Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Zapadła dziura Bone Gap
 
Katalog - dodano
 Dotąd dobrze
- Ursula K. Le Guin
 Coś
- John W. Campbell
 Zmierzch Bogów
- Michał Gołkowski
 Czara Cieni
- Frances Hardinge
 Śpiew kukułki
- Frances Hardinge
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Indygo'' - Graham Joyce

Prolog


OSPEDALE SAN CALLISTO, RZYM, 31 PAŹDZIERNIKA 1997


Budynek Ospedale San Callisto wyglądał jak gigantyczny, biały tort weselny. Zajmował rozległą powierzchnię na przedmieściach Rzymu, około piętnastu mil na zachód od miasta. Jack zaparkował swojego wynajętego fiata, kurtuazyjnie otworzył przed Louise drzwi od strony pasażera i razem przeszli przez aleję cyprysową do portyku budynku.
Kiedy wspinali się po marmurowych schodach, Jack powiedział: – Wiesz, nie musisz tu wchodzić. Możesz zaczekać w samochodzie.
– To tak samo moja sprawa, jak twoja – odparła. Dlatego wróciła z nim do Rzymu i dlatego zostawiła Billy’ego pod opieką Dory w Chicago.
Ich kroki odbijały się echem na nieskazitelnie wyfroterowanej podłodze sali recepcyjnej. Przedstawili się recepcjoniście w białym uniformie, potem poproszono ich o zajęcie miejsc na twardych, plastikowych krzesłach. Przez francuskie okna wlewało się światło słoneczne tańczące na sterylnych, marmurowych powierzchniach. Czekali w milczeniu.
Z mroku w końcu korytarza wyłonił się lekarz trzymający teczkę. Szedł i szedł bez końca w skrzypiących przy każdym kroku butach. Przywitał ich jakoś uroczyście i gestem wskazał, by poszli za nim nieskończenie długim korytarzem, a potem w górę imponującymi, marmurowymi schodami. Lekarz raz czy dwa pociągnął nosem, jakby chciał go oczyścić. Pacjenci, gawędzący na schodach, nagle zamilkli i zagapili się na gości.
Zgadując myśli Jacka, lekarz powiedział: – To nie jest zakład zamknięty. Nie ograniczamy pacjentów. Mamy tu piękny, słoneczny pokój, coś w rodzaju solarium. Lubi w nim przesiadywać. Przez cały dzień, gdyby jej pozwolić.
Wreszcie otworzył drzwi. Jack z początku pomyślał, że pomieszczenie jest puste. Zwrócone na południe okna przypominały rzeźby z żelaza i szkła. Wewnątrz stały tylko białe, wiklinowe fotele. Potem Jack zauważył młodą kobietę. Ubrana w jeansy i białą koszulkę siedziała na skraju jednego z foteli i wyglądała przez okno. Prawdę mówiąc spodziewał się gołych stóp i kaftana bezpieczeństwa.
Buon giorno, Natalie! – ze sztuczną wesołością powiedział lekarz. Kobieta nie zareagowała. Podszedł do niej i delikatnie przegarnął jej włosy. – Mamy dziś gości! – wreszcie spojrzała na nich przez ramię i wstała. – Zostawię was samych – powiedział lekarz, wycofując się. – Będę w pobliżu.
Młoda kobieta zrobiła krok naprzód. – Tim?
Była chuda jak szkielet, cały czas mrużyła oczy jakby przeszkadzało jej zbyt ostre światło. Rozpuściła związane na karku brązowe włosy.
– Nie, mylisz się – zaczął mówić Jack, ale przycisnęła palec do warg i syknęła ostrzegawczo. Przeszła przez pokój, chwyciła dłoń Louise, po czym wolno i zmysłowo ją obwąchała. Potem pochyliła się i zaczęła wąchać jej kolano. Louise nie cofnęła się, kiedy kobieta wąchała jej udo i krocze, trzymając nos jedynie o włos od jej spódnicy. Następnie przysunęła się do Jacka, obwąchała go na wysokości pasa, potem z boku, i wreszcie, prawie wpychając tam nos, pod pachą. Jack mógł tylko z desperacją spoglądać na Louise.
– Nazywam się Jack Chambers. Tim był moim ojcem. A to jest Louise, jego córka.
– Nasiąknęliście tym – powiedziała kobieta.
– Czym?
– Indygo. Wilczy gruczoł. Oboje. Zwłaszcza ty. Czy on przyjdzie? Czy Tim przyjdzie? – zaczęła bardzo powoli okrążać Jacka.
– Tim umarł – powiedział Jack. – Umarł jakiś czas temu. Zostawił ci trochę pieniędzy. Chcę się upewnić, że je dostałaś.
– Wiesz, dokąd oni poszli?
– Kto? I gdzie miałby pójść?
– Oni wszyscy. Było nas wielu. Zostałam tylko ja. Myślałam, że przyszedłeś powiedzieć mi dokąd poszli. Samotność jest mało zabawna. – Łagodnie i bez gniewu uderzyła Jacka w twarz. Potem podeszła do Louise i znów zaczęła krążyć.
– Natalie – powiedziała Louise – czy wiesz gdzie jesteś?
Natalie cofnęła się ostrożnie, jakby uznała pytanie za protekcjonalne i głupie. – Oczywiście. Jestem w Indygo. To dlatego nie możecie mnie zobaczyć.


PIERWSZY


LOTNISKO O’HARE, CHICAGO, MIESIĄC WCZEŚNIEJ

Kiedy maszyna zaczęła podchodzić do lądowania na lotnisku O’Hare, Jack Chambers, nieco nerwowy pasażer samolotu, był przy piątej szkockiej z wodą. Stewardessy otworzyły przejście między rzędami za szybko, aby poprosić o kolejną. Jack osuszył plastikowy kubek, otarł zmierzwione brwi maleńkim papierowym ręcznikiem o zapachu cytryny i znów zaczął zastanawiać się nad sprawą Birtles’a.
To jest dobry moment, uznał. W Londynie zostawił tylko jeden niewyjaśniony przypadek w wyraźnie podupadającym interesie. Poinstruował swoją sekretarkę, panią Price, energiczną kobietę w wieku emerytalnym, aby przyjmowała wszystkie nowe sprawy i grała na zwłokę pod jego nieobecność. Sam chciał pracować nad sprawą Birtles’a. Darował sobie wyjaśnianie okoliczności, w których wszystko rzucił.
A więc lądował w Chicago i choć był już początek października, słońce na zewnątrz terminalu lśniło jak kryształki soli na limonce. Z poczuciem lekkiego zagubienia Jack zadrżał w rześkim, zimnym powietrzu. Przed postojem taksówek stał rząd malowniczych kiosków, w których sprzedawczynie w nausznikach gapiły się martwo przed siebie, w stanie narkoleptycznego prawie znudzenia. Tak jak i taksówkarze, miały wysmagane zimnym wiatrem twarze, posiniałe i jakby poobijane. Jack szybko się przekonał, że wszyscy mieszkańcy Chicago wyglądają, jakby przyjęli kilka ciosów na ringu bokserskim. Postukał w pleksiglasowe okno jednego z kiosków, a kobieta minimalnie pochyliła głowę w kierunku czekającej żółtej taksówki.
Długo jechał w głąb Chicago. Licznik taksówki tykał, jakby odmierzał czas do zagłady. Wielki kanion, uformowany nie ze skał, lecz ze szkła, stali i zbrojonego betonu, wznosił się po obu stronach ulicy, jak połyskujące rtęciowo fale formujące koryto rzeki. Zamiast jaskiń i sznurowych drabinek, tu były windy i wysłane dywanami hole. W jednym z nich, na West Wacker Drive, spotkał się z Harveyem Michaelsonem, prawnikiem, który skontaktował się z nim w Anglii.
- Nie miałem pojęcia, że pan o niczym nie wie. Nie spodziewałem się, że to będzie dla pana nowość.
- Nie widzieliśmy się od ponad piętnastu lat. Nie mieliśmy ze sobą bliskiego kontaktu – powiedział Jack.
Michaelson wskazał mu drogę do swojego wytwornego biura obitego pluszem i dębowym drewnem. Zaproponował świeżą kawę, kanapki i ciasteczka, zapytał o lot i pogodę w Anglii. Jego gościnność była tak wylewna, a maniery tak wyszukane, że Jack pomyślał, iż przyjdzie mu słono zapłacić za poświęcony czas. Rzucił okiem na zegarek tylko po to, aby dać do zrozumienia, że wie.
Michaelson nosił złote spinki do mankietów. – Jak powiedziałem panu przez telefon, jest pan raczej wykonawcą niż beneficjentem. – W Anglii nikt już nie nosił spinek do mankietów, ani arystokracja, ani klasy średnie; tutaj wydawały się oznaczać status idący w parze z doskonałymi zębami, gładko zaczesanymi włosami i bukową, wypolerowaną tabliczką z nazwiskiem na drzwiach biura. – Och, coś pan dostanie, o ile dopilnuje pan wypełnienia ostatniej woli. Jest tu sporo do uporządkowania.
- Zakład, że nie będę miał z tego tyle, co pan – powiedział Jack, a Michaelson roześmiał się, chociaż obaj wiedzieli, że to nie był żart.
Pomimo prostolinijności w podejściu do pieniędzy i spadku, Jack nie był bezduszny. Po prostu nienawidził swojego ojca. Nie miał z tym problemów psychologicznych. Nie mógł pojąć, dlaczego Freud narobił tyle szumu. Jack nienawidził ojca i zakładał, że jego ojciec z kolei nienawidził własnego.
- Pański ojciec był niezwykłym człowiekiem – powiedział Michaelson.
- Był zasrańcem.
Michaelson znów się roześmiał, ale zaraz ucichł. Zdał sobie sprawę, że Jack wcale nie żartował. – To nie był człowiek najłatwiejszy we współżyciu – przyznał. – Dawał panu w kość?
Oczy prawnika wyrażały oczekiwanie na odpowiedź. Jack zauważył, że powieki miał nieco zbyt czerwone; zapewne z powodu długich nocy spędzanych w zbyt w ciemnych miejscach. – Nie chcę o tym rozmawiać. – Nie za tę cenę.
Michaelson był bystry. – Mogę to zrozumieć. Zabierzmy się zatem za papierkową robotę, dobrze?
Papierkowa robota, kiedy już się za nią zabrali, ukazała skomplikowaną rolę Jacka jako wykonawcy ostatniej woli. Aby dostać sowitą zapłatę za to zadanie, musiał uporać się z aktywami i prowizjami. Był tam niezrozumiały manuskrypt, który miał zostać opublikowany, jeśli pozwolą na to środki. Testament ponadto obarczał Jacka zadaniem wyśledzenia kogoś o nazwisku Natalie Shearer, która była główną spadkobierczynią.
- Poczyniłem wstępne kroki, aby odnaleźć tę Shearer. Czy chce pan, abym dalej się tym zajmował?
- Poproszę. To mi zbyt przypomina moją pracę.
- Och? A czym się pan zajmuje?
- Jestem woźnym sądowym. – Było to wystarczająco bliskie prawniczemu światu Michaelsona, aby to zrozumiał, ale na tyle odległe na drabinie hierarchii, aby nie zadawał więcej pytań. Jack pożałował, że o tym wspomniał. To tak, jakby facet rozdający ulotki sugerował specjaliście od reklamy, że pracują w tej samej branży.
- Interesujące. To są kopie wszystkich dokumentów. Zajmie się pan nimi na własną rękę. Gdzie się pan zatrzymał w Chicago?
- Przyjechałem prosto z lotniska. Pomyślałem, że mógłby mi pan polecić jakiś niedrogi hotel.
- Do diabła z tym. Każę mojej asystentce zameldować pana w Drake’u. Niech pan korzysta z tego, że testament mówi o pokryciu kosztów. Takie jest założenie.
- Jednak, jeśli dobrze zrozumiałem – powiedział Jack – wszystko, co zostanie po odliczeniu prowizji, trafia do mnie. Więc mimo wszystko to mogą być moje pieniądze.
Michaelson uśmiechnął się pobłażliwie. – Musi pan zapłacić podatek od spadku, nie wspominając już o… proszę spojrzeć tutaj. – Następnie prawnik wytłumaczył Jackowi, w jaki sposób może odzyskać pieniądze zatrzymując się w bardziej kosztownym hotelu, a Jack zrozumiał, dlaczego jego ojciec zatrudnił tego właśnie człowieka.
- Czyli jeśli wynajmę pokój w hotelu i zamówię call girls, to nadal zarabiam pieniądze?
Michaelson mrugnął.
- Żartuję – powiedział Jack. – Naprawdę. – Tacy są prawnicy, pomyślał: jeśli śmiejesz się z ich stawek, oni nie śmieją się z twoich żartów.


DRUGI


Zgodnie z sugestiami Michaelsona Jack zameldował się w wykwintnym hotelu Drake na North Michigan Avenue. Drake miał dystynkcję wielkiej divy ze starego filmu i hol, w którym rosły palmy. Odziani w smokingi muzycy z kwartetu grali dyskretnie, prawie niewidzialni, a recepcjonista traktował go jak vipa. Jack, osłabiony z powodu zmiany strefy czasowej, zjadł kolację sam w hotelu. Nadskakująca uprzejmość kelnerów kazała mu myśleć, że musieli go pomylić z jakimś sławnym gościem.
Wziął prysznic, owinął się w hotelowy szlafrok i wysączył szklankę Dalwhinnie. Zostawił telewizor ściszony, mruczący tylko łagodnie w tle i zadowolony z samotności rozłożył papiery Michaelsona na łożu godnym cesarza. Testament był napisany profesjonalnie, zwięźle i stosunkowo prosto. W aktach znajdował się również rękopis i zbiór napisanych na maszynie esejów czekających na publikację. Było tam także portfolio aktywów spisanych przez Michaelsona. Ojciec Jacka miał mieszkanie na Lake Shore Driver, o którym już wiedział i dom w Rzymie, o którym nie miał pojęcia. Były udziały w amerykańskich i włoskich firmach oraz spory kapitał. Jack cmoknął nad Dalwhinnie, zniesmaczony, że nic z tego mu nie przypadnie. Być może powinien był wykazać więcej stanowczości, a nawet cierpliwości wobec staruszka.
Ale żadne pieniądze nie były tego warte. Do Jacka nagle dotarło, że nawet nie spytał Michaelsona w jaki sposób umarł jego ojciec. Właśnie tyle się nim przejmował.


***


Jack po raz ostatni widział ojca w Nowym Jorku, prawie dwadzieścia lat temu, kiedy sam miał dwadzieścia jeden lat. Kilka miesięcy przedtem Tim Chambers zaczął obdarowywać syna prezentami stosownymi dla młodego mężczyzny zaczynającego dorosłe życie, chociaż porzucił matkę Jacka, kiedy chłopiec miał niespełna pięć lat. Jack studiował geologię na Uniwersytecie Sheffield, był tuż przed końcowymi egzaminami. Któregoś dnia w drzwiach stanął wysoki mężczyzna w jasnym garniturze i w swetrze z golfem. Trzymał butelkę szampana, tomik poezji i zaklejoną kopertę. – Jack Chambers? – zapytał.
- Tak.
- Jestem twoim ojcem.
Jack zamrugał. To mogła być ta szara postać, którą zapamiętał z czasów, kiedy miał pięć lat. Było w nim coś, co sprawiało, że wyglądał zbyt młodo jak na faceta koło pięćdziesiątki. Miał niemodne długie włosy, odgarnięte do tyłu jak lwia grzywa. Egzotyczna opalenizna sugerowała status społeczny o wiele wyższy niż ten, który zapewniał matce Jacka w czasie ich krótkiego małżeństwa. Było coś jeszcze. Jakkolwiek kosztownie ubrany, nie miał ani butów, ani skarpetek. Jack spojrzał na jego bose stopy i powiedział: – Za pół godziny mam egzamin.
Mężczyzna popatrzył smutno na butelkę szampana w ręce. – Czas nigdy nie był moją mocną stroną. Czy możemy się spotkać później?
Jack umówił się z nim na schodach do sali egzaminacyjnej. Pisał egzamin w swoistym zamroczeniu, jakby jego głowa zamieniła się w balon wypełniony helem i unosiła go w górę, skąd spoglądał na gryzmolącą figurkę poniżej. Za słabe wyniki obwiniał później ojca i jego teatralne wejście, ale wówczas był zdania, że poszło mu raczej dobrze.


***


Kiedy było po wszystkim, wyszedł z sali egzaminacyjnej, a ojciec zapytał po prostu „Jak poszło?”. Jack miał wrażenie, że przez cały czas czekał na schodach z szampanem i prezentami w rękach. Całe trzy godziny. I te bose stopy.
- Nieźle.
- Cudownie. Zjemy lunch?
Tim Chambers podszedł do sportowej Alfy Romeo, położył butelkę szampana i prezenty na tylnym siedzeniu i zawiózł go do francuskiej restauracji. Jack nie mógł się powstrzymać od zerkania na bose stopy przyciskające pedały. Maître w restauracji również to zauważył, ale nie powiedział ani słowa. Jack ujął ciężkie, srebrne sztućce i próbował wzorować się na mężczyźnie marszczącym brwi nad menu. Jego oczy spoczęły na małym, okrągłym wisiorku w kolorze kości, wiszącym na szyi ojca jak amulet.
- Pech – powiedział ojciec.
- Co?
- Mieć egzamin w dniu urodzin.
- Specjalnie na to czatują.
- Cóż za filozoficzne podejście. Geologia, zgadza się? Powinieneś był studiować filozofię.
- Masz poczucie winy? Dlatego nagle się pojawiłeś?
Zanim ojciec zdążył odpowiedzieć, pojawił się sommelier. Tim Chambers ze znawstwem zamówił wino. – Poczucie winy to kompletnie bezużyteczna emocja; jedna z tych, które wyrugowałem ze swojego życia. Mógłbyś pomyśleć o tym samym. – Stanął nad nimi kolejny kelner, jego pióro zawisło nad notesem, ale Chambers go zignorował. – Ciekawość i troska: pierwsza, naturalnie, żeby zobaczyć, jakim człowiekiem się stałeś, a jak dotąd podoba mi się to, co widzę; druga, aby dopełnić choć szczątkowo ojcowskich powinności, jeśli mogę i jeśli mi pozwolisz. Wyjaśnij kelnerowi, dlaczego nie weźmiemy bażanta w sosie migdałowym.
Jack spojrzał na kelnera, który świdrującym wzrokiem gapił się gdzieś ponad jego plecami.
- Ponieważ – Tim Chambers sam sobie wyjaśnił – to nie sezon polowań na bażanty; a jeśli go mają, to znaczy, że jest mrożony; a my nie przyszliśmy tu po to, by jeść mrożonki.
Jack nie był pewien, kto właściwie został zganiony, ale kiedy Chambers zamówił filet mignon, on poprosił o to samo. Podczas posiłku Chambers mówił. Jack, zawieszony pomiędzy duszącą urazą i oczarowaniem miejskim szykiem i hipnotyzującym urokiem ojca, odpowiadał na sondujące pytania głównie monosylabami.
Zanim podrzucił Jacka na uniwersytet, wcisnął mu w ręce szampana, oprawione w skórę wydanie „Piekła” Dantego i zaklejoną kopertę. Zawierała czek na kwotę większą, niż roczna pożyczka studencka.
Tego dnia Jack rozczarował sam siebie. Próbował zachować rezerwę, ale tylko wyszedł na ponuraka. Chciał sprawiać wrażenie odprężonego, a wydał się co najwyżej zahamowany. Nie czuł się komfortowo z myślą, że ojciec przez ten czas mógł przejrzeć go na wylot.


***


To wszystko zdarzyło się dawno temu. Teraz Jack leżał wyciągnięty na łóżku w pokoju hotelowym w Chicago i próbował przeglądać dokumenty. Rozpraszały go jednak wspomnienia, zmęczenie wywołane różnicą czasu i tępy ból głowy. Zapadł w sen.
Kiedy się obudził, w telewizji migały najlepsze momenty z poprzedniego weekendu rozgrywek futbolowych. Gapił się nieprzytomnie w ekran, próbując pojąć działania ludzi ubranych jak bohaterowie z komiksów. Była czwarta nad ranem, a on czuł się całkowicie rozbudzony. Nie było nic innego do roboty, poza skazanym na niepowodzenie wysiłkiem zrozumienia amerykańskiego futbolu.
Michaelson zorganizował Jackowi spotkanie z Louise Durrell w mieszkaniu ojca na Lake Shore Drive. Durrell miała klucze zarówno do tego mieszkania, jak i do domu w Rzymie. Była córką Chambersa i przyrodnią siostrą Jacka.
Jack dotąd widział ją raz w życiu, przez jakieś dziesięć minut. To także było dwadzieścia lat temu. Jedenastolatka z piegami, słabymi włosami i aparatem na zębach chowała się przed nim wstydliwie. O ile pamiętał, tamtego dnia nie zamienili ani słowa.
Zanim wyszedł z hotelu zadzwonił do swojego biura w Londynie i zostawił pani Price wiadomość na automatycznej sekretarce. Czytał gdzieś o pogardzie Amerykanów dla ludzi chodzących piechotą i zdecydował się na spacer do mieszkania ojca tylko po to, aby pokazać temu nadętemu narodowi, że tak można.
Jeżeli to Bóg stworzył Chicago, z pewnością użył kompasu, kątomierza i suwaka logarytmicznego. W tej uporządkowanej metropolii o czystych liniach, pełnej podniecających krzywizn i słodkich kątów, ekscentryczność oznaczała zaprzeczenie reguł i obrazę dla kunsztu kreślarza. Wlewała jednakże odrobinę ciepłego chaosu w serce zimnej matematyki.
Chicago dawało Jackowi energię. Chciał hałasować na ulicach, słyszeć swój głos odbijający się od ścian ze szkła, stali i betonu. Zadarł głowę w stronę monolitycznych elewacji. Błyszczące wieże przycupnęły na brzegach jeziora Michigan jak migrujące stado spragnionych ptaków o białych nogach, ptaków, które zapomniały odfrunąć.
Źle obliczył odległość i spóźnił się prawie pół godziny. Czekał na niego portier. Na górę wjechał windą, w której dywany, lustra i całe wyposażenie były zdecydowanie lepsze niż to, co miał we własnym mieszkaniu.
Louise Durrell wpuściła go do mieszkania ojca i zaraz musiał zganić się za myśli co najmniej niestosowne wobec siostry. Miała na sobie dobrze skrojoną, beżową garsonkę i wyglądające na drogie, buty na niskim obcasie. Jej spódnica kończyła się w tym magicznym punkcie jednocześnie odsłaniającym i ukrywającym uda. Jack pomyślał, że ma doskonały gust. Pachniała pieniędzmi, jakby miała je od zawsze; było w tym lekkie tchnienie miękkiej skóry dziecka, nowych banknotów i świadomej powściągliwości. Ten zapach sprawiał, że poczuł się świadomy postrzępionych rękawów swojego płaszcza.
Zawahał się, niepewny, w jaki sposób ma przywitać siostrę, której nie znał. Nie odwzajemniła jego uśmiechu i wydawała się być zniecierpliwiona jego przeprosinami. Zerkała na niego oparta szczupłym ramieniem o ścianę, w pozycji wyrażającej ledwie skrywaną pogardę. Zupełnie jakby był za coś oceniany. Racja, pomyślał, Anglik każdemu potrafi dorównać w rezerwie, więc dlaczego nie tutaj i nie teraz.
Udając, że rozgląda się po mieszkaniu, obserwował ją kątem oka. Louise Durrell uważnie na niego patrzyła. Kiedy spotkał jej spojrzenie, odsunęła z oka zabłąkany kosmyk blond włosów i odwróciła wzrok.
- Co z tym zrobisz? – zapytała.
Nie sypia dobrze, zauważył. Zmarszczki wokół oczu, ciężkie powieki, zmęczona skóra, coś w nocy nie pozwala jej zasnąć. Coś ją gnębi.
- Z mieszkaniem? Będę musiał je sprzedać. Sposób postępowania jest prosty. Nie ma tu za dużo mebli, prawda?
Mieszkanie było urządzone w stylu minimalistycznym. Wnękowe okna były osłonięte elektrycznymi roletami. Na jasnym parkiecie stały trzy sofy obite turkusową skórą. Był tam też barek, imponująco wyglądający sprzęt muzyczny, a na ścianach obrazy, które Jack uznał za kosztowne gówno. Nigdzie nawet atomu kurzu.
Jack nie mógł pohamować niechęci w stosunku do Louise, dziecka, o które Tim Chambers się troszczył. Kiedy przeszukiwał barek, wyglądała, jakby chciała coś powiedzieć. Zamiast tego zacisnęła wargi, jednak w jej oczach dostrzegł zaczepkę. Jack postanowił podenerwować ją jeszcze trochę opadając niedbale na jedną z sof. – Nie znoszę tego koloru – powiedział. – Może usiądziesz?
- Może po prostu dam ci klucze i wyniosę się stąd?
Jackowi spodobała się jej wyrazista postawa. Chciał zapytać ją o setki rzeczy. Była o dziesięć lat młodsza od niego, i o ile wiedział, Chambers uczestniczył w jej wychowaniu. Zastanawiał się, czy pomagała mu w pracy, czy też była tylko traktowaną pobłażliwie córeczką. – W porządku. Biegnij. Mam tu parę rzeczy do zrobienia.
- Jakich rzeczy?
- Skomplikowanych. – Jack uśmiechnął się rozbrajająco w odpowiedzi na jej opryskliwość. Czegoś się nauczył jako woźny sądowy.
Louise otworzyła torebkę i wyjęła dwa pęki kluczy. Każdy był starannie opisany. Jeden Chicago, drugi Rzym. – Pomyślałam jedynie, że mogłabym ci w czymś pomóc.
- Widziałaś testament?
- Tak.
- To już wiesz, że nieźle na nim wyszłaś – powiedział Jack.
Długo się namyślała, zanim odpowiedziała. – Mógł potraktować cię lepiej.
- Nie skarżę się. Nie miałem dla niego szacunku. Nie mieliśmy dla siebie czasu. Nie jestem nawet pewny, dlaczego mam na tym zarobić; wiem tylko, że to lepsza kasa, niż normalnie zarabiam.
- W Anglii jesteś kimś w rodzaju urzędnika sądowego?
- Niezupełnie. Słuchaj, dziękuję ci za pomoc. Mam twój numer – mogę zadzwonić, gdybym potrzebował pomocy?
- Jasne.
- A tak przy okazji – w jaki sposób on umarł?
Louise oderwała się od ściany. – Nie wiesz?


***


Podczas lunchu Louise zaczęła tajać. Chociaż Jack miał nadzieję na amerykańskiego burgera wielkości całej krowy, to po tym, jak powiedział, że posiłek idzie w koszty, wybrała japońską restaurację. Jak się okazało, azjatyckie menu było bardziej tajemnicze, niż okoliczności śmierci Tima Chambersa, lat sześćdziesiąt sześć; wciąż jednak uwierało go poczucie jakiejś niestosowności.
- Umarł w łóżku. – Louise włożyła do ust kawałek sushi. – Był w towarzystwie dwudziestolatki, a już wtedy miał problemy z sercem. Dziewczyna to histeryczka. Zadzwoniła do mnie, a ja przyjechałam do mieszkania. Wezwałam lekarza. Miał atak serca – nie pierwszy.
- Co się stało z dziewczyną?
- Nie była nikim ważnym. Zgodnie ze swoim życzeniem został skremowany. Przyszły setki ludzi, choć nie sądzę, abyś ich znał, albo lubił. Myślałam, że może przyjedziesz. Jako jego syn.
- Nienawidziłem go. A ty nie?
Jej powieki zadrżały. – Nie, nie nienawidziłam go, ale pod koniec miałam dla niego coraz mniej szacunku.
- W każdym razie nie wiedziałem o jego śmierci, dowiedziałem się dopiero po kremacji. Nie, żebym chciał przyjechać – opowiedział jej historię o krótkim objawieniu się ojca w Anglii, kiedy Jack był studentem. Louise była uważną słuchaczką. Miał do powiedzenia więcej, znacznie więcej, ale zdecydował, że nie opowie jej wszystkiego.


***


Kiedy Jack skończył studia, miał problemy ze znalezieniem pracy, może dlatego, że trzymał się blisko Sheffield. Jego kumple znikali ze sceny jeden po drugim, aż wreszcie zorientował się, że jest chyba ostatnim smutnym, byłym studentem, który każdy wieczór spędza samotnie w studenckim barze. Pod wpływem desperackiego impulsu zdecydował się skontaktować z człowiekiem, który pojawił się w dniu egzaminu.
Trąba powietrzna nabrała rozpędu. Ojciec chętnie go zaprosił, Jack kupił więc bilet i oświadczył matce, że ma zamiar spędzić sześć tygodni w Ameryce ze swoim ojcem. Prawie dostała apopleksji. Błagała go, aby nie jechał. Jack myślał, że ludzie dramatyzują mówiąc o padaniu na kolana, ale artretyczne stawy jego matki zostawiły wgłębienia w dywanie. Płakała. Błagała. Mówiła okropne rzeczy o Timie Chambersie językiem, który go zaszokował.
Ale Jack był zdeterminowany, mimo wszystko wsiadł w samolot i odleciał do przybranej ojczyzny ojca. Tim mieszkał wówczas w Nowym Jorku i podjął go jak młodego księcia. W rękę wciskał mu paczki dolarów, tyle, ile tylko mógł wydać. Zamieszkał w mieszkaniu ojca, dostał Buicka – Buicka! – do użytku. Zaskoczyło go również odkrycie, że ojciec, pośrednik w handlu dziełami sztuki, był zwierzęciem imprezowym z dostępem do ponętnych młodych kobiet i dowolnych ilości marihuany. I poza wyjątkowymi okolicznościami, nigdy nie nosił butów.
- O co chodzi z tymi bosymi stopami? – spytał Jack.
- O co chodzi z tymi butami?
Minął tydzień, zanim Jack spytał ponownie: – Dlaczego nie nosisz butów?
Ojciec wyglądał na zirytowanego. – Powiedzmy, że lubię czuć wibracje pod stopami.
Jack więcej nie wrócił do tego tematu, bo poza tym Tim Chambers okazał się tatusiem nad tatusiami. Jack mógł rozmawiać z nim jak z przyjacielem. Był niezrównanym gawędziarzem, mądrym, dowcipnym i wrażliwym. Zwiedził cały świat. Jack nawet nie musiał prosić, aby Tim otworzył swój portfel i wyciągnął plik pieniędzy. Przez jego mieszkanie przewijało się mnóstwo młodych ludzi, w większości z artystycznych środowisk Nowego Jorku. Był przez nich powszechnie podziwiany. To właśnie wtedy Jack po raz pierwszy zobaczył Louise, która przyjechała do domu ze szkoły z internatem i snuła się pośród młodych dorosłych. Dla Jacka była tylko nieciekawym dzieciakiem. Sześć tygodni minęło we mgle wywołanej trawą i wódą, a Jack rzadko widywał Tima. Zbyt dobrze się bawił.
Potem ojciec zamknął się przed nim jak drzwi skarbca.
Jack ratował się właśnie piwem z lodówki w jego mieszkaniu. Tim zakładał płaszcz aby gdzieś pójść, kiedy powiedział nagle: – Jutro jedziesz do domu.
- Jutro?
- Tak. – Tim wydawał się roztargniony. Jego umysł był wyraźnie gdzie indziej.
- Skąd ten pośpiech?
Tim długo wpatrywał się w niego twardym spojrzeniem, zanim odpowiedział. W zamyśleniu pocierał palcami kościany talizman, który zawsze miał na szyi, wreszcie powiedział: – Nie zamierzam dyskutować. Jutro spakujesz swoje rzeczy, weźmiesz taksówkę, pojedziesz na lotnisko i polecisz z powrotem do Anglii.
- Czy zrobiłem coś nie tak?
- Tu nie chodzi o to, co zrobiłeś. Świat nie kręci się wokół twojego ego. Czas wracać do domu. Powiedzieć do widzenia. – Tim wyciągnął rękę, uścisnął dłoń Jacka i wyszedł.
Przez następne trzy dni nie było wolnych miejsc w samolotach, ale przez ten czas Tim ani razu nie pojawił się w mieszkaniu. Kiedy Jack próbował dodzwonić się do kogoś z masy ludzi, których poznał, byli albo nieuchwytni, albo się wykręcali. Resztę z hojnie mu darowanych pieniędzy wydał na taksówkę na lotnisko. Nad Atlantykiem, wysoko ponad chmurami, Jack rozpamiętywał wszystkie zdarzenia i usiłował dojść, czy mógł powiedzieć coś niestosownego.
Podczas lunchu nie opowiedział o tym Louise. Ale coś, co powiedziała, zabrzmiało znajomo. – Jasne, to był dziwak. Czytałeś manuskrypt, który musisz opublikować?
- Nie miałem czasu.
- Przeczytaj.
- O czym to jest?
Potrząsnęła głową. Jack uznał, że ją lubi. Miała oczy lwicy, teraz zmrużyła je, patrząc na niego. – Po prostu go przeczytaj. Sam zobacz, kim był. – Potem zwilżyła językiem górną wargę i zaśmiała się, a Jack po raz drugi pożałował, że jest jego siostrą.
- Zrobili kawał dobrej roboty z twoimi zębami – powiedział. – Kiedy widziałem cię ostatnio, nosiłaś aparat ortodontyczny.
Poczerwieniała i odchyliła się na krześle. – Więc mnie pamiętasz!
- Tak. Widziałem cię tylko przez pięć minut, ale pamiętam.
- Zraniłeś mnie.
- Co takiego? Nigdy nie zamieniliśmy nawet słowa!
- Właśnie. Wiesz, jak bardzo to zabolało jedenastoletnią dziewczynkę? – była poważna. – Pozwól, że opowiem ci o tamtych czasach. Tata powiedział mi, że mam brata, i że właśnie przyjeżdża z Anglii. Z Anglii! Wszystkie dziewczyny z mojej szkoły z internatem były chore z zazdrości. Kto wie, może im naopowiadałam, że jesteś jakimś księciem. W każdym razie założyłam śliczną, nową sukienkę i kazałam się uczesać. Wszystko po to, aby poznać tajemniczego brata z Anglii. W wyobraźni widziałam fajnego faceta, któremu będę mogła powiedzieć wszystko, i który będzie mnie traktował jak dorosłą, i będzie mnie kochał, wiesz, o co mi chodzi? I oto zjawiłeś się, ale byłeś zbyt zajęty zabawą się z tymi wszystkimi zwariowanymi ludźmi, których tata zwykle zapraszał do siebie. Trzy razy próbowałam się do ciebie odezwać. Wszystko, co udało mi się z siebie wydusić, to był jakiś skrzek. Nie chciałeś spędzić ze mną ani sekundy. Płakałam przez trzy dni. To złamało moje dziecinne serduszko. Wróciłam do szkoły i powiedziałam przyjaciółkom jak świetnie spędzaliśmy czas i jak kupiłeś mi naszyjnik u londyńskiego jubilera, ale był tak cenny, że nie pozwolono mi go zabrać do szkoły i pokazać.
Jack przypomniał sobie wpatrzoną w niego jedenastolatkę z wyłupiastymi oczami i nerwowo trzepoczącymi powiekami. – Och.
- To była najgorsza rzecz, jaka mi się w życiu zdarzyła. Naprawdę.
- Proszę. – Jack zrobił dotąd bardzo niewiele rzeczy, których musiał się wstydzić. Teraz poczuł się jak dzieciak zabijający gołębia pociskiem z procy.
- Nie mogłeś o tym wiedzieć. To była taka dziewczyńska fascynacja. Zdarzyła mi się w wieku, kiedy naprawdę mogłam przywyknąć do starszego brata.
Jack zapomniał o swoim opanowaniu. Impulsywnie chwycił jej dłoń i ucałował chłodne, długie palce. – Czy mogę to nadrobić? Nadal mogłabyś przywyknąć? Mam na myśli starszego brata?
Zaskoczona spojrzała na niego. – Mogłabym przywyknąć do wódki z tonikiem.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2009-10-14 (1339 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej