Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Graal. Zemsta cieni
 
Katalog - dodano
 Na krawędzi otchłani
- Bernard Minier
 Cieplarnia (wyd.tw.)
- Brian W. Aldiss
 iBoy
- Kevin Brooks
 Fuga (wyd.2)
- Wit Szostak
 Człowiek, który był Czwartkiem
- Gilbert Keith Chesterton
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Pieśń Łuków – Azincourt. Opowieść o największej bitwie średniowiecza'' - Bernard Cornwell



Azincourt to jedno z najżywiej oddziałujących na naszą wyobraźnię epickich wydarzeń w dziejach Anglii. […] Jest to tryumf słabego nad silnym, zwycięstwo prostego żołnierza nad dosiadającym konia rycerzem i stanowczości nad pychą. […] Jest to również opowieść o prawdziwej rzezi i okrucieństwie.
Sir John Keegan – The Face of Battle

I mnóstwo poległych, i moc trupów, i bez końca ciał martwych… tak że o zwłoki ich się potykają.
Na 3, 3

Prolog


W pewien zimowy dzień, tuż przed Bożym Narodzeniem roku Pańskiego 1413, Nicholas Hook postanowił popełnić morderstwo.
Dzień był zimny. Przez całą noc trzymał siarczysty mróz i południowe słońce nie zdołało stopić pokrywającej trawę warstwy bieli. Nie było wiatru, więc cały świat zdawał się siny, zamarznięty i zastygły w bezruchu, kiedy Hook spostrzegł Toma Perrilla na biegnącym dnem płytkiego jaru gościńcu, wiodącym od porastającego wzgórze lasu ku młyńskim pastwiskom.
Dziewiętnastoletni Nick Hook poruszał się jak duch. Był leśniczym i nawet w taki dzień, kiedy najlżejszy odgłos ludzkich kroków mógł zabrzmieć niczym głuchy trzask pękającej kry na rzece, potrafił przemieszczać się bezszelestnie. Teraz szedł pod wiatr w stronę gościńca, na którym Perrill zaprzągł jednego z pociągowych koni lorda Slaytona do ściętego pnia wiązu. Perrill ciągnął drzewo do młyna, aby móc zrobić z niego nowe łopatki do młyńskiego koła. Pracował samotnie, co było dość niezwykłe, ponieważ Tom Perrill rzadko oddalał się od domu bez swego brata lub innego towarzysza, a w dodatku Hook nigdy nie widział go tak daleko od wioski bez łuku zawieszonego na ramieniu.
Nick Hook zatrzymał się na skraju lasu, w miejscu gdzie osłaniały go jeszcze zarośla ostrokrzewu. Zaledwie sto kroków dzieliło go teraz od Perrilla, który przeklinał w głos, ponieważ koleiny na gościńcu zamarzły na dobre i olbrzymi pień wiązu ciągle zahaczał o nie na nierównej drodze, a koń się narowił. Perrill wysmagał go już do krwi, ale nic to nie pomogło i stał teraz z batem w ręku, przeklinając nieszczęsne zwierzę.
Hook wyjął strzałę z torby zawieszonej u boku i upewnił się, że to ta, której chciał użyć. Był to głęboko osadzony myśliwski grot, z ostrzem przystosowanym do tego, by przebić ciało jelenia; pocisk zrobiony po to, by rozerwać tętnice, aby zwierzę wykrwawiło się na śmierć, gdyby Hook nie trafił prosto w serce, co jednak rzadko mu się zdarzało. Gdy miał osiemnaście lat, wygrał zawody strzeleckie trzech hrabstw, pokonując starszych od siebie łuczników, słynnych na pół Anglii, i z odległości stu kroków nie chybiał nigdy.
Położył strzałę na łęczysku. Przez cały czas nie spuszczał Perrilla z oka, gdyż nie musiał przy tym patrzeć ani na pocisk, ani na łuk. Przytrzymał strzałę kciukiem lewej ręki, prawą napinając nieco cięciwę, aby weszła we wzmocniony rogiem rowek w pierzastym końcu drzewca. Potem uniósł broń do strzału, wciąż obserwując najstarszego syna młynarza.
Napiął łuk bez najmniejszego wysiłku, choć większość mężczyzn, którzy nie byli łucznikami, nie dałaby rady naciągnąć cięciwy nawet do połowy. Hook tymczasem przyciągnął ją aż do swego prawego ucha.
Perrill odwrócił się i spoglądał poprzez młyńskie pastwiska na rzekę, wijącą się niczym srebrna wstęga pod bezlistnymi, zimowymi wierzbami. Miał na sobie wysokie buty,
spodnie, kaftan oraz irchowy płaszcz i zupełnie nie zdawał sobie sprawy, że tylko kilka sekund dzieli go od śmierci.
Hook zwolnił cięciwę. Zrobił to bardzo delikatnie i konopna lina nawet nie zadrżała, gdy wypuszczał ją spomiędzy kciuka i dwóch palców prawej ręki.
Strzała mknęła wprost do celu. Hook śledził wzrokiem jej szare pióra, patrząc, jak stożkowate, jesionowe drzewce zakończone stalowym ostrzem sunie prosto w samo serce Perrilla. Wcześniej naostrzył jej klinowaty grot i wiedział, że przeszyje irchowy płaszcz jak pajęczynę.
Nick Hook nienawidził Perrillów, tak jak Perrillowie nienawidzili Hooków. Ta wojna pomiędzy dwiema rodzinami zaczęła się dwa pokolenia temu, kiedy to dziadek Toma Perrilla zabił dziadka Hooka w wiejskiej gospodzie, dźgnąwszy go w oko pogrzebaczem. Stary lord Slayton oświadczył, że stało się to w uczciwej walce, i nie chciał ukarać młynarza. Od tego czasu rodzina Hooków usiłowała się zemścić.
Nigdy im się to nie udało. Ojciec Nicka został skopany na śmierć podczas dorocznego meczu piłki nożnej i nikt nie zdołał nigdy zdemaskować zabójców, chociaż wszyscy wiedzieli, że musieli to być Perrillowie. Piłka wpadła w sitowie za dworskim sadem i pognało za nią dwunastu ludzi, lecz wróciło tylko jedenastu. Nowy lord Slayton wyśmiał sam pomysł nazwania tej śmierci morderstwem. „Gdyby wieszało się człowieka za to, że zabił kogoś podczas gry w piłkę – powiedział – trzeba by powywieszać pół Anglii!”.
Ojciec Hooka był pasterzem. Zostawił dwóch synów i ciężarną wdowę, która zmarła niespełna dwa miesiące po nim, wydawszy na świat martwą córeczkę. Umarła w dzień świętego Mikołaja, kiedy wypadały trzynaste urodziny Nicka, i jego babka stwierdziła, iż zbieżność ta dowodzi, że chłopak jest
przeklęty. Usiłowała więc zdjąć klątwę, używając swych czarów. Dźgnęła go strzałą, wbijając mu ostrze głęboko w udo, a potem kazała chłopcu zabić tą samą strzałą jelenia, mówiąc, że wówczas klątwa ustąpi. Hook wytropił jedną z łań lorda Slaytona i zabił ją tą zakrwawioną strzałą, ale klątwa pozostała. Perrillowie wciąż żyli i wojna pomiędzy dwiema rodzinami trwała nadal. Kiedy w ogrodzie babki Nicka uschła dorodna jabłoń, babka upierała się, że to stara matka Perrillów ją zauroczyła. „Ci Perrillowie zawsze byli śmierdzącymi, parszywymi draniami” – mówiła. Rzuciła więc urok na Toma Perrilla i jego młodszego brata, Roberta, ale ich matka musiała widocznie go odczynić, bo żaden z nich nie zachorował. Znikły za to dwa kozły, które Hook trzymał na wspólnym pastwisku, i cała wieś mówiła, że pewnie zjadły je wilki, lecz Nick wiedział, że to sprawka Perrillów. Żeby się zemścić, zabił ich krowę, lecz to nie było tym samym, co pozbawienie życia jej właścicieli. „To ty masz ich pozabijać!” – powtarzała mu uparcie babka, ale jakoś nigdy nie znalazł okazji. „Niech diabeł sprawi, żebyś plwał łajnem! – przeklinała go zatem. – A potem niech cię zabierze do piekła!”. Kiedy miał szesnaście lat, wyrzuciła go ze swego domu. „Wynoś się stąd, ty bękarcie, i zdychaj z głodu pod płotem!” – warknęła. Wówczas już zaczynało jej się mącić w głowie i nie było sensu się z nią spierać, więc Nick Hook opuścił rodzinny dom i mógłby rzeczywiście umrzeć z głodu, gdyby nie to, że tamtego roku zajął pierwsze miejsce w zawodach strzeleckich dla łuczników z sześciu sąsiednich wiosek, posyłając strzałę za strzałą w sam środek odległej tarczy.
Lord Slayton mianował go swoim leśniczym, co oznaczało, że musiał dbać o to, by stół jego lordowskiej mości wręcz uginał się od dziczyzny. „Lepiej, żebyś polował w majestacie
prawa – stwierdził przy tym lord Slayton – niż wisiał za kłusownictwo”.
A dziś, w dniu świętego Winebalda, tuż przed Bożym Narodzeniem, Nick Hook patrzył, jak jego strzała mknie ku Tomowi Perrillowi.
Wiedział, że przyniesie mu śmierć.
Sunęła wprost do celu, lekko obniżając lot pomiędzy wysokimi, roziskrzonymi od szronu żywopłotami. Tom Perrill nie miał pojęcia, że jest coraz bliżej. Nick Hook uśmiechnął się do siebie.
I wtedy strzała zatrzepotała w powietrzu.
Odpadło jedno z piór. Musiały puścić spoiwo i oprawa i pocisk skręcił w lewo, by rozerwać bok konia i utkwić pod jego łopatką. Zwierzę zarżało żałośnie, stanęło dęba, a potem rzuciło się przed siebie, wyrywając przy tym wielki pień wiązu z zamarzniętych kolein.
Tom Perrill odwrócił się i spojrzał w stronę lasu, po czym zdał sobie sprawę, że w ślad za pierwszą strzałą może nadlecieć druga, więc obrócił się raz jeszcze i pobiegł za zranionym i przerażonym koniem.
Nick Hook znowu zawiódł. Zaiste, był przeklęty.
Lord Slayton opadł na fotel. Ten zgorzkniały mężczyzna po czterdziestce został niegdyś okaleczony w bitwie pod Shrewsbury, gdzie otrzymał cios mieczem w kręgosłup, i nigdy więcej nie miał już stanąć do walki. Teraz spojrzał gniewnie na Hooka.
– Gdzie byłeś w dzień świętego Winebalda?
– A kiedy to było, panie? – spytał Nick niewinnym tonem.
– Ty draniu! – lord Slayton splunął, a jego rządca uderzył Hooka z tyłu kościaną rękojeścią końskiego bata.
– Nie wiem, kiedy to było, panie! – powtórzył uparcie młody leśniczy.
– Dwa dni temu! – rzekł sir Martin. Był on szwagrem lorda Slaytona i kapłanem pełniącym posługę w wiosce i we dworze. Rycerz był z niego mniej więcej taki jak z Hooka, ale lord Slayton nalegał, aby zwracać się doń „sir”, z uwagi na jego szlacheckie pochodzenie.
– Aha! – Hook udał, że nagle wraca mu pamięć. – Przycinałem jesionowy zagajnik pod Żebraczym Wzgórzem, panie.
– Kłamiesz! – stwierdził stanowczo lord Slayton. William Snoball, dworski rządca i dowódca łuczników jego lordowskiej mości, uderzył Nicka raz jeszcze, rozcinając końcem bata skórę na czaszce leśniczego. Po głowie Hooka pociekła krew.
– Klnę się na mój honor, panie! – łgał zapamiętale Hook.
– Na honor całej rodziny Hooków – rzekł oschle lord Slayton, po czym spojrzał na młodszego brata Nicka, siedemnastoletniego Michaela. – A ty gdzie wtedy byłeś?
– Kryłem strzechą kościelną kruchtę, panie – odparł Michael.
– To prawda – potwierdził sir Martin. Kapłan, kościsty i niezgrabny w swej poplamionej sutannie, obdarzył przy tym młodszego brata Nicka grymasem, który miał przypominać uśmiech. Zresztą Michaela lubili wszyscy. Wydawało się, że nawet Perrillowie nie czują doń tej nienawiści, jaką darzyli
całą resztę rodziny Hooków. Michael był blondynem, podczas gdy Nick brunetem, a w dodatku miał pogodne usposobienie, w przeciwieństwie do swego ponurego brata.
Obok obydwu Hooków stali teraz bracia Perrillowie. Thomas i Robert byli wysocy, szczupli i nieproporcjonalnie zbudowani. Mieli głęboko osadzone oczy, długie nosy i wystające podbródki. Ich podobieństwo do sir Martina było wręcz uderzające, więc cała wieś, z szacunkiem należnym szlachetnie urodzonemu duchownemu, przyjęła do wiadomości, że obaj są synami młynarza, a mimo tego traktowała ich z niezwykłym poważaniem. Rodzina Perrillów cieszyła się przy tym niepisanymi przywilejami, ponieważ wszyscy zdawali sobie sprawę, że bracia mogli zwrócić się o pomoc do sir Martina, kiedy tylko poczuli się zagrożeni.
Zaś tym razem Tom Perrill nie tylko poczuł się zagrożony, lecz omal nie został zabity. Szaropióra strzała, która leżała teraz na stole w zamkowej sali, minęła go ledwie o szerokość dłoni. Lord Slayton wskazał ją ręką i skinął na swego rządcę, by zbliżył się do stołu.
– To nie nasza strzała, panie – rzekł William Snoball, przyjrzawszy się pociskowi.
– Chodzi ci o te szare pióra? – spytał lord Slayton.
– Nikt w tych stronach nie używa piór szarej gęsi – rzekł z ociąganiem Snoball, złowieszczo łypiąc okiem na Hooka. – Na pewno nie do wyrobu strzał. W ogóle zresztą do niczego!
Lord Slayton spojrzał na Nicka Hooka. Znał całą prawdę. Znali ją wszyscy obecni, być może z wyjątkiem Michaela, który był ufny i naiwny.
– Każ go wychłostać! – zaproponował sir Martin.
Hook wpatrywał się w gobelin wiszący pod galerią zamkowej sali. Przedstawiał on odzianego jedynie w przepaskę
biodrową i hełm mężczyznę, wbijającego włócznię w brzuch ogromnego niedźwiedzia. Myśliwemu przyglądała się kobieta, która nie miała na sobie nic, prócz wstęgi z półprzezroczystej tkaniny. Wspierające galerię stuletnie dębowe belki poczerniałe były od dymu z paleniska.
– Każ go wychłostać – powtórzył ksiądz – albo obetnij mu uszy.
Hook zniżył wzrok, by spojrzeć na lorda Slaytona, i bodaj tysięczny już raz zaczął się zastanawiać, czy czasem nie ma przed oczyma własnego ojca. Nick miał twarz Slaytonów, z wystającymi kośćmi policzkowymi; to samo zachmurzone czoło, te same szerokie usta, takie same czarne włosy i ciemne oczy. Był identycznego wzrostu i posiadał taką samą fizyczną siłę, jaką szczycił się sam lord, nim miecz buntownika przetrącił mu grzbiet i zmusił go do używania obitych skórą kul, które stały teraz oparte o jego fotel. Jego lordowska mość odwzajemnił to spojrzenie, niczego jednak nie dając po sobie poznać.
– Ta wasza wojna ma się skończyć! – rzekł w końcu, wciąż spoglądając na Hooka. – Rozumiesz? Nie będzie więcej trupów. – Wskazał palcem na Nicka. – Jeśli zginie ktoś z rodziny Perrillów, Hook, ja zabiję ciebie i twojego brata. Rozumiesz, co do ciebie mówię?
– Tak, panie.
– A jeśli umrze któryś z Hooków – rzekł jego lordowska mość, spoglądając teraz na Toma Perrilla – ty i twój brat zawiśniecie na dębie.
– Tak, panie – przytaknął Perrill.
– Morderstwo trzeba by najpierw udowodnić – wtrącił się sir Martin. Odezwał się raptownie i nieoczekiwanie, a w jego głosie słychać było oburzenie. Często zdawało się,
że niezdarny kapłan żyje w innym świecie, a jego myśli krążą gdzieś daleko. Potem nagle na powrót zaczynał poświęcać uwagę swemu otoczeniu, pospiesznie wyrzucając z siebie cały potok słów, jakby chciał nadrobić stracony czas. – Udowodnić! – powtórzył. – Tak jest, udowodnić, mówię!
– Nie! – uciszył swego szwagra lord Slayton i aby podkreślić, że się z nim nie zgadza, uderzył dłonią w drewnianą poręcz swego fotela. – Jeżeli którykolwiek z was czterech zginie, powieszę całą resztę! Co mi tam! Jeśli któryś z was pośliźnie się, wpadnie do młynówki i utonie, ja uznam to za morderstwo. Zrozumiano? Nie zniosę tej waszej wojny ani chwili dłużej!
– Nie będzie żadnych morderstw, panie – rzekł pokornie Tom Perrill.
Lord Slayton znów spojrzał na Hooka, czekając na podobne zapewnienie z jego strony, ale Nick milczał.
– Chłosta nauczy go posłuszeństwa, panie – zasugerował Snoball.
– On już dostał baty! – odparł lord Slayton. – Kiedy to ostatnio wziąłeś w skórę, Hook?
– Na świętego Michała, panie.
– I czego cię to nauczyło?
– Tego, że ręka pana Snoballa coraz bardziej słabnie, panie – wypalił Hook.
Stłumiony śmiech sprawił, że Hook spojrzał w górę i ujrzał jaśniepanią, która przyglądała się całej scenie, ukryta w cieniu galerii. Żona lorda Slaytona nie miała dzieci. Jej brat, ksiądz, płodził bękarta za bękartem, a pani Slayton była bezpłodna i zgorzkniała. Hook wiedział, że potajemnie odwiedzała jego babkę, szukając jakiegoś lekarstwa, ale przy
najmniej ten jeden raz czary staruszki nie doprowadziły do narodzin dziecka.
Snoball mruknął tylko coś gniewnie na takie zuchwalstwo Hooka, ale lord Slayton zdradził swe rozbawienie przelotnym, acz szerokim uśmiechem.
– Precz! – rozkazał teraz. – Wynoście się stąd wszyscy, oprócz ciebie, Hook. Ty zostajesz.
Lady Slayton patrzyła jeszcze, jak pozostali mężczyźni opuszczają zamkową salę, po czym odwróciła się i znikła w jednej z komnat znajdujących się w głębi, za galerią. Jej małżonek dłuższą chwilę wpatrywał się bez słowa w Nicka Hooka, aż wreszcie rzekł, wskazując ręką szaropiórą strzałę leżącą wciąż na dębowym stole.
– Skąd ją wziąłeś, Hook?
– Pierwszy raz ją widzę, panie.
– Jesteś kłamcą, Hook. Kłamcą, złodziejem, oszustem i łotrem, a nie wątpię, że także i mordercą. Snoball ma rację. Powinienem kazać cię chłostać aż do kości. A może powinienem po prostu cię powiesić. Świat byłby wtedy lepszy, co? Taki świat bez Hooka.
Nick nie odezwał się na to ani słowem. Spoglądał tylko na lorda Slaytona. W palenisku pękła jakaś kłoda, rozsypując wokół deszcz iskier.
– Tylko że jesteś też, cholera, najlepszym łucznikiem, jakiego w życiu widziałem – dodał po chwili wahania lord Slayton. – Daj mi tę strzałę.
Hook podniósł szaropióry pocisk i podał go jego lordowskiej mości.
– Mówisz, że pióro odpadło w locie? – spytał lord Slayton.
– Na to wygląda, panie.
– Nie znasz się na robieniu strzał, co, Hook?
– Cóż, panie, nie tak dobrze, jakbym chciał. Nie umiem nadać drzewcom odpowiedniego kształtu.
– Do tego potrzebny jest porządny strug – rzekł lord Slayton, sprawdzając wytrzymałość pozostałych piór. – To skąd masz tę strzałę? – spytał. – Od jakiegoś kłusownika?
– Zabiłem jednego w zeszłym tygodniu, panie – rzekł ostrożnie Nick.
– Nie jesteś od tego, by ich zabijać, Hook, tylko od tego, żeby przyprowadzać ich do mnie, abym to ja mógł ich osądzić i zabić.
– Drań ustrzelił łanię w Drozdowym Lesie – wyjaśnił Hook – i uciekał, więc wpakowałem mu w plecy myśliwski grot i pochowałem go pod Wzgórzem Cassella.
– Kto to był?
– Jakiś włóczęga, panie. Pewnie przechodził tylko przez te okolice. Nie miał przy sobie nic prócz łuku.
– Łuku i kołczanu pełnego szaropiórych strzał – dodał jego lordowska mość. – Masz szczęście, że koń mi nie padł. Wtedy kazałbym cię powiesić.
– Cezara ledwie drasnęło, panie – rzekł lekceważąco Hook. – To tylko małe rozcięcie skóry.
– Skąd możesz wiedzieć, skoro nie widziałeś?
– Słucham, co ludzie we wsi gadają, panie – odparł leśniczy.
– Ja też mam uszy, Hook, i słyszę niejedno! – zaczął lord Slayton. – Masz zostawić Perrillów w spokoju! Słyszysz mnie? Daj im święty spokój!
Nick nie wierzył może w nazbyt wiele rzeczy, ale w jakiś sposób zdołał sam siebie przekonać, że ciążąca na nim klątwa zostanie zdjęta, jeśli tylko uda mu się zabić obu braci
Perrillów. Nie był jedynie pewien, na czym klątwa ta polega, chyba że chodziło o to niepokojące przeświadczenie, iż życie nie kończy się na tym, co ma mu do zaoferowania tutejszy dwór. Kiedy jednak myślał o tym, żeby porzucić służbę u lorda Slaytona i uciec, zaczynało go nękać ponure przeczucie, iż czeka go jakieś niewidzialne i niepojęte nieszczęście. Na tym właśnie polegała najwyraźniej jego klątwa, której nie umiał zdjąć inaczej, jak tylko popełniając morderstwo. Pomimo to posłusznie skinął teraz głową.
– Słucham, panie.
– Masz słuchać i zrobić, co mówię! – rzekł jego lordowska mość, po czym cisnął strzałę w ogień, gdzie leżała przez moment, aż wreszcie zapłonęła jasnym płomieniem. „Szkoda porządnego grotu” – pomyślał Hook. – Sir Martin cię nie lubi, Hook – ciągnął dalej lord Slayton, nieco ściszonym głosem. Znacząco uniósł przy tym wzrok ku górze i Hook pojął, że jego lordowska mość chce wiedzieć, czy jego małżonka wciąż jeszcze stoi na galerii. Nick w ledwie dostrzegalny sposób potrząsnął głową. – Wiesz, dlaczego on cię tak nienawidzi? – spytał lord Slayton.
– Nie jestem pewien, czy on w ogóle kogoś lubi, panie – odparł wymijająco Hook.
Lord Slayton przypatrywał mu się przez chwilę w zadumie.
– A co do Willa Snoballa, to masz rację – rzekł wreszcie. – Rzeczywiście jest coraz słabszy. Wszyscy się starzejemy, Hook, i niedługo będę potrzebował nowego setnika. Rozumiesz, co mówię?
Setnik przewodził kompanii łuczników, a odkąd tylko Hook sięgał pamięcią, funkcję tę pełnił William Snoball. Był on też dworskim rządcą i te dwa stanowiska uczyniły zeń
najbogatszego człowieka w służbie lorda Slaytona. Hook skinął więc głową.
– Rozumiem, panie – wymamrotał.
– Sir Martin uważa, że moim nowym setnikiem powinien być Tom Perrill. A przy tym boi się, że mianuję ciebie, Hook. Nie mam pojęcia, skąd mu to przyszło do głowy. Może ty wiesz?
Hook spojrzał w twarz jego lordowskiej mości. Kusiło go, żeby spytać o swoją matkę, i o to, jak dobrze lord Slayton ją znał, ale się powstrzymał.
– Nie, panie – rzekł zamiast tego z pokorą.
– Zatem miej się na baczności, Hook, kiedy pojedziesz do Londynu. Sir Martin będzie ci towarzyszył.
– Do Londynu?!
– Dostałem taki rozkaz – wyjaśnił lord Slayton. – Każą mi wysłać moich łuczników do Londynu. Byłeś tam kiedyś?
– Nie, panie.
– No to pojedziesz. Nie wiem tylko po co, bo w liście nie ma o tym ani słowa. Lecz moi łucznicy udadzą się do Londynu, ponieważ król tak sobie życzy. Może będzie wojna? Sam nie wiem. Ale jeśli będzie wojna, Hook, to nie chcę, żeby moi ludzie pozabijali się nawzajem. Na miłość boską, Hook, nie zmuszaj mnie, żebym cię powiesił!
– Postaram się, panie.
– A teraz idź już. Powiedz Snoballowi, żeby do mnie przyszedł. No już, idź!
Hook wyszedł z sali.
Był styczniowy dzień. Wciąż dokuczał ziąb. Chmury wisiały nisko i panował półmrok, choć minęła ledwie połowa poranka. O świcie szalała śnieżyca, ale potem śnieg stopniał. Kryte strzechą dachy pobielił szron, a na nielicznych kałużach, które nie zostały jeszcze wdeptane w błoto, lśniła cieniutka warstwa lodu. Nick Hook, długonogi, barczysty, ciemnowłosy i pochmurny, siedział przed wejściem do gospody wraz z siedmioma towarzyszami, wśród których był jego brat i obaj Perrillowie. Miał na sobie sięgające kolan buty z ostrogami, dwie pary spodni dla ochrony przed zimnem, wełnianą koszulę, podszyty skórą kaftan i krótką lnianą opończę przyozdobioną herbem lorda Slaytona: złotym półksiężycem i trzema gwiazdami tej samej barwy. Cała ósemka nosiła skórzane pasy z przytroczonymi sakiewkami, długimi sztyletami i mieczami oraz to samo godło, choć ktoś obcy musiałby dobrze im się przyjrzeć, aby dostrzec księżyc i gwiazdy, gdyż kolory były wyblakłe, a opończe brudne.
Nikt jednak im się nie przyglądał, ponieważ uzbrojeni ludzie z herbami na piersiach oznaczali kłopoty. W dodatku tych ośmiu było łucznikami. Nie mieli ze sobą ani łuków, ani kołczanów, ale już sama szerokość ich barów zdradzała, że to mężczyźni, którzy są w stanie napiąć cięciwę bojowego łuku, sprawiając przy tym, że wyda się to igraszką. Ci łucznicy stanowili jedną z przyczyn strachu, który zapanował dziś na ulicach Londynu. Strach ten był tak dojmujący jak fetor miejskich rynsztoków i wszechobecny jak zapach palonego drewna. Drzwi domów pozamykano. Nawet żebracy gdzieś znikli, a ci nieliczni ludzie pojawiający się w mieście, którzy sami wywoływali ów strach, też woleli mijać ośmiu łuczników, przechodząc drugą stroną ulicy.
– Jezu Chryste! – przerwał ciszę Nick Hook.
– Jak chcesz się modlić, to idź do kościoła, dupku! – rzekł Tom Perrill.
– Prędzej narobię na pysk twojej matce – odburknął Hook.
– Wy dwaj! – wtrącił się William Snoball – Siedźcie cicho!
– Nie powinniśmy tu przyjeżdżać – mruknął Hook. – Londyn to nie miejsce dla nas.
– Ale już tu jesteś – rzekł William Snoball – więc przestań jęczeć.
Gospoda mieściła się na rogu wąskiej ulicy wiodącej na obszerny plac targowy. Jej godło – malowany drewniany byk – zawieszone było na potężnej belce przymocowanej do szczytu dachu i sięgającej aż do solidnego słupa wkopanego w ziemię na targowisku. Wokół placu widać było jeszcze więcej łuczników, noszących rozmaite barwy. Wszyscy oni zostali przysłani do Londynu przez swych panów, choć żaden z nich nie wiedział, gdzie ci panowie teraz są. Dwóch księży, niosących zwoje pergaminu, przechodziło pospiesznie drugą stroną ulicy. Gdzieś w głębi miasta odezwał się dzwon. Jeden z księży spojrzał ukradkiem na łuczników noszących półksiężyc i trzy gwiazdy, po czym omal się nie potknął, kiedy Tom Perrill splunął.
– Na miłość boską, co my tutaj robimy? – spytał Robert Perrill.
– Bóg nam tego nie powie – odparł cierpko Snoball – ale jestem pewien, że spełniamy dzieło boże.
Dzieło boże polegało na pilnowaniu wylotu ulicy wiodącej na targowisko i łucznicy dostali rozkaz, by nie przepuszczać nikogo, bez względu na płeć, ani w jedną, ani w drugą stronę. Rozkaz ten nie dotyczył jednak księży ani konnej
szlachty, a jedynie prostych ludzi, którzy sami mieli dość rozumu, aby siedzieć w domach. Przepuścili już co prawda siedem ręcznych wózków, ciągniętych przez obdartych mężczyzn i wyładowanych chrustem, beczkami, kamieniami i długimi drewnianymi balami, ale obdartusom tym towarzyszyli zbrojni jeźdźcy w królewskich barwach, więc łucznicy pozwolili im przejechać, zachowując ciszę i spokój.
Z gospody wyszła pulchna dziewczyna o twarzy pokrytej bliznami i przyniosła im dzban piwa. Napełniała łucznikom kufle, a jej oblicze pozostało niewzruszone, gdy Snoball wsadził rękę pod ciężkie fałdy jej spódnicy. Czekała, aż skończy, po czym wyciągnęła dłoń w wymownym geście.
– O nie, moja kochana – odrzekł Snoball. – Zrobiłem ci przyjemność, więc to ty powinnaś mnie jakoś wynagrodzić.
Dziewczyna odwróciła się i znikła w drzwiach gospody. Michael, młodszy brat Nicka Hooka, spuścił wzrok i gapił się w blat stołu, a Tom Perrill uśmiechnął się szyderczo, widząc jego zakłopotanie, ale nie odezwał się ani słowem. Michael był zbyt poczciwy, by się obrażać, więc droczenie się z nim nie dawało żadnej satysfakcji.
Starszy z braci Hooków obserwował tymczasem zbrojnych w królewskich barwach, którzy zatrzymali wózki na środku targowiska, gdzie w dwóch wielkich beczkach ustawili pionowo dwa długie pale. Teraz właśnie mocowali je na swoim miejscu, napełniając beczki żwirem i kamieniami. Jeden ze zbrojnych sprawdził jeszcze, czy pal trzyma się jak należy, usiłując go przechylić lub ruszyć z miejsca, ale najwyraźniej zadanie zostało wykonane jak trzeba, gdyż nie był w stanie przesunąć wysokiej belki ani o cal. Zeskoczył więc na ziemię, a robotnicy zaczęli układać wokół obydwu beczek wiązki chrustu.
– Chrust jego królewskiej mości pali się jaśniejszym płomieniem – oświadczył Snoball.
– Naprawdę? – spytał Michael Hook. Skłonny był uwierzyć we wszystko, co mu się mówiło, i teraz również niecierpliwie czekał na odpowiedź, lecz pozostali zignorowali jego pytanie.
– No nareszcie! – rzekł zamiast tego Tom Perrill i Hook ujrzał niewielki tłumek, wyłaniający się z kościoła, stojącego po przeciwnej stronie targowiska. Składał się on z ludzi o zupełnie zwyczajnym, przeciętnym wyglądzie, ale otaczali go żołnierze, mnisi oraz kapłani, a jeden z tych ostatnich skierował się teraz ku gospodzie zwanej „Pod Bykiem”.
– Jest i sir Martin – rzekł Snoball, jak gdyby jego towarzysze mieli nie rozpoznać księdza, który zbliżając się do nich, uśmiechnął się szeroko. Hooka przeszył dreszcz nienawiści na widok węgorzowatej postaci sir Martina, sunącego ku nim swym rozkołysanym krokiem, z wykrzywioną twarzą i dziwnymi, pełnymi napięcia oczyma, według niektórych spoglądającymi już na inny świat, choć zdania były podzielone co do tego, czy kapłan oglądał nimi niebo czy też piekło. Babka Hooka nie miała w tej kwestii najmniejszych wątpliwości. „Ukąsiła go piekielna bestia – mawiała często – i gdyby nie urodził się szlachcicem, już dawno by wisiał”.
Kiedy ksiądz podszedł bliżej, łucznicy, choć z ociąganiem, wstali jednak na znak szacunku.
– Czeka was dzieło boże, chłopcy – rzekł na powitanie. Jego ciemne włosy przyprószone były na skroniach siwizną i mocno przerzedzone na czubku głowy. Nie golił się od kilku dni i jego długi podbródek pokrywała biaława szczecina, przypominająca Hookowi szron. – Potrzebujemy drabiny – rzekł sir Martin – a sir Edward przyniesie sznur. Miło popa
trzeć, jak szlachta pracuje, co? Potrzebna nam długa drabina. Musi tutaj jakaś być.
– Drabina? – spytał Will Snoball takim tonem, jakby nigdy o czymś podobnym nie słyszał.
– Owszem, i to długa – odparł sir Martin. – Tak długa, żeby sięgnęła tej belki – dodał, wskazując ruchem głowy wiszące ponad nimi godło gospody. – Długa, bardzo długa – zakończył z roztargnionym wyrazem twarzy, jakby już zapominał, co właściwie miał zrobić.
– Poszukajcie drabiny – rozkazał Will Snoball dwóm spośród łuczników. – Tylko długiej!
– Krótkie drabiny są na nic, gdy chodzi o dzieło boże – rzekł sir Martin, wracając myślami do rzeczywistości. Zacierając swe kościste dłonie, wykrzywił twarz w dziwnym grymasie i przyjrzał się Hookowi. – Wyglądasz, jakbyś był chory, Hook – dodał z satysfakcją, jakby miał nadzieję, że Nick jest już umierający.
– To piwo jakoś dziwnie smakuje – odrzekł Hook.
– To dlatego, że dzisiaj mamy piątek – odrzekł ksiądz – a w środy i piątki powinieneś się powstrzymywać od picia piwa. Twój patron, błogosławiony Mikołaj, w środy i piątki nie chciał nawet ssać piersi swojej matki i z tej historii płynie dla nas morał! Nie możesz wtedy używać żadnych przyjemności, Hook. Żadnego piwska, żadnych radości i żadnych cycków w środy i piątki, taki już twój los po wieczne czasy! A dlaczego, Hook? Co? Dlaczego? – sir Martin przerwał na chwilę, a jego podłużną twarz wykrzywił złośliwy grymas. – Dlatego, że ssałeś przed snem obwisłe cycki złej kobiety!

„Dzieciom jej nie okażę litości, mówi Pismo, matka ich bowiem uprawiała nierząd”*.
Tom Perrill zachichotał.
– Co będziemy robić, ojcze? – spytał znużonym tonem Will Snoball.
– Spełniać dzieło boże, panie Snoball. Święte dzieło boże. Do roboty!
Drabina znalazła się właśnie wtedy, kiedy sir Edward Derwent przemierzył targowisko z czterema kawałkami sznura oplecionymi wokół swych szerokich ramion. Sir Edward był rycerzem i nosił te same barwy co łucznicy, choć jego opończa była czystsza, a widniejące na niej kolory jaśniejsze. Był to przysadzisty mężczyzna o potężnych barach i twarzy zeszpeconej w bitwie pod Shrewsbury, gdzie cios dwuręcznego topora rozpłatał mu hełm, strzaskał kość policzkową i odrąbał ucho.
– To sznury od kościelnych dzwonów – wyjaśnił, ciskając na ziemię ciężkie zwoje liny. – Trzeba je przywiązać do tej belki, ale ja nie będę właził na żadną drabinę.
Sir Edward dowodził ludźmi lorda Slaytona i budził tyleż szacunku, co strachu.
– Zajmij się tym, Hook – rozkazał.
Hook wspiął się na drabinę i przywiązał sznury od kościelnych dzwonów do poprzecznej belki. Używał przy tym tego samego węzła, którym mocowałby konopną cięciwę w nacięciu łęczyska, mimo iż tak grubymi linami znacznie trudniej było manipulować. Kiedy skończył, zjechał na ziemię po ostatnim ze sznurów, aby pokazać, że jest porządnie zawiązany.
– Załatwmy to i tyle – rzekł cierpko sir Edward – a może wtedy będziemy mogli opuścić to przeklęte miejsce. Czyje to piwo?
– Moje, sir Edwardzie – odrzekł Robert Perrill.
– Teraz już moje – stwierdził sir Edward i opróżnił kufel. Miał na sobie kolczugę nałożoną na skórzany kaftan, a na wierzchu nosił jeszcze opończę z półksiężycem i gwiazdami. U jego boku wisiał miecz. Broń ta nie miała w sobie nic szczególnego. Hook wiedział, że ostrze pozbawione było jakichkolwiek zdobień, jelec wykonano z żelaza, a rękojeść stanowiły dwa kawałki drzewa orzechowego przymocowane do trzpienia. Miecz stanowił dla sir Edwarda narzędzie pracy i właśnie nim powalił buntownika, którego topór pozbawił go połowy twarzy.
Tymczasem niewielki tłumek zapędzony został przez żołnierzy i kapłanów na środek targowiska, gdzie większość uklękła i zaczęła się modlić. Tworzyli go zarówno mężczyźni, jak i kobiety, w różnym zresztą wieku. W sumie było tam może około sześćdziesięciu osób.
– Nie damy rady spalić ich wszystkich – rzekł z żalem sir Martin – więc większość wyślemy do piekła prosto ze stryczka.
– Jeśli to heretycy – mruknął sir Edward – to wszyscy powinni spłonąć na stosie.
– Gdyby Bóg tego pragnął – rzekł z nutką pewnej surowości w głosie sir Martin – to zadbałby o to, abyśmy mieli dosyć chrustu.
Na ulicach pojawiało się teraz coraz więcej osób. Strach spowijał wciąż miasto, ale ludzie w jakiś sposób wyczuli, że chwila największego zagrożenia już minęła, więc schodzili
się na targowisko, a sir Martin kazał łucznikom ich przepuszczać.
– Powinni sobie na to popatrzeć – wyjaśniał przy tym.
Tłum zbierający się na targowisku był ponury, a jego sympatia wyraźnie zwracała się ku więźniom, a nie ich strażnikom, choć tu i ówdzie jakiś ksiądz lub braciszek wygłaszał już improwizowane, płomienne kazanie, mające objaśnić przybyłym sens wydarzeń, których byli świadkami. Skazani – tłumaczyli kaznodzieje – to wrogowie Chrystusa. Są niczym chwasty pośród łanu dorodnej pszenicy. Dano im szansę okazania skruchy, lecz oni odrzucili ten gest miłosierdzia, więc muszą teraz stanąć wobec swego wieczystego przeznaczenia.
– Co to za jedni? – spytał Hook.
– To lollardowie – wyjaśnił sir Edward.
– A kto to jest lollard?
– Heretyk, ty przygłupie! – stwierdził z zadowoleniem Snoball. – Ci dranie mieli się tutaj spotkać i podnieść bunt przeciwko naszemu miłościwemu królowi, ale zamiast tego trafią prosto do piekła.
– Nie wyglądają na buntowników – rzekł Hook. Większość więźniów stanowili ludzie w średnim wieku; było też kilka osób starszych i garstka bardzo młodych. Znajdowały się wśród nich także kobiety i dziewczęta.
– Nieważne, jak wyglądają – odparł Snoball. – To heretycy i muszą umrzeć.
– Taka jest wola Boga – potwierdził sir Martin.
– Ale dlaczego to heretycy? – dopytywał się Hook.
– Ależ jesteśmy dzisiaj ciekawscy! – rzekł szorstko kapłan.
– Ja też chciałbym to wiedzieć – wtrącił się Michael.
– Ponieważ Kościół mówi, że są heretykami – warknął sir Martin, po czym dodał, nieco łagodniejszym już tonem: – Czy wierzysz, Michaelu Hooku, że kiedy unoszę w górę hostię, to ona przemienia się w najświętsze, umiłowane i mistyczne ciało naszego Pana, Jezusa Chrystusa?
– Pewnie, że wierzę, ojcze!
– No widzisz! A oni nie wierzą – rzekł ksiądz, wskazując ruchem głowy klęczących w błocie targowiska lollardów. – Wierzą, że chleb nadal pozostaje chlebem, co czyni z nich durniów, którzy mają kloakę zamiast mózgu. A czy wierzysz w to, że nasz błogosławiony Ojciec Święty jest namiestnikiem Chrystusa na ziemi?
– Tak, ojcze – odrzekł Michael.
– Podziękuj za to Chrystusowi, bo w przeciwnym razie ciebie też musiałbym spalić.
– Myślałem, że papieży jest dwóch – wtrącił Snoball, lecz sir Martin zupełnie go zignorował.
– Widziałeś kiedyś, jak grzesznik płonie na stosie, Michaelu Hooku? – spytał.
– Nie, ojcze.
Sir Martin uśmiechnął się szeroko na samą myśl o tym.
– Widzisz, młody Hooku, oni wtedy ryczą jak kastrowane niedźwiedzie. Naprawdę! – rzekł sir Martin, po czym obrócił się gwałtownie, wtykając swój długi, kościsty palec prosto w pierś Nicka Hooka. – Ty też powinieneś posłuchać ich wrzasków, Nicholasie Hooku, gdyż są one prawdziwą liturgią piekieł. Zaś ciebie – ciągnął dalej, wciąż dźgając Hooka palcem – niechybnie piekło czeka – skończył i okręcił się wokół własnej osi z szeroko rozpostartymi ramionami, przez co wydał się Nickowi podobny do wielkiego, ciemnoskrzydłego ptaka. – Strzeżcie się piekła, chłopcy! – zawołał, pełen zapału. – Strzeżcie się, mówię! Żadnych cycków we środy i piątki, a na co dzień spełniajcie pilnie dzieło boże!
Na innych belkach na całym targowisku zawieszono już znacznie więcej stryczków, a teraz żołnierze podzielili skazańców na mniej więcej równe grupy, które popędzili ku tym prowizorycznym szubienicom. Jeden z więźniów zaczął krzyczeć do swych towarzyszy, zachęcając ich, by pokładali w Bogu nadzieję, i zapewniając, że dziś jeszcze wszyscy będą w niebie, i zamilkł dopiero wtedy, gdy żołnierz w królewskich barwach złamał mu szczękę pięścią w kolczej rękawicy. Był to jeden z dwóch lollardów, których postanowiono spalić na stosie, i Hook, stojąc z dala od swych towarzyszy, patrzył, jak wciągano go na wypełnioną żwirem i kamieniami beczkę i przywiązywano do pala. Potem u jego stóp ułożono jeszcze warstwę chrustu.
– Daj spokój, Hook, przestań marzyć – mruknął Snoball.
Gęstniejący tłum był wciąż ponury. Kilka osób wyglądało na zadowolone, lecz większość przyglądała się tym przygotowaniom z oburzeniem, ignorując głoszących swe kazania księży i ostentacyjnie odwracając się plecami do grupki mnichów w brunatnych habitach, którzy wznieśli dziękczynną pieśń za radosne wydarzenia tego dnia.
– Do góry z tym starym! – zawołał Snoball do Hooka. – Mamy załatwić dziesięciu heretyków, więc uwińmy się z tym prędko!
Pod belkę ze stryczkami podstawiono jeden z pustych już teraz wózków, którymi przywieziono na plac drewno, i Hook musiał podnieść skazańca i postawić go na łożu wózka. Pozostała szóstka więźniów, w tym czterej mężczyźni i dwie kobiety, czekała na swoją kolej. Jedna z kobiet kurczowo przywarła do swego męża, podczas gdy druga odwróciła się plecami i uklękła, zatopiona w modlitwie. Na wozie stało już czterech mężczyzn. Jeden z nich był w takim wieku, że mógłby być dziadkiem Hooka.
– Wybaczam ci, synu – rzekł starzec, gdy Hook oplatał jego kark grubą liną. – Jesteś łucznikiem, prawda? – spytał lollard, ale Hook wciąż milczał. – Ja byłem pod Homildon – ciągnął dalej skazaniec, unosząc wzrok ku górze i spoglądając na szare chmury, gdy Hook zaciskał pętlę – i też napinałem łuk dla mojego króla. Stałem tam na wzgórzu, chłopcze, i słałem strzałę za strzałą prosto w ciżbę Szkotów. Mocno naciągałem cięciwę i gwałtownie ją zwalniałem, i niech mi Bóg wybaczy, ale tamtego dnia byłem naprawdę dobry – dodał i spojrzał Hookowi prosto w oczy. – Tak, ja też byłem łucznikiem.
Niewiele rzeczy było Hookowi drogich, jeśli nie liczyć jego brata i wszelkich uczuć, jakie mógł żywić wobec dziewczyny, którą miał akurat w ramionach, lecz łucznicy stanowili odrębne, szczególne zjawisko. Uważał ich za swoich bohaterów. Zdaniem Nicka, Anglii nie strzegli wcale rycerze w lśniących zbrojach, dosiadający koni ze strojnym rzędem, lecz właśnie łucznicy – prości ludzie, którzy budowali domy, orali ziemię i płodzili dzieci, a przy tym potrafili napiąć cisowy, bojowy łuk i posłać strzałę na odległość dwustu kroków, trafiając w cel wielkości dłoni dorosłego mężczyzny. Hook spojrzał więc w oczy skazańca i dostrzegł w nich nie tyle szaleństwo heretyka, co dumę i siłę łucznika. Ujrzał w nich samego siebie. Nagle zdał sobie sprawę, że mógłby polubić tego starca, i świadomość ta sprawiła, że jego dłonie zastygły w bezruchu.
– Nic na to nie poradzisz, chłopcze – rzekł łagodnie starzec. – Walczyłem za starego króla, a jego syn chce teraz mojej śmierci, więc mocno zaciśnij pętlę. Słyszysz? Mocno! A kiedy już odejdę, chłopcze, zrób coś dla mnie.
Hook nieznacznie skinął głową. Mogło to równie dobrze znaczyć, że usłyszał prośbę starca, jak i to, że zgadza się zrobić wszystko, o cokolwiek ten może go poprosić.
– Widzisz tę dziewczynę, która się modli? – spytał starzec. – To moja wnuczka, Sara. Tak właśnie ma na imię – Sara. Zabierz ją stąd. Zrób to dla mnie. Jest jeszcze za młoda, żeby iść do nieba, więc ją stąd wyprowadź. Jesteś młody i silny, chłopcze, i możesz ją stąd zabrać.
„Tylko jak?” – pomyślał Hook i z pasją zaciągnął koniec liny, tak że pętla zacisnęła się mocno na szyi starca, po czym zeskoczył z wozu i omal się nie potknął, lądując w błocie. Snoball i Robert Perrill, którzy zakładali pętle pozostałym skazańcom, byli już na ziemi.
– To przecież tacy prości ludzie! – perorował właśnie sir Martin. – Prości ludzie, którzy myślą, że wiedzą lepiej niż katolicki Kościół, ich Święta Matka, więc trzeba dać im nauczkę, żeby inni nie poszli za ich przykładem i nie wkroczyli na drogę błędu i występku. Nie litujcie się nad nimi, ponieważ udzielamy im właśnie bożego miłosierdzia! Bezgranicznego bożego miłosierdzia!
Bezgranicznego miłosierdzia bożego udzielono teraz skazańcom poprzez gwałtowne wyszarpnięcie ręcznego wózka spod nóg czterech mężczyzn. Ich ciała najpierw nieco opadły, a potem zaczęły się szarpać i wykręcać. Hook obserwował starca, przez cały czas dostrzegając jedynie szerokie bary łucznika. Skazaniec dusił się. Jego nogi podkurczyły się najpierw, potem zaczęły drżeć i gwałtownie się wyprostowały, aby znowu podciągnąć się ku górze. Jednak nawet w chwili agonii łucznik spoglądał na Hooka wytrzeszczonymi oczyma, jakby oczekiwał, że młodzieniec ocali jego Sarę i zabierze ją jak najdalej od tego targowiska.
– Mamy czekać, aż umrą – spytał William Snoball sir Edwarda – czy pociągnąć ich za kostki?
Sir Eward zdawał się nie słyszeć pytania. Znów był myślami gdzieś daleko i patrzył przed siebie bez celu, choć wydawał się nie odrywać oczu od mężczyzny przywiązanego do pala na bliższym ze stosów. Lollarda ze złamaną szczęką pouczał jeszcze jakiś ksiądz, a stojący obok zbrojny, o twarzy ocienionej hełmem, trzymał już w pogotowiu płonącą pochodnię.
– W takim razie pozwolę im się pohuśtać, sir – rzekł Snoball, ponownie nie otrzymując żadnej odpowiedzi.
– O rany! – sir Martin zdawał się nagle budzić z odrętwienia, a jego głos był pełen nabożnej czci. Takim samym tonem odprawiał msze w kościele w wiosce. – Nie do wiary! Nie do wiary! Spójrzcie tylko na tę małą piękność!
Kapłan spoglądał na Sarę, która podniosła się z kolan i z wyrazem śmiertelnego przerażenia na twarzy śledziła agonię swego dziadka.
– Nie do wiary! Bóg jest wielki! – zawołał ksiądz pełnym szacunku tonem.
Nicholas Hook często zastanawiał się, jak wyglądają anioły. Co prawda namalowano je na ścianach wiejskiego kościoła, ale było to zapewne kiepskie malowidło, gdyż zamiast twarzy miały niewyraźne plamy, a w dodatku ich szaty i skrzydła pożółkły i pokryły się smugami od wilgoci, sączącej się przez tynk nawy, lecz pomimo tego Hook zakładał, że anioły są stworzeniami o niebiańskiej wręcz urodzie. Myślał, że mają skrzydła podobne do skrzydeł czapli, tylko dużo większe i złożone z piór, które świecą jak słońce przebijające się przez poranną mgłę. Podejrzewał też, że anioły mają złote włosy i długie, nieskazitelnie czyste szaty z najbielszego lnu. Wiedział, że to istoty niezwykłe i święte; lecz w jego snach przybierały one również postać pięknych dziewcząt, jakie zwykły nawiedzać myśli młodych chłopców. Były uskrzydlonym wcieleniem wdzięku i piękna. Były po prostu aniołami.
A ta młoda heretyczka wyglądała właśnie tak pięknie, jak anioły z jego snów. Nie miała rzecz jasna skrzydeł, a jej prosta koszula była cała ubłocona, zaś usta otwarły się z przerażenia na widok rozgrywających się na jej oczach scen. Na jej twarzy wyraźnie malował się strach oraz świadomość, że ją również czeka stryczek, a mimo tego nadal była piękna. Miała niebieskie oczy i jasne włosy, wysokie kości policzkowe i skórę nietkniętą przez ospę. Zaiste, ta dziewczyna mogła nawiedzać senne marzenia chłopca, a nawet, skoro już o tym mowa, zaprzątać myśli kapłana.
– Widzisz tę bramę, Michaelu Hooku? – spytał pozornie obojętnym tonem sir Martin. Wcześniej ksiądz rozglądał się za braćmi Perrillami, aby to oni spełnili jego rozkaz, ale byli zbyt daleko, więc wybrał najbliższego z łuczników. – Weź ją i wyprowadź za tę bramę, a potem zamknij tam w stajni i pilnuj.
Młodszy brat Nicka Hooka wydawał się zmieszany.
– Mam ją wziąć? – spytał nieśmiało.
– Ależ nie, ty ptasi móżdżku! Nie ty, zasmarkany głupcze! Zabierz ją tylko do stajni na tyłach gospody! Chcę się tam z nią pomodlić.
– Aha, pomodlić się! – odrzekł z uśmiechem Michael.
– Chce się z nią ojciec pomodlić? – spytał Snoball i zaśmiał się znacząco.
– Jeśli okaże skruchę, ocali swe życie – rzekł wielce pobożnym tonem sir Martin. Cały przy tym dygotał, a Hook był pewien, że bynajmniej nie z zimna. – Chrystus w swym bezgranicznym miłosierdziu zezwala na to – dodał sir Martin, przenosząc wzrok z dziewczyny na Snoballa – więc zobaczmy, czy zdołamy nakłonić ją do tego, by żałowała za swe grzechy. Sir Edwardzie?
– Tak, ojcze?
– Będę się modlił z tą dziewczyną! – zawołał kapłan, a sir Edward nic nie odpowiedział. Nadal wpatrywał się w najbliższy stos, którego wciąż jeszcze nie podpalono. Przywódca lollardów, nie zwracając najmniejszej uwagi na pouczającego go kaznodzieję, spoglądał w górę, ku niebu.
– Zabierz ją do stajni, młody Hooku – rozkazał sir Martin.
Nick patrzył, jak jego brat ujmuje Sarę pod ramię. Michael był niemal tak silny jak on, lecz miał w sobie delikatność i prostotę, które pozwoliły mu teraz przezwyciężyć nawet jej lęk.
– Chodźmy stąd, dziewczyno – rzekł do niej łagodnym tonem. – Ten dobry ojczulek chce się z tobą pomodlić w stajni. Pozwól, że cię tam zaprowadzę. Nikt nie zrobi ci krzywdy.
Snoball głośno chichotał, gdy Michael wyprowadzał posłuszną już dziewczynę przez bramę od podwórza gospody i wiódł ją do stajni, w której stały konie łuczników. W środku było zimno i brudno, a w powietrzu unosił się kurz oraz zapach siana i końskiego nawozu. Nick Hook ruszył w ślad za nimi. Powtarzał sobie, że robi to tylko po to, by móc chronić swego młodszego brata, lecz tak naprawdę skłoniły go do tego ostatnie słowa umierającego łucznika. Kiedy stanął w drzwiach stajni, spojrzał w górę i ujrzał okno w przeciwległym szczycie dachu i nagle, nie wiedzieć skąd, w jego głowie zabrzmiał głos. „Zabierz ją stąd” – powiedział. Był to męski głos, ale Nick nie był w stanie go zidentyfikować. „Zabierz ją stąd – usłyszał raz jeszcze – a będziesz w raju”.
– W raju? – powtórzył bezwiednie Hook.
– Mówiłeś coś, Nick?
Michael, wciąż trzymając dziewczynę pod ramię, odwrócił się do swego starszego brata, lecz Nick Hook nadal wpatrywał się w to wysokie, jasne okno.
„Tylko ocal tę dziewczynę!” – mówił doń tajemniczy głos. W stajni nie było nikogo oprócz braci i Sary, lecz głos wydawał się tak bardzo rzeczywisty, że Hooka przeszył dreszcz. Gdyby tylko mógł ją ocalić! Gdybyż mógł ją stąd zabrać! Nigdy dotąd nie czuł czegoś podobnego. Zawsze uważał, iż jest przeklęty, i myślał, że gardzi nim nawet jego święty patron, lecz teraz nagle nabrał pewności, że jeśli zdoła ocalić tę dziewczynę, Bóg go pokocha i wybaczy mu wszystko to, za co święty Mikołaj mógł go tak znienawidzić. Hookowi oferowano właśnie zbawienie. Odkupienie było tam, za tym oknem, i niosło z sobą obietnicę nowego życia. Nie będzie już więcej przeklętym Nickiem Hookiem. Był pewien, że tak właśnie jest, lecz nie wiedział, jak ma się zachować.
– A ty co tutaj robisz, na miłość boską? – warknął sir Martin.
Nick nie odpowiedział. Patrzył na wiszące za oknem chmury. Jego koń, siwek, poruszył się i stuknął podkową o ziemię. Czyj był ten głos, który usłyszał?
Sir Martin przecisnął się w końcu obok niego, by przyjrzeć się dziewczynie. Na jego twarzy pojawił się uśmiech.
– Witaj, młoda damo! – zawołał ochryple, po czym zwrócił się do Michaela. – Rozbierz ją – rozkazał zwięźle.
– Mam ją rozebrać? – spytał Michael, marszcząc czoło.
– Musi stanąć naga przed obliczem swojego Boga – wyjaśnił kapłan – aby nasz Pan i Zbawiciel mógł osądzić ją taką, jaka jest naprawdę. W nagości bowiem tkwi prawda. Tak właśnie mówi Pismo: „W nagości spoczywa cała prawda o nas”.
W całym Piśmie świętym nie ma co prawda fragmentu, który by o tym wspominał, ale sir Martin już wiele razy się przekonał, że ten wymyślony przez niego cytat może być wielce użyteczny.
– Ale przecież… – Michael wciąż marszczył brwi. Młodszy brat Nicka słynął z tego, że nie grzeszył szczególną bystrością umysłu, lecz teraz nawet on zdawał sobie sprawę, że w zimnej stajni dzieje się coś złego.
– Rób, co mówię! – warknął ksiądz.
– To nie w porządku – obstawał przy swoim Michael.
– Och, na litość boską! – rzekł gniewnie sir Martin, odpychając młodzieńca na bok i chwytając dziewczynę za kołnierz. Sara wydała z siebie krótki, rozpaczliwy skowyt, który nawet nie był krzykiem, i próbowała się wyrwać. Oniemiały z przerażenia Michael tylko się temu przyglądał, lecz w głowie Nicholasa Hooka wciąż rozbrzmiewało echo tajemniczego głosu, a przed jego oczyma nadal stała wizja raju, więc zrobił jeden szybki krok naprzód i wpakował pięść prosto w brzuch kapłana z taką siłą, że sir Martin zgiął się wpół z pełnym bólu i zdumienia jękiem.
– Nick?! – krzyknął Michael, osłupiały na widok tego, co zrobił jego brat.
Hook wziął dziewczynę pod ramię i już niemal odwrócił się w stronę swego okna.
– Pomocy! – zawołał sir Martin. Wciąż brakowało mu tchu i jego głos drżał jeszcze z bólu. – Na pomoc!
Hook odwrócił się, aby go uciszyć, lecz wtedy Michael stanął pomiędzy nim a kapłanem.
– Co robisz, Nick?! – krzyknął raz jeszcze jego młodszy brat i właśnie wtedy nadbiegli obydwaj Perrillowie.
– Podniósł na mnie rękę! – rzekł ojciec Martin tonem bezgranicznego zdumienia. Tom Perrill uśmiechnął się szeroko, podczas gdy jego młodszy brat, Robert, wyglądał na równie zmieszanego jak Michael. – Trzymajcie go! – rozkazał ksiądz, prostując się z wyrazem bólu na swej podłużnej twarzy. – Trzymajcie tego łotra! – skrzeczał na wpół zduszonym głosem, wciąż usiłując złapać oddech. – Wyprowadźcie go stąd – dodał, dysząc jeszcze – i dobrze pilnujcie.
Hook pozwolił się wyprowadzić na podwórze. Jego brat poszedł za nim i stał obok z żałosną miną, patrząc na skazańców wiszących tuż za otwartą bramą, przez którą na tle nieba widać było, że zaczął zacinać drobny, lodowaty deszcz. Nick Hook nagle ochłonął. Podniósł rękę na kapłana, i to szlachetnie urodzonego kapłana, a przy tym krewniaka samego lorda Slaytona. Bracia Perrillowie szydzili teraz z niego, lecz ich słowa nie docierały w ogóle do Hooka, który słyszał jedynie trzask rozdzieranej sukni Sary i jej krzyk. Słyszał też, jak krzyk ten został stłumiony, a potem dobiegał go już tylko szelest siana, pomrukiwania sir Martina i płaczliwe westchnienia Sary. Spojrzał na wiszące nisko chmury i na równie gęsty i ciężki obłok dymu, unoszący się nad miastem i wiedział, że właśnie sprawił zawód samemu Bogu. Przez całe życie wszyscy wmawiali mu, że jest przeklęty, aż tu nagle, w tym ponurym miejscu kaźni, Bóg poprosił go, by zrobił jedną jedyną rzecz, a on i tak Go zawiódł. Wtem od strony targowiska dobiegło go głośne westchnienie tłumu i domyślił się, że podpalono właśnie jeden ze stosów, aby posłać heretyka wprost do piekła, gdzie będzie się smażyć w jeszcze straszliwszym ogniu piekielnym, i ogarnął go strach, że sam też tam trafi, ponieważ nawet nie kiwnął palcem, aby ocalić niebieskookiego anioła przed bezdusznym księdzem, ale potem powiedział sobie, że dziewczyna jest heretyczką, i zaczął się zastanawiać, czy to czasem nie diabeł odezwał się w jego głowie. Ze stodoły słychać było teraz ciężki oddech Sary, który wkrótce przeszedł w szloch. Hook podniósł głowę i wystawił twarz na wiatr i lodowatą mżawkę.
Ze stodoły wyszedł sir Martin, uśmiechnięty i szczęśliwy jak nakarmione prosię. Sutannę miał podkasaną do pasa, ale zaraz ją opuścił.
– Widzicie? – rzekł. – Nie trwało to zbyt długo. Chcesz ją, Tom? – zwrócił się do starszego z braci Perrillów. – Jest twoja, jeśli chcesz. Ależ z niej mała diablica! Jak już z nią skończysz, poderżnij jej gardło.
– Nie będziemy jej wieszać, ojcze? – spytał Tom Perrill.
– Po prostu zabij tę sukę – powiedział ksiądz. – Sam bym to zrobił, gdyby nie to, że Kościół nie morduje ludzi. Przekazujemy ich tylko władzy świeckiej, którą reprezentujesz tutaj ty, Tom. Więc idź i wychędoż tę heretycką dziwkę, a potem poderżnij jej gardło. A ty, Robercie, pilnuj Hooka. Odejdź stąd, Michaelu! Ty nie masz z tym nic wspólnego, więc idź sobie!
Michael się zawahał.
– Idź! – rzekł znużonym tonem jego brat. – Po prostu stąd odejdź!
Robert Perrill przytrzymywał na plecach złożone ręce Hooka. Nick mógłby się z łatwością uwolnić, ale wciąż jeszcze wstrząśnięty był tym, że usłyszał jakiś głos w swojej głowie, oraz własną głupotą, która kazała mu uderzyć sir Martina. Groził mu za to stryczek, lecz sir Martinowi nie wystarczała jego śmierć, więc podczas gdy Robert Perrill nadal trzymał Hooka, kapłan zaczął okładać go pięściami. Nie był może zbyt silny, nie posiadał potężnych mięśni łucznika, ale miał za to w sobie mnóstwo nienawiści, a także ostre, kościste kłykcie, które raz za razem wbijał z pasją Hookowi w twarz.
– Ty kurewski pomiocie! Ty kupo gówna! – sir Martin splunął i uderzył raz jeszcze, usiłując podbić Hookowi oko. – Jesteś już trupem, Hook! – wrzeszczał przy tym. – Już ja zadbam o to, żebyś też tak wyglądał! – warknął, wskazując najbliższy stos. Pal spowity był co prawda chmurą dymu, lecz płomienie pełgały na razie tylko u stóp stosu i poprzez ten szary obłok widać było ludzką postać, wyprężoną jak napięty łuk. – Ty draniu! – wrzasnął sir Martin, zadając kolejny cios. – Twoja matka była zwykłą kurwą, która nie umiała trzymać nóg razem, i wysrała cię na ten świat, jak przystało na taką dziwkę!
Raz jeszcze uderzył Hooka, a wtedy przez spowijającą stos chmurę dymu przebił się pierwszy jęzor jasnego płomienia i na targowisku rozległ się wrzask przypominający ryk kastrowanego niedźwiedzia.
– Cóż tu się, na Boga, dzieje? – spytał sir Edward, który usłyszał gniewne okrzyki księdza i przyszedł na podwórze stajni, żeby poznać ich przyczynę.
Kapłan wciąż jeszcze trząsł się ze złości. Kłykcie miał zakrwawione. Zdołał porozcinać Hookowi wargi i puścić trochę krwi z nosa, ale nic więcej nie wskórał. Jego szeroko otwarte oczy nadal pełne były gniewu i oburzenia, lecz Hookowi zdawało się, że w ich głębi dostrzega obłęd i opętanie.
– Hook podniósł na mnie rękę – wyjaśnił sir Martin – i ma za to wisieć.
Sir Edward przeniósł spojrzenie z oburzonego księdza na zakrwawionego łucznika.
– O tym już zadecyduje lord Slayton – rzekł.
– Na pewno każe go powiesić, nieprawdaż? – warknął sir Martin.
– Uderzyłeś sir Martina? – spytał Hooka sir Edward.
Nick tylko skinął głową. Wciąż jeszcze się zastanawiał, czy tam, w stajni, przemówił do niego Bóg czy diabeł.
– Uderzył mnie! – rzekł sir Martin, a potem w nagłym przypływie gniewu rozerwał na pół opończę na piersi Hooka, oddzielając zarazem półksiężyc od gwiazd. – Nie jest godzien tego nosić! – zawołał ksiądz, ciskając podartą opończę wprost w błoto. – Znajdź jakiś sznur – rozkazał Robertowi Perrillowi. – Sznur albo cięciwę, a potem zwiąż mu ręce! I odbierz mu miecz!
– Miecz wezmę ja – rzekł sir Edward. Wyjął z pochwy broń Hooka, będącą własnością lorda Slaytona. – Zostaw go mnie, Perrill – rozkazał, po czym odciągnął Nicka na bok, do bramy wiodącej na podwórze. – Co tu się stało?
– On chciał zgwałcić tę dziewczynę, sir Edwardzie – powiedział Hook. – W końcu i tak to zrobił!
– No pewnie, że ją zgwałcił – odrzekł sir Edward zniecierpliwionym tonem. – Taki już jest nasz wielebny sir Martin.
– A do mnie przemówił Bóg… – wypalił Nick.
– Co takiego? – sir Edward spojrzał na Hooka w taki sposób, jakby łucznik właśnie stwierdził, że niebo zmieniło się w maślankę.
– Bóg do mnie przemówił – wybąkał Hook z żałosną miną. Bynajmniej nie brzmiał przy tym przekonująco.
Sir Edward nie odezwał się ani słowem. Przypatrywał się Hookowi jeszcze przez chwilę, po czym odwrócił się, by spojrzeć na targowisko, na którym ucichły już krzyki palonego na stosie heretyka. Teraz zwisał on z pala, a jego włosy na krótką chwilę zapłonęły jeszcze jaskrawym płomieniem. Potem przepaliły się liny, którymi był przywiązany do słupa, i jego spowite ogniem ciało spadło na ziemię. Dwaj zbrojni chwycili za widły i wepchnęli tlące się zwłoki na powrót w morze płomieni.
– Usłyszałem jakiś głos – obstawał przy swoim Hook.
Sir Edward lekceważąco skinął głową, jak gdyby dając do zrozumienia, że już to do niego dotarło, ale nie ma ochoty słuchać dalej.
– Gdzie twój łuk? – spytał nagle, wciąż patrząc na spowitą dymem, płonącą postać.
– W głównej izbie gospody, sir Edwardzie, tam gdzie wszystkie.
Sir Edward odwrócił się w stronę bramy wiodącej na podwórze gospody, na którym pojawił się właśnie uśmiechnięty od ucha do ucha Tom Perrill, z przedramieniem ubabranym krwią.
– W takim razie rozkazuję ci tam pójść – rzekł ściszonym głosem sir Edward – i czekać. Będziesz na nas czekał, żebyśmy mogli związać ci ręce i zabrać cię do domu, by tam postawić cię przed dworskim sądem, a potem powiesić na dębie przed kuźnią.
– Tak jest, sir Edwardzie – przytaknął ponurym tonem Hook.
– Nie wolno ci natomiast wyjść przez główne drzwi gospody – kontynuował sir Edward, wciąż cicho, lecz jakby dobitniej. – Nie udasz się też do samego centrum miasta, Hook, i nie odnajdziesz ulicy, która nazywa się Cheapside, ani nie będziesz szukał gospody „Pod Dwoma Żurawiami”. Nie wejdziesz tam i nie zapytasz o człowieka, którego zwą Henrykiem z Calais. Słyszysz, co do ciebie mówię, Hook?
– Tak, sir Edwardzie.
– Henryk z Calais werbuje łuczników – rzekł sir Edward. Człowiek w barwach królewskich zbliżał się właśnie z płonącą szczapą ku drugiemu ze stosów, gdzie czekał na śmierć drugi przywódca lollardów przywiązany do wysokiego pala. – W Pikardii potrzebują teraz łuczników – dodał sir Edward – i płacą im całkiem dobre pieniądze.
– W Pikardii… – Hook powtórzył obojętnym tonem tę obco brzmiącą nazwę. Pomyślał, że to pewnie jakieś miasto w innej części Anglii.
– Zarób sobie trochę pieniędzy w Pikardii, Hook – rzekł sir Edward – ponieważ Bóg jeden wie, jak bardzo będą ci potrzebne.
Hook wahał się przez chwilę.
– Czy jestem banitą? – spytał z niepokojem w głosie.
– Jesteś już trupem, Hook – odparł sir Edward – a martwi są poza prawem. Jesteś już trupem, ponieważ ja rozkazuję ci czekać w gospodzie, skąd zostaniesz zabrany do domu i postawiony przed dworskim sądem, a wtedy lord Slayton nie będzie miał innego wyjścia, jak tylko kazać cię powiesić. Idź więc i zrób, co ci przed chwilą powiedziałem.
Zanim jednak Hook zdążył się oddalić, na najbliższym rogu ulicy podniosła się jakaś wrzawa.
– Czapki z głów! – słychać było raz za razem. – Czapki z głów!
Te okrzyki i tętent kopyt obwieściły przybycie kilkunastu jeźdźców, którzy wjechali na obszerne targowisko, gdzie ich konie ustawiły się w wachlarz, zatańczyły w miejscu, a po chwili się uspokoiły. Para buchała zwierzętom z nozdrzy, gdy tak stały, grzebiąc kopytami w błocku targowiska. Kobiety i mężczyźni pospiesznie zrywali nakrycia głowy i klękali gdzie popadło.
– Na kolana, chłopcze – rzekł sir Edward do Hooka.
Dowódca oddziału jeźdźców był młody, niewiele starszy od Hooka, lecz z jego długonosego oblicza emanowała pogodna ufność i pewność siebie, gdy omiótł swym zimnym spojrzeniem całe targowisko. Twarz miał pociągłą, oczy ciemne, a na jego ustach o cienkich wargach gościła zawziętość. Był starannie ogolony i wydawało się, że brzytwa pozostawiła na jego skórze otarcia aż do krwi. Jeździec ten dosiadał czarnego rumaka z bogatym rzędem z wypolerowanej skóry i lśniącego srebra. Miał na sobie czarne buty, czarne spodnie i czarną opończę oraz podszyty futrem płaszcz z ciemnopurpurowego materiału. Jego kapelusz z czarnego aksamitu zdobiło czarne pióro, a u boku zawieszony miał miecz w czarnej pochwie. Potoczył wzrokiem dookoła, po czym popędził konia przed siebie, aby przyjrzeć się kobiecie i trzem mężczyznom, którzy kurczyli się akurat i podrygiwali, zwisając na linach od kościelnych dzwonów, przewieszonych przez belkę nad wejściem do gospody „Pod Bykiem”. Nagły podmuch wiatru skierował obłok dymu i deszcz iskier prosto ku jego ogierowi, który zarżał i cofnął się, spłoszony. Jeździec uspokoił go, poklepując zwierzę po karku dłonią w czarnej rękawiczce. Hook zdołał przy tym dostrzec, że młodzieniec nosił na rękawiczkach pierścienie ze szlachetnymi kamieniami.
– Czy dano im szansę okazać skruchę? – spytał głośno jeździec.
– Nawet niejedną, miłościwy panie – odparł obłudnie sir Martin. Ksiądz wybiegł przed chwilą z podwórza gospody i przykląkł na jedno kolano. Zrobił znak krzyża, a jego wychudła twarz miała niemal świątobliwy wyraz, jak gdyby cierpiał przez wzgląd na swego Boga. Sir Martin potrafił przybrać taki wygląd, a wtedy jego oczy, w których majaczyło opętanie i jad piekielnej bestii, stawały się nagle pełne bólu, wyrozumiałości i współczucia.
– Zatem ich śmierć – oświadczył szorstkim tonem młody człowiek – podoba się Bogu, a także i mnie. Anglia zostanie oczyszczona z herezji! – zawołał. Spojrzenie jego inteligentnych, brązowych oczy spoczęło na moment na Nicku Hooku, który natychmiast spuścił wzrok i wpatrywał się w błoto aż do chwili, gdy odziany na czarno jeździec spiął konia ostrogami i podjechał do drugiego stosu, który niedawno został podpalony. Lecz zanim Hook pochylił głowę, zdołał dojrzeć na twarzy młodzieńca bliznę. Była to pamiątka po jakiejś bitwie, ślad po strzale, która utkwiła w kącie pomiędzy okiem a nasadą nosa. Powinna go zabić, lecz widocznie Bóg chciał, aby ten człowiek przeżył.
– Wiesz, kto to jest, Hook? – spytał cicho sir Edward.
Hook nie miał pewności, choć nietrudno było się domyślić, że właśnie spotkał po raz pierwszy w życiu hrabiego Chester, księcia Akwitanii i władcę Irlandii. Na własne oczy ujrzał właśnie Henryka, z bożej łaski króla Anglii.
A także, zdaniem wszystkich tych, którzy szczycili się znajomością poplątanej genealogii królewskich rodów, prawowitego króla Francji.
Płomienie dosięgły właśnie drugiego z lollardów, który zaczął przeraźliwie krzyczeć. Henryk, piąty król Anglii o tym imieniu, spokojnie patrzył, jak dusza heretyka idzie prosto do piekła.
– Idź już, Hook – rzekł cicho sir Edward.
– Dlaczego, sir Edwardzie? – spytał jeszcze Hook.
– Dlatego, że lord Slayton nie chce twojej śmierci – odparł sir Edward. – Zresztą może rzeczywiście przemówił do ciebie Bóg, a wszyscy potrzebujemy Jego łaski, zwłaszcza w takim dniu, jak dziś. Idź już więc.
Zatem Nicholas Hook, łucznik i banita, poszedł, gdzie mu kazano.










Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2009-09-27 (1419 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej