Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Mózg Kennedy’ego
 
Katalog - dodano
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Nawiedziny'' - antologia



Niewstęp, czyli co egzorcysta wiedzieć powinien


Nawiedzenie może się zdarzyć wszędzie i zawsze, trzeba zatem pamiętać, że nie zna się dnia ani godziny, kiedy nadejdzie.
Nawiedzenie zwykle dotyczy miejsc – upowszechniło się przekonanie, że muszą to być stare domy, najlepiej zamczyska, w których przebywają duchy zmarłych właścicieli, straszące niewinnych przechodniów. Jak pokażą opowiadania tego zbioru, powszechne przekonania bywają mylące.
Nawiedzenie roznosi się jak zaraza. Dotyka nie tylko budynków, lecz także instytucji. Nawiedziło pewne wydawnictwo, dzięki któremu zaistniała ta książka. Dlatego Fabryce Słów dedykuję w imieniu redakcji „Fahrenheita” i autorów najtrudniejsze słowo w każdym języku: „dziękujemy”!
Nawiedzenie dotyka również osób. Należy zatem pamiętać, że nawiedzeni są wśród Was.
Nawiedzonych nie należy egzorcyzmować, ponieważ zwykle nie są szkodliwi dla środowiska. Czasami tylko muszą swoje szaleństwo ujawnić, ponieść w świat, pokazać.
Jak Dominika „Ika” Repeczko, która pewnego dnia postanowiła zorganizować nieustający konkurs literacki dla młodych autorów i nieustający poligon dla redaktorów „Fahrenheita”. W efekcie powstał zbiór Kochali się, że strach oraz obecny Nawiedziny, a także kilka innych, nad którymi już trwają prace.
Jak Dorota „Ebola” Pacyńska, która wsparła to przedsięwzięcie wiedzą, zdrowym rozsądkiem i spokojem, jakiego nigdy dość w porywach entuzjazmu.
Jak Łukasz „Troliszcze” Małecki, który zgłosił się na ochotnika, a tym samym zaprzedał duszę nie tylko opowiadaniom z tego zbioru, lecz także przyszłym.
Bez nich nie mogłabym nawet marzyć o nawiedzinach. I nie mogliby marzyć autorzy, których opowiadania znalazły się w tej książce. Jedna z nich, Marta Kisiel, pozwoliła nawet ukraść sobie tytuł opowiadania, by znalazł się na okładce. Nawiedzona bez dwóch zdań.
Pracowaliśmy jak szaleni – za dobre słowo i uśmiech satysfakcji. Twoje dobre słowo i Twój uśmiech zadowolenia, Czytelniku.
Ale uważaj. To niebezpieczna książka.
Może nawiedzić i Ciebie...
Małgorzata „Gadulissima” Koczańska



Hanny Fronczak - "Themooniada, czyli cztery dni we Wspanialewie Górnym"


Leśnik Celestyn poskrobał się za lewym uchem i zaklął szpetnie. Termin złożenia kwartalnego sprawozdania minął kilka dni temu, a sakramencki dokument jakoś nie chciał zrobić się sam. Celestyn zacisnął zęby i z miną człowieka absolutnie świadomie decydującego się wejść pod lodowaty prysznic przysiągł sobie, że nie ruszy się od biurka, zanim nie ukończy papierkowej roboty, której serdecznie nienawidził.
Chcąc naprawić u przełożonych fatalne wrażenie wywołane opieszałością, zdecydował, że osobiście zawiezie sprawozdanie do nadleśnictwa i równie osobiście nakłoni przyjmującą je panienkę, by opatrzyła dokument wsteczną datą wpłynięcia. A żeby uczcić zakończenie nieprzyjemnej sprawy, zorganizuje pojutrze niewielką popijawę dla grona najbliższych znajomych. Pragnąc zawiadomić przyjaciół z odpowiednim wyprzedzeniem, natychmiast wysłał im po mejliku.
Muf Fiozo przeciągnął się i westchnął rozdzierająco. Wyjrzał przez okno, ale piękna pogoda napawała go niesmakiem. A jeszcze miesiąc temu było tak cudownie... Niestety, czarodziejka, która łudziła się, że jest kobietą jego życia, miała mu za złe zbyt - jej zdaniem – bliskie stosunki z hl 90210, seksowną kobietą cyborgiem, którą czas temu jakiś zmontował w pijanym widzie z resztek ufo, jakie pozostały w lesie po katastrofie zwanej oględnie meteorytem wspanialewskim. Z wściekłości odebrała Mufowi to, co miał najdroższego - umiejętność zapadania w stan błogosławionego upojenia. Założyła mu totalny immunitet na alkohol, po czym zniknęła. Początkowo pił na umór, wierząc, że jeśli wytrąbi odpowiednio dużo procentów, odporność zniknie. Niestety, magiczka znała się na robocie, a rozkoszny rausz, do którego tak tęsknił, był równie osiągalny jak kraniec tęczy. Zrozpaczony i obrażony na cały świat, sam nie wiedząc, po co, poszedł z wizytą do hl 90210, która po potężnej awanturze z czarodziejką zamieszkała w opuszczonym budynku w sąsiedztwie. Następnego dnia rano pod dom seksownej cyborg podjechała na sygnale karetka reanimacyjna. Muf w stanie kompletnej katatonii i krańcowego wyczerpania, z kroplówką wbitą w ramię, został odwieziony do szpitala, natomiast hl 90210 zdawała się cieszyć dobrym humorem. Krzątała się po obejściu, podśpiewując metalicznym sopranem i zmysłowo polerując sobie pancerzyk. Po kilku dniach nieszczęśnik odzyskał nieco sił witalnych i został wypisany do domu, jednak jego przygnębienie było głębokie jak Rów Mariański, a immunitet wciąż działał. Co gorsza, Fiozo nie miał pojęcia, co właściwie wyprawiał z dziewczyną androidem, ponieważ jego pamięć zaszwankowała równie definitywnie jak jego organizm. Teraz przewracał się na łóżku i wgapiał w sufit. Nagle zmarszczył brwi. Może jeszcze nie wszystko stracone, może da się coś zrobić z tym immunitetem. Jutro pojedzie do szamana, który przyjmuje w mieście powiatowym.
Mosze Wodotrysk, przywódca spisku Żydów, odebrał zaszyfrowanego mejla. Jego emisariusz, mający za zadanie siać niezgodę w stolicy Boliwii, pragnął go o czymś powiadomić. Niestety, Moszemu nie było dane doczytać o czym mianowicie, bo jego komputer zatrzeszczał obscenicznie, wypuścił z siebie kłąb zielonkawego dymu i odmówił współpracy. Mosze westchnął. Doskonale zdawał sobie sprawę, że już dawno trzeba było się zaopatrzyć w nowy sprzęt, a nie uczynił tego wyłącznie przez karygodne sknerstwo. Uroczyście obiecał sobie, że jutro pojedzie do powiatu, gdzie funkcjonował całkiem nieźle zaopatrzony sklep komputerowy. Wodotrysk szarpnął pejsy i jak co dzień pobłogosławił sam siebie za pomysł zamieszkania we Wspanialewie. Zachichotał z cicha. Choć w istnienie ogólnoświatowego spisku Żydów nikt nie wątpił, a niektórzy politycy otrzymywali od swoich informatorów przecieki o jego planach, tu czuł się stuprocentowo bezpieczny. W sennej wiosce nikt go nie wyśledzi, nikt mu nie przeszkodzi, tutaj może obmyślać swój szeroko zakrojony projekt przejęcia kontroli nad światem.
Sołtys Wspanialewa Górnego, towarzysz Winnicki, na chwilę oderwał się od pracy. Lubił wyzwania intelektualne, hobbystyczne tłumaczenie „Kalewali” na język Basków, nad którym ostatnio pracował, było na ukończeniu. Nagle jego wzrok padł na stosik urzędowej korespondencji. Na samym wierzchu spoczywało zaproszenie na naradę, jaka nazajutrz miała odbyć się w siedzibie urzędu powiatowego. Zaklął z cicha w dziewięciu językach. Nie ma siły, obowiązki urzędowe to obowiązki urzędowe, mus to mus. Trzeba będzie jechać. Może uda mu się namówić Wodotryska, żeby zawiózł go tam swoim autobusem, który swojego czasu znalazł na złomowisku, podszykował nieco, pomalował na cieszące oko kolorki i bez opamiętania rozbijał się nim po okolicy.



Marta Kisiel - "Nawiedziny"


- Duch w komodzie? - Widelec z kawałkiem nieokreślonego, lecz zdecydowanie martwego i wypieczonego zwierzątka zatrzymał się w połowie drogi do ust.
Szefowa zamarła, nie do końca ufając własnym uszom. - Duch?
- Duch. Ta duch - sprecyzowała Wijka. - Ta... ducha?
- Chrzanić gramatykę, duch? W komodzie? W tym domu? Moim domu?...
Wykidajło i dzierlatka przytaknęli niemrawo i jednocześnie sięgnęli po kubki z kawą.
- Chociaż jakiś porządny?...
- Nooo... bardzo porządny - odpowiedziała ostrożnie Wijka po krótkim wahaniu. - Nawet za bardzo, jak
na mój gust... - dodała ciszej, lecz szefowa miała świetny słuch.
- To znaczy?
- Nieskalanie porządny.
- Wijka, ty coś kręcisz, ja widzę, że ty kręcisz. Ona kręci? - zwróciła się do Ladacy - Kręci! Co to za nieskalanie porządny duch?
- Dziewica - rzekł krótko.
- Że... że co?
- Dziewica. To taka dziewuszka, która nigdy...
- Ladaco, wbrew pozorom ja wiem, co to jest dziewica. Jeszcze pamiętam.
- Ale to nie byle jaka dziewica. - Wijka uznała, że szefowa powinna poznać szczegóły. - Jedna z tych... ortodoksyjnych, co to dopiero po ślubie. A i to nie zawsze.
Szefowa zbladła jak prześcieradło. Odłożyła widelec i z widoczną odrazą odsunęła talerz daleko od siebie.
- Dom publiczny nawiedzony przez ducha zatwardziałej dziewicy?...
- Aha.
- Jasna cholera...
- Aha.
Cisza, która zapadła, miała cokolwiek grobowy charakter, jako że w tym momencie cała trójka oczyma dusz swoich oglądała w zwolnionym tempie rychłą agonię przybytku, a nawet i pogrzeb.
Szefowa czuła, jak rośnie jej ciśnienie. Zmarszczyła groźnie brwi.
- Już ja się z tą panną rozmówię. Żadna dziewica nie będzie mi rujnować interesu!
Wspinaczka na strych ani trochę nie ostudziła jej gniewu. Nie przejmując się pukaniem czy ryglem, szefowa wparowała do pokoiku i stanęła twarzą w twarz z duchem, który od świtu realizował swoje krawieckie pasje.
- Pakuj manatki - warknęła. - Duch czy nie duch, nie będziesz mi tu cnoty szerzyć!









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2009-10-10 (1443 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej