Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Czasami warto umrzeć
 
Katalog - dodano
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 Ale z naszymi umarłymi
- Jacek Dehnel
 Jednookie walety
- antologia
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Ofensywa szulerów'' - Jakub Ćwiek

Cześć 1,2,3


Część 1

PRZEKLEŃSTWO BELLA


Przez dłuższą chwilę siedzieli w milczeniu. Każde z nich ściskało w ręku otrzymaną kartę i patrzyło na pozostałych niczym podczas nietypowej, pokerowej rozgrywki. Zdawali sobie sprawę z obecności Dziesiątki usadowionego w mroku, ale milczący chudzielec nie miał teraz znaczenia – liczyli się tylko oni. Trzy osoby przy stole, trzy twarze, w ostrym świetle wyglądające jakby wycięte i naklejone na czarny karton.
Pierwszy odezwał się Smith. Zanim to zrobił, odchrząknął i uśmiechnął się.
– Nie wiem jak wy, ale ja chciałbym się jeszcze tej nocy położyć – powiedział. – Pozwólcie zatem, że zacznę, żeby dłużej nie przeciągać.
– Ależ oczywiście, niech pan się nie krępuje – zachęcił go Brown. – Można wiedzieć, jaką pan dostał kartę?
Smith rzucił na stół jokera. Stwór w błazeńskiej czapce wyglądał jak diabeł wyskakujący z pudełka. Miał przerażająco wielkie oczy, a jego rozciągnięte w uśmiechu usta układały się w kanciasty półksiężyc.
Zaraz po karcie na stole wylądowała karteczka z dwoma punktami:

1. “Przekleństwo Bella”
2. Crowley

– O tym mam opowiedzieć – wyjaśnił Smith, zupełnie jakby jego słuchacze nie słyszeli tych samych co on instrukcji, nie dostali własnych kartek. – Zacznę jednak od tego, że naprawdę nazywam się Jasper Maskelyne i...
Zawahał się.
– ...I ta karta doskonale do mnie pasuje.


OPOWIEŚĆ JASPERA


Spośród czterech mężczyzn siedzących w gabinecie majora Stewarta Menzisa – nowo mianowanego dowódcy wywiadu – ja jeden zachowywałem względny spokój. Być może dlatego, że jako jedyny nie miałem żadnych wątpliwości, iż akcja przeprowadzana w tym samym czasie na ulicach Genewy zakończy się fiaskiem. Pozostali – dwóch kapitanów i jeden porucznik wywiadu, których nazwisk, proszę mi wybaczyć, teraz nie pomnę – wciąż jeszcze się łudzili.
Można by zapytać, cóż robiłem w tak szacownym gronie, podówczas ledwie rekrut, wojskowy entuzjasta proponujący wojsku swoje nietypowe usługi i umiejętności. Odpowiedź w pierwszej chwili brzmi zaskakująco – to ja byłem pomysłodawcą realizowanej właśnie akcji. Tej, w którą tak wątpiłem.
Oczywiście – co należałoby podkreślić – według mojego założenia plan wyglądał nieco inaczej. Przede wszystkim bowiem mówił wyraźnie, że to ja powinienem nadzorować wszystko na miejscu i doglądać wszystkich szczegółów. Akcja w Genewie nie wymagała bowiem od dowódcy zdolności taktycznych czy strategicznych, a raczej umiejętnego odwracania uwagi i dbałości o synchronizację wszystkich szczegółów. Słowem, dowodzić nią nie powinien wojskowy, lecz iluzjonista.
Tak się składa, że wtedy, w pierwszych miesiącach wojny – a całkiem możliwe, że i przez cały czas tego ogólnoświatowego konfliktu – byłem najlepszym iluzjonistą, jakim mógł się poszczycić brytyjski wywiad.


* * *


– A pan, panie Maskelyne? Życzy pan sobie jeszcze brandy? – zapytał porucznik, szczupły mężczyzna po trzydziestce z twarzą pokrytą piegami i włosami barwy ognia i popiołu. Zapamiętałem to ostatnie tak dokładnie, ponieważ do tamtego dnia byłem święcie przekonany, że rudzi nie siwieją. Zresztą mało kto siwieje tak młodo.
– Nie, dziękuję bardzo – odparłem z uśmiechem, pokazując wciąż jeszcze pełną szklaneczkę. – Myślę, że gdy to dopiję, będzie mi aż nadto huczało w głowie.
Porucznik skinął głową, ale przez moment dostrzegłem na jego twarzy grymas niechęci. Czy miał mnie za mięczaka o słabej głowie, czy też był zły, że odmową odebrałem mu pretekst, by wstać i podejść do barku? Nie wiedziałem, zwłaszcza że obaj kapitanowie również odmówili. Choć całkiem możliwe, że pogardę i niechęć zarezerwowane miał wyłącznie dla cywili i niższych stopniem. Trochę na takiego wyglądał: potomek robotniczej rodziny, którego wojna i łut szczęścia wyniosły na szczyt. Trzeba mu było przyznać, że jeśli rzeczywiście tak było, radził sobie wśród elit nie najgorzej. Nawet jeśli manifestował zdenerwowanie bębnieniem palcami po poręczach fotela i ciągłym patrzeniem na zegarek.
W końcu zlitował się nad nim major Menzis, który wciąż jeszcze starał się zrobić miłe wrażenie zamazujące okrucieństwo jego poprzednika admirała Hugh Sinclaira, o którym to oficerze, starym jak samo Imperium, krążyły wśród podwładnych legendy tak straszliwe, że wielu wolałoby trafić na pierwszą linię frontu niż do sztabu pod jego bezpośrednie rozkazy.
– Poruczniku, mogę pana prosić? – Zamachał pustą szklaneczką, na co niższy rangą oficer zerwał się z fotela, promieniejąc.
Zachowywał się jak wierny chart przywołany przez pana.
Swoją drogą, pomyślałem wówczas, czy naprawdę nie było w całym ministerstwie lokaja, który mógłby nas tego wieczoru obsługiwać? A może żaden nie był dostatecznie godny zaufania, by można go było dopuścić do tajemnicy państwowej? Doprawdy, Imperium Brytyjskie chyliło się ku upadkowi szybciej, niż toczyły się te przeklęte działania wojenne.
Westchnąłem ciężko, co – oczywiście – natychmiast zwróciło uwagę gospodarza.
– Jest pan zmęczony, Maskelyne?
– Myślę, że “znużony” byłoby właściwszym słowem, panie majorze – odparłem. – Nie lubię siedzieć tak bezczynnie.
– Tak, tak, rozmawialiśmy już o tym. – Tym razem to on westchnął. – Ale ufam, że rozumie już pan, iż nie mogliśmy postąpić inaczej. Cywil biorący udział w misji wojskowej...
– Rzeczywiście już o tym rozmawialiśmy, sir – wszedłem mu słowo uśmiechając się szeroko. – I tak jak teraz, nic nie zwiastowało porozumienia. Więc może zamiast wracać do tematu, coś panom pokażę?
Wszyscy trzej przystali na to z ochotą. To była jedna z tych prawd o iluzji, których nauczyłem się jako pierwszy. Nieważne, z kim rozmawiasz, czy z żebrakiem na ulicy czy z premierem Imperium, nikt nie odmówi, gdy zaproponujesz, że pokażesz mu magiczną sztuczkę. Wielu moich przyjaciół pozyskało w ten sposób kochanki, ja natomiast za pomocą iluzji realizowałem swoje wojskowe... marzenie? Nie, raczej powinność. Obywatelskie pragnienie służby krajowi, który od trzech lat nie dał mi ani jednej zapełnionej do ostatniego miejsca sali i zmusił do uznania wyższości kina nad magią.
Z braku sensowniejszych i bardziej widowiskowych rekwizytów, pokazałem numer z monetą przenikającą przez dno szklanki, a potem ze dwa inne związane z kartami – talię jak zawsze miałem przy sobie, w wewnętrznej kieszeni marynarki. Nic nadzwyczajnego, ale udało mi się sprawić, że porucznik przez kwadrans ani razu nie zerknął na zegar, co uważałem za spory sukces.
– Długo trzeba się uczyć takich... sztuczek? – zapytał jeden z milczących dotąd kapitanów.
Gruby szatyn z cieniutkim wąsikiem pod wydatną górną wargą przypominał po trosze tego amerykańskiego komika ze słynnego rzekomo na cały świat duetu. Nie pamiętam, jak się nazywali, ale ten drugi był chudy i wiecznie robił głupie miny.
– Ależ to żadne sztuczki, kapitanie – odpowiedziałem z wyćwiczonym uśmiechem. Zawsze mówię coś w tym duchu, to część zawodu. – To najprawdziwsza magia.
Pstryknąłem palcami i w tym samym momencie zadzwonił telefon, na który czekaliśmy.


* * *


W kilku słowach na czym polegała akcja w Genewie i jakie w ogóle miała znaczenie.
Pewien niezwykle bogaty bankier, nazwiskiem Krebs, przeczytawszy “Mein Kampf”, postanowił bliżej zapoznać się z Hitlerem i jego rosnącą w siłę partią. Wkrótce okazało się, że zgadza się z większością głoszonych postulatów. Jako półkrwi Niemiec – jego ukochana matka pochodziła spod Hamburga, tam też znajdował się jego rodzinny dom, którego tak naprawdę nigdy do końca nie opuścił – Krebs popierał dążenia socjalistów do wyrwania się z powojennego marazmu i wyzwolenia z poczucia winy za konflikt wywołany przez arystokrację. Jako bankier z kolei zgadzał się z opinią na temat Żydów i ich spisku zmierzającego do przejęcia władzy nad światem. Wreszcie sam będąc niespełnionym pisarzem, rozumiał Hitlera jako niedocenionego artystę.
Czy mogli dobrać się lepiej? Śmiem wątpić. Gdyby jeden z nich był kobietą, zapewne pobraliby się po pierwszej rozmowie, taką zapałali do siebie sympatią. Nie bez znaczenia był także fakt, że Krebs wnosił w posagu cały swój majątek, w tym lwią część w złocie i kamieniach szlachetnych. Bogactwo każdego czyni atrakcyjniejszym, czyż nie?
Na nieszczęście dla niemieckiego dyktatora o wszystkim dowiedział się brytyjski wywiad. Trzeba pochwalić agentów Korony, że nie tylko poznali dokładną datę przekazania kosztowności, ale i udało im się wprowadzić kilku swoich ludzi do akcji. Nie dość, by w kluczowym momencie stanowili militarną przewagę, ale wystarczająco, gdyby miast siłą posłużyli się rozumem.
I w tym momencie właśnie wkraczałem ja. Dowództwo, wciąż jeszcze urzeczone moimi dokonaniami jako rekruta ze specjalnego szkolenia Royal Engineers – najbardziej chyba niewinnym żartem, jakim było stworzenie iluzji niemieckiego pancernika płynącego przez zielone pastwiska – zaprosiło mnie do Londynu, by zapytać, czy aby nie mam jakiegoś ciekawego pomysłu.
Dostarczono mi wszystko. Dokładną trasę, którą będzie jechała ciężarówka. Zdjęcia każdego metra drogi, każdego budynku i bocznej uliczki. Makietę dzielnicy. Poinformowano mnie, że kierowca ciężarówki jest naszym człowiekiem; dostarczono mi nawet jego akta personalne, z przebiegiem służby, opinią dowódcy i krótkimi notkami o rodzicach, młodszej siostrze i bracie bliźniaku.
Potrzebowałem trzech dni, by obmyślić sztuczkę. Dali mi tydzień, co wróżyło sprawie bardzo dobrze. Przynajmniej wtedy.
A oto co wymyśliłem:
Ciężarówka – pięciobiegowy opel blitz z drewnianą budą – miała wyjeżdżać z banku Krebsa około dwudziestej drugiej, by przedrzeć się przez miasto pod osłoną nocy. Eskortę stanowiły dla niej trzy mercedesy 260 D z uzbrojonymi po zęby, ale ubranymi po cywilnemu żołnierzami – jeden z przodu, dwa z tyłu. Tuż za miastem do kolumny miała dołączyć jeszcze jedna ciężarówka z ludźmi towarzysząca ładunkowi aż do płyty lotniska, gdzie czekać miały dwa samoloty... Właściwie jest to nieistotne, bo według planu ładunek miał zostać przejęty jeszcze na ulicach Genewy. Do tego wszystko miało się odbyć bez jednego choćby wystrzału. Misja niemożliwa? Bynajmniej, jeśli ma się w drużynie iluzjonistę.
Mniej więcej w połowie drogi przez miasto kolumna była zmuszona wykonać dwa zakręty: jeden w prawo, drugi w lewo. Pomiędzy zakrętami ciągnął się długi na może sto pięćdziesiąt metrów względnie prosty odcinek – najzwyklejsza w świecie handlowa uliczka pełna sklepów o szerokich, przeszklonych witrynach. Sto pięćdziesiąt metrów to dla samochodów poruszających się z narzuconą prędkością trzydziestu kilometrów na godzinę około osiemnastu sekund. I tyle właśnie miała trwać cała akcja.
– Samochody eskorty jadą w ustalonej odległości dwudziestu pięciu metrów przed i za ciężarówką – tłumaczyłem oficerom sztabu, dotykając drewnianym wskaźnikiem modeli ustawionych na makiecie. – To znaczy, że od momentu gdy pierwszy mercedes pokona pierwszy zakręt i straci z pola widzenia ciężarówkę, do momentu gdy znowu ją zobaczy, miną jakieś trzy sekundy. Można ten czas bez wzbudzania szczególnych podejrzeń wydłużyć do czterech sekund, zwłaszcza że przecież samochody jadące za ciężarówką ani na moment nie tracą jej z pola widzenia. Przynajmniej tak pomyślą sobie Niemcy.
I tu właśnie było miejsce na trik. Skoro, pomyślałem wtedy, mieliśmy bliźniaka kierowcy, to dlaczego nie można by wprowadzić do gry bliźniaczej ciężarówki? Ukryta w pustym sklepie narożnym za iluzoryczną witryną sklepową – wykonaną ze sklejki ścianą na szynach – musiała tylko wyjechać w odpowiednim momencie i ruszyć za pierwszym mercedesem. Z perspektywy siedzących w nim mężczyzn, ciężarówka wyglądała jakby wyjeżdżała z właściwej ulicy we właściwym czasie.
Potem pozostawała już tylko kwestia ukrycia drugiej ciężarówki za podobną witryną po drugiej stronie ulicy – ta nie była odsuwana na bok, tylko opadała z góry, by było szybciej – w ciągu trzech sekund, gdy tylna obstawa nie widziała samochodu. Kierowca drugiego mercedesa nie powinien był zarejestrować faktu, że ciężarówka jest nieco dalej niż powinna i przy odrobinie szczęścia Krebs i jego kochani Niemcy o podmianie dowiedzieliby się dopiero w Berlinie.
Wszystko pięknie, ładnie, panowie oficerowie wyglądali na wielce zadowolonych; kilku nawet poklepało mnie po plecach. A potem nagle poproszono mnie, bym wyjaśnił wszystko kapitanowi Bissonowi z SAS, którego wyznaczono na dowódcę akcji.
Nie pomogły protesty, wyjaśnienia, że muszę tam być, by nadzorować wszystko krok po kroku, dopilnować makiet, ustawić światła i zwierciadła uwiarygodniające iluzję.
– Bez tego akcja przypominać będzie operację bez chirurga – mówiłem. – A przecież nawet najbardziej szczegółowa konsultacja przed zabiegiem nie zastąpi jego doświadczenia i pewnej ręki.
To naprawdę była ładna metafora. Ogromna szkoda, że nie wywarła wrażenia i nie przyniosła pożądanego efektu.


* * *





Część 2

DUCHOTA NAD NORTHOLT


Zanim Brown rozpoczął swoją opowieść, najpierw solidnie załadował talerz smakołykami z patery. Owoce i ciasta nie stanowiły co prawda ekwiwalentu porządnej kolacji, ale musiały mu wystarczyć przynajmniej do rana. Nalał do szklanki soku, mocno już rozcieńczonego wodą ze stopionych kostek lodu i – trzymając w jednym ręku talerzyk, w drugim szklankę – wrócił do stołu. Siadając, zastygł w pół ruchu.
– Przepraszam, gapa ze mnie. Życzy pani coś sobie? – zwrócił się do Marthy.
Uśmiechnęła się lekko.
– Tylko pana opowieści – odparła. – Jestem już troszkę zmęczona.
– A tak, oczywiście. – Brown usiadł i wpakował do ust dwie suszone figi.
Drugą ręką odwrócił leżącego przed nim i do tej pory zasłoniętego asa i pokazał kartkę z instrukcjami:

1. Szkolenie w Northolt
2. Jasta 11

– Jak już się okazało – powiedział nieco niewyraźnie, wciąż przeżuwając w ustach figi. Przerwał na moment, po czym zaczął jeszcze raz, już z pustymi ustami. – Jak już się okazało we wcześniejszej rozmowie, jestem pilotem. Polskim pilotem. Nazywam się Jan Zumbach i brałem udział w Bitwie o Anglię.
Ostatnie zdanie podkreślił bardzo wyraźnie i zaraz potem zerknął ukradkiem w stronę Marthy, ta jednak w żaden sposób nie zareagowała. Nie był nawet pewien, czy słucha, tak była wpatrzona w swoją kartkę. Zaskoczyło go to bardzo, ponieważ do tej pory ilekroć mówił o swoich wojennych dokonaniach, kobiety reagowały żywym zainteresowaniem. Nie był w stanie nawet policzyć, ile jego powietrzne zestrzelenia zapewniły mu zestrzeleń na ziemi. Ta kobieta jednak wydawała się chłodna i nieobecna.
Wzruszył ramionami i rozpoczął swoją opowieść.


OPOWIEŚĆ JANA


Wszystko zaczęło się od latającego burdelu.
Stacjonowaliśmy wtedy w bazie Northolt na przysposobieniu do RAF. Mieliśmy już wkrótce, jak nas zapewniano, stać się pierwszym polskim dywizjonem walczącym pod angielskimi barwami.
Wkrótce, srutce – bo oto ubzdurało się wyspiarzom, że z całego świata tylko oni potrafią latać na myśliwcach, a cała reszta to hołota, nadająca się na stare dwupłatowce. Znaczyło to mniej więcej tyle, że nas, doświadczonych pilotów obcokrajowców, przeznaczono do powtórnego szkolenia i marnowano nasz czas na nudne wykłady, ćwiczenia z instruktorami i podobne bzdury. W tym samym czasie szczeniaki, co to nie potrafiły wykonać podwójnej pętli, żeby się przy tym ze dwa razy nie zeszczać w spodnie, dostawały hurricane’y i okazję, by zestrzelić kilku Fryców. Z której i tak nie korzystali. Większość zestrzeleń – pamiętam dokładnie, bo zazdrość zżerała mnie jak rdza starą blachę – łapali bowiem nasi koledzy wcieleni do dywizjonów brytyjskich.
Oj, mieliśmy wtedy chwile zwątpienia. Wyglądało na to, że nawet nasz bóg, podpułkownik Pamuła, przed którym drżeli absolutnie wszyscy polscy piloci, był gotów wymienić nasz dywizjon na taki, w którym dałoby się choć trochę polatać i postrzelać. Swoją drogą nie doczekał tego, załatwiła go dziura w zębie i wynikłe z tego zakażenie.
Właśnie wtedy, podczas tych ciągnących się w nieskończoność dni nudy i bezsilnej wściekłości, wpadłem na pomysł napowietrznego przybytku rozkoszy.
Idea malowała się następująco. Mieliśmy bombowiec, trochę przechodzonego i przemodelowanego Liore-Olivier LeO H-45 B-4, którym część z nas przyleciała tu z Francji. Niby Francuzi byli naszymi sojusznikami, ale uznaliśmy, że nie mamy obowiązku oddawać płatowca, ale możemy go wziąć jako rekompensatę za straty moralne poniesione w bazie Bron pod Lyonem. Takiej demoralizacji nie doświadczyłem nawet w ramionach Ann, stałej bywalczyni “Orchard Inn”, która w swym pamiętniku/rejestrze zestrzeleń miała ich więcej niż cały nasz dywizjon razem wzięty. Nawet pobudka i alarm były przez tych francuskich leni traktowane z lekceważeniem. O porządku w koszarach szkoda nawet wspominać!
Trzeba przyznać naszemu brytyjskiemu dowództwu, że jak już się wreszcie dowiedziało, czego tak gorliwie doglądamy w krzakach, chciało ten skradziony bombowiec Francuzom oddać. Tamci jednak ni stąd, ni zowąd złożyli broń i dupa blada. Płatowiec, jak kalekiego, niechcianego bękarta, ukryto przed światem. Stał w kącie hangaru, a wszyscy starali się o nim zapomnieć. Wszyscy oprócz nas, rzecz jasna, którzy, pracując nad nim intensywnie, zrobiliśmy z drania samolot wycieczkowy.
No ale miało być o domu uciech. Jakoś tak sobie obliczyliśmy, ile kosztuje nas schadzka z dowolną dziewczyną, która na co dzień nie zarabia tyłkiem na życie i wyszło nam wreszcie, jak to się stało, że oszczędzając niemal na wszystkim, jak jeden toniemy w długach. Nie byłem bardziej kochliwy niż inni, ale to ja pierwszy stwierdziłem, że fajnie byłoby znaleźć tańszy sposób na miłe spędzenie wieczoru. Albo przynajmniej inaczej finansowany niż z naszego żołdu. Wtedy właśnie pojawiły się dwie refleksje. Po pierwsze, większość dziewczyn, z którymi się spotykaliśmy, oddałaby wszystko, by choć raz wznieść się z nami w powietrze. Po drugie, o ile dodatkowego żołdu zdobyć nie sposób, o tyle paliwo nie stanowiło większego problemu.
Tak się bowiem składało, że każdy z nas, ledwie go wypuszczano w powietrze, kręcił młynki, beczki, spirale i korkociągi byle jak najwięcej bez żadnej przerwy – jak w starej dobrej szkole Pamuły. Chodziło oczywiście o to, by angielskie dowództwo zobaczyło wreszcie, jaką potęgę militarną marnuje.
Ponieważ owo kręcenie i inne szaleństwa i tak nie przynosiły żadnych skutków, zaprzestaliśmy głupot i na każdym locie oszczędzaliśmy szklankę paliwa. Gdy udało nam się zebrać pełen bak naszego liore’a, ruszyliśmy do “Orchard Inn” na podryw.


* * *


W progu jak zwykle powitał nas Żyd – gospodarz. Nie wiem, czy którykolwiek z nas kiedykolwiek wiedział, jak się ów człowiek nazywał, on natomiast wiedział o nas wszystko. Słuchał naszych historii i zgarniał nasze żołdy – gdyby ktoś nazwał go naszym sutenerem, mógłby mieć dużo racji. Choć niezaprzeczalnie, mówiąc takie rzeczy, dostałby w pysk, aż by go wykręciło.
– Witam szanownych bohaterów – powiedział gospodarz, co jak zwykle skwitowaliśmy drwiącymi uśmiechami. Tacy z nas podówczas byli bohaterowie jak z niego biskup. Kręcić młynki w powietrzu potrafi byle dzieciak, podczas gdy tam, nad wybrzeżem, inne dywizjony gromadziły już pokaźne listy zestrzeleń. Ale, wszyscy się w tej kwestii zgadzaliśmy, bardzo miło z jego strony, że tak właśnie nas tytułował.
– A witam, witam – odpowiedziałem tamtego dnia swoim już nie łamanym, ale wciąż niepewnym angielskim. – Cóż tam? Ma pan jakieś wieści z frontu?
– Tylko takie, że Bóg w niebiosach sprzyja nam jak ludowi wybranemu w starciu z Moabitami, panie poruczniku. Tylko dzisiaj swymi piorunami strącił z nieba cztery messerschmitty. Dosłownie zapaliły się na niebie.
Stojący za moimi plecami porucznik Cebrzyński parsknął śmiechem. Po chwili zawtórowała mu reszta chłopców. Tylko ja jeden zachowałem powagę. Widziałem takie zjawisko nad Francją, to wcale nie było zabawne.
– Mówi pan, że cztery? – upewniłem się.
– Tylko dzisiaj, bo w ostatnich dwóch tygodniach to łącznie z dziewięć. Aż dziw, że te patałachy chcą jeszcze tutaj latać.
Pokręciłem głową z niedowierzaniem, a może zdumieniem, zaraz jednak przypomniałem sobie, po co tu właściwie przyszliśmy.
– Nie będziemy pić zdrowia Niemców, ale za Boga w służbie Jego Królewskiej Mości to i chętnie kolejkę pociągniemy, prawda, chłopcy?
Piloci za mną ryknęli jednym głosem, aż zatrzęsły się ściany.
– W takim razie – postanowił gospodarz – pierwsza kolejka na koszt lokalu.


* * *


Nie jedną Ann stało “Orchard Inn”, tyle mogę powiedzieć. Był to czas, gdy większość kobiet, nieważne, panien, czy mężatek, gromadziła się w lokalach, gdzie wieczorami kręcili się żołnierze. Jeśli chciały się w ten sposób poczuć bardziej atrakcyjne, nie mogły lepiej wybrać. Wystarczyło, że któraś zakołysała biodrami, a już jeden z drugim kryli pod czapką, co im urosło. Zaproszeń na górę nigdy nie musiały powtarzać dwa razy, a szklaneczki, którymi machały przed naszymi nosami, nigdy nie były puste dłużej niż sekundę.
Tym razem wszystko wyglądało inaczej, bo od razu przejęliśmy inicjatywę. Niemal natychmiast rozbiliśmy szyk, każdy dobierając sobie inny cel. Gdy okazało się, że dwóch z nas wzięło na celownik tę samą sztukę, decydowała ranga albo pojedynek spojrzeń. Wsparcie nie wchodziło bowiem w grę. To były intymne pojedynki jeden na jeden.
Gdy już wszyscy byliśmy na właściwych pozycjach, rozpoczęliśmy ostrzał. Tym razem nie alkoholowy. Tym razem chodziło o pytanie i propozycję.
– Chciałabyś przelecieć się prawdziwym bombowcem, milady? – szeptał każdy z nas do uszka swojej sympatii, swojej upatrzonej ofierze. – Jeśli tak, dziś masz niepowtarzalną okazję.
Nie odmówiła żadna, wyszło więc, że musieliśmy latać na raty. Na szczęście paliwa mieliśmy dość.


* * *


Oczywiście mnie trafiła się ostatnia tura, kląłem więc w żywy kamień swojego pecha, swoich kolegów i w ogóle wszystko. Ileż się musiałem nasłuchać narzekań i jęczenia mojej towarzyszki, pulchnej blondynki o cudownym biuście, że jej zimno, że komary tną, że kark boli od zadzierania głowy w niebo.
Już ja cię rozgrzeję, gołąbeczko, myślałem wtedy. – Już ja utnę cię tak, że nie tylko kark będzie cię bolał.
A potem znowu zaczynałem kląć w myślach, bo moja towarzyszka, wcześniej tak ochocza, teraz stawiała twarde warunki. Nie mogłem jej nawet dotknąć, zanim nie wsiądzie na pokład.
Wreszcie płatowiec wylądował i rozchichotane towarzystwo wytoczyło się z niego, dopinając garderobę. Pomyślałem, że musieli się do ostatniej chwili tak zabawiać, i ogarnęła mnie nagła wścieklica. Złapałem jednego z przechodzących – a był to Ludwik Paszkiewicz, nasz późniejszy bohater – i przysunąwszy twarz jak najbliżej jego roześmianej gęby, wycedziłem:
– Lecisz z nami jako pilot.
Z Lutka to był jednak mądry chłop. Nie burknął nawet słowa.
Wziąłem swoją dziewczynę pod rękę i wraz z trzema innymi parami weszliśmy na pokład bombowca. Kilka minut później byliśmy – dosłownie i w przenośni – w niebie.


* * *


Starałem się jak mogłem, mimo uwierających nas pasów i sprzączek, a Ludwik, skurkowaniec, wcale nie ułatwiał mi zadania. Przez chwilę myślałem nawet, że mści się w ten sposób za to, że oderwałem go od dziewczyny i zmusiłem do lotu, zaraz potem jednak spojrzałem w iluminator i dostrzegłem rozgałęzione drzewko błyskawicy. Huk grzmotu stłumiony był przez silniki.
Naraz przypomniałem sobie gadki Żyda o Bogu wspierającym nas swoimi piorunami i, mimo że nie jestem religijny, poczułem bożą trwogę. Czyżbyśmy za sprawą naszego bombowca sprowadzili na siebie gniew Wszechmogącego? Czy moja towarzyszka i jej słodkie usteczka, które bez chwili wytchnienia dostarczały mi właśnie rozkoszy, ogniskowały na nas właśnie jego piorun?
Wierzcie lub nie, ale ledwie dostrzegłem kolejną błyskawicę, wypiąłem się z uprzęży i podciągając spodnie, pognałem na dziób.
– Powinniśmy lądować – krzyknął do mnie Ludwik. – Szykuje się niezła zadyma.
– Masz rację, ląd... – zacząłem, ale nie dane mi było dokończyć, bo oto tuż przed nami srebrzysty zygzak rozdarł chmurę, wypuszczając z niej... czarnego dwupłatowca. Samolot przemknął tuż przed nami, po czym wyrwał w górę i wyleciał z naszego pola widzenia. Obaj z Ludwikiem dostrzegliśmy, że miał na skrzydłach niemieckie krzyże.
– Zejdź niżej – krzyknąłem.
Byłem pewien, że to, co widzieliśmy, to tylko zwid wywołany brakiem tlenu.
Gdy tylko Ludwik skierował drążek w dół, dwupłatowiec pojawił się znowu, lecąc prosto na nas. Znajdował się tak blisko, że żaden manewr nie był możliwy. Zderzenie wydawało się nieuniknione!
No to koniec, zdążyłem pomyśleć, nie zestrzeliłem żadnego Niemca i rozbiję się, lecąc powietrznym burdelem.
A potem dwupłatowiec wniknął w nasz bombowiec niczym duch.
Popatrzyliśmy z Ludwikiem na siebie, zaskoczeni, bez słowa.
– Dobra, ląduj – powiedziałem wreszcie po dłuższej chwili. – Chyba już nam dzisiaj wystarczy.
Odwróciłem się na pięcie i... zamarłem.
Na mojej koi klęczał jakiś mężczyzna i jak gdyby nigdy nic zabawiał się z moją pulchną blondynką! Na głowie miał pilotkę i gogle, na grzbiecie niemiecką kurtkę lotniczą. Tylko na dupie, chudej, kościstej, nie miał nic.
– Ej, złaź z niej natychmiast, psi synu! – wrzasnąłem, zwracając tym uwagę wszystkich tylko nie pary, o którą mi chodziło. Rzuciłem się w ich stronę i już, już miałem ich dopaść, złapać faceta za kurtkę i wtłuc, ile wlezie, gdy nagle za oknem błysnęła błyskawica, a nieznajomy odwrócił się. Wtedy zobaczyłem, że pół jego twarzy stanowiła nadpalona miazga, a drugą połowę goła, poczerniała czaszka.
– Nie wiesz, z kim zadzierasz, poruczniku Zumbach – wyszeptał jakby wprost do mojej głowy.
A potem, gdy nadszedł grzmot, rozwiał się niczym dym z papierosa.
W tym samym momencie moja towarzyszka po raz kolejny tej nocy zawyła z rozkoszy.


* * *





Część 3

PENTAZYLEA NA PLAN!


– Już chyba czas, proszę pani – powiedział Jasper, przerywając przedłużającą się ciszę. – Została nam tylko pani...
Zawahał się, uznał jednak, że dość już ma tych podchodów, postanowił więc zapytać wprost. Jeszcze zanim kobieta opowie swoją historię. Kto wie, może jej nazwisko pomoże mu rozwikłać zagadkę już teraz? Bardzo by go to cieszyło.
– Przepraszam, ale muszę wiedzieć. Mam nieodparte wrażenie, że skądś panią znam.
– Całkiem możliwe, że z ekranu. – Martha uśmiechnęła się słabo. – Albo z gazet, bo było o mnie swego czasu głośno.
– A jak, że spytam, pani godność, Martho? – wtrącił się Zumbach. – Bo zakładam, że i pani nie podała w recepcji prawdziwego nazwiska.
– Rzeczywiście, nie. – Po raz pierwszy jej uśmiechowi towarzyszyło autentyczne rozbawienie. – Choć chyba tylko ja zataiłam je ze względów bezpieczeństwa. Nazywam się bowiem Riefenstahl. Leni Riefenstahl. I niektórzy nazywali mnie nadworną reżyserką Hitlera.
Spodziewała się ciszy po tych słowach i rzeczywiście, wyglądało na to, że udało jej się zaskoczyć obu mężczyzn. Hura! dla tego małego sukcesu już na samym początku. Realizując swoje filmy, zawsze wierzyła, że to właśnie początek i koniec są najważniejsze. Ten pierwszy, by zaciekawić, drugi, by przedłużyć seans w sercach i pamięci widzów.
Rzuciła na stół ściskaną w dłoni damę pik i odsłoniła instrukcje, które w jej przypadku sprowadzały się do jednego słowa:

1. Dawid.
Odetchnęła głęboko i zaczęła opowiadać:


OPOWIEŚĆ LENI


Gdy po raz pierwszy go zobaczyłam – wtedy dwudziestego czwartego marca trzydziestego drugiego roku w sali widowiskowej UFA Palast po premierze “Błękitnego światła” – był dla mnie tylko kolejnym oczarowanym widzem.
Dziś trudno mi się do tego przyznać, ale tamtego wieczoru, rozpalona gorączką entuzjazmu, nie zauważałam nikogo prócz garstki ważnych osobistości z UFA, rodziny i najbliższych znajomych, z którymi od zawsze dzieliłam szczęście.
Wszyscy pozostali zlewali mi się w jedną masę, wielobarwną rzeźbę z tysiącami rąk, wzniesionymi, by je uściskać, ust recytujących pochlebne recenzje i oczu patrzących na mnie z niedowierzaniem. Czy to możliwe, by tak młoda osoba, do tego kobieta, była w stanie stworzyć takie dzieło? – zdawali się pytać. Niektórzy nawet wyrażali zdziwienie wprost, na co nieodmiennie odpowiadałam uśmiechem. Łudzę się, że naprawdę wyglądał on tajemniczo, a nie głupio jak na większości zdjęć z tamtego wieczoru. Dostałam ich potem całe mnóstwo – dołączone do listów z gratulacjami i podziękowaniami, miały zapewne ucieszyć, ale zamiast tego uświadamiały mi własną niedoskonałość.
Dawid nie był dygnitarzem z UFA ani członkiem rodziny. Tamtego wieczoru nie był też jeszcze moim przyjacielem. Był tylko zwykłym... choć właściwie nie. Zwykłym, oczarowanym widzem też nie. Okoliczności naszego pierwszego spotkania – a zwłaszcza słowa, które padły z jego ust – sprawiły, że już wtedy musiałam go potraktować wyjątkowo.


* * *


– Mógłbym się w pani zakochać – powiedział, odwracając się do mnie i unosząc głowę, by spojrzeć mi w oczy.
Sam w pustej sali kinowej, jeszcze przed chwilą wpatrzony w biel ekranu. Ręce na poręczach, plecy przyklejone do oparcia i tylko ten ruch głowy, gdy podeszłam; przez chwilę miałam wrażenie, że to ożywiony manekin, a nie prawdziwy człowiek. Ktoś taki jak Maria z “Metropolis” Fritza Langa – mechaniczna kukła stworzona przez szaleńca, by udawała człowieka. Oczy miał jednak żywe, a do tego smutne jak u głodzonego psa.
– Przepraszam?
– Powiedziałem, że mógłbym się w pani zakochać – powtórzył, po czym ponownie skupił wzrok na ekranie, zamierając w bezruchu.
Nie wiedziałam, jak zareagować, więc tylko stałam obok niego w ciasnym przejściu między fotelami, ściskając w ręce torebkę, po którą wróciłam na salę. Wcześniej, niesiona falą gratulacji, na śmierć o niej zapomniałam.
Chwilę trwało, zanim odwrócił się ponownie; sprawiał wrażenie niezmiernie zdziwionego, że wciąż tam jestem, jakby powiedział mi już wszystko, co było do powiedzenia.
– Tak, Frau Riefenstahl?
Nie wiedziałam, jak sformułować pytanie, które chciałam mu zadać. Bo właściwie jak powinno ono brzmieć? Dlaczego powiedział to, co powiedział? Czy może co go powstrzymuje przed zakochaniem się we mnie? Nie chodziło tu żadną miarą o próżność, nie zależało mi na uczuciach tego nieznajomego mężczyzny, zwyczajnie byłam ciekawa. W końcu, ponaglona nawoływaniem Harry’ego Sokala, mojego koproducenta, który właśnie pojawił się w progu wpuszczając jednocześnie gwar i muzykę dochodzącą z atelier, zdecydowałam się na chyba najgłupszy wariant.
– Kiedy? – zapytałam. A po chwili, domyślając się, że mógł mnie nie zrozumieć, dodałam: – Kiedy mógłbyś się we mnie zakochać?
Wciąż na mnie patrzył – smutne, brązowe oczy, niezdarnie ułożone włosy i półuśmiech doświadczonego życiem starca. W tamtej chwili gotowa byłam uwierzyć, że – mimo gładkiej twarzy i postury młodzieńca – mężczyzna siedzący przede mną ma sto lat. A może nawet więcej...
– Mógłbym się w pani zakochać, Frau Riefenstahl, gdyby naprawdę była pani jak jej bohaterka... Junta.
I znowu wlepił wzrok w pusty ekran, jakby specjalnie dla niego odbywała się tam właśnie jakaś projekcja.
Może raz jeszcze ogląda moje “Błękitne światło”? – pomyślałam i nagle zapragnęłam usiąść obok niego, rozeprzeć się wygodnie w fotelu i także skupić na widmowym seansie. Kto wie, może okazałby się lepszy niż ten rzeczywisty? Może zobaczyłabym moją opowieść, historię, którą tak bardzo chciałam opowiedzieć światu, dokładnie tak jak ją sobie wyobrażałam. Nie jako kompromis zawarty między wizją a dostępnymi środkami, ale jako twór absolutny – celuloidowe ucieleśnienie marzeń.
Zaraz potem poczułam na ramieniu dłoń Harry’ego i nieoczekiwane pragnienie rozmyło się w jednej chwili. Sokal obdarzony był chyba takim darem, czy też przekleństwem, jak kto woli, że gdy się pojawiał, wszyscy wokół widzieli świat tak jak on. A w jego wizji nie było miejsca ani na niezwykłości, czary, ani na marzenia. Tylko na pieniądze i władzę.
– Leni, czy ten człowiek ci się naprzykrza? – zapytał, patrząc z pogardą na mężczyznę ciągle siedzącego w fotelu.
Z jego tonu wywnioskowałam, że gotów jest bić się o mnie, jak za dawnych dni, gdy jeszcze się do mnie zalecał. Wtedy odprawiłam go z kwitkiem, a czas – zdawało się – uleczył ranę. Coś w nim najwidoczniej jednak zostało, bo teraz wyraźnie się nadął i zacisnął pięści.
– Jeśli tak, zaraz nauczę go, jak należy traktować damy.
Zerknęłam z ukosa na mężczyznę w fotelu, wciąż skupionego na ekranie. Być może był to wpływ obecności Harry’ego, a może wreszcie otrząsnęłam się z szoku wywołanego pierwszym stwierdzeniem nieznajomego, ale dopiero teraz zauważyłam, że ma on na sobie tani, ciemnoszary garnitur z rodzaju tych, jakie ubożsi kupcy i rzemieślnicy wkładają na wszystkie ważne uroczystości. Kołnierzyk jego koszuli, mimo że starannie wyprany, w kilku miejscach pożółkł od potu, a w jednym nawet odrobinę się przetarł. Trzeba się było przyjrzeć, by to zauważyć. Albo być Harrym Sokalem.
– Jak pan się w ogóle tutaj dostał? – grzmiał Harry, wciąż zaciskając i rozluźniając pięści. – Przecież to była uroczystość tylko dla zaproszonych.
I wtedy właśnie mężczyzna po raz trzeci odwrócił głowę. Zmierzył Harry’ego wzrokiem, w którym nie było ani śladu smutku czy uległości. Dominowała w tym spojrzeniu ciekawość i... może rozbawienie?
Nieznajomy sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyciągnął z niej idealnie proste zaproszenie, bez jednego zagięcia. Otworzył kartonik, a ja zdążyłam przeczytać jego imię: Dawid.
– Nie zamierzałem nikomu się naprzykrzać, Herr Sokal – powiedział, wstając. – I już wychodzę. A pani dziękuję za cudowny seans. To było niezwykłe przeżycie i mam nadzieję, że uda mi się kiedyś za nie odwdzięczyć.
Minął mnie i Harry’ego, po czym ruszył w górę, ku wyjściu. Tuż przy samych drzwiach, nie odwracając się, zawołał:
– Naprawdę mógłbym, Fraülein Riefenstahl.
Uśmiechnęłam się, a Harry spojrzał na mnie pytająco.
– Nic takiego. – Machnęłam ręką. – Wracajmy już na przyjęcie, dobrze?


* * *


Radość z odniesionego sukcesu, to coś zupełnie naturalnego, zawsze tak uważałam. A zwłaszcza gdy sukces przychodzi jako nagroda za ciężką pracę, pełną wyrzeczeń i poświęceń, do tego wbrew wszystkim. Smak zwycięstwa nie daje się porównać z żadnym innym – mogłabym karmić się tą niezwykłą strawą w nieskończoność.
Sukces, jaki odniosło “Błękitne światło”, przerósł, pamiętam, wszelkie oczekiwania. Nie tylko moje, ale i dystrybutorów. We Francji krytycy nosili mnie na rękach, opanowani zazwyczaj Anglicy szturmowali kasy kin, a z Ameryki każdego dnia przychodziły depesze gratulacyjne. Docenili mnie nawet Charlie Chaplin i Douglas Fairbanks, a wtedy trudno było o większe wyróżnienie.
Gdzieś w tym wszystkim znowu pojawiały się podziękowania od zwykłych ludzi, szarego tłumu. Ich listy – często ubabrane tłuszczem czy smarem, wygniecione bądź pozbawione znaczków – przynosiły mi radość równie wielką jak te od osobistości, a może i nawet większą. Znaczyły bowiem, że “Błękitne światło”, mój film marzenie, trafiło tam, gdzie miało trafić – do ludzkich serc.
A ja, po latach tańczenia i grania w filmach, zdobyłam kolejny szczyt – reżyserię.


* * *


Gdy wróciłam z podróży po Europie, oczywiście zastałam w mieszkaniu stosy nowych listów. Moja dzielna gosposia Maria dokonała prawdziwie heroicznego wyczynu, segregując je – w jednym miejscu ułożyła depesze oficjalne, w innych listy od widzów z Niemiec, Włoch, Francji... Nie przesadzę, jeśli powiem, że było ich ponad tysiąc.
Oczywiście chciałam je wszystkie przeczytać, ale byłam chyba zbyt zmęczona, a poza tym zdawałam sobie sprawę z ogromu czasu, jaki musiałabym na to poświęcić. Pierwszego dnia po powrocie nie tknęłam więc żadnej koperty, dzieląc godziny na spędzone w wannie i w łóżku. Byłam tak wykończona, że nie sięgnęłam nawet po książkę, ograniczając się do przyniesionej przez gosposię gazety. Potrzebowałam czegoś, co choć na moment wyrwałoby mnie z rzeczywistości “Błękitnego światła” – z tej roli berliński dziennik wywiązywał się znakomicie. Choć, musiałam przyznać, mocno wykazał mi moją ignorancję w kwestii spraw lokalnych. Zwłaszcza polityki.
– Kto to jest Adolf Hitler? – zapytałam Marię, gdy weszła do łazienki ze świeżymi ręcznikami.
Notka, którą właśnie przeczytałam, głosiła, że ów Hitler będzie przemawiał na wiecu w berlińskim Pałacu Sportu. Wiadomość sformułowano tak, jakby było to jakieś niezwykłe wydarzenie, a ja z zawstydzeniem stwierdziłam, że nie mam pojęcia o kim mowa.
– Narodowy socjalista. Mówią o nim, że to trochę wariat, ale bardzo kocha Niemcy – wyjaśniła mi gosposia. – No i podobno jego przemówienia to niezwykłe przeżycie.
– Ciekawe.
Odłożyłam gazetę, bijąc się z myślami. Powinnam ulec kaprysowi i wstąpić jutro do Pałacu? Wielu znajomych chciało się ze mną zobaczyć zaraz po powrocie, ale przecież godzina czy dwie nie zrobią różnicy, a ja jeszcze nigdy nie byłam na wiecu politycznym. Do tego coś – być może intuicja, ale możliwe, że coś zupełnie innego – mówiło mi, że to naprawdę ważne, żebym tam była. Postanowiłam zaufać przeczuciu.


* * *










Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2009-10-19 (1337 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej