Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Długa Ziemia
 
Katalog - dodano
 Zmierzch Bogów
- Michał Gołkowski
 Czara Cieni
- Frances Hardinge
 Śpiew kukułki
- Frances Hardinge
 Cała Orsinia
- Ursula K. Le Guin
 Stróże 2: Brudnopis Boga
- Jakub Ćwiek
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Peanatema'' - Neal Stephenson



Część 1


Certyfik



Extramuros: (1) W starorthyjskim: dosłownie „poza murami”. Często używane w kontekście otoczonych murami miast-państw z tego okresu. (2) W średniorthyjskim: świat nie-matemowy, niestabilna rzeczywistość po upadku Bazu. (3) W Epoce Praksis: rejony geograficzne i klasy społeczne, które nie zaznały jeszcze dobrodziejstwa mądrości świata matemowego. (4) W noworthyjskim: znaczenie podobne do (2), ale często używane w odniesieniu do osiedli bezpośrednio otaczających mury matemu, stosunkowo zamożnych, stabilnych itd.
– SŁOWNIK, wydanie czwarte, 3000 p.r.

Czy wasi sąsiedzi mają w zwyczaju palić swoich wrogów żywcem?
W ten sposób fraa Orolo zaczął rozmowę z mistrzem Flekiem.
Wprawił mnie w zakłopotanie. Zakłopotanie odczuwam bardzo namacalnie, jak zaschnięte błoto ściągające mi skórę pod włosami.
– Czy wasi szamani chodzą na szczudłach? – Fraa Orolo czytał z arkusza, który, sądząc po stopniu zbrązowienia, musiał liczyć sobie co najmniej pięć stuleci. Podniósł wzrok i dodał tytułem wyjaśnienia: – Nie wiem, może nazywacie ich pastorami albo czarownikami...
Moje zmieszanie doznało gwałtownego przyspieszenia i szerzej rozlało mi się po głowie.
– Czy modlicie się, kiedy zachoruje wam dziecko? Składacie ofiary malowanym słupom? Zwalacie winę na starą kobietę?
Zawstydzenie spłynęło mi na twarz ciepłą falą, przytkało uszy, sypnęło piaskiem w oczy. Ledwie usłyszałem następne pytanie:
– Czy wierzycie, że w przyszłym życiu spotkacie swoje zdechłe psy i koty?
Orolo poprosił mnie, abym towarzyszył mu w roli koncypienta. Brzmiało to imponująco, więc się zgodziłem.
Dowiedział się skądś, że do nowej biblioteki wpuszczono cieślę z extramuros, aby wymienił nadpróchniałą belkę stropową, której my z naszych przykrótkich drabin nie mogliśmy dosięgnąć, a ponieważ dopiero niedawno ją zauważyliśmy, nie zdążylibyśmy wybudować porządnego rusztowania przed apertem. Orolo zamierzał porozmawiać z rzemieślnikiem i chciał, żebym spisał relację z tego spotkania.
Załzawionymi oczami patrzyłem na leżący przede mną arkusz. Był równie pusty jak moja głowa. Nie szło mi najlepiej.
Powinienem jednak notować przede wszystkim słowa cieśli, który na razie jeszcze się nie odezwał. Kiedy go zagadnęliśmy, przeciągał niedostatecznie ostrym przedmiotem po płaskim kamieniu; teraz gapił się bez słowa na Orola.
– Czy znasz kogoś, kto został rytualnie okaleczony, ponieważ przyłapano go na czytaniu książki?
Flec zamknął usta – pierwszy raz od dłuższej chwili. Widziałem po nim, że kiedy znów je otworzy, będzie miał coś do powiedzenia. Skrobnąłem mały bohomaz na marginesie, żeby sprawdzić, czy pióro mi nie wyschło. Fraa Orolo milczał, wpatrując się w rzemieślnika jak w okular teleskopu, po którego drugiej stronie znajduje się nowo odkryta mgławica.
– Nie moglibyście po prostu zaszpilować? – zapytał mistrz Flec.
– Zaszpilować... – powtórzył Orolo, żebym zdążył zanotować.
Próbowałem jednocześnie pisać i mówić, więc artykułowałem pakietami:
– Kiedy zjawiłem się... to znaczy, kiedy zostałem kolektantem, mieliśmy... właściwie oni mieli tutaj... coś takiego, co nazywali szpilem... ale nie mówiliśmy o szpilowaniu, tylko o wycieczce na szpil. – Przez wzgląd na cieślę mówiłem po fluksyjsku, dlatego moje na wpół pijane niby-zdanie nie brzmiało nawet w połowie tak beznadziejnie, jak musiałoby zabrzmieć, gdybym sformułował je po orthyjsku. – To były takie...
– Ruchome obrazy – dokończył Orolo po orthyjsku. Przeniósł wzrok na Fleca i przeszedł na fluksyjski: – Domyślamy się, że szpilowanie oznacza obcowanie z jakimś powszechnym wytworem praksis, czyli po waszemu „techniki”, umożliwiającym oglądanie ruchomych obrazów.
– Ruchome obrazy... – powtórzył Flec. – Śmiesznie brzmi.
Wyjrzał przez okno, jakby miał przed sobą szpilowy dokument historyczny, i zaśmiał się bezgłośnie.
– To praksyczny orth, dlatego cię śmieszy – powiedział fraa Orolo.
– Dlaczego nie nazwiecie rzeczy po imieniu?
– Masz na myśli szpilowanie?
– No przecież.
– Dlatego, że kiedy stojący obok mnie fraa Erasmas przed dziesięcioma laty przybył do naszego matemu, nazywaliśmy to wycieczką na szpil, a kiedy ja się zjawiłem trzydzieści lat temu, mówiliśmy o długoskierkach. Deklaranci, którzy żyją po drugiej stronie tego muru i obchodzą apert raz na sto lat, znają ruchome obrazy pod jeszcze inną nazwą. Nie mógłbym się z nimi porozumieć.
Mistrz Flec przestał słuchać, odkąd usłyszał o długoskierce.
– Długoskierka to zupełnie co innego! Nie da się oglądać długoskierek na szpilu, trzeba je skonwertować, zreformatować...
Fraa Orolo był tymi wyjaśnieniami tak samo znudzony jak Flec opowieściami o setnikach, toteż konwersacja wyhamowała z łoskotem, co dało mi czas na jej zapisanie. Moje zakłopotanie ulotniło się niepostrzeżenie jak czkawka. Flec uznał rozmowę za zakończoną i przeniósł wzrok na rusztowanie, które jego pomocnicy wybudowali pod osłabioną belką.
– Wracając do twojego pytania... – odezwał się Orolo.
– Jakiego pytania?
– Tego, które przed minutą zadałeś: dlaczego, jeśli interesuje mnie życie extramuros, po prostu nie zaszpiluję?
– Ach tak...
Flec był wyraźnie zaskoczony pamiętliwością Orola. Ja mniej, bo Orolo z upodobaniem mawiał, że cierpi na „zespół nadmiaru uwagi”, tak jakby było w tym coś zabawnego.
– Przede wszystkim nie mamy urządzenia do szpilowania.
– Urządzenia do szpilowania?
Orolo zamachał niecierpliwie rękami, jakby rozganiał chmury lingwistycznego pomieszania.
– Nie wiem, jak nazywacie taką maszynę.
– Wystarczyłby stary rezonator długoskierkowy. Mógłbym wam przynieść nieużywany konwerter, który marnuje się u mnie w graciarni...
– Rezonatora też nie mamy.
– No to sobie kupcie.
Orolo się zawahał. Instynktownie wyczuwałem, że w głowie kłębią mu się następne krępujące pytania: „Myślisz, że mamy pieniądze? Że państwo sekularne chroni nas, ponieważ siedzimy na górze skarbów? Że nasi milenaryści umieją przemieniać pospolity metal w złoto?”. Opanował jednak żądzę ich zadania i odparł:
– Dopóki przestrzegamy Dyscypliny Cartaskiej, mamy do dyspozycji tylko kredę, atrament i kamień. Ale jest i inny powód.
– Tak? Niby jaki? – spytał mistrz Flec, rozdrażniony dziwaczną manierą fraa Orola, który miał w zwyczaju obwieszczać, co za chwilę powie, zamiast po prostu powiedzieć.
– Trochę trudno to wyjaśnić, ale moim zdaniem samo nakierowanie urządzenia rejestrującego, komory długoskierkowej czy jak wy to tam nazywacie...
– Szpilołap.
– ...na jakiś obiekt nie wystarczy, aby utrwalić to, co dla mnie jest najważniejsze. Potrzebuję kogoś, kto będzie chłonął interesujące mnie zjawisko wszystkimi zmysłami, przemieli to doświadczenie w głowie, a następnie przekuje w słowa.
– Słowa... – powtórzył cieśla jak echo i powiódł niechętnym wzrokiem po półkach z książkami. – Jutro nie przyjdę, przyślę Quina – oznajmił i dodał tytułem wyjaśnienia: – Muszę skontrafazować nowe rekompensatory claneksu. Moim zdaniem drzewo warkoczowe zaczyna się brzydko sklejać.
– Nie mam pojęcia, o czym mówisz – przyznał Orolo.
– Nieważne. Quin odpowie na wszystkie wasze pytania. Ma gadane.
Trzeci raz w ciągu trzech minut Flec zerknął na wyświetlacz swojego piszczka. Uparliśmy się, żeby wyłączył wszystkie funkcje komunikacyjne urządzenia, ale nadal służyło mu jako zegarek. Najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy, że z okna doskonale widać wysoką na sto pięćdziesiąt metrów wieżę z zegarem.
Postawiłem kropkę na końcu zdania i odwróciłem się w stronę regału, bałem się bowiem, że na mojej twarzy maluje się rozbawienie. Powiedział „Jutro nie przyjdę, przyślę Quina” w taki sposób, jakby zdecydował o tym w ułamku sekundy. Fraa Orolo z pewnością też to zauważył. Gdybym popełnił błąd i spojrzał na niego, ja bym parsknął śmiechem, a on nie.
Zegar zaczął wybijać certyfik.
– Czas na mnie – powiedziałem i zwróciłem się do rzemieślnika: – Przepraszam, muszę nakręcić zegar.
– Tak się zastanawiałem, czy...
Ze skrzynki z narzędziami wyjął poliplastową torbę, zdmuchnął z niej opiłki, otworzył zapięcie (nigdy takiego nie widziałem) i wyciągnął ze środka srebrną rurkę rozmiarów męskiego palca. Spojrzał wyczekująco na fraa Orola.
– Nie wiem co to jest i nie mam pojęcia czego ode mnie chcesz – zastrzegł się Orolo.
– Szpilołap!
– Aha. Słyszałeś o certyfiku i korzystając z okazji, chciałbyś go zobaczyć i zarejestrować ruchome obrazy?
Rzemieślnik pokiwał głową.
– To się da zrobić, pod warunkiem, że staniesz, gdzie ci każą. Nie, nie włączaj go jeszcze! – Fraa Orolo zasłonił się rękami. – Jeśli Regulatorka się o tym dowie, wyznaczy mi pokutę. Zaprowadzę cię do itów. Oni ci wskażą miejsce.
Ciągnął jeszcze przez chwilę w podobnym duchu, ponieważ na Dyscyplinę składa się wiele reguł, a my zamąciliśmy Flecowi w głowie już wtedy, gdy pozwoliliśmy mu wejść na teren matemu dziesięcioletniego.




***



Klauzura: (1) W starorthyjskim: każda zamknięta przestrzeń (Thelenes przed egzekucją był przetrzymywany w klauzurze, która jednak – ku utrapieniu młodych fidów – nie miała jeszcze wtedy poniższych konotacji matemowych). (2) We wczesnym średniorthyjskim: całość matemu. (3) W późnym średniorthyjskim: ogród lub dziedziniec otoczony zabudowaniami i postrzegany jako serce matemu. (4) W noworthyjskim: każda cicha, spokojna przestrzeń, wolna od zgiełku i sprzyjająca kontemplacji.
– SŁOWNIK, wydanie czwarte, 3000 p.r.


Do tej pory siedziałem na swojej sferze jak na stołku. Teraz wstałem i powiodłem po niej czubkami palców, kreśląc kręgi w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara. Zaczęła się kurczyć, aż zmalała tak bardzo, że mogłem zamknąć ją w dłoni. Przez ten czas zawój mi się wymiął, więc teraz podciągnąłem go i wyrównałem fałdy, klucząc wśród stołów, krzeseł, globusów i wolno przemieszczających się fraa. Przemknąłem pod kamiennym łukiem i znalazłem się w skryptorium. Pachniało tu atramentem – prawdopodobnie dlatego, że jakiś wiekowy fraa z fidami byli zajęci kopiowaniem ksiąg, ja jednak zastanawiałem się, jak długo zapach unosiłby się w powietrzu, gdyby nikt ze skryptorium nie korzystał. Przelano w nim tyle atramentu, że wilgotna woń z pewnością wgryzła się w sprzęty i ściany.
W przeciwległym końcu sali znajdowały się drzwi do starej biblioteki, jednego z tych wiekowych budynków, które pierwotnie stały na klauzurze. Kamienna posadzka, o dwa tysiące trzysta lat starsza od podłóg nowej biblioteki, była tak wygładzona stopami deklarantów, że prawie nie czułem, jak po niej stąpam. Mógłbym się po niej poruszać z zamkniętymi oczami: moje stopy same odczytywałyby drogę z utrwalonych w niej wspomnień poprzedników.
Klauzura miała kształt prostokątnego ogrodu otoczonego krużgankiem. Od wewnętrznej strony krużganek był wystawiony na kaprysy aury: od ogrodu dzieliły go tylko kolumny, na których wspierał się dach. Od zewnątrz okalał go mur, w którym wykuto przejścia prowadzące do innych budynków, takich jak stara biblioteka, refektarz i kredownie.
Wszystkie przedmioty, które mijałem po drodze – rzeźbione regały, ściśle dopasowane płyty posadzki, ramy okien, kute zawiasy, ręcznie robione ćwieki mocujące je do drzwi, kapitele kolumienek klauzury, ogrodowe ścieżki i rabaty – zawdzięczały swoją formę dawno zmarłym mistrzom rzemiosła. Stworzenie niektórych z nich, na przykład drzwi starej biblioteki, zajmowało rzemieślnikom całe życie; inne wyglądały jak zrobione na chybcika, w jedno wolne popołudnie, ale zarazem tak przemyślnie, że setki czy tysiące lat później wciąż cieszyły oko użytkowników. Jedne były wzorowane na prostych i czystych formach geometrycznych, inne porażały swoją złożonością i kazały się zastanowić, czy ich kształtem rządzą w ogóle jakiekolwiek reguły; niektóre przedstawiały prawdziwych ludzi, którzy żyli w takim czy innym wycinku przeszłości i snuli arcyciekawe rozmyślania, jeszcze inne ilustrowały ogólne typy ludzkie: deolatrę, fizjologika, miastowego, sloga. Gdyby ktoś mnie o to poprosił, potrafiłbym objaśnić znaczenie może co czwartej z tych ozdób. Ale kiedyś poznam je wszystkie.
Promienie słońca wpadały z impetem do klauzurowego ogrodu, gdzie trawiaste i wysypane żwirem ścieżki wiły się wśród grządek ziół, krzewów i rzadko rosnących drzew. Sięgnąłem ponad ramieniem do tyłu, złapałem obszyty rąbek zawoju i narzuciłem go sobie na głowę. Obciągnąłem tę połowę zawoju, która zwieszała się od sznura w dół, żeby osłoniła mi stopy i zamiotła ziemię. Wcisnąłem dłonie w fałdy na wysokości talii, tuż powyżej sznura, i zszedłem na trawę – bladą i kłującą po ostatnich upałach. Spojrzałem na południową tarczę zegara. Dziesięć minut.
– Fraa Lio? – odezwałem się. – Kolcojagoda nie należy chyba do Stu Sześćdziesięciu Czterech.
Miałem na myśli spis roślin dopuszczonych do uprawy w Drugiej Nowej Poprawionej Księdze Dyscypliny.
Lio był bardziej krępy niż ja. Za młodu musiał być pulchnym grubaskiem, z czasem stał się po prostu korpulentny. Przykucnął na wzruszonej grządce pod jabłonką i wpatrywał się w ziemię jak zahipnotyzowany. Podwinął zawój, przewiązał się nim w talii, tworząc przepaskę biodrową, a resztę ciasno zrolował, obwiązał na obu końcach sznurem i przerzucił skośnie przez plecy, jak koc. Sam wymyślił ten sposób wiązania. Nikt inny nie brał z niego przykładu, ja jednak musiałem przyznać, że w taki upalny dzień może to być całkiem wygodne rozwiązanie, nawet jeśli głupio wygląda. Jego pośladki znajdowały się dziesięć cali nad ziemią: nadał swojej sferze wielkość ludzkiej głowy i przysiadł na niej, balansując ciałem.
– Fraa Lio! – powtórzyłem. Umysł Lio miał taką śmieszną właściwość, że czasem nie reagował na słowa.
Ścieżkę przegradzała mi wygięta w łuk łodyga kolcojagody. Znalazłem kawałek wolny od cierni, zacisnąłem na nim dłoń i wyrwałem roślinę z korzeniami. Odwróciłem ją w dłoni w taki sposób, aby maleńkie kwiatki połaskotały fraa Lio w porośnięty krótką szczeciną czerep.
– Ostogłowy! – zawołałem.
Lio przewrócił się na plecy jak uderzony kosturem. Pięty pofrunęły mu w powietrze, zaraz jednak znalazł oparcie wśród korzeni jabłonki i wstał. Stanął na ugiętych nogach, wyprostowany, z głową przyciągniętą do piersi; grudki ziemi osypywały mu się ze spoconych pleców. Sfera odturlała się i utknęła w stercie wyplenionych chwastów.
– Nie słyszałeś mnie?
– Kolcojagody rzeczywiście nie ma wśród Stu Sześćdziesięciu Czterech – przyznał. – Ale nie należy także do Jedenastki. Dlatego nie muszę jej natychmiast spalić i odnotować tego faktu w kronice. Może poczekać.
– Na co? Co właściwie robisz?
Pokazał na ziemię. Schyliłem się i spojrzałem z bliska. Nie każdy podjąłby takie ryzyko: mając na głowie kaptur, nie widziałem fraa Lio nawet kątem oka, powszechnie zaś uważano, że zawsze należy mieć baczenie na fraa Lio, ponieważ nigdy nie wiadomo, kiedy przyjdzie mu ochota na zapasy. Wycierpiałem z jego rąk aż nadto dźwigni, chwytów, duszeń i ucisków; nieraz miałem skórę otartą po kontakcie z jego szorstką czupryną. Wiedziałem jednak, że teraz mnie nie zaatakuje: okazałem szacunek dla czegoś, co go zafascynowało.
Lio i ja pochodziliśmy z jednej kolekty, do której dziesięć lat temu przyjęto trzydzieścioro dwoje ośmiolatków. Przez pierwsze dwa lata przyglądaliśmy się, jak czterech starszych fraa codziennie nakręca zegar, a osiem suur dzwoni w dzwony. Później obaj zostaliśmy wybrani (z dwoma innymi nad wiek wyrośniętymi chłopcami) do nowego kwartetu nakręcaczy – podobnie jak osiem dziewcząt z naszej kolekty zaczęło się uczyć bicia w dzwony, co wymagało mniejszej siły, ale pod pewnymi względami było zadaniem bardziej żmudnym, ponieważ niektóre dyżury ciągnęły się godzinami i wymagały nieustannej koncentracji. I tak oto już od siedmiu lat we czterech codziennie nakręcaliśmy zegar – z wyjątkiem tych dni, kiedy fraa Lio zapominał o swoich obowiązkach i zostawała nas trójka. Po tym, jak zapomniał dwa tygodnie temu, suur Trestanas, Regulatorka, wyznaczyła mu pokutę: musiał w największy skwar pielić grządki z ziołami.
Osiem minut.
Wiedziałem jednak, że przypominanie Lio, jak mało czasu nam zostało, donikąd mnie nie zaprowadzi – musiałem po prostu obgadać z nim to, co akurat go zainteresowało.
– Mrówki – stwierdziłem, po czym, znając Lio, dodałem pospiesznie: – Mrówczy dron?
Słyszałem uśmiech w jego głosie, kiedy odparł:
– Tu są mrówki w dwóch różnych kolorach, fraa Ras. Toczą wojnę. Trochę mi przykro, że z mojego powodu.
Szturchnął stertę wyrwanych pędów kolcojagód.
– Naprawdę uważasz, że to wojna, a nie tylko chaotyczne miotanie się na wszystkie strony?
– To właśnie próbuję rozstrzygnąć. W wojnie opracowuje się strategię, stosuje taktykę... Na przykład manewry oskrzydlające. Czy mrówki potrafią flankować przeciwnika?
Tylko z grubsza wiedziałem, o co mu chodzi: o atak z boku. Lio miał zwyczaj wywlekać taką terminologię ze starych ksiąg traktujących o drodze dzwoneczków, jakby wyrywał zęby ze szczęk skamieniałego smoka.
– Myślę, że tak – odparłem, chociaż przeczuwałem, że pytanie jest podchwytliwe i Lio flankuje mnie słowami. – Czemu nie?
– Oczywiście mogą to zrobić przez przypadek. Patrzysz na nie z góry i stwierdzasz: o, to mi wygląda na manewr oskrzydlający. Ale jeśli nie mają dowódcy, który widziałby całe pole walki i kierował ruchami wojsk, czy można mówić o skoordynowanych manewrach?
– To mi przypomina pytanie saunta Taungi – zauważyłem. – Czy dostatecznie duże pole automatów komórkowych jest zdolne do myślenia?
– No właśnie. Jest czy nie jest?
– Widziałem, jak mrówki współpracowały przy podbieraniu mi obiadu, stąd wiem, że umieją podejmować wspólne działania.
– Zgoda. Tylko że kiedy jestem jedną z setki mrówek, które razem popychają jeden rodzynek, to czuję, jak ten rodzynek się porusza, prawda? I sam rodzynek staje się dla mnie medium łączności z innymi mrówkami. A kiedy jestem samotną mrówką na polu bitwy...
– Ostogłowy, czas na kwalifik.
– W porządku.
Odwrócił się do mnie plecami i zaczął iść. To właśnie przez taki dar do przerywania rozmów w pół słowa (a także przez inne dziwactwa) mówiło się, że Lio ma coś nie w porządku z głową. Znowu zapomniał zabrać sferę. Podniosłem ją i rzuciłem za nim: trafiła go w tył głowy i odbiła się pionowo do góry. Nie podnosząc wzroku, wyciągnął rękę i złapał ją w locie. Ostrożnie okrążyłem pole bitwy, aby nie nagarnąć sobie na stopy wojowników (żywych lub umarłych), i pobiegłem za nim.
Ze sporą przewagą nade mną dotarł do rogu klauzury, gdzie natknął się na dużą grupę wolno przemieszczających się suur. Przeciął im drogę w sposób bezczelny, ale zarazem tak beznadziejnie głupkowaty, że suur skwitowały to śmiechem i natychmiast o nim zapomniały – a kiedy stłoczyły się w łukowato sklepionym przejściu, zostałem uwięziony za ich plecami. Zawiadomiłem fraa Lio, który dzięki mnie się nie spóźni – a w nagrodę sam przyjdę ostatni, i to na mnie wszyscy będą patrzyli spode łba.




***



Ryt: (1) W proto- i starorthyjskim: czyn, umyślne działanie podejmowane przez jakiś byt, najczęściej człowieka. (2) W średniorthyjskim i później: sformalizowany rytuał, zazwyczaj odprawiany przez grupę deklarantów, w którym matem lub koncent podejmuje jakieś wspólne działanie. Towarzyszą mu zwykle uroczyste śpiewy, rytualne gesty i inne ceremonialne zachowania.
– SŁOWNIK, wydanie czwarte, 3000 p.r.

Można powiedzieć, że zegar i tum stanowiły jedno: zegar zajmował cały tum wraz z piwnicą. Kiedy jednak ludzie mówili o „zegarze”, mieli raczej na myśli cztery tarcze zawieszone wysoko na ścianach praesidium, głównej wieży tumu. Zostały wykonane w różnych epokach i każda pokazywała czas w nieco inny sposób, ale wszystkie były połączone z tym samym mechanizmem. Każda podawała godzinę, dzień tygodnia, miesiąc, fazę księżyca, rok oraz mnóstwo innych informacji kosmograficznych przeznaczonych dla tych, którzy umieli je odczytać.
Wsparte na czterech kolumnach praesidium miało przekrój kwadratowy – ale tylko do wysokości tarcz. Ponad nimi narożniki stawały się ścięte i kwadrat przechodził w ośmiokąt, nieco wyżej w szesnastokąt, aż w końcu rzut budowli stawał się okrągły. Dach praesidium miał kształt soczewkowatego dysku, który – widziany od krawędzi ku środkowi – był lekko wypukły, dzięki czemu deszcz ściekał po nim bez przeszkód. Na nim z kolei wspierały się megality, kopuły, penthouse’y i wieżyczki gwiezdnego kręgu, napędzającego (i napędzanego przez) ten sam mechanizm, który sterował zegarem.
Pod tarczami mieściły się dzwonnice, ukryte za maswerkowymi przepierzeniami. Pod nimi wieża wypuszczała na boki stabilizujące ją kamienne łuki nazywane przyporami. Łuki opadały w dół, gdzie znajdowały oparcie wśród iglic sąsiednich wieżyczek, niższych i bardziej przysadzistych niż praesidium, ale zbudowanych na podobnym planie. Wieże były połączone pajęczyną ozdobnych filigranowych łuków i przęseł, która pochłaniała całą dolną połowę praesidium i dopełniała skomplikowanego rysunku tumu.
Sam tum miał kamienne sklepienie, stromo wypiętrzone, od góry zwieńczone płaskim dachem, na którym mieściła się napowietrzna twierdza Protektora. Jej wewnętrzny dziedziniec, otaczający praesidium, był zadaszony i pocięty przepierzeniami na magazyny, składziki i pokoje urzędowe. Od zewnątrz okalała ją otwarta galeria, po której krążyli wartownicy, mając z niej widok na cztery strony świata (z rzadka tylko przesłonięty jakąś przyporą, przęsłem albo iglicą lub innym zwieńczeniem). Obejście tumu po galeryjce zajmowało im dosłownie kilka minut. Tworząca galerię półka wspierała się na dziesiątkach gęsto rozmieszczonych podpór, odginających się na zewnątrz od ścian i zakończonych pełniącymi wieczną straż chimerami. Połowa bestii (chimery protektorskie) była zwrócona na zewnątrz, druga połowa (chimery regulatorskie) wyciągała łuskowate szyje, strzygła szpiczastymi uszami i spoglądała wąskimi jak szparki ślepiami do środka, w głąb rozpościerającego się w dole koncentu. W cieniu pod galeryjką znajdowały się wciśnięte między podpory toporne matemowe łuki okien siedziby Regulatorki. Niewiele było miejsc na terenie koncentu, których nie dałoby się dostrzec z tych okien. Wszystkie takie miejsca znaliśmy, rzecz jasna, na pamięć.



***



Saunta, saunt: (1) W noworthyjskim: określenie wyrażające najwyższy szacunek, stosowane w odniesieniu do wielkich myślicieli (niemal zawsze pośmiertnie). Uwaga: zaakceptowane dopiero na konwoksie milenijnym w roku 3000 p.r. Wcześniej uważane za zniekształconą formę słowa „sawantka” i od niej się wywodzące. W napisach rytych w kamieniu, gdzie używa się wyłącznie wersalików, zapisywane SAVANT (a także skracane do postaci ST, gdy artyście zabraknie miejsca). W okresie po Trzeciej Łupieży, kiedy wszelkie standardy mocno podupadły, litery U i V coraz powszechniej mylono i utożsamiano ze sobą (jest to tzw. „problem leniwego kamieniarza”), na skutek czego rozpowszechniła się forma SAUANT, wkrótce uproszczona do formy saunt (dziś powszechnie akceptowanej), a nawet sant (nadal uważanej za błędną). W piśmie dopuszcza się użycie skrótu St. W niektórych bardziej tradycyjnych zakonach (a także z pewnością wśród milenarystów) do dziś stosuje się wymowę sawant, sawantka.
– SŁOWNIK, wydanie czwarte, 3000 p.r.


Tum wyrastał ze spłaszczonego kikuta skalnej ostrogi, stanowiącej zakończenie potężnego łańcucha górskiego. Od wschodu górowały nad nim poszczerbione skały matemu milenaryjnego, na wschodzie i południu rozpościerały się zabudowania innych matemów. Ten, w którym mieszkałem wraz z innymi dziesiętnikami, od tumu dzieliło ćwierć mili. Zadaszona galeria, złożona z siedmiu odcinków schodów spiętych podestami, łączyła nasz matem z kamiennym patio przed portalem, przez który dostawaliśmy się do tumu. Tą drogą podążała większość dziesiętników.
Zamiast jednak czekać, aż gromada starych suur przeciśnie się przez wąskie gardło, zawróciłem do kapitularza (będącego w rzeczywistości tylko rozszerzeniem okalającego klauzurę krużganka), skąd tylne wyjście prowadziło do zadaszonego przejścia oddzielającego kredownie od warsztatów. W znajdujących się w jego ścianach niszach upychaliśmy nasze niegotowe dzieła; zewsząd wystawały rożki i skraje niedokończonych manuskryptów, z wolna żółknących i kurczących się na powietrzu, przez co korytarz zdawał się węższy niż w rzeczywistości.
Pokonałem go truchtem, schyliłem głowę pod niskim nadprożem i znalazłem się na łące rozpościerającej się u stóp skalnego występu, na którym zbudowano tum, i pełniącej rolę bufora oddzielającego nas od matemu centenarystów. Kamienny mur o wysokości szesnastu stóp dzielił łąkę na dwoje. Setnicy hodowali na swojej połowie żywy inwentarz.
W czasach mojej kolekty my na swojej połówce po prostu kosiliśmy siano, ale kilka lat później, któregoś lata, fraa Lio i fraa Jesry’emu kazano wziąć motyki i szukać na łące roślin z Jedenastki. W jednym miejscu znaleźli trochę zielska, które przypominało błogoń. Wykopali je z korzeniami, zrzucili na stos na środku łąki i podpalili.
O zmierzchu nasza łąka zmieniła się w połać zwęglonej szczeci, a odgłosy z drugiej strony muru sugerowały, że sporo iskier przeskoczyło górą do setników. Nasi fraa i suur utworzyli kordon ochronny na granicy oddzielającej łąkę od kłębów, z których czerpaliśmy większość naszego pożywienia. Ta ostatnia linia obrony sięgała aż do rzeki. Podawaliśmy sobie z rąk do rąk kubły – pełne (znad rzeki) lub puste (z powrotem) – i obficie polewaliśmy wodą te kłęby, które wydawały się najbardziej zagrożone płomieniami. Nie powinno to dziwić nikogo, kto widział zadbane kłęby pod koniec lata: zalega na nich ogromna ilość biomasy, o tej porze roku tak suchej, że z łatwością mogła zająć się ogniem.
Zastępca Regulatorki, pełniący wtedy służbę, zeznał w śledztwie, że w początkowej fazie pożaru gęsty dym uniemożliwiał ocenę sytuacji, przez co nie mógł się zorientować w rozmiarach szkód wywołanych przez Lio i Jesry’ego. Zdarzenie zapisano więc w kronice jako nieszczęśliwy wypadek, a fraa wykpili się pokutą. Ja jednak wiem – bo Jesry później mi powiedział – że kiedy ogień ze sterty błogonia zaczął się rozprzestrzeniać na trawę, Lio, zamiast próbować go zadeptać, zaproponował zastosowanie dronu ognia i rozpalenie przeciwognia. Niestety, w ten sposób tylko pogorszył sprawę i Jesry musiał odciągnąć go w bezpieczne miejsce, zanim Lio zaczął rozpalać przeciw-przeciwogień, aby powstrzymać pożar, który miał zdusić pierwotny pożar, ale wymknął się spod kontroli. Zajmując się Lio, zmuszony był porzucić swoją sferę, która z jednej strony stwardniała od gorąca, zmętniała i nigdy już nie odzyskała pełnej przejrzystości. Tak czy inaczej, pożar dał nam pretekst do wcielenia w życie planów, o których wcześniej tylko dyskutowaliśmy, czyli obsiania ziemi koniczyną i innymi kwiatami i rozpoczęcia hodowli pszczół. Dopóki extramuros funkcjonowała normalna gospodarka, mogliśmy sprzedawać miód na straganie przy Bramie Dziennej, a za uzyskane w ten sposób pieniądze kupować towary trudno dostępne w koncencie. Gdyby zaś świat extramuros przeszedł w stadium postapokaliptyczne, moglibyśmy tenże miód po prostu zjeść.
Kiedy biegłem w stronę tumu, mur dzielący nas od setników miałem po prawej ręce. Nasze kłęby – równie wybujałe jak podczas tamtego pożaru – zostawiłem z tyłu, z lewej strony. Z przodu, nieco powyżej mnie, ciągnęły się Siedmiokrotne Schody, na których kłębili się deklaranci. W tłumie opatulonych zawojami fraa półnagi, szybko przemieszczający się Lio wyglądał jak mrówka niewłaściwego koloru.
Prezbiterium, serce tumu, było zbudowane na planie ośmiokąta (albo, jak najchętniej wyraziliby to teorowie, jego grupa symetrii była grupą zespolonych pierwiastków stopnia ósmego z jedynki). Jego ściany wypełniał gęsty maswerk – w niektórych miejscach kamienny, w innych drewniany. Nazywaliśmy te ściany ekranami, co było nazwą nieco mylącą dla mieszkańców extramuros, oglądających na ekranach szpile albo grających w gry. Dla nas ekran był po prostu ścianą z mnóstwem otworów; ażurową przegrodą, przez którą swobodnie przenikały dźwięki, światło i zapachy.
Z centrum tumu cztery nawy rozbiegały się w cztery strony świata. Jeśli widzieliście kiedyś ślub albo pogrzeb w arce deolatrów, nawa mogłaby być tą przestronną częścią wnętrza arki, w której goście stoją, klęczą, biczują się, tarzają po podłodze czy co tam akurat wypada im robić. Prezbiterium odpowiadałoby wówczas miejscu, w którym kapłan stoi przy ołtarzu. To właśnie te cztery nawy sprawiają, że widziany z daleka tum jest niezwykle szeroki u podstawy.
Przybyszów z extramuros, takich jak mistrz Flec, wpuszczano do koncentu przez Bramę Dzienną i pozwalano im obserwować przebieg rytów z północnej nawy, pod warunkiem, że nie przenosili żadnych zaraźliwych świństw i umieli się zachować. Tak to przynajmniej wyglądało przez ostatnie półtora stulecia. Gdybyście weszli Bramą Dzienną, trafilibyście wprost do wejścia w północnej fasadzie tumu i środkiem północnej nawy doszlibyście do ekranu oddzielającego ją od prezbiterium. Można by wam wybaczyć, gdybyście pomyśleli, że cały tum składa się tylko z tej jednej nawy i ośmiokątnego pomieszczenia za przepierzeniem. Gość, który znalazłby się w nawie wschodniej, zachodniej lub południowej, popełniłby taki sam błąd. Ekrany miały ciemne barwy od strony naw i jasne od strony prezbiterium, przez co wnętrze prezbiterium było doskonale widoczne, ale wzrok nie sięgał przez nie na wskroś. W ten sposób w nawie powstawało złudzenie, że istnieje tylko ona i ma całe prezbiterium dla siebie.
Pusta wschodnia nawa była rzadko używana. Pytaliśmy starszych fraa i suur, dlaczego tak jest, ale zbywali nas machnięciem ręki i „tłumaczyli”, że to oficjalne wejście do tumu. Najwyraźniej było do tego stopnia oficjalne, że nikt nie wiedział, co z nim zrobić. Dawniej stały tam organy, ale podczas Drugiej Łupieży zostały zdemontowane i wywiezione, a późniejsza, udoskonalona wersja Dyscypliny zakazała używania wszelkich instrumentów muzycznych. Kiedy byliśmy młodsi, Orolo przez kilka lat wmawiał nam, że chodzą słuchy, jakoby wschodnia nawa miała zostać przeznaczona dla decemilenarystów, gdyby Koncent Saunta Edhara zdecydował się założyć taki matem.
– Sześćset osiemdziesiąt dziewięć lat temu złożono milenarystom taką właśnie propozycję – mówił Orolo. – Za trzysta jedenaście lat dowiemy się, co postanowili.
Nawa południowa należała do centenarystów, dochodzących do niej przez swoją połowę łąki. Była dla nich o wiele za duża. Nas, dziesiętników, tłoczących się po sąsiedzku w znacznie mniejszej przestrzeni, fakt ten drażnił od ponad trzech tysięcy lat.
Zachodnia nawa miała najładniejsze witraże i najpiękniejsze rzeźbienia, ponieważ korzystali z niej unaryści, których matem był zdecydowanie najzamożniejszy. Nie zazdrościliśmy im jednak przestrzeni, ponieważ było ich dostatecznie dużo, aby zapełnić nawę.
Prezbiterium miało jeszcze cztery ażurowe ściany (północno-wschodnią, południowo-wschodnią, południowo-zachodnią i północno-zachodnią), tego samego kształtu i tych samych rozmiarów co ekrany wyznaczające główne kierunki, ale nie połączone z nawami z prawdziwego zdarzenia. Po ciemnej stronie tych czterech ekranów znajdowały się narożniki tumu, zagracone elementami konstrukcyjnymi, które dla ludzi były może niezbyt wygodne, ale konieczne, aby budowla się nie przewróciła. Nasz narożnik, południowo-zachodni, był zawsze najbardziej zatłoczony, ponieważ liczba dziesiętników zwykle sięgała trzech setek. Dlatego w celu powiększenia przestrzeni użytkowej dobudowano od tej strony pękate wieżyczki, wyraźnie zakłócające symetrię budynku.
Narożnik północno-zachodni przechodził w kompleks zabudowań należących do Prymasa i korzystali z niego tylko jego goście, on, strażnicy oraz inni hierarchowie; nie było tam tłoku. Południowo-wschodni róg zajmowali tysięcznicy: łączył się bezpośrednio z ich fantastycznie rzeźbionymi kamiennymi schodami, które wiły się, pięły i zygzakowały po skalnej ścianie, prowadząc do ich skalnego gniazda.
Ostatni narożnik, północno-wschodni, znajdujący się naprzeciw naszego, był zarezerwowany dla itów. Wychodziło się zeń wprost do ich zadaszonego slumsu wypełniającego przestrzeń między ścianą tumu i naturalnym urwiskiem, stanowiących w tym miejscu graniczny mur koncentu. Podobno wydrążonym w ziemi tunelem dostawali się wprost do maszynerii zegara, którą mieli konserwować – ale ta informacja, podobnie jak większość naszej wiedzy o itach, nie zasługiwała na większy szacunek niż bajanie staruszek.
Gdyby więc policzyć tylko oficjalne wejścia, do wnętrza tumu prowadziło osiem dróg. Wytwory architektury matemowej słynęły jednak ze swojej złożoności, toteż w gmachu nie brakowało innych, mniejszych drzwiczek, rzadko używanych i znanych tylko wścibskim fidom.
Brnąłem przez pole koniczyny, szurając nogami i starając się nie rozdeptać żadnych pszczół, ale udało mi się wyprzedzić tłumek na Siedmiokrotnych Schodach. Dotarłem do Łąkowych Wrót, wstawionych w łuk wyrzeźbiony w litej skale. Po kamiennych schodkach dostałem się na poziom parteru tumu, przemknąłem przez stare, nędzne schowki, w których trzymano nieużywane szaty i naczynia ceremonialne, i znalazłem się w architektonicznym miszmaszu południowo-zachodniego narożnika, nam, dziesiętnikom, służącego za nawę. Tłoczący się fraa i suur co rusz wchodzili mi w drogę, ale wszędzie tam, gdzie jakaś przypora zasłaniała widok, zawsze zostawało trochę wolnego miejsca. W jednym z takich pustych zakątków znajdowała się nasza szafa, której zawartość w większości leżała w tej chwili na podłodze. Fraa Jesry i fraa Arsibalt stali obok, już odziani w szkarłaty i wyraźnie zirytowani. Fraa Lio pławił się w jedwabiach, szukając swojej ulubionej szaty, a ja przyklęknąłem na kolano i wybrałem jedną z tych, które mu się nie podobały. Narzuciłem ją, przewiązałem, sprawdziłem, czy nie będzie mi się plątała pod nogami, i stanąłem za Jesrym i Arsibaltem. Chwilę później Lio zajął miejsce za moimi plecami. Wyszliśmy z cienia kolumny i klucząc w tłumie, ruszyliśmy w stronę ekranu. Prowadził Jesry, który nie bał się używać łokci, ale nie było aż tak tłoczno, żeby musiał się do tego posuwać: przybyła najwyżej połowa dziesiętników, reszta szykowała się do apertu. Nasi fraa i suur zasiedli w równych rzędach: ci najbliżej ekranu na podłodze, a następni na swoich sferach – najpierw powiększonych do rozmiarów ludzkiej głowy, potem coraz większych, aż siedzący w ostatnim rzędzie mieli sfery wyższe niż oni sami, rozciągnięte jak błoniaste balony, które nie przetaczały się i nie zrzucały właścicieli na kamienną posadzkę tylko dlatego, że były upakowane między ścianami ciasno jak jajka w pudełku.
Pra-fraa Mentaxenes otworzył małe drzwiczki w naszym ekranie. Mentaxenes był bardzo stary i naszym zdaniem tylko codzienne otwieranie i zamykanie tych drzwiczek utrzymywało go jeszcze przy życiu. Po kolei wstąpiliśmy w tacę sproszkowanej żywicy, żeby stopy nie ślizgały się nam później na posadzce.
Przeszliśmy gęsiego przez drzwi i – jak kryształki cukru wrzucone do kubka z herbatą – rozpuściliśmy się w rozległej przestrzeni. Coś w budowie prezbiterium upodabniało je do zbiornika, w którym zbiera się całe światło, jakie kiedykolwiek padło na jego zawartość.
Gdybyście, stojąc przy ażurowej przegrodzie, podnieśli wzrok, waszym oczom ukazałby się wysklepiony strop tumu, wznoszący się blisko dwieście stóp nad waszymi głowami i rozjaśniany światłem wlewającym się przez umieszczone w latarni witraże. Powódź blasku na jasnych wewnętrznych powierzchniach ekranów nie pozwalała za nie zajrzeć i stwarzała złudzenie, że mamy cały tum dla siebie. Tysięcznicy, którzy przybyli na kwalifik po obudowanych murem i zadaszonych schodach, oglądali nas w tej chwili zza swojej ażurowej przegrody. Nie widzieli jednak mistrza Fleca, on bowiem, w żółtej koszulce i ze szpilołapem w ręce, zajął miejsce w północnej nawie. Flec także ich nie widział, ale zarówno oni, jak i on mogli bez przeszkód śledzić przebieg certyfiku, który miał zostać odprawiony w prezbiterium w takiej samej formie jak przed jednym, dwoma czy trzema tysiącami lat.
Praesidium wspierało się na czterech kamiennych, ozdobnie żłobkowanych nogach, przebijających na wylot prezbiterium oraz – jak sobie wyobrażałem – leżącą pod nim kryptę, w której itowie doglądali mechanizmu zegara. Wychodząc na środek pomieszczenia, mijaliśmy jeden z tych filarów. Nie miał okrągłego przekroju, lecz kanciasty, lekko wydłużony po przekątnej, jak stateczniki dawnych rakiet, chociaż nie był aż tak smukły, jak to porównanie mogłoby sugerować. Wyminąwszy go, znaleźliśmy się w samym środku prezbiterium, gdzie wzrok sięgał dwakroć wyżej, pod sam szczyt praesidium, na którym zbudowano gwiezdny krąg. Stanęliśmy w zabarwionych żywicą zagłębieniach w posadzce.
W ekranie Prymasa otworzyły się drzwi i wyszedł przez nie mężczyzna w szacie bardziej ozdobnej niż nasze i fioletowej – kolor ów oznaczał hierarchę. Najwidoczniej Prymas był zajęty (zapewne przygotowaniami do apertu) i przysłał jednego ze swoich asystentów. Wraz z nim przybyli inni hierarchowie. Fraa Delrakhones, Protektor, zajął miejsce na krześle na lewo od tronu Prymasa. Suur Trestanas, Regulatorka, usiadła po jego prawej stronie.
Zza przepierzenia unarystów wynurzyło się piętnaścioro odzianych w zieleń fraa i suur – po troje śpiewających sopranem, altem, tenorem, barytonem i basem. Prowadzenie śpiewów przypadało po kolei różnym zakonom; po unarystach nie należało się spodziewać wybitnego występu, mimo że na ćwiczenia mieli prawie rok.
Hierarcha wypowiedział słowa rozpoczynające ryt i przestawił dźwignię uruchamiającą kwalifik.
Gdybyście umieli czytać z tarcz zegara, powiedziałyby wam, że jeszcze przez dwa dni obowiązuje czas zwykły. Oznaczało to, że nie ma żadnego święta, nie trwa żaden festiwal i liturgia nie jest poświęcona żadnemu wyróżnionemu tematowi, lecz koncentruje się na niespiesznym i nieregularnym przedstawianiu naszej historii, żebyśmy nie zapomnieli, w jaki sposób posiedliśmy całą naszą wiedzę. W pierwszej połowie roku traktowała o wydarzeniach przed Rekonstrukcją, w drugiej – o wszystkim, co wydarzyło się później. Dzisiaj miała być poświęcona pracom z teoryki grup skończonych, których autor, saunt Bly, został trzynaście wieków temu odrzucony przez Regulatora i zmuszony dożyć swoich dni na skalnym występie, otoczony przez slogów, czczących go jak boga. Zdołał ich nawet przekonać, żeby przestali zażywać błogoń, ale wtedy się na niego zdenerwowali, zabili go i zjedli jego wątrobę, błędnie mniemając, że to ona była u niego organem odpowiedzialnym za myślenie. Jeśli żyjecie w koncencie, z kronik dowiecie się więcej na temat saunta Bly’a; jeśli nie, to mogę was zapewnić, że znamy tyle podobnych historii, że można by przez całe życie codziennie uczestniczyć w kwalifikach i nie usłyszeć dwa razy tej samej opowieści.
O czterech filarach praesidium już wspomniałem. Na samym środku prezbiterium, na centralnej osi całego tumu, zwieszał się łańcuch z obciążnikiem. Sięgał tak wysoko w górę, w przestrzeń nad naszymi głowami, że jego punkt zaczepienia niknął w półmroku i pokładach kurzu.
Obciążnikiem była gruda szarego metalu o dziobatej powierzchni, jakby przeżarta przez robaki: żelazowo-niklowy meteoryt, liczący sobie cztery miliardy lat i zbudowany z tego samego materiału co jądro Arbre. Przez blisko dwadzieścia cztery godziny, jakie upłynęły od poprzedniego kwalifiku, zdążył zjechać tak nisko, że, wyciągnąwszy rękę, prawie można by go dotknąć. Zwykle obniżał się regularnie, w stałym tempie, ponieważ napędzał zegar, ale dwa razy na dobę – o świcie i o zachodzie słońca, kiedy dostarczał energii niezbędnej do otwarcia i zamknięcia Bramy Dziennej – opadał na tyle gwałtownie, że przypadkowi gapie rozbiegali się w popłochu.
Były jeszcze cztery inne, niezależnie poruszające się łańcuchy z obciążnikami. Mniej rzucały się w oczy, ponieważ nie zwisały w samym środku prezbiterium i wolniej się przemieszczały. Poruszały się po metalowych szynach przymocowanych do filarów. Ich obciążniki miały regularne kształty brył foremnych: sześcianu, ośmiościanu, dwunastościanu i dwudziestościanu. Zostały wykute z czarnego wulkanicznego kamienia, który pozyskano z klifów Ecby i przewieziono pociągiem lodowym przez biegun północny. Podnosiły się odrobinę przy każdym nakręceniu zegara. Sześcian opadał raz w roku i otwierał Bramę Roku, a ośmiościan raz na dziesięć lat i napędzał Bramę Dekady, oba więc znajdowały się w tej chwili dość wysoko na swoich prowadnicach. Dwunastościan i dwudziestościan dostarczały energii – odpowiednio – Bramom Stulecia i Milenium. Pierwszy z nich znajdował się w dziewięciu dziesiątych wysokości, drugi w około siedmiu dziesiątych. Wystarczyło więc rzucić na nie okiem, aby stwierdzić, że jest rok mniej więcej trzy tysiące sześćset osiemdziesiąty dziewiąty.
Znacznie wyżej w praesidium, w górnych obszarach chronotchłani (obszernej przestrzeni za tarczami, gdzie łączyły się wszystkie mechanizmy), znajdowała się hermetyczna kamienna komora, w której był zamknięty szósty obciążnik: kula szarego metalu, poruszająca się w górę i w dół po nagwintowanym pręcie. Kula napędzała zegar w tym czasie, kiedy my go nakręcaliśmy, poza tym zaś ruszyłaby z miejsca tylko wówczas, gdyby meteoryt opadł aż na posadzkę – czyli gdybyśmy nie odprawili certyfiku. Wówczas zegar powinien dla zaoszczędzenia energii odłączyć się od mechanizmu i przejść w stan hibernacji, w którym napędzany byłby tylko powolnym ruchem metalowej kuli – do czasu, aż znowu zostanie nakręcony. W przeszłości zdarzyło się to zaledwie kilkakrotnie – podczas każdej z trzech Łupieży oraz przy kilku wyjątkowych okazjach, kiedy wszyscy mieszkańcy koncentu ciężko zachorowali i nie byli w stanie odprawić certyfiku. Nikt nie wiedział, jak długo zegar działałby w takim trybie awaryjnym, ale powszechnie przypuszczano, że w grę wchodzi okres rzędu stu lat. Wiedzieliśmy, że funkcjonował w ten sposób po Trzeciej Łupieży, kiedy tysięcznicy zabarykadowali się w swoim skalnym gnieździe, a reszta koncentu przez siedem dziesięcioleci pozostawała niezamieszkana.
Wszystkie łańcuchy biegły w górę, w głąb chronotchłani, gdzie były zaczepione do obrotowych trzpieni połączonych przekładniami i wychwytami, za których czyszczenie i konserwację odpowiadali itowie. Główny łańcuch napędowy (ten biegnący pośrodku i obciążony meteorytem) łączył się ze skomplikowanym systemem przekładni i mechanizmów, sprytnie ukrytym we wnętrzu filarów i sięgającym aż do krypty pod naszymi nogami. Jedynym jego elementem widocznym dla nie-itów była szeroka, okrągła piasta, wyrastająca z podłogi prezbiterium i przywodząca na myśl ołtarz. Na wysokości barków dorosłego człowieka sterczały z niej cztery poziome kołki, każdy o długości około ośmiu stóp. W stosownym momencie nabożeństwa Jesry, Arsibalt, Lio i ja stanęliśmy przy końcach tych drągów i położyliśmy na nich ręce, po czym, gdy rozbrzmiał odpowiedni takt peanatemy, naparliśmy na nie całym ciężarem, jak marynarze, którzy obracając kabestan, podnoszą kotwicę. Kłopot w tym, że jedyną rzeczą, jaka się poruszyła, była moja prawa stopa: oderwała się od podłogi i ześliznęła kilka cali wstecz, zanim znalazła oparcie. Połączone siły naszej czwórki nie wystarczyły, żeby pokonać tarcie statyczne łożysk i kół zębatych dzielących nas od trzpienia setki stóp nad naszymi głowami, z którego zwisał łańcuch z meteorytem. Gdyby udało się go odblokować, utrzymalibyśmy go w ruchu, ale pierwsze poruszenie wymagało albo potężnego szarpnięcia (gdybyśmy chcieli posłużyć się tylko siłą fizyczną), albo (gdybyśmy woleli wykazać się sprytem) delikatnego potrząśnięcia, lekkiej wibracji. Różni praksycy rozwiązaliby ten problem na różne sposoby. My w Sauncie Edharze używaliśmy do tego naszych głosów.
Dawno, dawno temu, kiedy z czarnych skał Ecby wyrastały marmurowe kolumny Oritheny, codziennie przed południem wszyscy teorowie świata zbierali się pod wielką kopułą. Ich przywódca (najpierw Adrakhones, później Diax lub któryś z jego fidów) stawał na analemmie i czekał, aż snop światła z oculusa padnie prosto na niego, co następowało w samo południe. Dla uczczenia tej chwili teorowie śpiewali peanatemę ku czci Naszej Matki Hylaei, która przyniosła nam światło swojego ojca, Cnoüsa. Po zniszczeniu Oritheny ryt ten poszedł w zapomnienie, a ocalali teorowie rozproszyli się w Peregrynacji. Dopiero znacznie później, kiedy teorowie wycofali się do matemów, Saunta Cartas oparła na nim liturgię, praktykowaną później przez całą Starą Epokę Matemową. Podczas Rozproszenia do Nowych Peryklinów i następującej po nim Epoki Praksis ryt znowu wyszedł z użycia – ale tylko po to, by po Straszliwych Wypadkach i Rekonstrukcji wrócić do łask w nowej formie, w której jego osią stało się nakręcanie zegara.
Peanatema Hylaejska doczekała się tysięcy różnych wersji, gdyż każdy deklarant z zacięciem kompozytorskim musiał przynajmniej raz w życiu się do niej przymierzyć. Wszystkie wykorzystywały te same słowa i strukturę, ale między sobą różniły się tak bardzo, jak potrafią się różnić chmury. Najstarsze warianty były monofoniczne – czyli każdy głos śpiewał w nich tę samą nutę. W Sauncie Edharze śpiewaliśmy odmianę polifoniczną: rozpisaną na głosy prowadzące różne melodie, które splatając się i nakładając, tworzyły harmonijną całość. Jednorazowcy w zielonych szatach śpiewali tylko niektóre fragmenty; reszta głosów dobiegała zza ekranów. Zgodnie z tradycją najniższe tony wyśpiewywali tysięcznicy; mówiło się, że znają specjalne techniki rozluźniania strun głosowych – i ja w to wierzyłem, ponieważ w naszym matemie nikt nie umiał wydobyć z siebie takich basów, jakie podczas certyfiku płynęły zza przepierzenia milenarystów.
Peanatema zaczynała się bardzo prosto, ale później komplikowała się tak bardzo, że z trudem dawało się za nią nadążyć. Kiedy jeszcze mieliśmy organy, ich obsługa wymagała czterech organistów, którzy musieli grać jednocześnie rękami i nogami. W dawnych czasach ta część peanatemy symbolizowała poprzedzający Cnoüsa chaos nieuporządkowanej myśli. Kompozytor aż nadto dobrze zdawał sobie z tego sprawę, gdyż w tej fazie utworu ucho ludzkie gubiło się w kakofonii. A potem nagle na przestrzeni paru taktów wszystkie głosy łączyły się w jeden czysty ton (przypominało to trochę oglądanie jakiejś bryły geometrycznej, mającej na pierwszy rzut oka kompletnie przypadkowy kształt; wystarczyło ją jednak minimalnie obrócić, aby wszystkie płaszczyzny i wierzchołki ustawiły się we właściwy sposób i pozwoliły nam docenić, co naprawdę tworzą), który, rezonując w świetlistej studni, wprawiał cały tum w drżenie.
Czy to za sprawą szczęśliwego zbiegu okoliczności, czy dzięki kunsztowi praksyków wibracja wystarczyła, by złamać więżącą trzpień pieczęć tarcia statycznego. Lio, Arsibalt, Jesry i ja omal się nie przewróciliśmy, kiedy piasta zaczęła się obracać – mimo że się tego spodziewaliśmy. Chwilę później luz na przekładniach został wybrany, a zawieszony nad naszymi głowami meteoryt zaczął się pomalutku wznosić. My zaś wiedzieliśmy, że po kolejnych dwudziestu taktach możemy się spodziewać spadającego z wysokości kilkuset stóp deszczu kurzu i nietoperzowego guana, które przez ostatnią dobę zebrały się na górze.
W starożytnej liturgii następny fragment przedstawiał chwilę, w której na Cnoüsa spłynęło oświecenie. Pieśń rozszczepiła się na dwa konkurencyjne tony: jeden reprezentował Deät, drugi Hylaeę – córki Cnoüsa. Drepcząc po prezbiterium w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara, zrównaliśmy nasz krok z rytmem peanatemy. Meteoryt wznosił się w tempie około dwóch cali na sekundę i miał się zatrzymać dopiero przy górnym ograniczniku, za mniej więcej dwadzieścia minut. Obracały się również – choć znacznie wolniej – zębatki czterech pozostałych łańcuchów. Podczas całego certyfiku sześcian podniesie się o stopę, ośmiościan o cal i tak dalej. A nad sklepieniem prezbiterium metalowa kula osuwała się powoli po nagwintowanym pręcie, napędzając zegar przez czas potrzebny nam do nakręcenia go.
Powinienem w tym miejscu zaznaczyć, że do napędzania zegara (choćby nawet największego) przez dwadzieścia cztery godziny nie trzeba aż tyle energii. Większość siły, którą wkładaliśmy w kręcenie kabestanem, szła na zasilanie przeróżnych dodatków, takich jak kuranty, bramy, Wielkie Planetarium przy Bramie Dziennej, inne mniejsze planetaria oraz teleskopy w gwiezdnym kręgu.
O żadnej z tych rzeczy nie myślałem, popychając wetknięty w piastę drąg. Owszem, spojrzałem na prezbiterium świeżym okiem, ponieważ wiedziałem, że obserwuje nas mistrz Flec, i próbowałem sobie wyobrazić, jak mam mu objaśnić przebieg rytu, gdyby przyszło mu do głowy zapytać. Zanim jednak znaleźliśmy właściwy rytm kroków, moje serce zaczęło regularnie łomotać w piersi, a z czubka nosa skapywał mi pot, i zapomniałem o Flecu. Śpiew jednorazowców brzmiał lepiej, niż się spodziewałem – z pewnością nie aż tak źle, żeby zwracać na siebie uwagę. Przez minutę lub dwie dumałem nad historią saunta Bly’a. Potem zamyśliłem się nad sobą i swoją rolą w świecie. Wiem, że był to z mojej strony przejaw egoizmu i że nie takie sprawy powinny mnie zaprzątać podczas rytu, ale zawsze najtrudniej jest wyzbyć się myśli nieproszonych i niepożądanych. Może poczytacie mi to za przejaw złego gustu, że dzielę się z wami swoimi przemyśleniami; uznacie za zbędny akcent osobisty, uczynek wręcz nieprzyzwoity, zły przykład dla innych fidów, którzy mogą w przyszłości znaleźć moją relację porzuconą w którejś z nisz. Ale to też jest część mojej opowieści.
Tamtego dnia, nakręcając zegar, zastanawiałem się, jak by to było wspiąć się na galeryjkę w siedzibie Protektora i skoczyć z niej w dół.
Jeżeli wydaje się wam to niepojęte, prawdopodobnie nie jesteście deklarantami. Spożywane przez was jedzenie pochodzi z roślin, część genów których wzięto z sekwencji jestokeju albo może nawet jakiegoś mocniejszego specyfiku. Nie powinniście miewać melancholijnych refleksji, a jeśli nawet jakieś się wam przytrafią, możecie je z łatwością rozproszyć. Ja nie miałem tej możliwości, za to zaczynałem mieć dość towarzystwa takich myśli. Aby je uciszyć, mogłem za tydzień wyjść przez Bramę Dekady, zamieszkać z moją rodziną (o ile zechciałaby mnie przyjąć) i zacząć odżywiać się tak jak ona – albo wejść po schodach, które z naszego narożnika wspinały się spiralą pod szczyt tumu.



***


Mistagog: (1) We wczesnym średniorthyjskim: teoryk specjalizujący się w rozważaniu nierozwiązanych problemów, zwłaszcza taki, który wprowadza w tę dziedzinę fidów. (2) W późnym średniorthyjskim: przedstawiciel szkoły, która zdominowała matemy w okresie od dwunastego wieku ujemnego do Odrodzenia. Mistagodzy utrzymywali, że nierozstrzygnięte do tej pory problemy teoryczne są nierozwiązywalne, zniechęcali do prowadzenia prac teorycznych, zamykali biblioteki oraz fetyszyzowali tajemnice i zagadki. (3) W orthyjskim Epoki Praksis i późniejszym: pejoratywne określenie każdego człowieka, który przypomina tych z punktu (2).
– SŁOWNIK, wydanie czwarte, 3000 p.r.


– Czy ludzie umierają z głodu? Czy raczej chorują, bo są nadmiernie otyli?
Mistrz Quin zamyślił się i podrapał po brodzie.
– Rozumiem, że masz na myśli slogów? – zapytał.
Fraa Orolo wzruszył ramionami.
Quin uznał, że to zabawne, a w odróżnieniu od mistrza Fleca nie bał się głośno śmiać.
– Można by powiedzieć, że jedno i drugie jednocześnie – odparł w końcu.
– Doskonale – oznajmił fraa Orolo takim tonem, jakby chciał powiedzieć „nareszcie do czegoś dochodzimy”, i spojrzał na mnie, by się upewnić, że wszystko zapisuję.


***



Po spotkaniu z Flekiem odbyłem rozmowę z Orolem.
– Po co ci ten pięćsetletni kwestionariusz, ojcze? To trochę dziwne.
– To osiemsetlenia kopia kwestionariusza sprzed tysiąca stu lat – poprawił mnie.
– Co innego, gdybyś był setnikiem, ale dlaczego świat miałby się tak dramatycznie zmienić przez ostatnie dziesięć lat?
Fraa Orolo wyjaśnił mi, że od czasu Rekonstrukcji zanotowano czterdzieści osiem przypadków gwałtownych zmian w obrębie dekady i że dwie z tych zmian doprowadziły do Łupieży, toteż można chyba uznać, że zmiany zachodzące szybko są najważniejsze. Z drugiej strony – dziesięć lat było dla zanurzonego w codzienności mieszkańca extramuros dostatecznie długim okresem, aby zmiany uszły jego uwagi. Dlatego dziesiętnik odczytujący rzemieślnikowi pytania z liczącego jedenaście stuleci kwestionariusza mógł w istocie wyświadczać przysługę extramuros (zakładając, że ktoś stamtąd w ogóle zwróciłby na to uwagę). To by tłumaczyło, dlaczego państwo sekularne nie tylko nas tolerowało, ale także chroniło (z wyjątkiem tych okresów, kiedy tego nie robiło).
– Człowiek, który codziennie przy goleniu ogląda znamię na swoim czole, może nie zauważyć zmiany w jego wyglądzie. Lekarz, który widzi je raz na rok, z łatwością rozpozna raka.
– Pięknie – powiedziałem. – Ale nigdy wcześniej nie przejmowałeś się państwem sekularnym. Jakie są twoje prawdziwe intencje?
Udał zaskoczonego moim pytaniem, ale widząc, że nie dam się łatwo zbyć, wzruszył ramionami.
– Rutynowy test ODP.
– Co to jest ODP?
– Odłączenie dziedziny przyczynowej.
To był ostateczny dowód, że Orolo mnie nabiera. Ale kiedy ze mnie żartował, czasem miał odrobinę racji.
Nie, poprawka: zawsze miał rację, a ja tylko czasem to dostrzegałem. Podparłem więc brodę dłońmi i mruknąłem:
– W porządku. Otwórz śluzy.
– Zacznijmy od tego, że dziedzina przyczynowa to zbiór obiektów połączonych więzami przyczynowo-skutkowymi.
– Przecież wszystko we wszechświecie jest w ten sposób połączone, prawda?
– To zależy od ułożenia stożków świetlnych. Nie mamy na przykład wpływu na to, co wydarzyło się w przeszłości. Niektóre obiekty są z kolei zbyt daleko, by oddziaływać na nas w jakikolwiek znaczący sposób.
– Mimo wszystko nie da się nakreślić wyraźnej granicy oddzielającej dziedziny przyczynowe.
– W sensie ogólnym rzeczywiście nie. Jednakże więzi przyczyn i skutków łączą cię ze mną znacznie ściślej niż z obcym z jakiejś odległej galaktyki. A zatem z dokładnością do stopnia precyzji, jaki jesteśmy skłonni zaakceptować, można powiedzieć, że ty i ja należymy do jednej dziedziny przyczynowej, a obcy należy do innej.
– No dobrze: jaki stopień precyzji jest dla ciebie do przyjęcia, ojcze Orolo?
– Zgodzisz się, że głównym celem życia w zamkniętym matemie jest ograniczenie do minimum związków przyczynowo-skutkowych łączących nas ze światem extramuros?
– Społecznych. Kulturalnych. Nawet ekologicznych, zgoda. Ale przecież oddychamy tym samym powietrzem, słyszymy przejeżdżające za murem moby... Na czysto teorycznym poziomie nie może być mowy o separacji przyczynowej!
Orolo mówił dalej, jakby w ogóle mnie nie słyszał:
– Gdyby istniał inny wszechświat, całkowicie odcięty od naszego... Dwa wszechświaty, A i B, niepołączone absolutnie żadnymi więziami przyczyny i skutku. Czy czas w nich płynąłby tak samo?
– To pytanie nie ma sensu – odparłem po chwili zastanowienia.
– Zabawne... – mruknął lekko zirytowany Orolo. – Mnie się wydaje całkiem sensowne.
– To zależy od tego, jak chcesz mierzyć czas.
Fraa Orolo milczał.
– A właściwie od tego, czym jest czas.
Następne kilka minut zajęło mi podążanie ścieżkami kolejnych wyjaśnień, ale wszystkie kończyły się ślepo.
– Chyba muszę się odwołać do Bezmianu – powiedziałem w końcu. – Wybieram najprostszą odpowiedź, dla której nie znajduję kontrargumentów. A najprostsza odpowiedź brzmi: czas we wszechświatach A i B płynie niezależnie.
– Dlatego że są osobnymi dziedzinami przyczynowymi.
– Właśnie.
– A gdyby te dwa wszechświaty, równie wielkie, stare i złożone jak nasz, były całkowicie rozłączne poza jednym jedynym fotonem, który jakimś cudem pokonał dzielącą je pustkę? Czy to by wystarczyło, aby na wieczność zsynchronizować czas w A i B?
Westchnąłem ciężko, jak zawsze, kiedy zatrzaskiwała się na mnie któraś z zastawionych przez Orola pułapek.
– Albo inaczej... – ciągnął. – Czy jest możliwe, żeby między dwiema luźno połączonymi domenami istniało lekkie przesunięcie w czasie?
– Chcesz powiedzieć, że w rozmowie z mistrzem Flekiem próbowałeś ustalić, czy, kiedy po naszej stronie muru minęło dziesięć lat, extramuros nie upłynęło na przykład całe milenium?!
– Pytaniami nie mogłem chyba nikomu zaszkodzić – odparł.
Miałem wrażenie, że Orolo chce powiedzieć coś jeszcze, że ma na końcu języka jakąś krotochwilę. Uprzedziłem go:
– A ma to coś wspólnego z twoimi niesamowitymi historiami o wędrownym matemie dziesięciotysiącletnim?
Kiedy byliśmy jeszcze nieopierzonymi fidami, Orolo powiedział nam kiedyś, że znalazł w kronikach wzmiankę o tym, jak to gdzieś otworzyła się ze zgrzytem prastara brama i wyszli zza niej deklaranci, którzy twierdzili, że są obchodzącymi apert dziesięciotysięcznikami. Było to o tyle niedorzeczne, że deklaranci w znanej nam dziś formie istnieli wówczas dopiero od 3682 lat. Uznaliśmy więc, że opowiastka miała po prostu sprawdzić, czy przyswoiliśmy sobie lekcje historii. Ale mogła przecież mieć jakiś głębszy, ukryty sens.
– Przez dziesięć tysiącleci można sporo osiągnąć, jeśli człowiek się przyłoży do pracy – zauważył Orolo. – Na przykład znaleźć sposób na odcięcie wszystkich więzi przyczynowo-skutkowych ze światem extramuros.
– Bzdura. Przypisujesz decemilenarystom moce godne inkanterów.
– Ale gdyby ktoś faktycznie tego dokonał, jego matem stałby się odrębnym wszechświatem i czas płynąłby w nim innym rytmem. Odłączenie dziedziny przyczynowej stałoby się możliwe...
– Zgrabny eksperyment myślowy – przyznałem. – Doceniam to. I dziękuję za calcę. Proszę cię jednak, ojcze Orolo, powiedz, że nie spodziewasz się po otwarciu bram zobaczyć dowodów ODP.
– Najpilniej należy wypatrywać tego co niespodziewane.


***



– Czy w swoich wigwamach, namiotach, wysokościowcach czy gdzie tam mieszkacie...
– W przyczepach bez kół – wtrącił mistrz Quin. – Zazwyczaj.
– Doskonale. Czy macie w nich przedmioty, które myślą, choć nie są ludźmi?
– Mieliśmy, ale wyrzuciliśmy je, kiedy przestały działać.
– Umiesz czytać? Nie chodzi mi o odcyfrowywanie logotypu...
– Nikt już nie używa logotypu. Masz na myśli takie symbole jak na metce od bielizny, żeby nie używać wybielacza? Coś w tym guście?
– Nie mamy tu bielizny ani wybielaczy – odparł fraa Orolo. – Tylko zawoje, sznury i sfery.
Poklepał okrywający go zwój materiału, sznur, którym był przepasany, i kulę, na której siedział.
Quin wstał i wstrząsnął całym ciałem w taki sposób, że sfrunęła z niego kurtka. Nie był zbyt muskularny, ale za to żylasty od ciężkiej pracy. Wywrócił kurtkę na lewą stronę i pokazał nam wszyty przy kołnierzu pęk metek. Rozpoznałem logo firmy odzieżowej, zapamiętane sprzed dziesięciu lat, chociaż przez ten czas zostało trochę uproszczone. Pod spodem znajdowała się szachownica małych ruchomych obrazków.
– To są kinagramy – wyjaśnił Quin. – Wyparły logotyp.
Orolo, początkowo zaintrygowany, był wyraźnie rozczarowany widokiem kinagramów.
– Aha – powiedział uprzejmie. – Zwykłe pyerdy.
Ja się zawstydziłem, a Quin zdębiał i zaczął stopniowo czerwienieć, jakby celowo próbował się rozzłościć.
– Fraa Orolo miał co innego na myśli! – zapewniłem go pospiesznie. Próbowałem podkreślić swoje słowa chichotem, ale wyszło mi tylko zdławione prychnięcie. – To starorthyjskie słowo.
– Podejrzanie podobne do...
– Wiem! Fraa Orolo zapomniał o tym, jakie budzi skojarzenia. Chodziło mu o coś zupełnie innego.
– Niby o co?
Fraa Orolo był zafascynowany naszą wymianą zdań: rozmawialiśmy o nim w taki sposób, jakby wcale go tam nie było.
– Że kinagramy w gruncie rzeczy nie różnią się od logotypu.
– Ależ różnią się! Są niekompatybilne. – Quin nie był już taki czerwony jak przed chwilą. Odetchnął głęboko, zamyślił się na moment, w końcu wzruszył ramionami. – Ale rozumiem, o co ci chodzi. Równie dobrze mogliśmy zostać przy logotypie.
– Jak sądzisz, dlaczego w takim razie został wyparty? – zainteresował się Orolo.
– Chodziło o to, żeby ludzie, którzy wprowadzili kinagramy, mogli zwiększyć swój udział w rynku.
Orolo zmarszczył brwi, przetrawiając te słowa.
– To też brzmi jak pyerd.
– Żeby mogli na tym zarobić – wyjaśnił Quin.
– Rozumiem. Jak im się to udało?
– Utrudniali stosowanie logotypu i na każdym kroku promowali kinagramy.
– To irytujące. Dlaczego się nie zbuntowaliście?
– Bo z czasem daliśmy sobie wmówić, że kinagramy naprawdę są lepsze. Tak że w gruncie rzeczy chyba masz rację, to wszystko pyer...
– Mów śmiało. To nie jest złe słowo.
– Nie powiem. Nie wypada tak mówić tutaj, w takim miejscu.
– Jak sobie życzysz, mistrzu Quin.
– Na czym stanęliśmy? – spytał Quin i sam sobie odpowiedział: – Pytałeś, czy umiem czytać te zamrożone litery, którymi zapisuje się orthyjski.
Ruchem głowy wskazał mój arkusz, pomału ciemniejący od takiego właśnie pisma.
– Właśnie.
– Przeczytałbym je, gdybym musiał, bo rodzice kazali mi się ich uczyć. Ale na co dzień nie czytam, bo nie muszę. Co innego mój syn.
– Ojciec kazał mu się ich nauczyć? – domyślił się Orolo.
Quin uśmiechnął się.
– Otóż to.
– I teraz czyta książki?
– Bez przerwy.
– Ile ma lat?
To nie było pytanie z kwestionariusza.
– Jedenaście. I jeszcze nie spalili go na stosie – dodał Quin śmiertelnie poważnym tonem.
Nie byłem pewien, czy Orolo rozpozna żart. Kpinę. Nie dał nic po sobie poznać.
– Macie tam przestępców?
– Oczywiście.
Słysząc tę odpowiedź, Orolo przeskoczył do następnego arkusza.
– Skąd wiesz?
– Słucham?!
– Powiedziałeś, że to oczywiste, ale kiedy na kogoś patrzysz, skąd wiesz, czy jest albo nie jest złoczyńcą? Piętnujecie przestępców? Robicie im tatuaże? Zamykacie ich? Kto decyduje o tym, kto jest, a kto nie jest przestępcą? Kobieta ze zgolonymi brwiami stwierdza „jesteś przestępcą” i dzwoni srebrnym dzwoneczkiem? A może jest to mężczyzna w peruce, który uderza młotkiem w klocek drewna? Przekładacie oskarżonych przez magnes w kształcie pączka z dziurką? Używacie rozwidlonego patyka, który wibruje w obecności zła? Czy cesarz wydaje werdykt z wysokości tronu, spisuje go szkarłatnym atramentem i pieczętuje czarnym woskiem? Czy oskarżony musi boso przejść po rozpalonej blasze? Może rozpowszechnione wytwory praksis ruchomych obrazów, przez was nazywane szpilołapami, wiedzą wszystko, ale ich sekrety może poznać tylko sąd złożony z eunuchów, z których każdy zapamiętał część długiego ciągu cyfr? A może tłum gromadzi się i obrzuca podejrzanego kamieniami, aż ten umrze?
– Nie mogę cię traktować poważnie – powiedział Quin. – Jak długo jesteś w koncencie, trzydzieści lat?
Fraa Orolo spojrzał na mnie z westchnieniem.
– Dwadzieścia dziewięć lat, jedenaście miesięcy, trzy tygodnie i sześć dni.
– Widać, że zakuwasz do apertu, ale nie wierzysz chyba, że świat extramuros aż tak bardzo się zmienił?!
Orolo znów posłał mi jedno z tych swoich spojrzeń.
– Mistrzu Quin... – powiedział po krótkiej pauzie, która miała przydać mocy jego słowom. – Mamy anno trzy tysiące sześćset osiemdziesiąty dziewiąty po Rekonstrukcji.
– Mój kalendarz mówi mi to samo.
– Jutro zacznie się trzy tysiące sześćset dziewięćdziesiąty. Nie tylko unaryści będą obchodzić apert; my, decenaryści, również. Zgodnie z odwiecznym zwyczajem otworzymy bramy naszego matemu, przez dziesięć dni będziemy mogli swobodnie opuszczać jego teren i przyjmować gości takich jak ty. Za dziesięć lat brama koncentu centenarystów otworzy się po raz pierwszy i prawdopodobnie ostatni w moim życiu.
– A kiedy się zamknie... po której będziesz stronie?
Znów poczułem się zakłopotany, bo sam nigdy nie odważyłbym się zadać takiego pytania, ale w duchu nie posiadałem się z zachwytu, że Quin mnie wyręczył.
– Jeżeli zostanę uznany za godnego tego zaszczytu, wolałbym znaleźć się w środku. – Fraa Orolo spojrzał na mnie z lekkim uśmiechem, jakby czytał mi w myślach. – Jedno jest pewne: za mniej więcej dziewięć lat zostanę najprawdopodobniej wezwany do górnego labiryntu, oddzielającego mój matem od matemu centenarystów. Przejdę przez niego do ciemnego pomieszczenia z kratą. Za nią będzie czekał jeden z setników (chyba że wcześniej wszyscy wymrą, znikną albo zmienią się w coś innego), gotowy zadać mi pytania, które wydadzą mi się równie dziwaczne jak tobie moje. Oni także muszą przygotować się do apertu, tak jak my. Mają w swoich księgach odnotowane wszystkie praktyki sądowe, o jakich oni sami lub ich towarzysze z matemów słyszeli przez ostatnie trzy tysiące siedemset lat. Lista, którą przed chwilą ci wyrecytowałem, to zaledwie jeden akapit zaczerpnięty z księgi grubej jak moja ręka. A zatem nawet jeśli uważasz tę rozmowę za niedorzeczną, byłbym ci wielce zobowiązany, gdybyś mi po prostu opowiedział, w jaki sposób rozpoznajecie przestępców.
– Czy moja odpowiedź również trafi do takiej księgi?
– Jeżeli będzie w niej coś nowego, owszem.
– No cóż, nadal mamy sędziów, którzy przy pełni księżyca podróżują po świecie w opieczętowanych fioletowych pudłach...
– Pamiętam ich.
– Ostatnio jednak przybywają zbyt rzadko. Najwyżsi niezbyt dobrze ich chronili i wiele pudeł stoczyło się ze wzgórz. Wtedy zainstalowano dodatkowe szpilołapy.
Fraa Orolo przełożył arkusze kwestionariusza.
– Kto ma do nich dostęp?
– Nie wiemy.
Orolo zaczął już odwracać stronicę, ale zanim znalazł tę właściwą, Quin dodał:
– Jeżeli ktoś popełni wyjątkowo ohydne przestępstwo, Najwyżsi wszczepiają mu na kręgosłupie taki przyrząd, który go w jakiś sposób okalecza. Czasowo. Później odpada i można normalnie żyć.
– To boli?
– Nie.
Nowy arkusz.
– Czy kiedy widzisz człowieka z takim urządzeniem na grzbiecie, umiesz stwierdzić, jakiej zbrodni się dopuścił?
– Tak, to jest tam napisane. W kinagramach.
– Kradzież? Napaść? Wymuszenie?
– Zdarzają się.
– Działalność wywrotowa?
– Nigdy kogoś takiego nie widziałem – przyznał Quin po długim namyśle.
– Herezja?
– Tym zająłby się chyba Niebiański Strażnik.
Fraa Orolo wzniósł ręce do nieba ruchem tak gwałtownym, że zawój zsunął mu się z głowy, a nawet obnażył jedną pachę, po czym równie szybko opuścił je i ukrył twarz w dłoniach. Był to teatralnie sarkastyczny gest, którym chętnie posługiwał się w kredowni, kiedy któryś z fidów okazał się wyjątkowo tępy. Quin najwidoczniej doskonale go zrozumiał, bo na jego twarzy odbiło się zakłopotanie. Poruszył się niespokojnie na krześle, zadarł głowę, opuścił ją i wyjrzał przez okno, które miał naprawić. Gest Orola był jednak nieodparcie zabawny i Quin doszedł do wniosku, że nic złego się nie stało.
– No dobrze... – powiedział w końcu. – Nigdy się nad tym nie zastanawiałem, ale wychodzi na to, że mamy trzy systemy...
– Facetów w fioletowych pudłach, klamry na kręgosłup i tego całego Niebiańskiego Strażnika, nowinkę, o której ani ja, ani fraa Erasmas jeszcze nie słyszeliśmy – potwierdził Orolo i zaczął przerzucać kolejne stronice kwestionariusza, drążąc coraz głębiej.
Quin doznał olśnienia.
– Nie wspomniałem o Strażniku, bo myślałem, że o nim wiecie!
Orolo znalazł właściwy arkusz i pospiesznie przejrzał jego treść.
– Bo twierdził, że przybywa z koncentu, przynosząc matemowe objawienie tym nielicznym, którzy są go warci.
– Otóż to. A to nieprawda?
– Nieprawda. Nie przybył z koncentu. – Orolo spojrzał na Quina i widząc jego zaskoczoną minę, mówił dalej: – To się zdarza regularnie, co kilkaset lat: pojawia się jakiś szarlatan i przekonuje państwo sekularne do swoich racji, powołując się na swoje rzekome powiązania ze światem matemowym.
– Czy mistrz Flec... Czy on... jest adeptem, uczniem Niebiańskiego Strażnika? – wypaliłem, chociaż wiedziałem już, jak brzmi odpowiedź.
Quin i Orolo jednocześnie spojrzeli na mnie, obaj podekscytowani, chociaż z różnych powodów.
– Owszem – przytaknął Quin. – Kiedy pracuje, słucha jego wystąpień.
– To dlatego rejestrował szpil z certyfiku – domyśliłem się. – Dlatego że Niebiański Strażnik twierdzi, że jest jednym z nas. Jeżeli będzie można powiedzieć, że nasz matem otacza aura tajemnicy albo... cudowności, to tym lepiej dla Strażnika: wyda się jeszcze potężniejszy. A skoro mistrz Flec jest jego uczniem, to wydaje mu się, że część tej chwały spłynie także na niego.
Orolo milczał, czym zrazu przyprawił mnie o zakłopotanie, ale kiedy później analizowałem jego zachowanie, doszedłem do wniosku, że po prostu nie musiał nic dodawać, bo wszystko, co powiedziałem, było prawdą.
Za to Quin był wyraźnie skonsternowany.
– Flec nie zrobił szpilu.
– Jak to? – zdziwiłem się.
Fraa Orolo słuchał nas jednym uchem, rozmyślając o Niebiańskim Strażniku.
– Nie pozwolili mu – wyjaśnił Quin. – Miał za dobry szpilołap.
Fraa Orolo – stary i mądry – zaniepokoił się, zesztywniał i odął usta. Ja zaś, nie będąc ani starym, ani mądrym, zapytałem wprost:
– A co to ma niby znaczyć?
Dłoń Orola zacisnęła się na moim nadgarstku, uniemożliwiając mi notowanie. Miałem wrażenie, że drugą ręką najchętniej zatkałby Quinowi usta. Na razie jednak rzemieślnik mówił dalej:
– Megamatryca, redukcja drgań, dynazoom... Szpilołap z takimi funkcjami mógłby zajrzeć w każdy zakamarek tumu, nawet na drugą stronę ekranów. Tak w każdym razie twierdzą...
– Mistrzu Quin! – zagrzmiał fraa Orolo tubalnie, przyciągając uwagę wszystkich gości w bibliotece. Zniżył głos. – Obawiam się, że za chwilę powiesz nam coś, czego twój przyjaciel Flec dowiedział się od itów. Dlatego czuję się w obowiązku przypomnieć ci, że nasza Dyscyplina tego zakazuje.
– Przepraszam. Łatwo się w tym pogubić.
– Istotnie.
– No dobrze, zapomnijcie o szpilołapie. Jeszcze raz przepraszam. O czym mówiliśmy?
– O Niebiańskim Strażniku. – Fraa Orolo wyraźnie się odprężył i wreszcie puścił mój nadgarstek. – Ja ze swojej strony chciałbym tylko ustalić, czy jest odrzuconym, który z czasem został mistagogiem, czy tylko zwykłym potrząsaczem butelek. Ci pierwsi potrafią być niebezpieczni.


***



Kefedokhles: (1) Fid z Oritheny, który przeżył erupcję Ecby i został jednym z Czterdziestu Pomniejszych Pielgrzymów. W podeszłym wieku zaczął bywać na peryklinie, chociaż niektórzy uczeni uważają, że musiał to być jego syn lub po prostu imiennik. Pojawia się jako postać drugoplanowa w licznych klasycznych dialogach, z których najsłynniejszy jest Uraloabus, gdzie jego wtrącona w odpowiednim momencie przydługa dygresja pozwala Thelenesowi (Uraloabus swoim bezlitosnym sarkazmem rzucił go na kolana) odzyskać równowagę, zmienić temat i rozpocząć systematyczne unicestwianie myśli sfenickiej, które zajmuje trzecią część dialogu i kończy się publicznym samobójstwem tytułowego bohatera. Z pielgrzymiego etapu życia Kefedokhlesa do naszych czasów przetrwały trzy dialogi, z okresu jego kariery na peryklinie – osiem. Nie można odmówić mu talentu, sprawia jednak wrażenie nieznośnie zarozumiałego i pedantycznego (stąd też znaczenie 2). (2) Nieznośnie zarozumiały i pedantyczny interlokutor.
– SŁOWNIK, wydanie czwarte, 3000 p.r.


– Rozumiem, o co chodzi z tymi odrzuconymi-mistagogami – powiedziałem później fraa Orolowi. Siedzieliśmy w kuchni przy refektarzu; ja kroiłem marchewkę, on ją zjadał. – Domyślam się również, dlaczego mogą być niebezpieczni: kipią gniewem, chcą wrócić do miejsca, gdzie obłożono ich peanatemą, i wyrównać rachunki.
– Zgadza się. Właśnie dlatego ja i Quin spędziliśmy całe popołudnie u Protektora.
– Ale kto to jest potrząsacz butelek?
– Wyobraź sobie szamana w społeczności, która nie umie wytwarzać szkła. Morze wyrzuca na brzeg szklaną butelkę i okazuje się, że ma ona zdumiewające właściwości. Szaman zatyka ją na kiju i wymachując nią, przekonuje współplemieńców, że część tych cech spłynęła na niego.
– Potrząsacze nie są niebezpieczni?
– Nie. Zbyt łatwo można im zaimponować.
– A co ze slogami, którzy zjedli wątrobę saunta Bly’a? Im jakoś nie zaimponował.
Chcąc ukryć uśmiech, fraa Orolo udał, że zaintrygował go jeden z ziemniaków.
– Celna uwaga, ale nie zapominaj, że saunt Bly mieszkał na odosobnionym wzgórzu. Sam fakt odrzucenia odseparował go od artefaktów i rytów, które najbardziej imponują społeczeństwom wytwarzającym potrząsaczy.
– Co z Protektorem postanowiliście?
Po sposobie, w jaki fraa Orolo rozejrzał się po kuchni, zorientowałem się, że powinienem być bardziej dyskretny.
– Podczas apertu należy się spodziewać dodatkowych środków ostrożności.
– Państwo sekularne przyśle...? – Zniżyłem głos. – Sam nie wiem...
– Roboty z paralizatorami? Szwadrony konnych łuczników? Pojemniki z gazem usypiającym?
– Coś w tym rodzaju.
– To zależy od tego, jak bardzo Niebiańska Straż upodobniła się do gryzipiórków. – Fraa Orolo lubił nazywać przedstawicieli państwa sekularnego gryzipiórkami. – A to bardzo trudno stwierdzić. Ja w ogóle się na tym nie znam, ale to właśnie do rozwiązywania takich problemów powołano urząd Protektora. Jestem pewien, że fraa Delrakhones w tej chwili łamie sobie nad tym głowę.
– Czy to się może skończyć... no wiesz...
– Łupieżą? Lokalną albo powszechną? Gdyby miało dojść do Czwartej Powszechnej, do fraa Delrakhonesa na pewno dotarłyby jakieś plotki od innych Protektorów. Nawet lokalna Łupież wydaje się mało prawdopodobna. Nie zdziwiłbym się, gdyby w Dziesiątą Noc wybuchło małe zamieszanie, ale to właśnie dlatego przed apertem wynosimy wszystkie ważne rzeczy do labiryntów.
– W rozmowie z Quinem wspomniałeś, że radykalne zmiany extramuros dwukrotnie doprowadziły do Łupieży – zauważyłem.
Orolo zwlekał z odpowiedzią.
– Tak? – powiedział w końcu, ale zanim zdążyłem zareagować, zrobił wesołą minę, jaką zawsze próbował rozweselić znudzonych fidów w kredowni. – Chyba nie przejmujesz się na serio groźbą Czwartej Powszechnej, co?
Zamordowałem kolejną marchewkę i trzy razy wymamrotałem pod nosem Grabie Diaksa.
– Trzy Łupieże Powszechne przez trzy tysiące siedemset lat to niezły wynik – ciągnął Orolo. – W świecie sekularnym statystyki wyglądają znacznie gorzej.
– Trochę się przejmuję – przyznałem. – Ale nie o to chciałem zapytać, zanim naskoczyłeś na mnie jak Kefedokhles.
Orolo nie odpowiedział – być może dlatego, że ściskałem w garści duży nóż. Byłem zmęczony i rozdrażniony. Nieco wcześniej zrobiłem w swojej sferze wgniecenie, przez co upodobniła się do kosza, i wyszedłem z nią na kłęby przy klauzurze – tylko po to, by stwierdzić, że zostały do czysta oskubane z warzyw. W poszukiwaniu produktów do gulaszu musiałem przejść na drugą stronę rzeczki i złupić kłęby rozciągające się między nią i murem.
Wziąłem do ręki marchewkę, której zdobycie kosztowało mnie tyle zachodu, i wycelowałem nią w niebo.
– Ty opowiadałeś mi tylko o gwiazdach – powiedziałem. – Historii uczyłem się od innych, głównie od fraa Corlandina.
– Pewnie powiedział ci, że to my byliśmy winni Łupieży – dodał Orolo, kładąc na „my” specyficzny akcent, którym sugerował, że ma na myśli wszystkich deklarantów w historii, począwszy od Matki Cartas.
Zdarzało się czasem, że kiedy pogadywałem sobie z Ostogłowym, wyciągał przed siebie rękę i szturchał mnie od niechcenia w obojczyk, a ja zaczynałem rozpaczliwie machać rękami, łapiąc równowagę; wiedziałem, że jeszcze jedno takie pchnięcie i wyrżnę jak długi. W taki ujmujący sposób Lio dawał mi do zrozumienia, że przyjąłem złą postawę, niezalecaną w jego księgach opisujących dron. Zawsze uważałem, że to bzdura, ale moje ciało swoją przesadną reakcją potwierdzało jego spostrzeżenia. Kiedyś podczas takiego wymachiwania rękami naciągnąłem sobie mięsień grzbietu. Bolał mnie potem przez trzy tygodnie.
Zdanie wypowiedziane przez Orola w podobny sposób wytrąciło z równowagi mój umysł – a ja w podobnie przesadny sposób zareagowałem. Poczerwieniałem na twarzy, serce zaczęło mi bić szybciej. Czułem się jak uczestnik dialogu, którego Thelenes właśnie sprowokował do palnięcia jakiejś głupoty i zaraz zacznie go szatkować jak marchewkę na desce do krojenia.
– Przecież po każdej Łupieży następowały reformy, prawda? – spytałem.
– Pozwól, że potraktuję twoje słowa Grabiami i powiem tak: każda Łupież doprowadzała do zmian, które do dziś utrzymują się w matemach.
Styl wypowiedzi Orola zdradzał, że faktycznie weszliśmy w dialog. Inni fraa przestali obierać ziemniaki i siekać zioła i otoczyli nas kręgiem, żeby być świadkami mojego splantowania.
– Nazywaj je jak chcesz – odparłem.
Prychnąłem z niedowierzaniem, gdyż nagle zdałem sobie sprawę, że dałem się podejść jak dzieciak; zupełnie jakbym klapnął na tyłek po pierwszym szturchnięciu fraa Lio. Nie powinienem był przywoływać Kefedokhlesa. Teraz za to zapłacę.
Nie mogłem się powstrzymać od wyjrzenia przez okno. Wychodziło na południe, na ogródek ziołowy wypełniający przestrzeń między kuchnią i najbliższymi kłębami, uprawianymi przez najstarszych fraa i suur, którzy dzięki temu nie musieli daleko chodzić. Dach miał z tej strony nisko zwieszający się okap, dzięki czemu słońce nie zaglądało do kuchni i niepotrzebnie jej nie nagrzewało. Suur Tulia i suur Ala siedziały pod oknem, w cieniu okapu, i cięły opony na podeszwy do sandałów. Nie chciałem, żeby słyszały, jak jestem plantowany, chociaż z różnych powodów: w Tulii się podkochiwałem, a Ala miałaby z tego ogromną uciechę. Na szczęście były – jak zwykle – zagadane i nie miały pojęcia, co się dzieje w kuchni.
– Nazywaj je jak chcesz? Ciekawie powiedziane, fidzie Erasmasie. To znaczy, że mogę je nazwać marchewkami? Albo kafelkami?
Śmiechy zafurkotały w powietrzu jak wypłoszone z dzwonnicy wróble.
– Nie, ojcze Orolo, nie miałoby sensu twierdzenie, że po każdej Łupieży następowała marchewka.
– Dlaczegóż to, Erasmasie?
– Ponieważ słowo marchewka znaczy co innego niż reforma albo zmiana w matemach.
– Zatem słowa mają zdumiewają własność posiadania znaczeń, tak? A my powinniśmy pewnie uważać i starać się używać tych właściwych? Taki jest sens twojej wypowiedzi, czy coś pokręciłem?
– Dobrze to podsumowałeś, fraa Orolo.
– Może któryś ze słuchaczy, obeznany z naukami Nowego Kręgu i Zreformowanych Faanów Starych, dostrzegł błąd w tym rozumowaniu i chciałby nas poprawić?
Fraa Orolo powiódł po zebranych wokół nas fidach spokojnym wzrokiem żmii, która językiem sonduje powietrze. Nikt się nie poruszył.
– Świetnie. Widzę, że nikt nie chce przytoczyć nowatorskiej hipotezy saunta Proca, możemy zatem kontynuować, oparłszy się na założeniu, że słowa mają znaczenie. Jaka jest różnica między stwierdzeniami, że po Łupieżach następowały reformy i że po Łupieżach następowały zmiany w matemach?
– Przypuszczam, że chodzi o konotacje słowa reforma – zauważyłem.
Poddałem się już i przygotowałem na splantowanie – nie dlatego, że to lubiłem, ale dlatego, że niezwykle rzadko zdarzało mi się usłyszeć opinię fraa Orola na temat inny niż gwiazdy i planety.
– Zechciałbyś rozwinąć swoją wypowiedź? Nie mam takiej jak ty łatwości w posługiwaniu się słowami, fidzie, a nie chcę się pogubić w twoim wywodzie.
– Jak sobie życzysz, ojcze. Określenie zmiany wydaje mi się bardziej diaksowskie z ducha, odarte Grabiami z subiektywnych ocen emocjonalnych. Kiedy zaś mówimy o reformach, powstaje wrażenie, że wcześniej coś było nie tak z zarządzaniem matemami i dlatego...
– Chcesz powiedzieć, że zasłużyliśmy sobie na Łupieże? Że gryzipiórki nie miały innego wyjścia, jak nawiedzić nas i naprowadzić na właściwą drogę?
– Kiedy używasz takich słów, ojcze Orolo, i wypowiadasz je takim tonem, najwyraźniej sugerujesz, że zmiany wcale nie były konieczne; że państwo sekularne niesłusznie je nam narzuciło.
Język plątał mi się z emocji: dostrzegłem swoją szansę na zapędzenie Orola w kozi róg. Rzecz w tym, że te reformy – czy zmiany – miały dla matemów znaczenie równie fundamentalne jak codzienny certyfik. Nie mógł opowiedzieć się przeciwko nim. On jednak spochmurniał i zrobił taką minę, jakby nie mieściło mu się w głowie, że dostajemy do jedzenia taką rzadką owsiankę.
– Powinieneś sobie przypomnieć Saeculum saunty Cartas.
Deklaranci, którzy dużo czasu spędzali, gapiąc się w teleskopy, słynęli z ekscentrycznego podejścia do nauki historii, więc się nie roześmiałem, ale inni fidowie wymienili porozumiewawcze uśmieszki.
– Czytałem w zeszłym roku, ojcze.
– Czytałeś zapewne wyjątki z jakiegoś przekładu na średniorhtyjski. Wiele takich przekładów powstało pod wpływem pre-proceńskiej mentalności, która zdominowała Starą Epokę Matemową na krótko przed pojawieniem się mistagogów. Możesz sobie chichotać, ale kiedy raz zwróci się na to uwagę, jest to oczywiste. Niektóre fragmenty są słabo przełożone, ponieważ tłumacz nie był pewny, co dokładnie znaczą. Później, kiedy musiał dokonać wyboru, te właśnie kawałki odrzucił w pierwszej kolejności, bo się ich wstydził. Dlatego lepiej zrobisz, czytając Cartas w oryginale. Starorthyjski nie jest wcale taki trudny, jak niektórzy twierdzą.
– Czego się dowiem?
– W tym dziele, stanowiącym fundament świata matemowego, Saunta Cartas podkreśla, że matemy nie są wyrazem dostosowania się do Saeculum, lecz stoją w opozycji do niego. Stanowią przeciwwagę.
– Czy to czasem nie jest przejaw syndromu oblężonej twierdzy? – wtrącił jeden ze słuchaczy, usiłując sprowokować Orola.
– Nie przepadam za tym określeniem, ale jeśli zacznę się na ten temat rozwodzić, gulasz nigdy się nie ugotuje, a dwustu dziewięćdziesięciu pięciu głodnych deklarantów zażąda naszych głów. Dlatego musi ci wystarczyć, fidzie Erasmasie, kiedy powiem, że Saunta Cartas nigdy nie zgodziłaby się ze stwierdzeniem, że państwo sekularne może lub powinno reformować matemy. Co innego, gdyby powiedzieć, że ma moc oddziaływania wymuszającego zmiany.


***



Pro: Metateoryk żyjący u schyłku Epoki Praksis, który najprawdopodobniej zginął podczas Straszliwych Wypadków. W krótkim okresie stabilizacji między Drugim i Trzecim Zwiastunem skupił wokół siebie grupę zwolenników, którzy nazwali się Kręgiem i utrzymywali, że symbole są pozbawione wszelkiego znaczenia, a wszelki dyskurs udający, że niesie jakąś treść semantyczną, jest tylko grą prowadzoną przy użyciu reguł syntaktycznych rządzących łączeniem symboli. Po Rekonstrukcji patron referatu syntaktycznego koncentu saunta Muncostera, później postrzegany jako prekursor wszystkich zakonów wywodzących się z tego referatu – w przeciwieństwie do spadkobierców referatu semantycznego, którego patronem był saunt Halikaarn.
– SŁOWNIK, wydanie czwarte, 3000 p.r.


– Słyszałem, że w kuchni doszło do jakiegoś plantowania?
– Możesz mi wierzyć, ojcze, że nie było warte atramentu ani nawet kredy.
Fraa Corlandin, pewuer (Pierwszy Wśród Równych) Zakonu Nowego Kręgu, siedział naprzeciwko mnie przy stole.
Przez pierwsze dziewięć i trzy czwarte roku mojego pobytu w koncencie kompletnie mnie ignorował (poza momentami, kiedy spotykaliśmy się w kredowni i nie mógł mnie nie zauważać), ostatnio jednak zaczął mnie traktować jak dobrego znajomego. Można się było tego spodziewać. Jeśli dopisze nam szczęście, podczas apertu dołączy do nas trzydziestu, może czterdziestu nowych deklarantów. Mimo że byli jeszcze nieobecni, czuliśmy się już tak, jakby nam towarzyszyli, otaczając nas niczym duchy. Na ich tle wydawałem się starszy.
Jeżeli wszystko przebiegnie zgodnie z ustalonym obyczajem, wkrótce dzwony obwieszczą kwalifik i wszyscy dziesiętnicy zgromadzą się, żeby być świadkami mojej przysięgi wiążącej mnie z wybranym zakonem.
W moim poborze było jedenastu deklarantów przyjętych do matemu podczas kolekty, wprost z extramuros. Pozostałych dwudziestu jeden wcześniej terminowało u unarystów i oswajało się z ich Dyscypliną, zanim zostali promowani do matemu decenarystów; średnia wieku była wśród nich nieco wyższa niż u nas, kolektantów. Kolekta i większość przypadków promocji przypadały na czas apertu. Tylko wyjątkowo obiecujący jednorazowcy mogli wcześniej dostąpić zaszczytu promocji i pokonać labirynt łączący matem jednoroczny z dziesięcioletnim. W czasie mojej bytności w matemie zdarzyło się to tylko trzy razy. Model przepływu deklarantów, uwzględniający przyjmowanie nowicjuszy z extramuros oraz migrację z okolicznych mniejszych matemów, był skomplikowany i niewart objaśniania – liczył się efekt końcowy: aby utrzymać względnie stały stan liczbowy, oscylujący wokół trzech setek, my, dziesiętnicy, musieliśmy podczas każdego apertu przyjmować około czterdziestu nowych członków. Pewna ich liczba (nie wiedzieliśmy, jak duża) dołączy wskutek promocji z matemu jednorocznego, a braki uzupełni kolekta oraz przeczesanie szpitali i przytułków dla porzuconych noworodków. Kiedy te sprawy zostaną załatwione, będę musiał dokonać wyboru, i fraa Corlandin próbował mnie wysondować albo nawet zwerbować do Nowego Kręgu.
Zawsze byłem postrzegany jako fid Orola i jego edharskich współpracowników. Spędzali razem całe dnie w maleńkich kredowniach, a kiedy stamtąd wychodzili, zakradałem się czasem do środka i oglądałem pozostawione przez nich zapiski na tablicach: szczerzące zęby stada równań i diagramów, z których rozumiałem najwyżej co dwudziesty symbol. W tej akurat chwili powinienem był rozwiązywać wyznaczone przez Orola zadanie. Dał mi tabliczkę fotomnemoniczną z zarejestrowanym obrazem Mgławicy Saunta Tancreda, ja zaś na podstawie jej oględzin miałem odpowiedzieć na pytania na temat powstawania ciężkich jąder atomowych w jądrach gwiazd. Tego rodzaju ćwiczenie nie miało wiele wspólnego z filozofią Nowego Kręgu. Dlaczego w takim razie komuś w Nowym Kręgu strzeliło do głowy, że podczas apertu mógłbym ich wybrać?
– Orolo ma imponujący dorobek teoryczny – przyznał fraa Corlandin. – Żałuję, że nie może mnie częściej suwinować.
Sprzeczność w jego słowach była oczywista: skoro wszystko wskazywało na to, że on i Orolo spędzą najbliższe sześćdziesiąt lat w jednym matemie, co powstrzymywało go przed tym, żeby zabrać swoją miseczkę z gulaszem, przejść na drugą stronę refektarza i przysiąść się do stolika Orola?
Miał szczęście, że pochłaniałem akurat porcję chleba i nie mogłem go poddać druzgocącemu huraganowi analizy thelenejskiej. Przeżuwanie jedzenia dało mi natomiast dość czasu, żebym sobie uświadomił, iż Corlandin wygłasza nic nieznaczące błahostki. Edharczycy tak nie mówili, a ja obracałem się wśród nich od tak dawna, że zapomniałem, jak to się robi.
Spróbowałem więc spuścić ze smyczy te obszary mojego umysłu, które odpowiadały za uprzejmą konwersację – co w przededniu apertu tak czy inaczej wydawało się niezłym pomysłem.
– Na pewno mógłbyś sprowokować Orola, żeby cię ponauczał, gdybyś przysiadł się do niego i powiedział coś niewłaściwego.
Corlandin parsknął śmiechem.
– Obawiam się, że za mało wiem o gwiazdach, żeby powiedzieć cokolwiek. Nawet coś niewłaściwego.
– No, dzisiaj zdarzyło mu się wypowiedzieć na temat niezwiązany z gwiazdami.
– Tak słyszałem. Kto by pomyślał, że nasz kosmograf jest takim entuzjastą martwych języków?
To pytanie prześliznęło się obok mnie gładko i obojętnie – trochę jak kęs owocu z puszki, który wpada człowiekowi do gardła i zsuwa się do przełyku, zanim zdąży się go pogryźć i posmakować. Ponieważ zaczynałem odświeżać sobie tajniki zdawkowej pogawędki, skwitowałem jego słowa uprzejmym śmiechem, zanim jednak zdążyłem je przemyśleć, zauważyłem Lio i Jesry’ego, podążających do kuchni z miskami w rękach. Dwóch innych fidów zerwało się od stołów, jakby porwanych wzburzonym przez tamtych prądem powietrza, i ruszyło za nimi.
Powiodłem za nimi wzrokiem i zobaczyłem pra-suur Tamurę stojącą przy wyjściu ze skrzyżowanymi na piersi rękami. Zareagowała jak po trafieniu papierową kulką w zatłoczonej kredowni: odwróciła głowę i spiorunowała mnie wzrokiem. Nadal nie rozumiałem, co się dzieje, ale wymówiłem się od dalszej rozmowy z fraa Corlandinem, zabrałem swoją miskę i poszedłem do kuchni. Zastałem tam siedmiu innych fidów, myjących w pośpiechu miseczki. Wiedzieli tyle samo co ja.


***



Inkanter: Postać legendarna, wśród sekularów powszechnie kojarzona ze światem matemowym. Przypisuje się jej zdolność manipulowania rzeczywistością materialną za pomocą zaszyfrowanych słów i fraz. Idea inkantera wywodzi się z prac prowadzonych w matemach w okresie poprzedzającym Trzecią Łupież. Rozpowszechniła się w kulturze popularnej, gdzie fikcyjni inkanterzy (wywodzący się rzekomo z tradycji halikaarnijskiej) toczyli mniej lub bardziej widowiskowe pojedynki ze swoimi śmiertelnymi wrogami, retorami (kojarzonymi z proceńczykami). Popularna wśród historyków teoria głosi, że Trzecia Łupież została w głównej mierze spowodowana powszechną wśród sekularów nieumiejętnością odróżnienia inkanterskiej fikcji od rzeczywistości.
– SŁOWNIK, wydanie czwarte, 3000 p.r.


Parę minut później trzydzieścioro dwoje fidów i pra-suur Tamura stłoczyli się w kredowni saunta Groda, nominalnie przeznaczonej dla osiemnastu osób.
– Może przeniesiemy się do saunta Venstera? – zaproponowała suur Ala. – Będzie więcej miejsca.
Była samozwańczą przełożoną dzwonniczek – oraz wszystkich innych deklarantów, którzy znaleźli się w zasięgu jej przeszywających jak szperacze oczu. Za jej plecami szeptało się, że z całego naszego poboru ona ma największe szanse na objęcie w przyszłości stanowiska Regulatora.
Pra-suur Tamura udała, że jej nie słyszy. Mieszkała w matemie od siedemdziesięciu pięciu lat i doskonale znała pojemność wszystkich sal, zatem nie bez powodu wybrała właśnie tę. Domyślałem się, że mogło jej chodzić o to, że w takim ścisku trudniej będzie nam ukryć naszą niewiedzę lub znudzenie. Nie mieliśmy dość miejsca, żeby usiąść na sferach; musieliśmy je maksymalnie pomniejszyć i schować w fałdach zawojów.
Zauważyłem, że niektóre suur zbijają się w jeszcze ciaśniejsze grupki, niżby tego wymagała ograniczona powierzchnia sali, i zgodnie pociągają nosami. Jedną z nich była Tulia, która bardzo mi się podobała. Miałem osiemnaście lat, ona była nieco młodsza. Śniłem niedawno o tym, że mógłbym mieć z nią romans, kiedy już będzie pełnoletnia. Często się za nią oglądałem (na pewno częściej, niż było to konieczne), a ona czasem zerkała w moją stronę, ale kiedy teraz próbowałem spojrzeć jej w oczy, z rozmysłem odwróciła głowę i utkwiła spojrzenie zaczerwienionych i opuchniętych oczu w ogromnym witrażu nad tablicą. Biorąc pod uwagę, że (a) na dworze było ciemno, (b) witraż przedstawiał saunta Groda z asystentami, okładanych gumowymi wężami w podziemiach jakiejś agencji szpiegowskiej z Epoki Praksis, oraz (c) Tulia spędziła w tej sali mniej więcej ćwierć życia, domyślałem się, że podziwianie witraża stanowi tylko pretekst.
Nie jestem szczególnie bystry, ale w końcu dotarło do mnie, że po raz ostatni w życiu spotykamy się w tym gronie – trzydzieścioro dwoje fidów z naszego poboru. Dziewczęta, obdarzone nadnaturalną zdolnością dostrzegania takich faktów, już na to zareagowały; chłopcy, wykazujący w tym względzie równie nadnaturalną tępotę, przejęli się tym tylko z tego względu, że dziewczęta, które wpadły im w oko, płakały.
Jednakże pra-suur Tamura nie zebrała nas w tej sali z powodów sentymentalnych.
– Porozmawiamy o ikonografiach i ich pochodzeniu – obwieściła. – Jeżeli uznam, że wiecie na ten temat dostatecznie dużo i rozumiecie wagę swojej wiedzy, pozwolę wam przez dziesięć dni apertu swobodnie krążyć extramuros. W przeciwnym razie dla własnego bezpieczeństwa będziecie musieli pozostać w klauzurze. Fidzie Erasmasie, co to są ikonografie i dlaczego w ogóle się nimi interesujemy?
Dlaczego akurat mnie zadała pierwsze pytanie? Pewnie wiedziała, że protokołuję rozmowy fraa Orola, co dawało mi przewagę nad innymi. Postanowiłem więc ubrać odpowiedź w stosowne do sytuacji słowa:
– No więc statyści...
– Sekularowie – poprawiła mnie.
– Sekularowie zdają sobie sprawę z naszego istnienia, ale nie bardzo wiedzą, co o nas myśleć. Prawda jest dla nich zbyt skomplikowana, nie mieści im się w głowach, zamiast niej stosują więc uproszczone przedstawienia, karykatury, pojawiające się, znikające i zmieniające od czasów Thelenesa. Kiedy jednak ogląda się je z dystansu, można wychwycić pewne regularne cechy, które stale się powtarzają, jak... jak atraktory w układzie chaotycznym.
– Oszczędź nam tej poezji – wtrąciła pra-suur Tamura, przewracając oczami.
Odpowiedziały jej chichoty. Niespojrzenie na Tulię kosztowało mnie sporo wysiłku.
– Oczywiście. Dawno temu te prawidłowości zostały rozpoznane i opisane w sposób systematyczny przez pewnego deklaranta, który zajmował się badaniem extramuros. Te właśnie opisy nazywamy ikonografiami. Ich znaczenie jest nie do przecenienia, ponieważ wiedząc, jaka ikonografia tkwi w głowie napotkanego statysty... przepraszam, sekulara, możemy domniemywać, co o nas myśli, i przewidywać, jak zareaguje na nasz widok.
Pra-suur Tamura nie dała po sobie poznać, czy uważa moją odpowiedź za satysfakcjonującą, ale przynajmniej przestała mnie przyszpilać spojrzeniem. Na więcej nie śmiałem liczyć.
– Fidzie Ostabonie? – zwróciła się do dwudziestojednolatka z wystrzępioną brodą. – Co to jest ikonografia temnestryjska?
– Jest najstarsza – powiedział Ostabon.
– Nie pytałam o jej wiek.
– Wywodzi się ze starożytnej komedii.
– Nie pytałam o jej pochodzenie.
– Ikonografia temnestryjska...
– Znam jej nazwę. Pytałam, czym jest?
– Przedstawia nas jako klaunów – odparł Ostabon nieco szorstkim tonem. – Ale takich... złowieszczych. Wyróżniamy w niej dwie fazy. Najpierw pokazuje jak na przykład hasamy po łące z siatkami na motyle, gapimy się na chmury...
– Albo gadamy z pająkami – wtrącił ktoś.
Kiedy ten wtręt nie doczekał się reprymendy ze strony pra-suur, odezwał się ktoś inny:
– Czytamy książki do góry nogami.
I kolejny:
– Zbieramy mocz do probówek.
– Pierwsze wrażenie jest zatem komiczne – podsumował fraa Ostabon. – Za to potem, w fazie drugiej, objawia się nasza ciemna strona: naiwny młodzik zostaje uwiedziony, sumienna matka ulega pokusie i schodzi na drogę obłędu, polityk podejmuje za naszym podszeptem bzdurną decyzję.
– W ten sposób próbuje się obarczyć nas winą za degenerację społeczeństwa – wyjaśniła pra-suur. – Pokazać nas jako źródło degeneracji. Skąd wywodzi się ta ikonografia? Dulien?
– Z Tkacza chmur, satyrycznej sztuki Temnestry, ethraskiej dramatopisarki. Drwi z Thelenesa, co zostało wykorzystane podczas jego procesu.
– Po czym poznać, czy spotkany przez nas człowiek hołduje tej ikonografii? Fidzie Olphie?
– Należy się spodziewać, że będzie się zachowywał uprzejmie, dopóki rozmowa nie zejdzie na tematy, których nie rozumie. Wzmianka o abstrakcjach wywoła jednak jego wrogość...
– O abstrakcjach?
– No... O wszystkim, co pochodzi od Naszej Matki Hylaei.
– Poziom zagrożenia z ich strony w skali od jednego do dziesięciu?
– Biorąc pod uwagę to, co się stało z Thelenesem? Dziesięć.
Pra-suur Tamura nie była zachwycona tą odpowiedzią.
– Nie powinnam mieć do ciebie pretensji o to, że przeceniasz niebezpieczeństwo...
– Thelenes został stracony w wyniku oficjalnej procedury sądowej, a nie linczu – wtrącił Lio. – Działania tłumu trudniej przewidzieć, a przez to trudniej się przed nimi bronić.
– Doskonale – przytaknęła pra-suur, wyraźnie zaskoczona faktem, że to właśnie Lio udzielił tak spójnej odpowiedzi. – Dlatego proponuję poprzestać na ósemce. Fidzie Halaku, z czego wywodzi się ikonografia doksyjska?
– Z serialu przygodowego z Epoki Praksis. Statek kosmiczny zostaje wysłany w odległy zakątek galaktyki, aby przeciwstawić się rosnącym w siłę obcym, trafia w pułapkę i doznaje uszkodzenia hipernapędu. Kapitan tego statku był strasznym narwańcem, a jego zastępca, Dox, teorykiem – wybitnym, ale niezwykle powściągliwym.
– Fidzie Jesry, co ikonografia doksyjska mówi na nasz temat?
– Że jesteśmy narzędziem w rękach państwa sekularnego. Że nasze talenty należy szanować. Tyle że okaleczają nas... oślepiają, jeśli wolisz, te same... te same...
– Te same cechy, które sprawiają, że jesteśmy użyteczni – powiedziała fida Tulia.
Właśnie dlatego tyle o niej myślałem: potrafiła w mgnieniu oka zmienić się z płaczki w najmądrzejszą osobę w sali.
– Jak rozpoznać sekulara, który jest pod wpływem tej ikonografii? Fido Tulio, kontynuuj.
– Jest ciekawy naszej wiedzy, imponujemy mu, ale jednocześnie traktuje nas protekcjonalnie, ponieważ jest przekonany, że musimy podlegać mądrym, rozsądnym przywódcom.
– Poziom zagrożenia? Fidzie Branchu?
– Moim zdaniem bardzo niski. Ta ikonografia całkiem nieźle opisuje stan faktyczny.
Odpowiedzią był wybuch śmiechu, który nie przypadł pra-suur do gustu.
– Fido Alu, co łączy ikonografię doksyjską z yorrańską?
Suur Ala musiała się dłuższą chwilę zastanowić, zanim zaryzykowała odpowiedź:
– Obie wywodzą się z seriali rozrywkowych z Epoki Praksis? Nie, zaraz, przecież yorrańska jest oparta na ilustrowanej książce...
– Z której później zrobili ruchome obrazy – wtrącił fraa Lio.
Ktoś podpowiedział coś Ali i nagle wszystko sobie przypomniała.
– Już wiem. Yorr jest nazywany teorykiem, ale kiedy przyjrzeć mu się bliżej, o wiele bardziej przypomina praksyka. Pozieleniał cały od pracy z chemikaliami, z tyłu głowy wyrosła mu macka. Zawsze chodzi w białym fartuchu laboratoryjnym. Jest obłąkanym łotrem i nieustannie snuje plany zapanowania nad światem.
– Fraa Arsibalcie, co ikonografia mówi na temat retorów?
Arsibalt tylko czekał, żeby go o coś zapytano.
– Mają diabelski talent do manipulowania słowami i siania zamętu wśród sekularów; potrafią manipulować ludźmi tak subtelnie, że ci z niczego nie zdają sobie sprawy. W matemach jednorocznych werbują i szkolą swoje sługi, które następnie wysyłają do Saeculum, by tam zajmowali wpływowe stanowiska wśród miastowych, pozostając marionetkami na usługach retorskiego spisku.
– No, to przynajmniej brzmi sensownie – przyznał Olph.
Wszyscy jak jeden mąż spojrzeli na niego, ciekawi, czy żartuje. Zdziwił się.
– Chyba już wiemy, do którego zakonu się wybierasz! – oznajmiła poirytowana jedna z suur, o której wszyscy wiedzieliśmy, że wybierze Nowy Krąg.
– Dlaczego? – spytała jedna z jej towarzyszek ściszonym, ale i tak doskonale słyszalnym głosem. – Bo nie lubi Proca? Czy po prostu jest nieprzystosowany społecznie?
– Dość tego! – uciszyła towarzystwo pra-suur Tamura. – Sekularowie nie rozróżniają naszych zakonów, dlatego wszyscy, nie tylko proceńczycy, jesteśmy tak samo zagrożeni ikonografią, o której opowiedział nam fraa Arsibalt. Przejdźmy dalej.
I poleciało po kolei. Ikonografia muncosterska: teor jest ekscentryczny, sympatyczny, niechlujny, trochę roztargniony, ale chce dobrze; pendarthańska: fraa jako porywczy, nerwowi, wścibscy mądrale, którzy nie mają pojęcia o prawdziwym życiu, są tchórzami i nie mają szans z niezwykle męskimi sekularami; klevańska: teor jako mędrzec i mąż stanu, zdolny rozwiązać wszystkie problemy świata sekularnego; baudyjska: jesteśmy cynicznymi oszustami, którzy pławią się w luksusie na koszt szarego człowieka; penthabryjska: jesteśmy strażnikami prastarych tajemnic wszechświata, przekazanych nam osobiście przez Cnoüsa, a całe to nasze gadanie o teoryce to tylko zasłona dymna, skrywająca naszą prawdziwą moc przed niedomytymi masami.
Liczba ikonografii, które Tamura chciała z nami omówić, wyniosła tuzin. Słyszałem o nich wszystkich, ale nie zdawałem sobie sprawy, że jest ich aż tyle, dopóki nie kazała nam ich omawiać jedna po drugiej. Najciekawsza wydała mi się ocena związanego z nimi zagrożenia. Po długich przepychankach zgodziliśmy się, że najniebezpieczniejsza nie jest yorrańska, jak można by się spodziewać, lecz moshyjska – hybryda klevańskiej i penthabryjskiej. Według niej mieliśmy opuścić koncenty, niosąc światu oświecenie i sprowadzając nań nową erę. Przeżywała szczyty popularności w odstępach stu- i tysiącletnich, kiedy centenaryści i milenaryści obchodzili aperty. Była niebezpieczna, ponieważ wprawiała ludzi w stan oczekiwania graniczący z delirium, przyciągała wielu pielgrzymów i zwracała powszechną uwagę.
Dzięki współpracy z fraa Orolem wiedziałem, że ikonografia moshyjska przeżywa obecnie wzrost popularności, a jej odbiciem jest instytucja tak zwanego Niebiańskiego Strażnika. Kiedy nasi hierarchowie sobie to uświadomili, Protektor poprosił pra-suur Tamurę o zorganizowanie tego rodzaju dyskusji.
Skończyło się na tym, że wszyscy, cały nasz pobór, otrzymaliśmy pozwolenie wyjścia extramuros podczas apertu, czym nikt nie był zaskoczony. Groźba zamknięcia w murach koncentu miała nas tylko zdyscyplinować.
Dyskusja rozwinęła się w bardzo ciekawy sposób i zakończył ją dopiero dzwon wybijający godzinę spoczynku. Zgodnie z regułami Dyscypliny deklaranci z naszego matemu nie mogli spać dwa razy z rzędu w tej samej celi. Co wieczór na tablicy w refektarzu przydzielano pokoje na nadchodzącą noc. Musieliśmy więc tam wrócić, żeby sprawdzić, gdzie przyjdzie nam spędzić noc i z kim będziemy się kumplować. Całą grupą wyszliśmy z kredowni i obeszliśmy klauzurę, rozprawiając i naśmiewając się z Yorra, Doksa i innych zabawnych postaci, które wymyślili sobie statyści, żeby nas zrozumieć. Starsi fraa i suur siedzieli na ławkach zwróconych ku wnętrzu klauzury, robiąc sandały (czym zwykle my się zajmowaliśmy) i zerkając na nas spode łba.
Nie chciałem patrzeć im w oczy, więc podniosłem wzrok i zobaczyłem fraa Orola wychodzącego z innej kredowni z plikiem papierów (gęsto pokrytych obliczeniami) pod pachą. Na widok naszej gromady skręcił do ogrodu, kierując się w stronę tumu. Trochę mnie to zabolało, bo pewna tabliczka fotomnemoniczna kurzyła się właśnie na stole w pracowni w gwiezdnym kręgu, przyciskając dwie stronice upstrzone moimi bezproduktywnymi gryzmołami. Orolo zauważył ten kurz i domyśli się, że od dawna się nią nie zajmowałem.
Po chwili wylądowałem w celi, którą miałem dzielić przez noc z dwoma innymi fraa. Owinąłem się zawojem i uformowałem sferę w poduszkę. Można by pomyśleć, że leżąc i czekając na sen, rozmyślałem o zbliżającym się apercie albo o ikonografiach – ale widok Orola w klauzurze przypomniał mi pewne śliskie zdanie, które fraa Corlandin wypowiedział przy kolacji. Wtedy przełknąłem je, nie czując jego smaku. Teraz zaś stało się jedną z tych natarczywych myśli, których nie wiadomo jak się pozbyć.
Tak myślałem, powiedział fraa Corlandin. Mój dialog z Orolem miał miejsce zaledwie godzinę wcześniej. Który z widzów popędził do Nowego Kręgu, aby tam rozpowiedzieć o przebiegu tej rozmowy? I dlaczego ktokolwiek miałby się nią interesować?
Jeszcze w ubiegłym roku Corlandin miał romans z suur Trestanas, również należącą do Nowego Kręgu. Pewnego dnia dzwony obwieściły pożal, ryt, którym żegnamy deklarantów wycofujących się z czynnego życia matemu. Zebraliśmy się w tumie i Prymas ogłosił nazwisko odchodzącego: był nim nasz Regulator. Mimo wszystkich kar i pokut, jakie wyznaczał nam na przestrzeni lat, było nam smutno, kiedy śpiewaliśmy ceremonialne hymny, ponieważ Regulator był człowiekiem rozumnym i rozsądnym.
Statho – tak się nazywał nasz Prymas – wyznaczył następnie suur Trestanas na stanowisko Regulatora. Wywołało to lekką konsternację, gdyż suur Trestanas była młoda, ale obeszło się bez kontrowersji, ponieważ wszyscy wiedzieli, że jest bystra i inteligentna. Przeprowadziła się do apartamentów Prymasa, gdzie dostała własną celę, i zaczęła spożywać posiłki z innymi hierarchami. Plotka niosła jednak, że jej romans z Corlandinem trwał. Co bardziej podejrzliwi deklaranci podejrzewali, że hierarchowie rozmieścili na terenie koncentu dyskretne urządzenia, które pozwalają im nas podsłuchiwać. Wiara w istnienie tych urządzeń była swoistą modą – przychodziła i odchodziła w zależności od tego, co w danym momencie ludzie sądzili na temat hierarchów. Od czasu mianowania suur Trestanas Regulatorką coraz częściej słyszało się o podsłuchu, było więc naturalne, że w tej chwili też o tym pomyślałem. Może to właśnie ona usłyszała, o czym rozmawiam z Orolem, i doniosła o tym Corlandinowi.
Z drugiej strony (odezwała się ta część mojego umysłu, która błagała myśli o podsłuchach, żeby poszły sobie precz) musiałem przyznać, że sam się zdziwiłem, kiedy Orolo przejawił nagłe zainteresowanie uchybieniami w przekładach ze starorthyjskiego.
Kto by pomyślał, że nasz kosmograf jest takim entuzjastą martwych języków?
No cóż, określenie entuzjasta było jednym z tych nieśmiertelnych słów, które praktycznie niezmienione przetrwały od czasów języka protorthyjskiego i weszły do fluksyjskiego. Po fluksyjsku (początkowo uważałem, że w takim właśnie znaczeniu użył go Corlandin) oznaczało po prostu miłośnika czegoś. Sens protorthyjski był jednak niespecjalnie pochlebny dla fraa, a tym bardziej dla teoryka. No i jeszcze martwy język: ciekawy dobór słów. Czy naprawdę był martwy, skoro Orolo umiał w nim czytać? A jeżeli Orolo słusznie zarzucał tłumaczeniom przekłamania, to czy Corlandin, nazywając oryginał martwym, w pewnym sensie nie wytknął mu błędu? W pokrętny sposób, niewymagający mozolnego dowodu?
Przeleżałem chyba kilka godzin, nie śpiąc i zmagając się z takimi myślami, aż doznałem iluminacji: cokolwiek mówił mi fraa Orolo (nawet jeśli mnie w ten sposób zawstydzał lub sprawiał mi przykrość), nigdy nie przyprawił mnie swoimi słowami o bezsenność. Co innego fraa Corlandin. Zacząłem myśleć o tym, żeby jednak przystąpić do edharczyków.
Oczywiście pod warunkiem, że mnie zechcą. A wcale nie miałem pewności, że tak się stanie. Nie byłem przesadnie lotny w kwestiach czystej teoryki; wielu fidów przerastało mnie o głowę i na pewno zostało to zauważone. Dlaczego pra-suur Tamura zadała mi pierwsze – i najłatwiejsze – pytanie? Bała się, że z trudniejszym sobie nie poradzę? Dlaczego Orolo wolał zrobić ze mnie koncypienta, zamiast zagonić mnie do studiowania teoryki? Dlaczego Corlandin chciał mnie zwerbować? Poskładawszy w całość elementy tej układanki, doszedłem do wniosku, że wszyscy doskonale wiedzą, że nie nadaję się do Saunta Edhara, i niektórzy starają się złagodzić moje rozczarowanie.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2009-10-21 (1452 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej