczeństwa” – oraz pryszczaty chłopak, który roznosił herbatę – o którym tak nie myślał.
– Nie zatrudniacie tu wielu ludzi – zauważył.
– Rozumie pan, sir, tutaj produkujemy tylko srebrne i złote…
– Złociste – poprawił szybko pan Bent.
– …złociste monety oraz rzeczy nietypowe, takie jak medale. Bijemy też formy dla miedzi i mosiądzu, ale resztę załatwiają chałupnicy.
– Chałupnicy? Mennica korzysta z pracy nakładczej?
– Tak jest, sir. Jak te wdowy. Pracują w domu. No przecież trudno wymagać, żeby kochane staruszki kuśtykały aż tutaj. Większość potrzebuje dwóch lasek, żeby się ruszyć.
– Mennica… miejsce, gdzie się wytwarza pieniądze… zatrudnia ludzi, którzy pracują w domu? Wiem, że to ostatnio modne, ale jakby… no, nie sądzi pan, że to dziwne?
– Na bogów, sir, istnieją rodziny, które od pokoleń wytwarzają co wieczór po parę miedziaków! – zapewnił radośnie Shady. – Tato wybija wzór, mama wycina rowki i obrabia, dzieci czyszczą i polerują. Taka tradycja. Nasi pracownicy tworzą jedną wielką rodzinę.
– No dobrze, ale co z ochroną?
– Jeśli ukradną choćby szeląga, zawisną na szubienicy – wtrącił Bent. – Coś takiego liczy się jako zdrada stanu.
– Jakie rodziny wy tu zatrudniacie? – spytał wstrząśnięty Moist.
– Muszę jednak zaznaczyć, że nikt nigdy nie zawisł, ponieważ są bardzo lojalni – oświadczył majster, patrząc niechętnie na Benta.
– Kiedyś za pierwsze przewinienie odcinali rękę – dodał Bent, człowiek rodzinny.
– Czy robią duże pieniądze? – spytał ostrożnie Moist, stając między nimi. – Znaczy, w sensie wynagrodzenia.
– Około piętnastu dolarów miesięcznie. To precyzyjna robota – odparł Shady. – Niektóre ze starszych pań nawet nie tyle. Dostajemy sporo wadliwych elimów.
Moist patrzył w górę na Zły Szeląg. Wyrastał w centralnej studni budynku i jak na coś tak wielkiego, był delikatny niczym pajęczyna. Samotny golem, człapiący w kołowrocie, miał na szyi zawieszoną tabliczkę, co znaczyło, że należy do takich, które nie potrafią mówić. Moist zastanowił się, czy Powiernictwo wie o nim. Mieli niezwykle skuteczne metody odszukiwania golemów.
Koło zakołysało się i stanęło. Niemy golem znieruchomiał.
– Wytłumaczcie mi, po co w ogóle męczyć się ze złotawymi monetami? – zapytał Moist. – Dlaczego, no… dlaczego nie robić dolarów ze złota? Często się wam zdarza okrajanie i wypacanie?
– Jestem zdumiony, że taki dżentelmen zna te nazwy – stwierdził zaskoczony majster.
– Po prostu interesuje mnie umysłowość przestępcy – odparł Moist nieco szybciej, niż miał zamiar. To była prawda, naturalnie. Potrzebny był tylko talent do introspekcji.
– Słusznie, sir. O tak, widujemy te sztuczki i o wiele więcej, tak! Słowo daję, widzieliśmy je wszystkie. Malowanie, platerowanie, tamponowanie… Nawet odlewanie na nowo, sir, po zafałszowaniu miedzią, bardzo sprytne. Słowo daję, sir, są ludzie, którzy dwa dni będą planować i się męczyć, żeby uzyskać tyle pieniędzy, ile można uczciwie zarobić w ciągu dnia.
– Nie! Naprawdę?
– Jak tu stoję, sir. I jaki zdrowy umysł by coś takiego zrobił?
Mój na przykład, pomyślał Moist. W ten sposób jest więcej zabawy.
– Naprawdę nie mam pojęcia..
– No więc rada miasta postanowiła, że dolary mają być złociste. Głównie z mosiądzu okrętowego, bo ładnie błyszczy. Jasne, nadal je podrabiają, sir, ale niełatwo to zrobić porządnie, straż im nie popuszcza, a przynajmniej nikt nie podkrada złota. – Shady się zawahał. – Czy to już wszystko, sir? Bo mamy jeszcze trochę do zrobienia przed końcem dniówki, a jeśli zostaniemy dłużej, to musimy zrobić więcej pieniędzy, żeby sobie zapłacić za nadgodziny, tylko że jak chłopcy są zmęczeni, okazuje się, że zarabiamy pieniądze szybciej, niż je produkujemy, co prowadzi do pewnego… tylko tak mogę to określić… zamieszania…
– Chce pan powiedzieć, że jeśli pracujecie w nadgodzinach, musicie brać więcej nadgodzin, żeby za nie zapłacić? – upewnił się Moist.
Wciąż się zastanawiał, jak nielogiczne może się stać logiczne rozumowanie, jeśli zajmuje się nim dostatecznie duży komitet.
– Zgadza się, sir – potwierdził Shady. – A na końcu tej drogi leży szaleństwo.
– To bardzo krótka droga… – Moist pokiwał głową. – Ale jeszcze jedno pytanie, jeśli wolno. Jak sobie radzicie z ochroną?
Bent odchrząknął.
– Po zamknięciu nie można się dostać do mennicy spoza banku, panie Lipwig. Mamy umowę ze Strażą Miejską, więc funkcjonariusze poza służbą patrolują nocami oba budynki, razem z niektórymi naszymi pracownikami ochrony. Noszą tutaj właściwe bankowe uniformy, naturalnie, bo straż wygląda nędznie, ale rozumie pan, gwarantują profesjonalne podejście.
No tak, myślał Moist, który podejrzewał, że jego wiedza o strażnikach jest o wiele głębsza niż Benta. Pieniądze są prawdopodobnie bezpieczne, ale mógł się założyć, że znika mnóstwo kawy i ołówków.
– Myślałem raczej o ochronie za dnia – wyjaśnił.
Ludzie z Szop przyglądali mu się tępo.
– Ach, to… – stwierdził Shady. – Tym zajmujemy się sami. Po kolei. W tym tygodniu ochroną jest Mały Charlie. Pokaż mu swoją pałkę, Charlie.
Jeden z mężczyzn wyjął spod płaszcza solidny kij i zademonstrował go nieśmiało.
– Była też odznaka, ale gdzieś zginęła – dodał Shady. – Ale to nie takie ważne, bo przecież wszyscy go znamy. I kiedy wychodzimy, zawsze nam przypomina, żeby niczego nie kraść.
Zapadła cisza.
– No cóż, to chyba rozwiązuje wszystkie kwestie. – Moist zatarł ręce. – Dziękuję wam, panowie.
Odeszli wszyscy, każdy do swojej szopy.
– Prawdopodobnie bardzo mało – powiedział Bent, spoglądając za nimi.
– Hmm? – mruknął Moist.
– Zastanawiał się pan, jak sądzę, ile pieniędzy wychodzi stąd razem z nimi.
– No, faktycznie.
– Sądzę, że bardzo mało. Podobno po pewnym czasie pieniądze stają się tylko… towarem – tłumaczył główny kasjer, zmierzając z gościem z powrotem do banku.
– Zrobienie pensa kosztuje więcej niż pensa – mruczał Moist.
– Czy tylko mnie się wydaje, czy coś tu nie gra?
– Ale widzi pan, kiedy już pan go zrobi, taki pens ciągle pozostaje pensem – tłumaczył Bent. – Na tym polega jego magia.
– Naprawdę? Przecież to miedziany krążek. Niby czym miałby się stać?
– W ciągu roku praktycznie wszystkim. Staje się jabłkiem, częścią wozu, parą sznurówek, wiązką siana, godzinnym korzystaniem z miejsca w teatrze. Może nawet stać się znaczkiem i wysłać list, panie Lipwig. Może być wydany trzysta razy, a jednak… i to jest najlepsze… wciąż jest jednym pensem, gotowym i chętnym, by zostać wydany raz jeszcze. Nie jest jabłkiem, które zgnije. Jego wartość jest ustalona i trwała. Nie ulega zużyciu. – Oczy pana Benta błysnęły groźnie, a jedno zadrgało. – A to wszystko dlatego, że ostatecznie wart jest maleńką cząstkę wiecznego złota.
– Ale to tylko bryłka metalu. Gdybyśmy używali jabłek zamiast monet, można by przynajmniej je zjeść – zauważył Moist.
– Tak, ale może je pan zjeść tylko raz. Pens, można powiedzieć, to wieczne jabłko.
– Którego nie można zjeść. A przecież można zasadzić jabłoń.
– Może pan wykorzystać pieniądze, żeby robić więcej pieniędzy.
– Owszem, ale jak pan zrobi więcej złota? Alchemicy nie potrafią, krasnoludy pilnują tego, co mają, Agatejczycy nie chcą nam oddać swojego. Czemu nie oprzemy pieniądza na srebrze? Tak to załatwili w BhangBhangduc.
– Nie dziwię się, przecież to cudzoziemcy – stwierdził Bent.
– Ale srebro czernieje. Złoto to jedyny metal, który nie matowieje.
I znowu ten charakterystyczny tik… Najwyraźniej złoto pochłaniało Benta całkowicie.
– Widział pan dosyć, panie Lipwig?
– Trochę za dużo dla komfortu, obawiam się…
– W takim razie chodźmy na spotkanie z prezesem.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2009-09-07 (1392 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej