Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Fala Ciemności
 
Katalog - dodano
 Żółte ślepia
- Marcin Mortka
 Lanny
- Max Porter
 Pułapka Tesli (wyd.2)
- Andrzej Ziemiański
 Port Cieni
- Glen Cook
 Notebook
- Tomasz Lipko
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Drzwi do piekła'' - Krzysztof Kochański



PP HADES
(Fragment
)

Bogusław Mazur był bardzo zmęczony. Zegar pokazywał dwudziestą trzecią, a wciąż nie widać było końca sterty dokumentacji, przez którą się przekopywał. Nie miał pojęcia, że prowadzenie przedsiębiorstwa – monobranżowego, bądź co bądź – wymaga tylu kilogramów papieru. Z prawej strony czarnego jak smoła biurka gromadził dokumenty, których treść wydawała się zrozumiała, przynajmniej z grubsza. Na lewo rzucał te, które, co prawda, zadrukowano wyrazami brzmiącymi znajomo, lecz połączone w zdania brzmiały bez sensu. Były to głównie formularze dla Urzędu Skarbowego i Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Ten ostatni – jak mawiał świętej pamięci Waldemar Legnicki – tym bardziej szedł w zaparte, im więcej milionów wydawał na bezskuteczną poprawę działania systemu informatycznego.
Legnicki odszedł był z tego padołu już przed tygodniem, a Mazur wciąż nie mógł połapać się w bałaganie. Ale nie narzekał. W gruncie rzeczy był szczęśliwy. Od pięciu lat harował za psi grosz, w przekonaniu, że jego wysiłki nie zostają doceniane (choć w gruncie rzeczy stał się prawą ręką szefa), aż tu po otwarciu testamentu okazało się, że nieboszczyk przepisał mu firmę. Nieźle prosperujący zakład z szyldem:

Przedsiębiorstwo Pogrzebowe HADES

Pozostało jeszcze do załatwienia mnóstwo formalności, aby – mimo jasnego testamentu – stać się rzeczywistym posiadaczem zakładu. Na szczęście Legnicki żył samotnie i nikt z rodziny nie upomniał się o swoje spadkowe prawo, wydawało się więc, że wszystko jest na dobrej drodze.
Mazur przeciągnął się leniwie, rzucając krótkie “Dosyć na dziś!”, kiedy zaczął szczekać pies Huckleberry, nazwany tak na cześć nieocenionego bohatera kreskówki Hanna Barbera, choć był tylko zwykłym, podwórkowym kundlem. Legnicki przywiózł go swego czasu ze schroniska, ponieważ ktoś włamał się do kapliczki i zdjął z klientki biżuterię, w której rodzina zdecydowała się nieboszczkę pochować. Wcześniej kilkakrotnie ginęły kwiaty, ale nikt nie robił z tego afery. Jednak złota biżuteria to zupełnie inna sprawa.
Mężczyzna, który obecnie leżał w kaplicy (jakiś Gadomski czy Gadowski, strażnik zastrzelony podczas napadu na muzeum) nie miał nawet obrączki, lecz złodziej nie mógł przecież o tym wiedzieć.
Pies szczekał coraz zacieklej. Zaniepokojony Mazur wyciągnął z szuflady pistolet wiatrówkowy Walther CP. Kiedyś Legnicki starał się o pozwolenie na prawdziwą broń, ale dostał odpowiedź odmowną, więc kupił śrutowy 4,5 mm, niewymagający zezwolenia. Potem przepisy się zaostrzyły, takie wiatrówki stały się nielegalne, ale nikt się tym specjalnie nie przejął. Przepisy ponownie mogły się zmienić, pewnie nawet już się tak stało, i zapomnianego walthera można było użyć zgodnie z prawem, co zresztą w tej chwili Mazura niewiele obchodziło. Jeśli miało do czegoś dojść, z pełną świadomością popełnianego czynu zamierzał przestrzelić tyłek włamywacza wszystkimi ośmioma pociskami.
Kaplica znajdowała się po przeciwnej stronie podwórza. Było pusto i nie wyglądało na to, żeby drzwi zostały wyłamane. Wielki, pozłacany krzyż lśnił w ciemnościach, jakby sam z siebie emanował światłem.
– Hak! – półgłosem przywołał psa, który podbiegł, machając ogonem, zaraz jednak powrócił pod namalowany krzyż, z sierścią nastroszoną jak jeżozwierz. Już nie szczekał, za to warczał, z wyraźnym niepokojem przysuwając się do drzwi, to znów od nich odskakując.


***




ŚMIERĆ TROLLA
(Fragment)

Gdyby ktoś zapytał Marcina Sztoldo, czy naprawdę wierzy, że jego dziadek jest trollem, odpowiedziałby, że nie. Nikt przy zdrowych zmysłach nie zachowałby się inaczej. Jednak przecząc, Marcin nie ośmieliłby się patrzeć rozmówcy prosto w oczy. Nie żeby kłamał; nie był aż tak obłudny (lub szalony).
Po prostu nie miał pewności.
Czasami – szczególnie gdy przebywał sam, a wokół panowała ciemność – jego serce ściskał potwór, bestia o czarnych jak węgiel paluchach. Trzymała je tak długo, dopóki trwały wspomnienia lub coś, co tylko wspomnieniem się wydawało. Projekcja dziecięcego umysłu podszywająca się pod rzeczywistość.
Miał wtedy dziesięć lat. Teraz, gdy liczył sobie czterdzieści, tamten chłopiec był mu bardziej obcy od syna sąsiada, który uparł się, żeby zostać Konstantym Kulką i przeraźliwym rzężeniem skrzypiec uprzykrzał życie sąsiadom w bloku. Zdecydowanie bardziej obcy.
Jak wierzyć takiemu komuś?


***


Dziadek mieszkał na peryferiach miasta, w niewielkim domku z ogródkiem. Marcin był jego jedynym wnukiem, synem córki jedynaczki. Ojca Marcin nie znał. Gdy był mały, wmówiono mu, że tata zginął na motorze marki Jawa (pamiętał, z jaką dumą opowiadał to kolegom), nie zwolniwszy w porę podczas pokonywania zakrętu. Potem okazało się, że nie była to prawda, matka nigdy nie wyszła za mąż, a sprawca studenckiej ciąży zniknął za granicą. Ale dzieciństwo Marcin miał nie najgorsze. Anna Sztoldo była zaradną kobietą.
Bardziej niż ojca brakowało mu babci.
Tęsknił za tą kobietą, choć nigdy jej nie poznał: uciekła od dziadka, zanim Marcin pojawił się na świecie. Chłopiec nie słyszał jej bajek, nie jadł przyrządzanego przez nią rozgotowanego ryżu z truskawkami i nie robił setki innych rzeczy, które, jak sobie to wyobrażał, wnukowie robią z babciami. Za tym właśnie tęsknił.
Uciekła z kochankiem. Historia jak z harlekinowego romansu, ale tytułowa postać była nieco starsza. Babcia miała wówczas czterdzieści siedem lat.
Do dziesiątego roku życia, do dnia, w którym dziadek przyznał się, że jest trollem, Marcin często bywał w jego domu.
– Dlaczego nie zamieszkamy razem? – pytał niejednokrotnie matkę.
– Och, nie marudź – zbywała syna stropiona Anna Sztoldo, aż pewnego dnia, gdy był już wystarczająco duży, by samodzielnie jeździć miejskim autobusem, wyjaśniła: – Bo dziadek nie chce.
Już wtedy coś mu nie pasowało.
– Kto by chciał mieszkać sam?
– On chce.
Zatem spędzał u dziadka dwa dni w tygodniu, kiedy matka wyjeżdżała na zebrania zarządu firmy, w której filii była kierowniczką.


***




STYPA ZE STRACHEM NA WRÓBLE W TLE
(Fragment)

Ciotka Ala umarła podczas próby przeniesienie stracha na wróble w inne miejsce. Tyle przynajmniej Patrycja zrozumiała z zamieszania, z jakim przyszło jej się zmierzyć, gdy fordem taty przybyli na pogrzeb.
Patrycji bardzo podobało się na cmentarzu. Uwagę przykuwały marmurowe nagrobki, na których prócz jakichś napisów (Patrycja prawie nie umiała czytać, ledwie rozróżniała litery) wyryto daty. Patrząc na nie, Patrycja miała wrażenie, że nagle znalazła się we własnej głowie. Nie miała pojęcia, że na świecie istnieją tak fantastyczne miejsca.
– Czy na grobie cioci też będą daty? – spytała.
– Co?
Powtórzyła pytanie, starając się mówić powoli.
Tata mrugał powiekami, jak zawsze, kiedy analizował jej słowa. W takich chwilach kojarzył się Patrycji z maszyną tłumaczącą, którą widziała w pewnym filmie science fiction. Film oglądała 13 marca 1971 roku.
– Będą.
– Jakie?
Tata znów mrugał, ale okazało się, że z innej przyczyny:
– Nie pamiętam daty urodzin Ali. – Westchnął z poczuciem winy. – Ale umarła trzy dni temu, 26 września 2003 roku – dodał, doskonale wiedząc, że córka nie da mu spokoju, jeśli nie usłyszy chociaż tego.
Potem udali się do domu wujka Tadeusza, trzy wiorsty za wsią (jak poinformował żałobników wujek). Patrycja nie wiedziała ile liczy wiorsta, ale uznała, że dość dużo, skoro jedynym wioskowym obiektem widocznym z wujkowej zagrody była wieża kościoła.
– To wszystko twoi krewni – oznajmił tata, gdy toczyli się w środku samochodowej kolumny, polną drogą wśród zaoranych pól. Była druga połowa deszczowego września i drogę pokrywały błotniste kałuże, przez które niełatwo przejechać.
Patrycja klęczała na siedzeniu, tyłem do kierunku jazdy, z głową wspartą na kościstych piąstkach. Obserwowała twarze jadących za nimi ludzi, ledwie widoczne za skropionymi deszczem szybami. Moi krewni, myślała, to znaczy, że krew, która płynie w ich żyłach, jest podobna do mojej. Patrycji wydało się bardzo dziwne, że nie zna większości tych twarzy. I rzecz nie w tym, że czas pędził, ludzie się zmieniali i mogła ich nie rozpoznać. Chodziło o to, że pamiętałaby jakieś daty. Ludzi mogłaby zapomnieć, ale przecież nie daty!
Patrycja miała pięćdziesiąt cztery lata. Jej twarz pokrywała zadziwiająca sieć zmarszczek, przypominająca zminiaturyzowany labirynt. Zmarszczki pojawiły się jeszcze przed trzydziestym rokiem życia, a po latach przypominały małe bruzdy, wyorane przez krasnala mikrokoskopijnym pługiem. Czasem Patrycji udawało się przyłapać krasnala podczas pracy. Był wielkości pchły, a na łysej głowie wcale nie miał czerwonej czapki, jak to opisywano w niektórych książkach. Być może wyrzucił ją, rozgrzany ciężką pracą; przecież biedak ciągnął jednoskibowy pług siłą własnych mięśni.
Patrycja nie żywiła do krasnala urazy. Doskonale wiedziała, że nigdy nie grzeszyła urodą. Prawdę mówiąc: za młodych lat, gdy krasnal harował gdzie indziej, wcale nie wyglądała lepiej.
“Jest koszmarnie brzydka” – powiedziała kiedyś kochanka taty. Dawno temu. 15 kwietnia 1987 roku.
Patrycja mogła ufać swojej pamięci do dat. Szkoda tylko, że na datach się kończyło, zdarzało się na przykład, że zapominała własnego imienia. Ale to nic. Nie przejmowała się. W takich chwilach nazywała siebie Ewą i też było dobrze.
Gdy dojechali do gospodarstwa wujka, Patrycja z ulgą wyszła z samochodu. Zmarzła na cmentarzu i teraz zesztywniałe kości reagowały bólem na zmianę pozycji. Rozejrzała się i nagle w jej głowie pojawiło się mnóstwo dat. Większość z nich związana była z przyjemnymi wydarzeniami. Najmilsze okazywały się dni z czasów dzieciństwa. Potwornie odległe.
Ale najmłodsza data również nie była bliska. 17 września 1982 roku. Włosy Patrycji nie były wówczas jeszcze siwe, również łysina taty dopiero się wykluwała. Po co tu wtedy przyjechali? Patrycja nie potrafiła sobie przypomnieć.
Raptem dostrzegła coś dziwnego w kalendarzowych kartach, przesuwających się w jej głowie, niczym spadające z drzew jesienne liście. Jeden z liści przykuł jej uwagę. Był niezwykły. Inny od poprzednich.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2009-09-08 (1461 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej