Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Więcej czerwieni
 
Katalog - dodano
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Od nowiu do pełni'' - Hanna Fronczak



Obiekt jego obserwacji był martwy



Część notatek była niezbyt interesująca, bo pater uparł się dokładnie wyszczególnić wartość datków na remont dzwonnicy, przy każdej kwocie umieszczając personalia hojnego donatora. Lecz w końcu Bernhard trafił na coś, co go zachwyciło.
Opierając się na niewymienionym z tytułu dziele, duchowny starał się stworzyć systematykę ludzkich charakterów. Jego zdaniem ludzie gnuśni poczęci zostali przez rodziców w miejscu ciepłym i wilgotnym. Twierdził, że wilgotne cząsteczki wnikają w ludzki zarodek już chwilę po poczęciu, nadając powstałej naturze kondycję rozleniwioną i miękką, owocującą w dorosłym życiu skłonnością do próżniactwa. Najlepsi wojownicy, jego zdaniem, poczęci zostali w miesiącach zimowych, gdyż panujący wszędzie chłód czynił płód odpornym i wytrzymałym na ból od samego początku jego istnienia, sprzyjając lepszemu gojeniu się zranień. Przyczyną powstawania natur porywczych i nieokiełznanych było poczęcie wskutek gwałtownego afektu, powodu duchowej melancholii upatrywał w środowisku zimnym i wilgotnym.
Nagie ciało na stole było doskonale widoczne w blasku księżyca. Jaką naturą odznaczał się za życia ten mężczyzna? Fizycznie stanowił wspaniały okaz stworzenia ludzkiego – miał długie, proporcjonalnie umięśnione kończyny i pięknie wysklepiony tors. Zapewne golił się gładko – jego policzki dopiero zaczynały pokrywać się trupim zarostem. Zwłoki nie miały widocznych obrażeń – oprawca Petr twierdził, że gdy około południa zostały znalezione nad brzegiem Wełtawy, nieboszczyk nie zdążył jeszcze porządnie ostygnąć. Pomocnik mistrza Wolframa twierdził również, że nie rozpoznał go nikt spośród licznych ciekawskich, którzy zgromadzili się po południu na nadrzecznych błoniach.
Miał krewnych w Pradze czy był tu tylko przejazdem? Zostawił żonę i dzieci czy był wolnym ptakiem? Ktoś po nim płakał czy wręcz przeciwnie, przywitał z ulgą jego zgon?
Uczony zwiesił głowę. To wszystko na nic. Podobne dywagacje nie prowadzą do niczego. Udawanie, że jeszcze się nie zdecydował, jest oszukiwaniem samego siebie. Dziś jest noc pełni, a właściwie pierwsza noc po pełni, która nastąpiła przed kilkoma godzinami, podczas blasku dnia. Dla postronnego obserwatora tarcza Księżyca jest idealnie okrągła, jak żółtko kurzego jaja albo kręgi na spokojnej wodzie. A dla niego? Czy dla niego wystarczy?
Westchnął, przeszedł go dreszcz. Przekonał się już, że zbyt daleko posunięta dowolność interpretacji reguł może doprowadzić do katastrofy. Tym razem jednak wszystko przygotował tak, jak zalecała księga Liber lu-cis Lunae: ciało było zimne od dłuższego czasu, esencja ludzka, której transferu miał zamiar dokonać, pochodziła od jednego dawcy. Warunki pogodowe były idealne, niebo bez jednej chmurki gwarantowało stały dopływ księżycowego światła, niezbędnego do przeprowadzenia eksperymentu. Wprawdzie Jakub ibn Tarik, autor traktatu, napisał, że „pożądane jest dokonywanie transformacji w czasie pełni”, jednak nigdzie nie twierdził, że do przeprowadzenia rytuału niezbędne jest rozpoczęcie go w momencie osiągnięcia przez Księżyc pełni astronomicznej. Bernhard zacisnął zęby, na jego czoło wystąpił pot. A jeżeli popełni zaniedbanie, które znowu na wiele tygodni przywiedzie go na krawędź szaleństwa?
Poznawanie tajemnic natury stanowiło sens jego życia. Nie – ono było jego życiem. Nie mógł powitać kolejnego dnia ze świadomością, iż cały poprzedni rok jego życia minął na darmo. Że krzywda, jaką wyrządził, poszła na marne. Że niczego go nie nauczyła – zarówno jeśli chodzi o zachowanie umiaru, jak i poznanie tajemnic natury.
Bernhard spojrzał przez ramię, sprawdził położenie Księżyca, a potem podbiegł do okna i zatrzasnął okiennice. Nie będzie zwlekał. Skoro raz wstąpił na tę ścieżkę – nie zboczy z niej. Skoro zaczął zgłębiać tajemnice przez kapłanów przypisywane jedynie Bogu – będzie czynił to dalej, choćby miało go to zaprowadzić ku wieczystemu potępieniu.
Uchylił klapkę w okiennicy. Wąska, srebrnobiała smuga światła przecięła laboratorium, ogniskując się na doskonale wypolerowanej szklanej soczewce. Uczony patrzył, jak skupiona wiązka rozprasza się na drugiej soczewce i opromienia rozsypaną na stole sól zaczerpniętą z pojemnika oznaczonego „Bernhard”.
Zdjął kolejne przesłony; pracownię przeszyła zimna pajęczyna promieni księżycowego światła. Po drugiej stronie okiennic rozpościerała się letnia praska noc, rozświergotana pasikonikami, pachnąca lipami. Magister, odseparowany od przepychu Bożego dzieła murami pracowni, wyrecytował formułę.
Tym razem wszystko pójdzie jak trzeba.
Od zakończenia transferu minęło zaledwie kilka minut, kiedy z piersi leżącego nieboszczyka wydobyło się ciche westchnienie. Pochłonięty demontażem zestawu Bernhard drgnął nerwowo i spojrzał w stronę okolonego lustrami stołu. A więc to już? Mężczyzna powinien ocknąć się dopiero nad ranem.
Spoczywający na blacie ożywieniec za nic miał widać ramy czasowe nakreślone przez ibn Tarika. Zmartwiały magister obserwował, jak wskrzeszeniec nieporadnie usiadł na posłaniu, uniósł dłoń ku twarzy, z wyraźnym wysiłkiem przesunął się ku krawędzi stołu, postawił stopy na podłodze, a następnie zwalił się na nią jak wór buraków.
Łoskot upadku wyrwał Bernharda z chwilowej katatonii. Doskoczył do gramolącego się na kolana zmartwychwstańca. Mężczyzna uniósł głowę i spojrzał na niego zaskakująco przytomnym wzrokiem. Magister przesunął dłonią przed jego twarzą.
– Widzisz mnie? – zapytał z lękiem.
– Idź do diabła ze swoją troską – wychrypiał niedawny nieboszczyk. – Udało się, nie widzisz? Powiodło się!
– Ile pamiętasz? – Uczony przyklęknął przy nim na podłodze.
– Wszystko! – wycedził nieumarły. – Absolutnie wszystko. Wygląda na to, Bernhardzie, że masz bliźniaka.
– Udało się! – Uczony poczuł, że brakuje mu tchu. – Pamiętasz! Oddychasz! Mówisz!
– Przynieś mi jakieś ubranie – mruknął ożywieniec – niech nie siedzę przed tobą nagi jak chętna młódka. I daj mi coś do picia, gardło mam zupełnie suche. Ile byłem martwy? Dzień? Pół dnia? Wyschło na wiór. Ciekawe, kiedy ten symptom przeminie?
Bernhard wielkimi susami zbiegł po schodach na parter. Wyciągnął ze skrzyni portki, koszulę i kaftan; spojrzał na nie krytycznym wzrokiem. Zmartwychwstaniec był od niego sporo wyższy... cóż, na razie muszą wystarczyć. Z kuchni porwał flaszę wina oraz dwa pucharki i pędem podążył na górę.
Nieumarłemu udało się dźwignąć na nogi, a teraz stał przed największym zwierciadłem i z zainteresowaniem oglądał swoje ciało. Prężył mięśnie, wyginał się na wszystkie strony, spróbował palcami, czy nie ruszają mu się zęby, następnie odwiódł powiekę i, wykrzywiając twarz, w skupieniu przyjrzał się swojej gałce ocznej.
– Sucha jak pieprz – zawyrokował. – Piecze, jakby mi ktoś piasku nasypał. Do diabła z tym, daj wina, a jutro się zobaczy.
– Muszę cię jakoś nazwać – wyszeptał gorączkowo Bernhard. – Muszę się jakoś do ciebie zwracać. Będziesz miał na imię... Sigurd.
– Jeszcze czego! – Ożywieniec zabrał mu z garści spodnie, płócienne gacie i koszulę, przysiadł na zydlu i zaczął się ubierać. – Nie zabiłem żadnego smoka! A poza tym, na wypadek, gdybyś zapomniał, jesteśmy w Pradze. W Pradze! Tu nie ma Sigurdów ani Siegmundów!
– No to jak mam się do ciebie zwracać? – zapytał skonfundowany Bernhard.
Nieumarły uśmiechnął się szeroko.
– Będę Herbertem. Pamiętasz?
Bernhard poczuł, jak na policzki wypełza mu rumieniec. Kiedy liczył sobie około dwunastu lat, snuł marzenia, że zostanie wielkim alchemikiem – zamieni ołów w złoto, zsyntezuje kamień filozoficzny, wynajdzie eliksir wiecznego życia. Właśnie wtedy nadał sobie sekretne miano: mistrz Herbert.
– Jestem Herbert von Rövershagen, twój kuzyn. – Nieumarły wyciągnął rękę i uścisnął dłoń swojego stworzyciela, po czym przyjął od niego kielich wina. – Będziesz miał we mnie doskonałego partnera do rozmowy, zapewniam cię. – Zasalutował mu pucharkiem.
Magister odwzajemnił salut.
– I jak ci się to podoba? – Ożywieniec odstawił kielich na stół i okręcił się przed magistrem jak jarmarczny kuglarz. – Znowu żyję. Mówię. Piję wino.
Bernhard pokiwał głową.
– Ale jest jeszcze coś. – Herbert schylił się i zbliżył oblicze do twarzy Bernharda. – Wiesz, o czym mówię?
– Nie.
– Jestem tobą, Bernhardzie – wycedził. – Znam każdy twój sekret, każdy przeprowadzony eksperyment, każdą radość i każdą podłość.
Uczony patrzył na niego bez słowa. Herbert łyknął wina i wykrzywił się ironicznie.


Namiętność już wydestylował



Nie miał zamiaru brać sobie żony – byłaby dla niego kulą u nogi. Obecność małżonki pociągnęłaby za sobą istnienie dzieci, hałaśliwych, nielogicznych istot, które odrywają od pracy i o które trzeba się troszczyć. On w całości oddał się nauce. Trzy lata temu próbował dociec, jakie obrazy pokazują się w lustrze odbijającym w sobie inne lustro. Ze zrozumiałych względów nie mógł sprawdzić tego za pomocą empirii – wszak gdyby stanął pomiędzy zwierciadłami, ukazałyby one tylko jego sylwetkę. Problem zaprzątał mu myśli przez prawie trzy tygodnie, aż w końcu spłynęło na niego olśnienie. Multiplikowane lustrzane odbicia odzwierciedlały labirynt czystej nieskończoności, ciągnącą się bez początku i końca strukturę wymiarów, prowadzącą ku sferom idealnym, siedzibie Istoty Najwyższej. Bóg mądrze urządził ten świat, zakrywając przez ludzkimi oczyma rzeczy przerastające człowieka; badacz, zajrzawszy w głąb nieskończoności, musiałby oszaleć. Rozwiązanie objawiło mu się nad ranem, jednej z wielu nocy, podczas której nie mógł zasnąć. Uszczęśliwiony wiedzą, jaka mu się objawiła, zasnął słodko i spał do południa. Tak spędzał czas – poświęcając go nauce i sobie. Dla rodziny nie zostałoby go już wcale. Właśnie tak pragnął żyć – wolny, niezwiązany zbędnymi obietnicami, bez uciążliwych zobowiązań, z podjętych decyzji rozliczający się wyłącznie przed sobą.
I tylko, czasem jak swędzenie w miejscu, gdzie trudno się podrapać, powracało uczucie, że samotność, choć właściwa Bogu, nie jest idealnym stanem dla mężczyzny.
Brak kobiety dawał mu się we znaki – i oto rok temu wymyślił sposób na swoje rozterki. Jeśli wszystko mu się powiedzie, jeśli doświadczenia, które przez ten czas wykonał, doprowadziły go do właściwych konkluzji, a posiadana wiedza okaże się wystarczająca, resztę swoich dni spędzi w towarzystwie kobiety idealnej. Skromnej, niewinnej, łagodnej, gospodarnej, uczciwej, oddanej, szanującej jego pracę, lubiącej sypialniane igraszki, przepełnionej wdzięcznością i bezwarunkowym uczuciem. I pięknej.
Skoro Bóg nie postawił do tej pory na jego drodze niewiasty obdarzonej tymi przymiotami – sam musi się o nią zatroszczyć.
Edeltraud zaczęła pozbywać się ubrania natychmiast po przekroczeniu progu jego domu. Musiał ją powstrzymać – z jednej strony w sieni było zimno, z drugiej zaś – chciał sprawdzić, jakie wrażenie zrobi na niej wyposażenie jego pracowni. Wchodziła za nim po schodach, chichocząc. Bernhard zacisnął zęby. Nie potrafił się zdecydować, czy towarzysząca mu kobieta budzi w nim większe pożądanie czy obrzydzenie.
Ślubna małżonka rycerza Odona nie należała do niewiast, które wyczekują powrotu swojego mężczyzny, modląc się w kościele o jego zdrowie albo haftując kapę na ołtarz. Umiała w inny sposób wypełniać swe dni – barwniejszy i znacznie ciekawszy. Upatrzyła sobie uczonego magistra podczas jednego z jego nielicznych pobytów na zamku. Bernhard nie protestował – nie miał na to ani siły, ani ochoty.
Osamotniona przez męża Niemka chętnie poświęcała czas rodakowi, jednak jej uroki okazały się dlań nazbyt pierwotnej natury. Pewnej księżycowej nocy, podczas której pokazała mu, że lejce i bacik niekoniecznie służą tylko do poskramiania konia, Bernhard nabrał do niej nawet niejakiego wstrętu. Wierzył, że niewiasta, podobnie jak mężczyzna, jest doskonałym tworem Bożym, w równym stopniu pragnącym strawy cielesnej, co duchowej. Pani Edeltraud, aczkolwiek ciepła, pomysłowa i zawsze w pełnej gotowości, w nieprzyjemny sposób kojarzyła mu się z pozbawioną świadomości samicą w stanie permanentnej rui. Jej potrzeby były natury wyłącznie cielesnej. Owszem, potrafiła zaspokoić żądzę Bernharda na rozmaite interesujące sposoby, po każdym jednak spotkaniu nie mógł opędzić się od myśli, że oto popełnił grzech sodomski, dokładnie tak samo, jakby odbył poniżający akt płciowy z kozą lub kobyłą.
– Naprawdę pokażesz mi swoją pracownię? – wyrwał go z zamyślenia głos kochanicy. – Te wszystkie tygielki? Retorty? Śpiące dzieci w butelkach?
– Nie jestem alchemikiem – sprostował Bernhard. – Nie zajmuję się tworzeniem sztucznego życia ani trans-mutacją. Badam ludzkie dusze, transformację lustrzaną i światło Księżyca.
– Tak, tak. – Edeltraud otarła się o niego zmysłowo. – W nocy, przy księżycu, wszystkie koty są czarne, a każda niewiasta piękna, prawda?
– Prawda – powtórzył machinalnie, otwierając drzwi pracowni.
Edeltraud stanęła jak wryta. Przez chwilę próbował spojrzeć na pomieszczenie jej oczyma – oczyma osoby, która widzi to wnętrze po raz pierwszy w życiu.
Próbował – i nie potrafił. Bo doskonale wiedział, do czego służy system ośmiu wielkich zwierciadeł, których tafle odbijały się w sobie pod precyzyjnie wyliczonymi kątami. Zdawał sobie sprawę, jakie znaczenie ma wzór wyryty na deskach podłogi. Nie stanowiła dla niego tajemnicy zawartość szklanych słojów i ampuł stojących na specjalnie skonstruowanym regale. Wiedział też, że liczne niewielkie lusterka, wiszące w równych odstępach na drewnianym wysięgniku przy ścianie, nie służą do tego, by się w nich przeglądać. Umiał powiedzieć, o czym traktuje każda z ksiąg ułożonych w schludny stos na niewielkim stoliku.
Jego towarzyszka najwyraźniej nie zaprzątała sobie głowy wyposażeniem i oryginalnym umeblowaniem komnaty. Jej uwagę przykuł szczegół znajomy i lubiany – przykryte miękkimi owczymi skórami posłanie, które nakazał wstawić tu dzień wcześniej.
– Tutaj? – pisnęła radośnie. – Naprawdę tutaj? – Usiadła na łożu i pieszczotliwym gestem pogłaskała futrzane przykrycie.
Bernhard westchnął z rezygnacją. Reakcje tej kobiety były przewidywalne jak wschody i zachody Słońca.
– Tutaj – odpowiedział. – Dlaczego nie?
– Mój ty uczony koziołku – roześmiała się perliście. – Ty to umiesz mnie zaskoczyć! Owszem, w stajni, w alkowie, nawet kiedyś na ulicy, w biały dzień pod murem... Ale w pracowni? Przy tych wszystkich lustrach?
– Wszystko dla ciebie, moja piękna. – Uczony zajrzał jej głęboko w oczy. – Czy nie powiedziałaś mi, że twój małżonek wraca niebawem? Zapamiętaj mnie. Zapamiętaj, jak to było po raz ostatni.
Edeltraud delikatnie przesunęła mu dłonią po policzku, a potem wbiła paznokcie w kark.
Zaczęło się.
Za oknami powoli robiło się szaro. Bernhard wtulił twarz w poduszkę. Wieczorem nie mógł zapaść w sen, a kiedy wreszcie mu się to udało, nawiedził go koszmar. Po części dlatego, że bał się zasnąć, a po części z ekscytacji wydarzeniami dnia poprzedniego, przewracał się z boku na bok, wspominał i snuł plany.
Głupia Edeltraud sądziła, że ustawił wokół posłania system zwierciadeł po to, by mogli się w nich oglądać podczas swoich igraszek. Dokładnie tego się spodziewał, wiedział przecież, że ta kobieta ma tyle rozumu, co kocica w marcu. Podniecony tym, co niebawem przyjdzie mu zrobić, doprowadził towarzyszkę do spazmatycznego krzyku. Wkrótce potem, wyczerpana, osunęła się w otchłań miłosiernego snu. Bernhard tylko na to czekał.
Wyskoczył z łoża nagi jak Adam w Raju i przyskoczył do pierwszego ze zwierciadeł. Delikatnie ustawił je pod odpowiednim kątem, używając zamontowanego z tyłu precyzyjnego pokrętła. Pierwsze, drugie, trzecie... ósme. Odsunął się poza ich zasięg i patrzył. Naga Edeltraud poruszyła się na posłaniu i przez sen okryła się kapą z miękkiej skóry.
Według traktatu Hatifa al-Saleh O ludzkiej naturze i woli, esencja ludzka najsilniej uwalnia się podczas snu oraz w czasie trwania zaspokojenia, jakie następuje po spełnionym akcie miłosnym. Zdaniem tego arabskiego mędrca, substancją znakomicie nadającą się do magazynowania emanacji ludzkiej osobowości była zwykła sól. Bernhard przeciągnął się nerwowo. Właśnie zrobił pierwszy krok na drodze do stworzenia kobiety idealnej. Odbity i ukierunkowany przez system luster apetyt na mężczyzn, jaki stanowił przyrodzoną cechę Edeltraud, wczorajszego dnia osadził się na kryształach soli umieszczonych w srebrnej rynience pod łożem. Kryształach, które obecnie, bezpiecznie odizolowane od niszczącego ich zawartość słonecznego światła, spoczywały bezpiecznie w skrzyni w laboratorium.
Uczony przewrócił się na brzuch. Niebo nad Pragą stało się zupełnie jasne. Zdawał sobie sprawę, że już nie zaśnie, ale wciąż leżał w łożu, rozkoszując się jego ciepłem i gładkim dotykiem pościeli. Nie chciał jeszcze wstawać, wiedział, że w pokoju jest przenikliwie zimno. Mróz, jaki ozdobił szyby lodowymi kwiatami, narysował ich minionej nocy jeszcze więcej.
Edeltraud spała w pracowni około godziny. Obudziła się ciepła i różowa, założyła suknię i płaszcz, na pożegnanie zostawiła Bernhardowi na szyi czerwony ślad swoich zębów i zniknęła. Magister miał nadzieję, że na dobre. Owszem, była użyteczna, ale jej czas dobiegł końca. Uzyskał od niej wszystko, co chciał, zarówno w sensie cielesnym, jak i duchowym. Nie sądził, by miała do niego pretensję o nagłe rozstanie. Umilał jej czas oczekiwania na powrót małżonka. Był kimś ciekawszym niż pierwszy z brzegu jurny żołnierz, handlarz czy piwowar. Był uczonym, prowadził tajemnicze eksperymenta, dotykał nieznanego. Nie wątpił, że właśnie to fascynowało w nim jego kochankę najbardziej. Należała do kobiet, które pociąga inność i obcość. W przeszłości poznał niewiastę, która zażywała rozkoszy wyłącznie z karłami. Wzdrygnął się. Słyszał i o takiej, co parzyła się z psem. Na ich tle Edeltraud wydawała mu się cudownie normalna... no, prawie.
Zamknął oczy. Już niedługo. Już uczynił pierwszy krok. Kobieta powinna być namiętna, uczciwa, zaradna, musi też darzyć go bezwarunkowym uczuciem.
Namiętność już wydestylował.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2009-09-14 (2058 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej