Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Niewidzialni. Czarownica z Dark Falls
 
Katalog - dodano
 Wspomnij Phlebasa
- Iain M. Banks
 Złodziejka magii
- Lisa Maxwell
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Ofensywa szulerów'' - Jakub Ćwiek

Prolog



Wszyscy ludzie Richa

BROWN

Technicznie rzecz biorąc, tabliczka przed wejściem do hotelu Concorde: „Lokal wentylowany”, nie kłamała. Dawała jednak przyjezdnym złudną nadzieję, że wstępując do środka, można się schronić przed palącym egipskim słońcem. Co było kompletną bzdurą.
Mimo ogromnych wentylatorów, kręcących się nieustannie pod sufitem, małych wiatraków, ustawionych na kontuarze niczym na wystawie sklepowej i pracujących na pełnych obrotach, wreszcie mimo grubych ścian i kotar szczelnie zasłaniających drzwi, w hotelowym holu — połączonym z niewielką, prostą w wystroju restauracją — wcale nie było chłodniej niż na zewnątrz. O tej porze roku Kair nie sprzyjał obcym. Nawet zwycięzcom.
Mister Brown dopił swoją brandy, przetarł chusteczką spocone czoło i ostrożnie poruszył się na krześle. W głowie zaczynało mu już szumieć, co w innych okolicznościach mogłoby być niepokojące — wypił przecież dopiero cztery szklaneczki — teraz jednak spokojnie dawało się to zrzucić na karb zmęczenia podróżą i tego cholernego upału.
Przyleciał do Kairu tego dnia rano, późnym rankiem, wcześniej jednak nie było mowy, by udało mu się zdobyć samolot. Fakt, że miał udziały w lotniczej spółce przewozowej, nie oznaczał jeszcze, że jego prywatne sprawy mogły być ważniejsze od interesu firmy.
Brown był mężczyzną średniego wzrostu o rumianej, lekko pyzatej twarzy, wysokim czole i chytrym uśmieszku ulicznego cwaniaka. Było w jego ruchach i posturze coś, co sugerowało niegdysiejszego wojaka, ale wydatny brzuch i rysujący się drugi podbródek mówiły wyraźnie, że od chwili zawieszenia broni wiodło mu się lepiej niż dobrze. O tym samym świadczył jego ubiór — elegancka koszula, kremowy garnitur skrojony na miarę, złoty zegarek...
Tylko buty brudne i podniszczone, jeden nawet z przetartym sznurowadłem, zupełnie nie pasowały do reszty. Musiał sobie zdawać z tego sprawę, ponieważ, siedząc, dokonywał istnych akrobacji, żeby ten defekt ukryć — zaplatał nogi, co chwila przecierał czubki butów o tył nogawek, krył stopy za stojącą na podłodze walizką. Dopiero trzecia szklaneczka brandy uwolniła go od problemu; dopiwszy ją przestał się przejmować.
Kolejny raz skinął na barmana, ale ten tylko pokręcił głową i wskazał mu czarnego dzieciaka, który właśnie szedł do niego z tacą. Leżała na niej elegancka kremowa koperta z czerpanego papieru. W środku znajdował się klucz do hotelowego pokoju i kartonik, na którym skreślono starannym pismem kilka słów:


Panie Brown!


Myślę, że już wystarczy tego adaptowania się do nowego środowiska. Dziś wieczorem (godzina dwudziesta, sala kameralna) rad będę widzieć Pana na rozmowie kwalifikacyjnej i ufam, że zdoła Pan na nią dotrzeć o własnych siłach. Kolejną szklaneczkę brandy przed nocą zmuszony będę uznać za rezygnację z mojej oferty.


Sługa uniżony


Samuel Rich
Brown wsunął karteczkę z powrotem do koperty i rozejrzał się wokoło, tłumiąc przekleństwo. A zatem był obserwowany. Tylko przez kogo? W zacienionym kącie siedziało dwóch angielskich żołnierzy, a dwa stoliki dalej skryty za gazetą mężczyzna w piaskowej koszuli z prezencją aktora z Hollywood, tego, jak mu tam, Gable'a.
Wygląda na dzianego, pomyślał Brown, a to znaczy, że to może być on. Mój przyszły pracodawca.
Dla pewności rozejrzał się jeszcze po restauracji, ale pozostałe stoliki były puste. Tylko niedopałki w popielniczkach, opróżnione szklanki i talerze świadczyły, że jeszcze przed chwilą w lokalu ktoś był. Brown nie bardzo wiedział, czy wszyscy wyszli tak nagle, czy też on siedział tu już tak długo. Zerknął na zegarek, na rozmyte, dwojące się cyfry, i stwierdził, że już najwyższa pora, by się zameldować. Do mężczyzny z gazetą podchodzić nie zamierzał. Skoro tamten wybrał liścik zamiast rozmowy, znaczy, że zależy mu na dyskrecji. I to nawet jeśli dupa z niego nie szpieg i daje się rozszyfrować pijanemu gościowi w minutę. Bo teraz już Brown był niemal pewien, że to właśnie on, facet z gazetą, chciał mu zapłacić za jakieś niezwykłe zadanie równowartość dwóch samolotów i małego lotniska.
Ostrożnie podniósł się z krzesła i podszedł do recepcji. Zamachał recepcjoniście kluczem z koperty, a ten zawołał dziesięciolatka w postrzępionym mundurku boya.
— Zaprowadź pana do pokoju — powiedział po angielsku. — I ani słowa na temat samolotów, słyszysz?
Chłopiec wydawał się zawiedziony tą ostatnią uwagą, ale posłusznie wziął od Browna walizkę i ruszył w stronę schodów.
— Proszę za mną, sir.
— Już gnam, mały. Pędzę co sił w nogach — powiedział Brown i potoczył się za chłopcem.
W pokoju, ciasnym i nagrzanym jak szklarnia, zwalił się na łóżko i przez chwilę gapił na łopatę wentylatora pod sufitem, obracającą się leniwie i młócącą nagrzane powietrze. Pomyślał, że przypomina śmigło samolotu i, że skoro widzi je na wprost siebie, znaczy, że coś zaraz w niego wleci. A potem usnął.




SMITH


W recepcji przedstawił się jako Smith, John Smith. Przyjęli to bez zastrzeżeń, nie poprosili o żadne dokumenty. I dobrze, bo miał tylko prawdziwe, na swoje rzeczywiste nazwisko.
Mógł jeszcze użyć nazwiska Doe, Bóg świadkiem, że przyszło mu ono do głowy we właściwym momencie, ale uznał, że jednak Smith będzie właściwszy. Nie chciał się nazywać jak niezidentyfikowana ofiara wypadku, a poza tym Joe Doe brzmiało tak strasznie... amerykańsko. Rockefeller mógł się nazywać Doe, kiedy jeszcze pracował na ulicy. To nazwisko wręcz śmierdziało pastą do butów.
W hotelu fałszywy Smith zameldował się z samego rana. Był w Kairze już od trzech dni, zdecydował jednak, że nie będzie się wystawiać na widok podglądających go oczu wcześniej niż to absolutnie konieczne. Nie chciał też, by jego potencjalny pracodawca uznał, że Smith za nim węszy, że chce szpiegować. Zamiast tego zajął się więc zwiedzaniem i kupowaniem zupełnie bezużytecznych pamiątek dla znajomych w Londynie.
Te trzy dni pozwoliły mu złapać trochę słońca. Przypiekł się od razu na brązowo, bez tego żałosnego etapu „świńskiej skórki”, zupełnie jakby jego skóra przypomniała sobie, jak właściwie chłonąć promienie. Była więc jakaś wymierna korzyść z tych kilku lat spędzonych w Afryce — nauczył się przynajmniej opalać.
W recepcji oprócz klucza do pokoju otrzymał kopertę z listem, której nie spieszył się otwierać. Zamiast tego usiadł sobie przy jednym ze stolików i, mimo słabego światła, rozłożył gazetę, by poczytać rubrykę towarzyską.
Kilka stolików dalej ogorzały, pyzaty facet pił brandy szklaneczkę za szklaneczką i od pewnego czasu posyłał mu zaciekawione spojrzenia. Smith nie reagował. Jeśli był to człowiek jego przyszłego pracodawcy, to w końcu sam podejdzie i się odezwie. Jeśli nie, szkoda było zachodu na pogaduszki z pijanym najemnikiem. Bo żołnierzem ten człowiek nie był na pewno. Zbyt rozlazły.
W końcu nieznajomy podniósł się z krzesła i zataczając, podszedł do recepcji, a zaraz potem ruszył ku schodom w ślad za chłopcem udającym boya.
Smith patrzył za nimi przez chwilę, po czym ziewnął, przysłaniając usta i ponownie skupił się na lekturze. List, nietknięty, nadal tkwił w kieszeni.


MARTHA


Nie było mowy, by udało jej się zdobyć dokumenty inne niż niemieckie, ale przynajmniej nie było większego kłopotu ze zdobyciem paszportu z nazwiskiem budzącym mniejsze kontrowersje niż jej własne. Pozostawał jednak jeszcze problem twarzy. Na swoje nieszczęście była piękna. I znana.
Och, nie tak, jak Marlene Dietrich czy Greta Garbo, ale wystarczająco, by miłośnicy kina potrafili bez większego zastanowienia, po prostu na poczekaniu, wymienić przynajmniej dwa jej filmy. Kiedyś ta sława ją cieszyła, teraz stanowiła wyłącznie przekleństwo.
Do Kairu dotarła statkiem, o ile ta śmierdząca bydłem krypa w ogóle zasługiwała na tak szczytne miano. W każdym razie kosztowała jak transatlantyk w klasie lux. Ale przynajmniej nikt nie zadawał pytań i mogła dostać się do Egiptu niezauważona.
Właściwie nie była pewna, czy robi dobrze. Cała ta tajemnicza oferta pracy i wynagrodzenie przekraczające po wielokroć najwyższe dochody, jakie miała do tej pory. A przecież był czas, że zarabiała naprawdę dużo.
Właściwy hotel znalazła bez trudu, ale długo wahała się, czy wejść do środka. Wyobrażała sobie, że z chwilą odsłonięcia ciężkiej, wełnianej kotary i przekroczenia progu hotelu, nie będzie się już mogła wycofać. Że niezależnie od tego, jak naprawdę będzie brzmieć tajemnicza oferta, nie zdoła odmówić.
Teraz masz ostatnią szansę, by odejść i żyć jak do tej pory, mówiła sobie, stojąc na zapylonej ulicy i wpatrując się niepewnie w tabliczkę „Lokal wentylowany” wykaligrafowaną w czterech językach. Oczywiście nie było wśród nich niemieckiego. To wciąż był język zakazany.
No właśnie, z tym wiązał się największy jak do tej pory problem jej życia. Aliancki sąd po tysiącach niekończących się przesłuchań zakwalifikował ją wreszcie jako „sympatyzującą z nazistami”. Znaczyło to mniej więcej: mamy na ciebie za mało, by cię skazać, ale dopilnujemy, by potępiono cię na wieki.
Z takim wpisem w aktach nie miała czego szukać w Hollywood, a lata miną, zanim stanie na nogi niemiecka kinematografia. O ile w ogóle kiedykolwiek tego dokona.
Nagle więc Martha doszła do wniosku, że wcale nie stoi już przed wyborem wejść i zostać czy odejść, dokonała go bowiem dużo wcześniej — ostatnie pieniądze wydała na statek. A skoro wszystko już się dokonało, nie było powodu, by tkwić na słońcu. Odsunęła kotarę i weszła do środka. Gdzie, wbrew tabliczce, wcale nie było chłodniej.


BROWN


Obudziło go pukanie do drzwi. Brown nie zareagował, ale gdy po chwili okazało się, że pukający nie ustąpi, podniósł się i poczłapał do drzwi. W głowie wciąż mu huczało, w ustach zaschło, a do tego bolały go oczy. Zdecydowanie nie był w owej chwili pozytywnie nastawiony do świata.
— Czego? — mruknął, uchyliwszy drzwi.
W progu stał ten sam smarkacz w stroju boya, który wcześniej przyprowadził go do pokoju. Dał mu wtedy spory napiwek i wyglądało, że tym samym ściągnął sobie na głowę niemały kłopot.
— Chłopcze, nie dostaniesz więcej pieniędzy, budząc mnie — wyjaśnił Brown rozmasowując skronie. — Co najwyżej możesz za to zarobić kopniaka.

Nie mówił tego głośno ani w nerwach. Przeciwnie, jego głos przybrał mentorski ton, jakby właśnie przekazywał dzieciakowi jedną z najważniejszych prawd życiowych.
— Później, wieczorem, jak już się zbiorę i pójdę na ważne spotkanie, możesz tu wejść i posprzątać. Łóżko pościelić albo co. Wtedy ci zapłacę, ale teraz...
Przerwał, dopiero w tym momencie dostrzegając, że chłopiec trzyma w ręku kopertę. Dokładnie taką samą jak ta, którą Brown dostał rano. Z instrukcjami.
— Daj! — Wyciągnął do chłopca rękę, a potem szybkim ruchem wyszarpnął z koperty kartonik i przeczytał jego treść.


Panie Brown!


Sala kameralna, pamięta pan? Ileż można czekać?!


Zerknął na zegarek i zaklął pod nosem.



— Zaczekaj tutaj — zawołał do chłopca, po czym odwrócił się na pięcie i podbiegł do rozbebeszonej walizki. Wyjął leżącą na wierzchu koszulę i spodnie, szybko się przebrał, po czym zmoczył włosy, przeczesał je przed lustrem.
— Dobra — powiedział wreszcie, wypadając na korytarz. — Prowadź do sali kameralnej.
Dzieciak skinął głową i uśmiechnął się, szczerząc zęby. Zapewne na myśl o kolejnym napiwku.


MARTHA


Tak właśnie go sobie wyobrażała — jako wysokiego, zadbanego mężczyznę w typie Clarka Gable'a, dostojnego i dystyngowanego. Na kogoś takiego właśnie wskazywał charakter pisma i starannie dobrane słowa w zaproszeniu, które otrzymała przeszło trzy tygodnie temu. Kogoś w tym typie sugerowała ogromna kwota proponowanego wynagrodzenia.
Mężczyzna mówił z wyraźnym angielskim akcentem i był dla niej niezwykle uprzejmy, co kiedyś stanowiło dla niej normę, ale od niedawna było jedynie miłą odmianą po wszystkim, czego doświadczyła. Pytał, jak minęła jej podróż i czy podoba jej się Kair. Gdy odpowiadała, sprawnie podtrzymywał rozmowę, tak że dopiero po blisko kwadransie zorientowała się, że nie wymienili jeszcze ani słowa na temat jej ewentualnej pracy.
Czyżby ją sprawdzał? Chciał zobaczyć, jak bardzo jej zależy? Czekał, aż nie wytrzyma i zapyta pierwsza? Był czas, że zmuszona do negocjowania twardych warunków z rekinami biznesu filmowego, nauczyła się wiele o negocjacjach i teraz wszystko stanowiło dla niej sztuczkę mającą zmiękczyć klienta. Mimo zniecierpliwienia nie zamierzała okazać słabości, dlatego podtrzymywała dialog, który, nie wiedzieć czemu zszedł na filmy Disneya, osobliwie zaś na „Królewnę Śnieżkę”, która zdaniem mężczyzny zdobyła chyba wszystkie możliwe nagrody na świecie.
Sprawdza mnie, pomyślała Martha. Doskonale wie, że w Europie odniosłam nad Disneyem kilka zwycięstw i zwyczajnie chce mnie zmusić, bym się pochwaliła. Bym okazała słabość. Ale jeśli na to właśnie czeka, srogo się zawiedzie.
— Cóż, „Śnieżka” to niewątpliwe arcydzieło i z pewnością zasłużyła na każdą nagrodę, jaką otrzymała — powiedziała Martha i upiła wina z wysokiego kieliszka. — Szczerze doceniam...
I w tym momencie do sali wpadł pyzaty mężczyzna w źle dopiętych spodniach i rozchełstanej koszuli.


BROWN


— To tutaj. — Chłopiec wskazał Brownowi dwuskrzydłowe drzwi wiodące z sali restauracyjnej do sali kameralnej.
— Dzięki, mały — rzucił mężczyzna, po czym dostrzegł, że ręka chłopca nie opadła, a dłoń przybrała kształt małego koszyczka.
— Och do diabła, mała pijawko! — zawołał. — Nie będę ci płacił za to, że robisz co do ciebie należy.
Odetchnął głęboko, przygładził mokre włosy i pchnął drzwi. Włożył w to zbyt dużo siły, wyglądało więc jakby wpadł, a nie wszedł do środka.
Tyle z właściwego efektu, pomyślał.
W środku, w niewielkiej, oświetlonej świecami sali na raptem trzy stoliki — z czego dwa odstawiono i przykryto — zauważył mężczyznę, którego zapamiętał z baru, oraz siedzącą naprzeciw niego kobietę. Oboje mieli kieliszki wina i wyglądało na to, że właśnie trwają sobie w uroczym tąda na to, Janku, że nie jesteś jedynym kandydatem do tej roboty, pomyślał. I trudno się dziwić, przy takim szmalu.
Przeszedł przez pomieszczenie, ukłonił się najpierw kobiecie — która wyglądała na jeszcze bardziej zdumioną niż on — potem mężczyźnie — ten z kolei zachował pokerową twarz — i usiadł na wolnym miejscu. Dopiero wtedy, gdy już zajął swoje miejsce, chudzielec zamknął za nim drzwi, po czym podszedł i położył na krześle walizkę.
W środku znajdował się gramofon ze zdemontowanym ramieniem i złożoną, papierową tubą. Na podstawce leżała już płyta. Mężczyzna rozłożył sprzęt kilkoma sprawnymi ruchami, po czym przysunął sobie krzesło i usiadł obok gramofonu. Dopiero wtedy nakręcił mechanizm i opuścił ramię z igłą.
— Drodzy przyjaciele... — dobiegł zebranych głos z tuby.


SMITH


W sali kameralnej zjawił się jako pierwszy na dwa kwadranse przed czasem. Musiał przyznać, że z każdą chwilą cała ta aura tajemniczości odpowiadała mu coraz bardziej. Bawiły go zarówno liściki z komunikatami, jak i brak jakiejkolwiek konkretnej wiedzy na temat człowieka, który zaaranżował to wszystko. Sprawiało mu przyjemność dopasowywanie poszczególnych kawałków układanki na moment przed tym, zanim te zostaną mu pokazane.
I tak zanim jeszcze w sali kameralnej znalazła się ta kobieta — przedstawiła się jako Martha, ale Smith mógł się założyć, że nie jest to jej prawdziwe imię, podobnie jak był pewien, że skądś ją już zna — wiedział, że nie będzie brał w tej rozmowie udziału sam, że poza nim są jeszcze inni kandydaci. Skąd? To jemu jako pierwszemu młody boy dostarczał listy, dlatego też nie było problemu, by zauważyć jeszcze dwie identyczne koperty.
Domyślił się wtedy, że jedną z zaproszonych osób był mężczyzna, którego wcześniej wziął w barze za najemnika i człowieka swojego przyszłego pracodawcy. Wyglądało na to, że niewiele się pomylił, tyle że mężczyzna nie był jeszcze na etacie. Smith miał tylko nadzieję, że nie ubiegają się o to samo stanowisko.
Kobieta, Martha, stanowiła miłą niespodziankę, ale tylko dlatego, że nie widział wcześniej żadnej cudzoziemki ani w restauracji, ani przy blacie recepcji. Zastanawiał się, kim też może ona być z zawodu i skąd może ją kojarzyć. Obstawił aktorstwo i najpewniej się nie pomylił, bo jej wiedza na temat filmu była doprawdy imponująca.
Teraz pozostawało tylko dojść, po co komuś bogatemu ktoś z jego talentami, a do tego aktorka i najemnik? Jaka branża uzasadniała taki wybór, usprawiedliwiając jednocześnie tak wielką rozrzutność?
To były właściwie postawione pytania, Smith obawiał się jednak, że nic już więcej nie zrobi w tej kwestii, do niczego więcej nie dojdzie, zanim nie otrzyma kolejnych elementów układanki. Pozostawało mu więc czekać.
Z satysfakcją przywitał najemnika, który wpadł do sali spóźniony o blisko dwa kwadranse, a potem z zaciekawieniem i pewną — musiał to przyznać — dozą ekscytacji obserwował milczącego chudzielca, który wszedł do sali kameralnej wkrótce po nim.
Mężczyzna błyskawicznie rozłożył trzymany w walizce gramofon i już po chwili wszyscy usłyszeli ciepły głos, mówiący po angielsku bez jakiegokolwiek charakterystycznego akcentu, po którym można by go było rozpoznać.
— Drodzy przyjaciele — powiedział głos — ośmielam się mówić do was w ten sposób, mimo że wy w chwili obecnej nie macie jeszcze pojęcia, ani kim jestem, ani jakie kierują mną intencje. Pozwólcie jednak, że pozostanę tajemniczy jeszcze przez jakiś czas i stanę się ostatnią kartą odkrytą w dzisiejszym rozdaniu. Bo na razie najważniejsze, byście to wy doszli do wniosku, że możecie sobie zaufać i że jesteście w stanie współpracować ze sobą nad wielkim dziełem, do którego chcę was troje zaprosić.
Smith popatrzył na pozostałą dwójkę i uśmiechnął się. Czyli jednak współpraca.
— Tak, wiem — mówił dalej głos z płyty. — Używam wielkich słów, ale zapewniam, że i sprawa jest wielka, choć wciąż za wcześnie, by mówić o moich planach, zamiarach i odkryciach. Na razie chciałbym, byście opowiedzieli co nieco o sobie. Ale nie dowolne historie, tylko te, które najbardziej są nam w tej chwili potrzebne. Te, które świadczą o waszych, potrzebnych mi, kwalifikacjach i doświadczeniach, które was wyróżniają. Wszystkich ludzi nowożytnego świata połączyła wojna i to, co do niej prowadziło, nas jednak zespoliło coś jeszcze. Gdy ostatnie z was skończy swoją opowieść, zrozumiecie, o czym mówię. Tylko proszę, bez skrępowania i krygowania się. Jesteśmy wśród przyjaciół.
I znowu to słowo, pomyślał Smith. Wypowiedziane szczerze, ale brzmiące jakby ironicznie. Jakby mówiący sam nie do końca w nie wierzył. Ale czy mogło być inaczej? Czy mógł wierzyć, że obcy ludzie staną się sobie bliscy natychmiast, bo ktoś im tak każe? I co to były za historie, które mieli opowiedzieć? Czyżby...?
Odepchnął czarną myśl i podążające za nią krok w krok poczucie winy. Nie sądził, by mogło chodzić o tę właśnie sprawę, ale jeśli nawet, zamierzał zwyczajnie wstać i wyjść, nie oglądając się na innych. Są rzeczy, o których nie rozmawia się z nikim, tylko z własnym odbiciem w szybie podczas bezsennych nocy. A i wtedy lepiej jest milczeć.
— Pomyślcie o sobie, o nas jak o królewskim pokerze. — Sądząc po położeniu igły, głos z płyty kończył wypowiedź. — Trochę zafałszowanym, ale przecież cóż jak nie zwód właśnie, pewne drobne oszustwo, pasuje do nas bardziej? Już za chwilę, mój przyjaciel Dziesiątka...
Chudzielec uśmiechnął się, szczerząc zęby.
— ...wręczy każdemu z was karty i drobne instrukcje dotyczące tego, co macie opowiadać. Potem gdy już skończycie, spotkamy się wszyscy razem, w piątkę, czyż to nie wspaniałe? A na razie macie przed sobą noc pełną wrażeń. Miłej zabawy.


BROWN


Gdy głos z gramofonu umilkł, na chwilę zapanowało krępujące milczenie. Brown, który, podczas gdy pozostali słuchali uważnie, skupił się na dopinaniu koszuli i poprawianiu wyglądu, teraz rozejrzał się po sali.
— Znaczy, mamy tutaj siedzieć do rana? — zapytał.
Chudzielec zwany Dziesiątką pokiwał głową i znowu wyszczerzył zęby. Sięgnął do wewnętrznej kieszeni znoszonej marynarki i wyciągnął z niej trzy karty do gry i trzy maleńkie, złożone na pół karteczki. Każdemu siedzącemu przy stole podał taki właśnie pakiet i zabrał się do składania walizki.
— Skoro mamy tutaj tyle siedzieć, to czy jest szansa na coś do zjedzenia? — dopytywał Brown. — Bo to jednak kawał czasu i...
Dziesiątka wskazał mu jeden z odsuniętych na bok stolików. To, co wcześniej wszyscy wzięli za krzesła postawione na blacie i przykryte obrusem, po dokładniejszych oględzinach mogło być również zasłoniętą, kilkupiętrową paterą.
— Dobre i to — odetchnął Brown. Przeczytał karteczkę z instrukcjami, po czym zerknął na otrzymaną kartę. Był to as pik. Po raz pierwszy od bardzo dawna Brown poczuł się naprawdę doceniony.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2009-10-06 (1297 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej