Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Dziewczyna w stalowym gorsecie
 
Katalog - dodano
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Inquisitor. Zemsta Azteków'' - Jacek Inglot

Usunięty przez wydawcę fragment książki


CIEŃ TEZCATLIPOKI

Z początku Ryszard śnił mi się często - przez parę miesięcy po hekatombie w Szklarach praktycznie co drugi dzień, później coraz rzadziej, wreszcie, po roku, zupełnie przestał nawiedzać moje sny. Zawsze była to ta sama scena: Ryszard, rozkrzyżowany na ofiarnym kamieniu, z broczącą krwią dziurą w piersi, spadał w ciemną czeluść, wypełnioną metalicznym ni to wyciem, ni to jękliwym chichotem. Patrzyłem na to bezradnie, sparaliżowany i niezdolny do najmniejszego ruchu. A mój przyjaciel oddalał się coraz bardziej, aż stawał się biała plamką pośród morza ciemności. Wreszcie znikał całkowicie, a ja rozszerzonymi źrenicami wpatrywałem się w ciemność, z płonną nadzieją, że jeszcze coś zobaczę. Ale nic już nie widziałem, tylko ten piekielny chichot stawał się coraz głośniejszy, wypełniał mi głowę ogłuszającym dudnieniem, aż przeradzał się ognisty ból, przeszywający na wylot czaszkę.
Budziłem się wtedy z krzykiem, a przerażona Patrycja okładała mi rozpalone czoło zimnym ręcznikiem. Leżałem potem do rana, nie mogąc zasnąć i słuchając łomotu rozdygotanego serca. I dręcząc się wciąż ponawianym pytaniem - czy tak być musiało? Czy można to było rozegrać inaczej? Wracałem pamięcią do tej historii i analizowałem krok po kroku swoje postępowanie - chociaż wiedziałem, że to nic nie da. Nawet Tezcatlipoca nie potrafił cofnąć czasu, co najwyżej go oszukać.br>W końcu Ryszard zniknął z moich snów. Byłem mu za to wdzięczny, bo uwolnił mnie od męki rozigranej wyobraźni, gorączkowo układającej bezsensowne plany alternatywnej rozgrywki. Jedynym, na co mogłem liczyć, był cud niepamięci - na który czekałem z coraz wątlejszą nadzieją, że się kiedyś wydarzy, bo oporna pamięć wciąż przywoływała tamten koszmar.

Teraz pojawił się znowu. Nie leżał na kamieniu, lecz stał wyprostowany, taki sam jak go ostatni raz widziałem, w obszarpanym kombinezonie z logo Mictlanu, z nagim torsem i lewą ręką przyciśniętą do piersi w miejscu, w którym rytualnych rzezakiem wyszarpano mu dziurę i wydarto serce. Patrzył na mnie w milczeniu, a ja i tym razem nie mogłem ruszyć się choć o milimetr, czując w całym ciele ołowiany paraliż. Ryszard prawą dłoń zwinął na kształt trąbki i przyłożył do oka, spoglądając na mnie przez tak powstałą dziurę. Przyglądał mi się tak dość długo, po czym oderwał lewą rękę od piersi i wskazał na krwawą szramę w miejscu serca. Chciałem zapytać, o co mu chodzi, ale oczywiście nie byłem w stanie dobyć z siebie nawet jęku. Ryszard też usiłował coś powiedzieć, poruszał gorączkowo ustami, ale nic nie usłyszałem - jednocześnie zaczął się oddalać, jakby pchnięty jakąś potężną siłą w głąb otaczającej go ciemności. Wtedy poczułem, że krępujące mnie więzy zelżały - wychyliłem się ku niemu, wyciągając ręce, i raptem straciłem grunt pod nogami. Spadałem.

A raczej spadaliśmy obaj. Ryszard znacznie szybciej, gdyż stale oddalał się i malał - widziałem tylko, że wciąż trzyma przed sobą dziurawą pięść; machał nią ku mnie, wskazując palcem drugiej dłoni na otwór. Niewątpliwie coś mi chciał przekazać, ale nie byłem w stanie odgadnąć, o co mu chodzi - stawał się coraz mniejszy i mniejszy, aż zmalał do rozmiarów białej plamki, pojedynczego bajta zagubionego w cybeprzestrzeni. Wreszcie i to znikło. Dalej leciałem sam, czekając, aż odezwie się to chichotliwe wycie, znane z poprzednich słów, ale nic takiego się nie stało. Ogarnięty kokonem ciszy i ciemności, spadałem coraz głębiej w otchłań, wciąż niepewny, czy z jej dna nie wzniesie się ku mnie tryumfalny rechot Tezcatlipoki.
Lecz wokół mnie trwała zastygła cisza i chłodna, roziskrzona dalekimi iskierkami ciemność, w której, mimo rozpaczliwej szamotaniny, powoli się roztapiałem, atom po atomie niknąc w pustce.
Potem nie było już nic.

Obudziło mnie własne spazmatyczne sapanie, przechodzące w charkot. Otworzyłem oczy i wgapiłem się w mrok zalegający w naszej sypialni. Patrycja zamruczała coś niewyraźnie i przewróciła się na drugi bok. Nie chciałem jej budzić, zresztą, głowa tym razem mnie nie bolała. Była raczej pusta i lekka, jakby wydrążona z mózgu. Poleżałem jeszcze chwilę w bezruchu, słuchając spokojnego oddechu Patrycji, potem zapaliłem nocną lampkę i zacząłem grzebać w stojącej obok łóżka szafce, w poszukiwaniu tabletek nasennych - coś tam powinno jeszcze być po historiach sprzed pół roku. Znalazłem ramkę z czterema sztukami dość mocnych prochów.
Zwlokłem się z łóżka i poszedłem do kuchni. Kiedy wróciłem, Patrycja już nie spała. Siedziała na łóżku i patrzyła na mnie z niepokojem, potem dostrzegła szklankę z wodą i leżący na stoliku listek z tabletkami.
- Znowu się zaczęło? - spytała, nie kryjąc zmartwienia.
- Nie - skłamałem. - Nic mi się nie śniło. To chyba przez wczorajszy dzień, wiesz, jakie potrafi być w redakcji wariatkowo, kiedy trzeba oddać materiał do drukarni, a współpracownicy udają, że wczoraj się urodzili.
Patrzyła na mnie z rezerwą i czułem, że nie do końca mi wierzy. Zażyłem dwie tabletki i położyłem się koło niej. Chciałem zgasić światło, ale mnie powstrzymała.
- Naprawdę nic się nie dzieje? - zapytała znowu.
Trudno jest oszukać kobietę prawdziwie inteligentną.
- To tylko przemęczenie - kłamstwo powtórzone wygląda bardziej wiarygodnie. Uśmiechnąłem się do niej, cmoknąłem w policzek i ostentacyjnie ziewnąłem. Zgasiłem światło, ale Patrycja wciąż nie chciała się położyć. Kiedy tabole zaczęły działać i ogarnęła mnie wymuszona senność, wciąż siedziała, obejmując kolana ramionami i wpatrując się w ciemność.

Szkołę rzuciłem jeszcze przed naszym ślubem. Pewne wydawnictwo, któremu sprzedałem kilka bryków dla maturzystów, uznało, że jestem wystarczająco dobry i postanowiło zatrudnić w charakterze redaktora. Nie miałem nic przeciwko temu, zwłaszcza że na wejściu oferowali pieniądze trzy razy większe od belferskiej podstawowej pensji. Mina nowej szkolnej sekretarki, następczyni Krystyny, której wręczyłem prośbę o zwolnienie, naprawdę była godna uwiecznienia - ostatni nauczyciel zwolnił się dobrowolnie jakieś piętnaście lat temu. Ciało gogiczne oczywiście popadło w stan niepomiernego zdumienia, nie mogąc zrozumieć, dlaczego rzucam nauczycielski socjal na rzecz niepewnego wydawniczego biznesu. Postanowiłem ich oświecić i na pożegnanie przygotowałem coś w rodzaju mowy - wygłosiłem ją na ostatniej radzie pedagogicznej, na której byłem obecny. Kiedy dyrektor ogłosił o moim odejściu ze szkoły, wstałem i poprosiłem o głos:
- Moje drogie koleżanki, drodzy koledzy - zagaiłem kordialnie. - Przedstawiciele stanu nauczycielskiego, kwiatu inteligencji polskiej, soli tej ziemi. Wielu z was zapewne jest zdziwionych moją decyzją, wielu zaskoczonych, ale wierzcie mi, nie miałem innego wyjścia. Po blisko dziesięciu latach spędzony w szkole odkryłem oto, że zupełnie nie nadaję się do tego zawodu. Bo to nie jest zawód dla frajerów, a ja, moi drodzy, jestem frajerem, i to ciężkim! Niczym innym jak frajerstwem trzeba nazwać to moje nieszczęsne nauczanie, to przygotowywanie do matury tak, że mogę z czystym sumieniem wystawić stopnie bez nagminnego naciągania dla poprawienia statystki. Głupotą czystą jest moja stuprocentowa zdawalność, i to nie na jakieś marne dwadzieścia parę punktów, ledwo umożliwiających przekroczenie progu egzaminacyjnego. Niczym innym jak skończonym kretynizmem jest fakt, że połowa moich uczniów z powodzeniem walczy na poziomie rozszerzonym. Ćwokiem ostatnim jestem, wracając do domu obładowany tonami sprawdzianów, podczas gdy inni moi koledzy, którym natura łaskawie nie poskąpiła mądrości, w tym samych czasie korkują jak najęci, rozsądnie zbierając kasę na wakacje czy nową meblościankę. Tak, moi drodzy, zaiste baranem jestem, zdzierając gardło w czasie lekcji i usiłując coś objaśnić, zamiast przeczytać kawałek z podręcznika i zadać durnowate ćwiczenia, coby w czasie lekcji mieli jakieś zajęcie i nie dłubali w nosach. Szczytem naiwności jest to, że w czasie tych dziesięciu lat zebrałem w sumie może dwa tygodnie zwolnienia, kiedy wielu moich przezornych kolegów, a zwłaszcza koleżanek, potrafiło przebywać tyle w pracy w ciągu całego roku, jak najbardziej słusznie oszczędzając swe siły na inne, bardziej pożyteczne zajęcia, zamiast marnotrawić je w szkole. Ja oczywiście widziałem to wszystko, ale, o święta naiwności, nijak nie potrafiłem się do was, moi inteligentni i doświadczeni koledzy, dostosować. Obawiam się, że była to kwestia smaku, a pewnie i przyzwoitości, cech niepotrzebnych i szkodliwych, nie tylko w szkole zresztą.
Przerwałem dla nabrania oddechu, bom się lekko zadyszał, wyrzucając z siebie tę tyradę. Wielooczne pedagogiczne ciałostado gapiło się na mnie w milczeniu, całkowicie nieruchawe i bezmyślnie - widocznie tkwili w stuporze, wywołanym mym tak szczerym wyznaniem. Lecz ja dopiero się rozkręcałem.
- Dlatego, moi drodzy towarzysze i towarzyszki w pedagogicznej walce i męczeństwie, podjąłem decyzję o rozstaniu się ze stanem nauczycielskim. Po prostu do was nie pasuję, za głupi jestem. Nie, nie zaprzeczajcie, durnym jest jak sandały kapucyna i nic na to nie mogę poradzić. Więcej, nic z tego nie mam. Co prawda doświadczam tej, jak ją tam zwą, "satysfakcji", bo nawet po wielu latach uczniowie kłaniają mi się na ulicy, ale, jak mi to kiedyś słusznie powiedział Rybak, na chuj mi taka "satysfakcja"? No bo ile "satysfakcji" kosztuje na przykład nowy peugot? Albo wycieczka do ciepłych krajów? Nie, moi kochani, muszę odejść, bo inaczej skończę jak ta Bozowska, siłaczka od Żeromskiego, podręcznikowy po prostu przykład frajerstwa nieskończonego i, co gorsza, nieuleczalnego, co, jak wiadomo, skończyła się dla bohaterki zgonem w nader smutnych okolicznościach. Ja chcę żyć, dlatego muszę was opuścić. A na pożegnanie zaklinam was, nie odpuszczajcie i dalej nieście w naród ten kaganiec oświaty. Krępujcie nim uczniowskie pyski, boż to bydlęta złośliwe i groźnie dla otoczenia. Niech mój przypadek będzie dla was pouczającym przykładem, dlatego przysięgnijcie, tu i teraz: "Nigdy więcej frajerstwa! Tak mi dopomóż Bóg i Święty Krzyż". W imię dobra powszechnego zaklinam was na wszystkie świętości: Pozostańcie sobą! Nie uczcie niczego pożytecznego, opierdalajcie się jak możecie, bierzcie ile się da zwolnień, chlajcie w czasie lekcji, podsyłajcie sobie uczniów na korki, bierzcie łapówki i prezenty, naciągajcie stopnie, miejcie uczniów za głupoli, zakładajcie im umysłowy kaganiec, nie zezwalajcie na myśl własną, bo i tak będzie głupia, a i sami za dużo nie główkujcie, bo to przeszkadza w solidnym spełnianiu obowiązków i nigdy, powtarzam, nigdy nie przestawajcie być prawdziwymi, uczciwymi pedagogami, ozdobami stanu nauczycielskiego. I broń Boże nie odczuwajcie żadnej "satysfakcji", bo zgłupiejecie jak ja i jeszcze zaczniecie się przykładać do roboty. I bądźcie takimi samymi żałosnymi miernotami jak do tej pory - bo przecież lepiej być miernotą niż takim jak ja wybitnym frajerem?
To retoryczne pytanie zawisło pośrodku pokoju nauczycielskiego niczym miecz Damoklesa, ale niczego nie przecięło. Całostado wyszło ze wstępnego szoku i po prostu przestało słuchać, co zresztą miało w zdrowym obyczaju podczas wszelkich rad i narad. Już się we mnie nie wgapiało w bezbrzeżnym zdumieniu, większość belfrów była zajęta tym co zwykle, czyli wyrywaniem sobie tych trzech popularnych brukowców, które kupowali za zbiorczą składkę, kilka starszych osób drzemało z zamkniętymi oczami, widać w swej bogatej karierze pedagogicznej było świadkami nie takich ekscesów. Koleżanki z koła polonistycznego patrzyły z kolei na mnie, lecz nie z zachwytem, a jawnym potępieniem, sprawdzając ukradkiem, czy aby dyrektor to widzi. Norbert udawał, że oddalił się na duchową wycieczkę w rejony bliżej nieokreślone, a jeden z niedawno zatrudnionych nauczycieli, młody fizyk, wymownym gestem dawał do zrozumienia, że mam kuku na muniu. Reszta zgromadzenia zdawała się podzielać jego opinię, może poza Teogderykiem, który przyglądał mi się z kpiarskim uśmieszkiem. Mój zjadliwy sarkazm spłynął po nich jak woda po gutaperce. Byli naprawdę wielcy.
- I to by było na tyle, dziękuję za uwagę - skłoniłem się głęboko niczym aktor po odegraniu marnego skeczu, po czym zacząłem przeciskać się w kierunku drzwi.
- Te, frajer - zapytał ktoś, gdy już uchylałem drzwi na korytarz. - Co ty właściwie będziesz teraz robił?
Przystanąłem i nie odwracając głowy powiedziałem:
- Już mówiłem. Będę żył.
Zamknąłem za sobą drzwi i od tego momentu starałem się wypełnić tę końcową deklarację. Oswobodzony od szkoły, żyłem z Patrycją. Jak się dało, raz lepiej, raz gorzej. Wraz z resztą ludzkości.

Tak oto, zwolniony z misji zbawiania świata, rozpocząłem mieszczański etap swego żywota. Nawet nieźle nam - mnie i Patrycji - szło. Moja małżonka kończyła psychologię i pisała pracę magisterską, ja zasuwałem w wydawnictwie i przynosiłem do domu pieniądze. Nie mogąc zostać bohaterem, zostałem konsumentem, jak wielu innych Polaków, którzy nagle dostrzegli, że jedyne barykady, jakie im pozostały, piętrzą się w hipermarketach w postaci stosów towarów niedostępnych za czasów byłego ustroju. Uskrzydleni duchem romantycznym rzucili się tedy, aby je zdobywać - udowadniając sobie i światu, że są bardziej "normalni" niż sami myśleli.
Tym razem dołączyłem do stada i przekonałem się, że wydawanie forsy bywa nawet przyjemne - tatuś Patrycji, po początkowych fochach i śmiertelnej urazie do córki (bo co to za kariera, mariaż z belfrem?), w końcu pogodził się z nieuniknionym i szarpnął na wcale przyzwoity posag; starczyło i na remont mojego mieszkania, i na podróż na Baleary i parę innych drobiazgów. Po czym zaczęliśmy małżeńskie pożycie w moim niedawnym starokawalerskim mateczniku.
Nie było nawet tak źle. Patrycja okazała się żoną gospodarną, spokojną, wręcz skromną, potrafiła nawet ugotować coś smacznego, co przyjąłem z niejakim zdziwieniem, pamiętając o jej wcześniejszych wyskokach. Widocznie więcej w tym było pozy i popisu, niż autentycznego zaangażowania, na szczęście dla mnie, nie miałem bowiem ochoty na tzw. burzliwe małżeństwo. Jak już być mieszczuchem, to na całe 100 procent, tak sobie założyłem. Chyba zaczynałem się starzeć.
Tamten nie dawał znaku jakiejkolwiek aktywności. Wiedziałem od Tegderyka, że po całopaleniu w Szklarach resztki ludzi Mictlanu poszły w rozsypkę. Przynajmniej tak to z pozoru wyglądało. Samo wydarzenie odbiło się w świecie głośnym echem, a Szklary stały się przez moment sławne. Prasa pisała o największej katastrofie w historii biznesu high-tech, telewizyjne newsy epatowały widzów obrazkami ze spalonego, dymiącego jeszcze gruzowiska i dramatycznymi komentarzami reporterów, obłudnie wyrażającymi współczucie dla ofiar i ich rodzin. Według oficjalnej wersji nikt z kilkuset gości zaproszonych na otwarcie nowej serwerowni nie ocalał, strażacy w doszczętnie wypalonych bunkrach prawie nic nie znaleźli, temperatura wewnątrz była tak wielka, że wszystkie ciała wyparowały, a poniemiecki beton skruszał od żaru na głębokość kilkudziesięciu centymetrów. Rzecz jasna śledztwo na temat przyczyn i przebiegu wypadku nie dało żadnych rezultatów. Po czterech miesiącach resztki kompleksu zalano betonem, gdyż ściany nośne bunkrów w wielu miejscach groziły zawaleniem. Tak zakończono całą sprawę i nikt więcej do niej nie wracał.
Sama korporacja Mictlan Company została tuż po katastrofie błyskawicznie zlikwidowana, a siedziba firmy w Tucumcari i reszta wciąż olbrzymiego majątku sekty zostały ekspresowo sprzedane, często grubo poniżej wartości - z tym, że gotówka uzyskana ze sprzedaży oraz inne depozyty korporacji ulotniły się w tajemniczych okolicznościach. Tak mi przynajmniej mówił bardzo tym zaniepokojony Teogderyk, kiedy się jeszcze z nim widywałem. A potem przestałem. Nie mogłem mu wybaczyć sprawy Ryszarda. A poza tym... Mictlan nie był już moim zmartwieniem. Niech ONI się martwią. W końcu byłem inkwizytorem w stanie dymisji.
Czasem jednak sam sprawdzałem, czy w sieci nie pojawia się coś niepokojącego - nie po to, aby przysłużyć się Teogderykowi, lecz ze względu na Patrycję. Bałem się o dziewczynę, Tezcatlipoca dotarł do niej zbyt blisko. Gdyby on... lub cokolwiek... miało wrócić... Nie chciałem nawet o tym myśleć. Co prawda mogłem liczyć na wirusa Quetzalcoatla, który pojawiał się systematycznie w coraz to nowych wersjach, dostosowanych do kolejnych dziur w Windowsie, krążyły też wersje linuxowe i mackowe. Nie miałem wątpliwości, że przykładał do tego rękę Teogderyk, w końcu od tego był. Chciałem wierzyć, że takie zabezpieczenie wystarczy - lecz między wiarą a pewnością znajdował się cały ocean dręczących wątpliwości.
Ogień w Szklarach nie pochłonął całej sekty, gdzieś tam w świecie tułali się jego ocalali wyznawcy. Byłem pewien, że zrobią wszystko, aby tamten jeszcze raz powrócił, mogli już nawet zacząć jakieś działania... Może z tego powodu moje sny nawiedzał Ryszard? Do tej pory myślałem, że za tymi sennymi koszmarami stoją wyrzuty sumienia. A jeśli ten ostatni sen był... ostrzeżeniem?
Kiedy mi to przyszło do głowy, siedzieliśmy razem w domu, był ciepły letni wieczór, przeglądałem bezwiednie jakąś książkę, pochłoniętym ponurymi myślami o możliwych knowaniach ludzi Mictlanu. Patrycja stukała przy biurku pod oknem w laptopa, co jakiś czas zerkając na mnie z niepokojem. Od czasu tej nieszczęsnej nocy stała się bardzo pobudzona. Nic jej nie mówiłem o swoich podejrzeniach, ale być może instynktownie czuła, że coś jest nie tak. Kobiety już tak mają.
- Nie wyglądasz dobrze - rzuciła raptem znad klawiatury. - Może zrobię ci herbaty? A może zjesz coś, zrobię ci naprawdę pyszną kanapkę.
- Nie, dziękuję, nie przeszkadzaj sobie - uśmiechnąłem się, mając nadzieję, że wypadło to niewymuszenie. - Coś ci się zdaje, nic mi nie jest.
Patrycja wzruszyła ramionami i z powrotem skupiła się na pisanym tekście. Kiedy tak patrzyłem na jej łagodny profil, lekko posrebrzony odblaskiem z ekranu, zdałem sobie sprawę, że, cokolwiek by się nie działo, muszę zrobić wszystko, aby ją ocalić.
Nawet gdybym musiał jeszcze raz mu się przeciwstawić.

Następnego dnia Patrycja poszła rano na uczelnię - ja zostałem w domu, miałem do wykonania wyjątkowo niewdzięczną robotę, polegającą na poprawieniu podręcznika pewnego znanego profesora; z akademickiej cegły trzeba było zrobić coś nadającego się do czytania. Wolałem takie zabagnione teksty poprawiać u siebie, zwłaszcza że miałem bogatą bibliotekę i mogłem od razu sprawdzić wiele źródeł.
Tym razem jednak zacząłem od pogmierania w Internecie. Znajomy informatyk napisał na moje specjalne zmówienie mały a sprytny programik przeszukujący, potrafiący obejść większość powszechnie stosowanych blokad - jego podstawowym zadaniem było odnajdywanie w sieci wszelkich śladów Tezcatlipoki i Mictlanu. Wbiłem do tej przeszukiwarki wszystkie znane mi imiona azteckiego bożka a także kilkadziesiąt kluczowych pojęć dotyczących jego kultu - w nahuatl i hiszpańskim. Aby się dowiedzieć więcej o religii Azteków (w polskich źródłach czy sieci niewiele znalazłem), korespondowałem dłuższy czas z uniwersytetami w Mexico City i Madrycie, a także paroma wybitnymi antropologami i religioznawcami specjalizującymi się w kulturze starożytnego Meksyku. Bardzo mi to pomogło w podniesieniu skuteczności przeszukiwania. Pewnie Teogderyk dysponował czymś lepszym, ale przy jego możliwościach mógł mieć, co chciał.
Zaraz po tym, co stało się w Szklarach, strony i linki Mictlanu zaczęły znikać z sieci, po części za sprawą wirusa, po części - tak mi przynajmniej powiedział Teogderyk - na gwałt likwidowane przez właścicieli. W ciągu kilku dni sekta całkowicie wycofała się z Internetu. Dlaczego? Wirusa Quetzalcoatla można było odbić, jak ktoś się bardzo postarał, choć jego nowe wersje okazywały się coraz skuteczniejsze. Być może sekta, której przecież obcięto głowę (stracili w Szklarach całe swoje naczastwo), naprawdę poszła w rozsypkę. Sprzedali co mieli, posprzątali po sobie, każdy wziął swoją działkę i dał w długą, ciesząc się, że uszedł cało z tej awantury. Tak zrobiliby ludzie obdarzeni bodaj szczątkowym rozsądkiem, ale ci sekciarze byli przecież totalnymi fanatykami! Zbyt wielkie widziałem w ich oczach uwielbienie dla swego idola, abym mógł w to nagłe rozpłyniecie się Mictlanu uwierzyć.
Z tego właśnie powodu co jakiś czas uruchamiałem swoją tajną broń i przepatrywałem sieciowe zasoby. Zwykle trafiałem na strony popularnonaukowe, listy dyskusyjne, encyklopedie i tym podobny sieciowy standard informacyjny. Od czasu, gdy mictlanowcy pozdejmowali swoje strony, nie trafiłem na nic mogącego wzbudzić podejrzenie. Dzisiaj wyglądało na to, że będzie tak samo, wyszukiwarka wyrzuciła te same strony co zwykle; przeglądałem je machinalnie, sprawdzając tylko, czy nie pojawiły się jakieś zmiany i uzupełnienia, którym należałoby się uważniej przyjrzeć.
Ta strona też wyglądała na zupełnie zwyczajną, choć założono ją stosunkowo niedawno i chyba dlatego postanowiłem przeszperać ją nieco dokładniej. Była dziełem grupy studentów wydziału czy też raczej instytutu antropologii jakiegoś prywatnego uniwerku z Nowego Meksyku, specjalizujących się w kulturze przedkortezjańskiej Mezoameryki. Przeglądałem kolejne podstrony tego dość amatorskiego portaliku, nie znajdując niczego, co wzbudzałoby podejrzenie. Zamieścili dużo zdjęć zabytków ze Środkowej Ameryki, przeważnie świątyń i płaskorzeźb Majów, trochę fotek gigantycznych olmeckich kamiennych głów, sporo za to kolorowych grafik przedstawiających meksykańskie bóstwa, a na okrasę jakieś indiańskie hieroglify plus parę dość nieporadnych artykułów o cywilizacjach Tolteków i Zapoteków, i właściwie to byłoby wszystko, standard jak u reszty. Już miałem przejść do innych stron, czekających na przejrzenie, kiedy moją uwagę zwróciła kolorowa rycina przedstawiająca Centeotla, boga kukurydzy. Im dłużej mu się przyglądałem, tym bardziej nabierałem pewności, że coś jest nie tak, jak powinno. Nie byłem jednak w stanie określić, co właściwie mi nie pasuje.
Powiększyłem rysunek, odsunąłem fotel i przyjrzałem mu się z oddalenia. Boga kukurydzy, tak jak zazwyczaj inne postacie azteckiego panteonu, przedstawiono z profilu. Wszystko niby było na miejscu, i pióropusz, i trzymana w ręku kukurydza, ale... oko! Coś było z jego okiem.
Odsunąłem się jeszcze bardziej i wreszcie to dostrzegłem. Widoczne na czerwonej twarzy boga podłużne oko zabarwiono na zielono, wstawiając czarne kółko w miejscu źrenicy. I to właśnie z tym kółkiem było coś nie tak. Z bliska wyglądało całkiem normalnie, zwykła plamka czerni, ale gdy się spojrzało z daleka, zaczynało lekko opalizować i jakby pulsować - nieznacznie, ledwo dało się to dojrzeć. Ukryty link?
Nasunąłem na kółko kursor i kiedy czubek strzałki go dotknął, zamienił się w łapkę. Bezwiednie, nim zdążyłem pojąć, co robię, wdusiłem klawisz myszki.
Strona zwinęła się błyskawicznie i na ekranie pojawił się złoty dysk z otworem pośrodku.
Tlachialoni!
Trwało to może ćwierć sekundy - miałem wrażenie, że ktoś spojrzał na mnie przez dziurę w dysku i naraz wszystko znikło w jaskrawym rozbłysku. Oślepiony, odruchowo zamknąłem oczy. Trwałem tak w ciemności, czując, jak krew tężeje mi w żyłach.
Długo nie mogłem odzyskać wzroku, tarłem rozpaczliwie oczy, usiłując przepędzić czarne plamy, uparcie wirujące w polu widzenia. Kiedy wreszcie przejrzałem, powitał mnie srebrzysty blask bijący z matowoszarej tafli monitora. Skurkowaniec zwiesił mi kompa. Byłem tak rozdygotany, że nie mogłem trafić w przycisk resetu. Komputer nie chciał się ładować, zaskoczył dopiero za piątym razem, mimo że go na przemian błagałem i przeklinałem.
Uruchomiłem na powrót przeglądarkę i nie certoląc się z wyszukiwaniem od razu wskoczyłem na tamtą stronę. Tak jak się spodziewałem, podmienili rysunek. Ten Centeotl nie zawierał żadnego ukrytego linku, podobnie jak inne materiały graficzne. Byłem wściekły na swoją głupotę, bo to przecież przez moje bezmyślne wejście spłoszyli się i dali nogę. Dalsze gmeranie w portalu nie miało sensu. Chciałem zawyć ze złości jak pokąsany do krwi wilk stepowy.
Poszedłem do kuchni i wypiłem dwie szklanki wody, duszkiem, jedna po drugiej. To mnie uspokoiło na tyle, że przynajmniej częściowo odzyskałem jasność myśli. A musiałem myśleć i działać, i to szybko.

I wtedy, nie wiedzieć czemu, stanął mi przed oczami Ryszard, ten ostatniego snu, spoglądający przez dziurę w zwiniętej pięści. Wreszcie wszystko zrozumiałem, niestety zbyt późno.
Dziurawa pieść Ryszarda naśladowała tlachialoni. Mój zamordowany przyjaciel ostrzegał mnie, że tamten wciąż patrzy. I chce wrócić!
Dopiero teraz zrobiło mi się naprawdę niedobrze i poczułem, jak śniadanie wędruje mi do gardła. Bo pomyślałem o Patrycji, o tym, co może się zdarzyć - co się stanie, jeśli czegoś natychmiast nie zrobię.
On będzie chciał mi ją odebrać!
A później zaczął się koszmar.

Tylko ze mną Patrycja mogła być w miarę bezpieczna, dlatego złapałem za telefon, ale jej komórka milczała. Dzwoniłem co minutę, bez rezultatu, aż zrozumiałem, że tracę tylko czas. Wysłałem jej esemesa błagającego o natychmiastowy powrót do domu.
Potem sprawdziłem swoją pocztę - istniała możliwość, że wysłała coś z uczelni czy kawiarenki internetowej, choć zwykły esemes byłby prostszy. E-maila od Patrycji nie było. Z kolei otworzyłem jej laptopa, którego na szczęście ze sobą nie zabrała, tam znalazłem spis podręcznych telefonów - wiedziałem, że miała coś takiego. Wydzwanianie zacząłem od uczelni. Promotor Patrycji dzisiaj jej nie widział, zresztą, byli umówieni na pojutrze. Kaśka, jej serdeczna koleżanka, zdziwiła się bardzo, że poszła na uczelnię, ponieważ dzisiaj nie było żadnych zajęć. Zadzwoniłem do wydziałowej biblioteki, ale tam też jej nie widzieli. Jak to usłyszałem, nieomal wpadłem w panikę. Waliłem się pięścią w czoło i przeklinałem swą bezbrzeżną głupotę. Waliłbym jak wariat głową w mur, gdyby coś to dało.
Po kolejnej szklance wody znowu się trochę uspokoiłem. Nie pozostało mi nic innego, jak obdzwaniać wszystkich po kolei z jej spisu, wykładowców, kolegów, jakichś bliżej nieokreślonych znajomych. Przełamałem się i zadzwoniłem nawet do jej ojca, mimo że teść nadal nie płonął ku mnie specjalnym entuzjazmem. Ale wiadomością o zniknięciu córki przejął się bardzo i obiecał poszukać jej na własną rękę.
Mojej żony nikt nie widział.
Wykonałem do niej kolejne dziesięć połączeń, co trzydzieści sekund, bez rezultatu. Potem zadzwoniłem na policję i przez kilkanaście minut usiłowałem przekonać oficera dyżurnego, że zaginęła mi żona. "Nie ma jej dopiero od trzech godzin?" - zapytał. - "Zgłoszenie o zaginięciu przyjmujemy, jeśli upłynęły co najmniej 24 godziny." Gdy mimo to upierałem się przy wszczęciu poszukiwań, zażądał, abym mu powiedział, na jakiej podstawie sądzę, że żona zaginęła. I tym mnie załatwił. Bo co mu miałem powiedzieć? Że w sieci pojawiły się linki do stron Mictlanu? I że boję się o żonę z powodu azteckiego bożka?
Policjant poradził mi na pożegnanie, abym skontaktował się z siecią komórkową Patrycji i poprosił o namierzenie jej telefonu. Będę przynajmniej w przybliżeniu wiedział, w jakim rejonie miasta przebywa. Kiedy się w końcu dodzwoniłem do obsługi klienta, miła panienka poinformowała mnie, że namierzyć mogą, ale telefon działający. Wyłączony znika z sieci i dopóki się go nie włączy, nici z namierzania. Bardzo była kompetentna. Ja zaś zrozumiałem, że zostało mi tylko jedno.
Telefon Teogderyka znalazłem w starym notesie. Nie przepisałem go do nowego, bo nie sądziłem, że okaże się potrzebny. Nie był to mój jedyny błąd popełniony w tej sprawie. Właściwie to popełniałem same błędy.
Długo nie odbierał, aż byłem gotów cisnąć słuchawkę i po prostu do niego pojechać i na miejscu żebrać o pomoc. W końcu słyszałem jego podszyty ironią głos.
- No i co, w końcu przyszła koza do woza, hę?
Zgrzytnąłem zębami i zostawiłem ten przytyk bez komentarza.
- Dzwonię w sprawie...
- Wiem - uciął. - Nic jej nie jest, możesz przestać wydzwaniać po całym mieście. Myślę, że za dwie godziny będziesz miał swoją żonkę z powrotem.
- Na litość boską, gdzie ona jest, człowieku! - wrzasnąłem, czując, że za chwilę dostanę udaru. - Mictlan wrócił!
- To wiemy - jego głos emanował profesjonalnym spokojem - i obserwujemy, co robią. Patrycji nic nie grozi, przynajmniej na razie.
- Słuchaj, draniu, gdzie jest moja żona? - powtórzyłem, z trudem powstrzymując stek obelg cisnący się na usta.
- Mówiłem ci przecież, że to kontrolujemy - rzucił zimno. - Jak chcesz wiedzieć więcej, to musisz się ze mną spotkać.
Taki już był ten mój niegdysiejszy kolega, zawsze stawiał na swoim. Tym razem musiałem mu ustąpić. I pomyśleć, że początkowo uznałem go za niegroźnego belferskiego szaraczka, wręcz safandułę. Skubaniec doskonale potrafił się kamuflować.
- Gdzie chcesz się spotkać? - zapytałem.
- Niedaleko od ciebie otworzyli niedawno całkiem sympatyczny pub...

Prawie w ogóle się nie zmienił. Ta sama łysa ascetyczna twarz i lekko przygarbiona, chuda postać starzejącego się belfra w przetartej marynarce. Tylko oczy nie pasowały do tego wizerunku: zimne i błyszczące, jak kryształki lodu, znamionujące analityczny i chłodny umysł. Dopiero teraz zauważyłem, że właściwie nie miały określonego koloru. Siedział przy dwuosobowym stoliku w kącie i na mój widok wyszczerzył się serdecznie. Pub wyglądał rzeczywiście na niezgorszy, zrobiono go w ciemnym drewnie, na styl irlandzki.
- Piwo też dają niezłe, na przykład guinnesa, ze świeżej beczki - zagaił, gdy podszedłem do stolika, jakby nie wiedział, że pijatyka to ostatnia rzecz, na jaką miałbym ochotę.
- Gdzie jest Patrycja? - powtórzyłem po raz kolejny tego dnia.
Wzruszył ramionami i sięgnął po kufel, upijając łyk piwa.
- Na nic ci ta wiedza, bo zanim tam dojedziesz, żoneczka będzie już w domu, calutka i nienaruszona - mrugnął do mnie porozumiewawczo, wciąż uśmiechnięty.
Zacisnąłem pięści, gotów trzasnąć go w tę rozpromienioną gębę.
- Słuchaj, bydlaku, jeżeli Patrycji... - zacząłem, ale przerwał mi, unosząc ostrzegawczo palec. Już się nie uśmiechał.
- Teraz ty słuchaj, głupcze - rzucił zimno, cedząc słowa przez zęby, - czy naprawdę sądzisz, że okłamywałbym cię w TEJ sprawie?! Przecież sam wiesz, że nam pewnych rzeczy robić nie wolno.
To było naprawdę mocne. I trochę otrzeźwiło mą rozpaloną mózgownicę. Tak, w TEJ sprawie by mnie nie okłamywał. Jak mówił, nawet nie mógł.
Odsunąłem krzesło i usiadłem naprzeciwko niego. Skinął potakująco głową, niczym grzecznemu uczniowi.
- Będzie w domu za pół godziny. Tyle jeszcze możesz poczekać.
Milczałem, świadom, że siedząc z nim tutaj płacę za tę wiadomość. Cisza przedłużała się, Teogderyk udawał zajętego sączeniem piwa, choć oczywiście obserwował mnie spod oka. W końcu nie wytrzymałem.
- Wiesz, dlaczego zniknęła i wyłączyła komórkę?
Na twarzy Teogderyka zagościł znowu ten wstrętny, ironiczny uśmieszek.
- To już szanowni małżonkowie muszą wyjaśnić między sobą, ponieważ nie zwykłem wtrącać się w cudze sprawy, zwłaszcza rodzinne.
Facet był nie do zatopienia. Odpowiadanie zagadkami musiało go niepomiernie bawić. Chciałem dalej ostentacyjnie pomilczeć, ale nie miało to najmniejszego sensu.
- Od jak dawna wiedzieliście o Mictlanie? - zapytałem.
Teogderyk westchnął ciężko i odstawił kufel.
- Właściwie od zawsze. Nie sądziłeś chyba, że ta cała afera z Mictlan Company, w której miałeś przypadkowo przyjemność uczestniczyć, to była jego jedyna próba? Że nie próbował już wcześniej? I to wielokrotnie.
Ten sukinkot znał mnie na wylot, ponieważ nie raz przychodziło mi to do głowy. Już wtedy, gdy wróciliśmy z całopalenia, byłem przekonany, że będzie chciał wrócić.
- Ta historia w Szklarach - kontynuował - to tylko jedna z wielu wygranych przez nas bitew. Problem w tym, że zawsze jest to zwycięstwo połowicze, a czasem wręcz pyrrusowe. On ucieka i potem wraca. Przyciągacie go jak magnes.
- Dlaczego? - zapytałem, choć znałem odpowiedź. Przynajmniej tak mi się zdawało.
- Bo ON dał wam wolną wolę! - w głosie Teogderyka pojawiła się irytacja. - Pozwolił wam wybierać, nie tylko między dobrem a złem, także miedzy trzeźwością a szaleństwem. To dlatego Tezcatlipoca wciąż powraca. Przyciąga go wasza skłonność do porzucania tego, co znane, na rzecz tego, co nieznane. Jesteście kapryśni jak dzieci, gotowi w każdej chwili rzucić się na nową zabawkę. A on coś takiego dla was ma...
- Wiem - powiedziałem, przypominając sobie rozmowę z Ryszardem. - Świat wirtualnej fantazji, gdzie nie ma góry ani dołu, dobra ani zła... świat rządzony kaprysami nieprzewidywalnego boga. Starożytni Meksykanie zwali go Panem Tu i Teraz, tak jakby ziemia była jedynie chwilowym schronieniem, nad którym władzę sprawuje on, nieprzenikniony bóg. Wierzyli, że na świecie nie było niczego pewnego, żadnego stałego punktu, wszystko zależało wyłącznie od jego woli, która dokonywała się z absolutną pewnością.
Teogderyk w zamyśleniu skubał dolną wargę.
- Będzie stokroć gorzej, jeśli kiedyś wygra. Otworzy przez wami Piekło i zwali Niebo na głowy. I świat, więcej, byt cały stanie się taki, jak u prapoczątków, stanie się...
- Chaosem! - dokończyłem. - Bo przecież on jest pomiotem Chaosu!
- Dobrze kojarzysz - Teogderyk znowu zademonstrował to swoje słynne aprobujące skinięcie. - Tam będzie mógł igrać wami do woli. Lecz skoro tego właśnie chcecie...
- Nikt nie chce, poza paranoikami spragnionymi totalnego obłędu - zaprzeczyłem. - Tezcatlipoca to oszust, władca iluzji, przy którym Szatan mógłby pobierać nauki. Nie obiecywał przecież chaosu, lecz wirtualny raj...
Tym razem uśmiech na jego twarzy był wyraźnie pogardliwy.
- A biedne ludzkie naiwniaczki od razu mu uwierzyły... Zaiste, czasem myślę, że nie zasługujecie na nic więcej.
- Na szczęście ON ma inne zdanie - rzuciłem zgryźliwie. Teogderyk rzucił mi kose spojrzenie i przezornie zmienił temat.
- Tak czy owak - rzekł - będziesz nam potrzebny. Mictlan nie tyle się odradza, co przepoczwarza. Tym razem będzie sprytniejszy, sporo się nauczył. Poprzednio popełnił kilka błędów, bo sieć była dla niego czymś nowym. Kolejny atak będzie znacznie groźniejszy.
Wreszcie to powiedział. I wiedziałem, że to właśnie powie, choć ciągle tlił się we mnie cień nadziei - że to wszystko jest jedynie wytworem mego szalonego umysłu.
- Kiedy? - zapytałem, czując nieprzyjemne mrowienie w okolicy kręgosłupa.
- Tego nie wiemy, zbyt dobrze się konspirują. Może minąć kilka czy kilkadziesiąt lat... On potrafi być cierpliwy, gdy mu na czymś zależy.
Znowu spojrzał na mnie i tym razem nie odczytałem w jego wzroku zwyczajowej kpiny, raczej pełen zadumy... smutek. Potem spojrzał przez okno na ulicę, którą przechodzili ludzie, jak zwykle zaaferowani swoimi licznymi małymi sprawami.
- Inkwizytorzy nie składają dymisji, nie mogą - mówił, nie tyle do mnie, co do siebie. - Częstotliwość ataków narasta, świat coraz bardziej pogrąża się w jego cieniu. Sam przecież dostrzegłeś, że rzeczywistość staje się coraz bardziej splątana i popękana, chaotyczna i niezrozumiała, jakby władzę nad nią przejął obcy bóg, grający wedle nieznanych reguł... To właśnie ten narastający chaos tak go pociąga, bo czuje w nim przedsmak swego przyszłego królestwa. Dlatego, mój niechętny inkwizytorze, musimy być czujni, gotowani zareagować na każde naruszenie harmonii naszego świata, mimo że dobrze wiemy, jak bardzo jest ona niedoskonała. Ale sam mi powiedz, jaka może być dla niej alternatywa?
Milczałem. Znowu mnie mieli. Nie mogłem nic zarzucić jego diabelskiej logice... dlaczego podpisywał się jako "angel"? Równie dobrze mógł być agentem Dołu.
Patrzyłem na ascetyczną twarz Teogderyka i żułem gorycz porażki. Największą bowiem sztuką jest umiejętność godzenia się z tym, co nieuniknione. Nigdy tego nie potrafiłem.

Tak jak obiecał Teogderyk, Patrycja czekała na mnie w domu. W niezgorszej formie, skoro zrobiła mi dziką awanturę o cały ten telefoniczny raban, który wyczyniałem od rana. Kiedy wreszcie włączyła komórkę, ta zatkała się od dziesiątków esemesów i połączeń od zaniepokojonych przyjaciół i rodziny. Musiała ją znowu wyłączyć, zadzwonić z automatu do sieci i poprosić o wykasowanie konta. Musiała głupio się tłumaczyć, że to z powodu męża, cierpiącego chyba na nagły napad zazdrości.
Słuchałem jej wściekłej filipiki nie odzywając się, przytakując tylko wszystkiemu, co mówiła na temat mojej chorej wyobraźni i robaczywych myśli. Moja rozgniewana żona nawet nie wyobrażała sobie, jak się cieszyłem... że po prostu była.
W końcu po kilkunastu minutach tej tyrady jej irytacja przygasła i dostrzegła wreszcie, że przyjmuję wyrzuty bez protestu, z ostentacyjną pokorą i biernością, jak worek treningowy ciosy boksera. Patrycja przyjrzała mi się uważnie i jej gniew zgasł niemal do zera.
- Ty chyba naprawdę jesteś chory - stwierdziła i podeszła bliżej, kładąc mi rękę na czole. - Moim zdaniem masz gorączkę...
- To nic - powiedziałem i objąłem mą żonę wpół, wtulając się w jej miękkie, pachnące ciało. - Powiedz mi tylko, gdzie zginęłaś na tak długo? Naprawdę się niepokoiłem...
Usiadła mi na kolanach i też się do mnie przytuliła. Dobrze było czuć równe bicie jej serca.
- Byłam u lekarza, a komórkę wyłączyłam, żeby nikt nie przeszkadzał...
- Co ci jest? - zaniepokoiłem się. Odsunąłem Patrycję od siebie i przyjrzałem się jej badawczo. Zarumieniła się i z powrotem objęła mnie za szyję.
- Nic wielkiego - szepnęła mi do ucha. - Po prostu będziemy mieli dziecko.
Zamarłem, czując nagłą suchość w ustach. A więc o to chodziło Teogderykowi... bardzo się wyrobił w dowcipach. Z trudem przełknąłem ślinę. Dlaczego zawsze przyjmujemy takie wiadomości ze zgrozą, niczym podsądny przekonany o swej niewinności, który nagle dowiaduje się o dożywociu? Feministki twierdzą, że wynika to z naszej prostackiej konstrukcji.
- Cieszysz się? - zadała mi to sakramentalne pytanie wszystkich kobiet przy nadziei.
- Bardzo, naprawdę, bardzo - udzieliłem jej równie sakramentalnej odpowiedzi.
Przytuliła się do mnie jeszcze mocniej.

Znajdowałem się jakby w środku gigantycznej bani, wypełnionej sinoniebieską wodą morską o niezwykłej wprost przejrzystości. A może była to gruba tafla ołowiowego szkła, podbarwiona bijącą z góry upiorną poświatą? Zdawała się pochłaniać światła stojących na skrzyżowaniu samochodów - miałem wrażenie, że ciemne, burzowe chmury wiszą nie wyżej jak dwadzieścia metrów nad jezdnią. Świat zamarł w bezruchu, wszyscy zdawali się na coś czekać - wreszcie u góry błysnęło coś pomarańczowo, lunęły strugi deszczu, na sygnalizatorze światła zmieniły się na zielone i samochody ruszyły ławą do przodu. Na twarzy poczułem mokry podmuch, a w ustach smak deszczu - nie był to zatem wirtualny spektakl.
Z tyłu trzasnęły drzwi - obejrzałem się za siebie i zobaczyłem, że wychodzi ze sklepu z siatką pełną zakupów: pieczony kurczak, owoce, sałatki, butelka czerwonego wina. Tak to sobie wymyśliliśmy - romantyczna kolacja przy świecach, aby uczcić powiększenie się rodziny.
- Idziemy? - spytała, wymachując siatką. Uśmiechnąłem się do niej i zabrałem zakupy. To był dopiero drugi miesiąc, ale już mogłem zacząć się przyzwyczajać. Przypomniałem sobie, że Meksykanie traktowali dzieci jako dar Tezcatlipoki... bóg dający dobro i zło, zależnie od swego widzimisie - czyż nie jest w tym przerażająco ludzki?
Ująłem Patrycję pod ramię, ciesząc się, że w deszczowym mroku nie widzi mojej niespokojnej twarzy. Tak, oczywiście, że pójdziemy. Zapalę świeczki i zjemy tego kurczaka, pijąc czerwone wino i patrząc sobie w oczy. Będę przy tym myślał o niej... ale chyba przede wszystkim o tym małym człowieczku, którego zapraszaliśmy na ten świat. Ale jaki właściwie świat? Ten, którym będzie władał Tezcatlipoca?
Jeszcze się spotkamy, wiedziałem o tym - podobnie jak i on. Musimy wreszcie rozstrzygnąć, czy jestem lepszym inkwizytorem niż on demonem. Teogderyk miał rację, nie mogłem udawać, że go nie ma, że zniknął gdzieś w otchłani i więcej nie wróci. Tezcatlipoca był zbyt niebezpieczny, jako Bóg i Diabeł w jednej osobie, Piekło i Niebo zmieszane w Chaos, w którym pragnął nas pogrążyć.
Mnie, Patrycję, dziecko. Dlatego musiałem dalej żyć i robić to, co konieczne. Nawet gdyby miało to oznaczać życie w jego cieniu.
- No chodźżesz wreszcie - szturchnęła mnie w bok. - Chyba przestało padać.
Spojrzałem na moją żonę z czułością, o którą jeszcze parę miesięcy temu bym się nie podejrzewał. Ciekawe, o czym pomyśli Patrycja, gdy w świetle świec będzie na mnie patrzeć tymi długimi, egipskimi oczyma? O mnie? O dziecku? O tym, co nas jeszcze czeka? Doprawdy, tego się chyba nigdy nie dowiem. Nawet gdybym dumał o tym do samego końca dziejów.
Choć wiem, co stanie się potem.
Tak, będziemy się kochać. I to nie raz... wiele razy, przez kolejne dni, miesiące i lata. Będziemy się kochać, nawet gdyby władza szalonych bogów sięgnęła krańców świata i uczyniła wszystko tak samo ważnym jak nieważnym, sensownym i bezsensownym. To będzie nasza odpowiedź na tajemny zew mrocznej otchłani.
Bo jeśli miłość nie jest wystarczającą przyczyną naszego istnienia, tu, na ziemi, to co nią jest?

Wrocław, styczeń 2006


Fragment udostępniła Gildia








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2009-09-21 (1362 odsłon)

[ Wróć ]




Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej