Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Krew tyrana. Księga II Trylogii Valisarów
 
Katalog - dodano
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Miłość i sen'' - John Crowley

PROLOG DO KWADRANTU LETNIEGO


Kiedyś świat był inny.
Kiedyś świat działał inaczej, niż działa teraz. Sama jego tkanka – prawa fizyki – różniła się od tej, którą znamy. Historia też różniła się od tej, którą znamy, i wywiodła z siebie przyszłość inną niż ta, która stała się naszą teraźniejszością.
W epoce owej (nie tak bardzo odległej w czasie, lecz odległej pod względem pokonanych mostów, którymi już nie zawrócimy) istniały możliwości, których dziś nie ma. I vice versa – to, co u nas się nie zdarzyło, nastąpiło tam. Były też inne różnice, małe i duże, lecz żadnej zbadać się już nie da, bo teraźniejszość jest teraz, a przeszłość przeszła.
Tak naprawdę świat („świat”: to wszystko, czasoprzestrzeń, przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, pamięć, gwiazdy, związki, fizyka, możliwości i niemożliwości) przechodził przez ten bolesny stan więcej niż raz, być może wiele razy w ciągu ludzkiego życia na ziemi, jak je dziś, w naszej epoce, mierzymy. I zawsze, kiedy ów stan następuje, przychodzi krótka chwila –kiedy świat odwraca się od tego, czym zawsze był, ku temu, czym od teraz będzie – moment, kiedy każde możliwe uniwersum, wszelkie możliwe drogi rozwoju Istnienia w przestrzeni i czasie stają się wyczuwalnie gotowe do urzeczywistnienia; a potem wybór pada na jeden zakręt, jedną drogę, i wszystkie inne możliwości wracają do stanu niebytu, poza jedną – tą. Świat jest taki, jakim go dziś znamy, od zawsze: wszyscy zapominają, że mógł być, a nawet był, inny niż teraz.

Gdyby tak było, gdyby naprawdę tak było, zorientowałbyś się?
Gdybyś nawet w jakiś sposób wyobraził sobie, że tak jest, gdybyś – w przypływie krótkotrwałej ekstazy w słonecznym ogrodzie, albo zimą na górskiej drodze – poczuł pewność, że tak było, jaki dowód mógłbyś przedstawić?
A gdyby jakiś człowiek przekroczył granicę między jedną taką epoką a drugą (przejście nie trwałoby bowiem długo, krócej niż stulecia, życie rozpoczęte w ubiegłej epoce może zakończyć się w następnej, i ktoś, kto urodzi się w jednych warunkach, dorośnie i umrze w innych)? Gdyby stojąc na odległym brzegu ktoś taki odwrócił się strapiony i zamyślony ku miejscu, gdzie stał kiedyś? Czy nie zdołałby dostrzec – we wspomnieniach własnego życia, w swej własnej istocie – tej ukrytej historii?
Chyba nie, bowiem nowy świat miałby w sobie wszystko to, co ów człowiek pamiętałby z dawnego świata – wszystkich ludzi i wszystkie miejsca, miasta i miasteczka, drogi, psy, gwiazdy, kamienie i róże te same lub takie same, a także tę samą historię, z podróżami, wynalazkami i imperiami, którą znałby lub mógłby poznać.
Jak lustro pośród niepogody, tak i pamięć podczas przejścia zamgliłaby się, zamazując świat, by po przejściu burzy ukazywać wszystko takie samo, lecz nie to samo.
Byłyby rzecz jasna drobne różnice, zapewne nie większe niż drobne zmiany – zagadkowe dane geograficzne, zmyślone książki, nazwy nieistniejących produktów – wprowadzane przez autora, by odróżnić świat powieści od świata codzienności znanej wszystkim czytelnikom. Różnice te są nieomal zbyt drobne, by odkryć je samą pamięcią; zresztą kto dziś ufa pamięci, władczej, niszczycielskiej pamięci, która nieustannie zżera albo zmusza do zaistnienia to, co ponoć powinna wyłącznie przechowywać i chronić.
Nie – tylko dokładnie w chwili przejścia z jednego świata do drugiego można dostrzec tę osobliwość ekonomii czasu. W tej chwili (trwającej miesiąc? rok?) jesteśmy jak człowiek, który wychodzi zza zakrętu ku swemu rodzinnemu miasteczku i widzi, jak za znajomymi niskimi wzgórzami wzbija się w niebo nowe, iście alpejskie pasmo śnieżnych wierzchołków. Lśniące, zachwycające, strome! To tylko chmury, oczywiście, że tylko chmury, kaprysem wiatru i pogody przedzierzgnięte na moment w niby-góry, tak prawdziwe, że aż chce się na nie wspiąć; tak wyglądałaby twoja rodzinna okolica, gdyby wzgórza wznosiły się u stóp śnieżnych olbrzymów. Lecz nie – błękitne jezioro tam, wysoko na zboczu, odbijające niebo, to właśnie niebo widoczne przez szczelinę w chmurach. Nigdy nie zaczerpniesz zeń wody. Przełęcz pośrodku, tam, na wysokości, już zaczyna się drzeć i rozrywać.
Pierce Moffett (stojąc zimą na górskiej drodze w trzydziestym szóstym roku życia, niezdolny w tej chwili ruszyć do przodu ani w tył, ale zdolny poczuć, jak ziemia pod jego stopami toczy się w swoim locie przez kosmos) wspominał chłopięce lata, gdy w górach Cumberland w Kentucky razem z kuzynami przygarnęli wilcze szczenię i trzymali je potajemnie w pokoju z zamiarem oswojenia.
Czy to się naprawdę wydarzyło? Dlaczego w ogóle zadawał sobie to pytanie, skoro pamiętał tamten dotyk, pamiętał, jak dbał o nie, karmił, ochrzcił?
Pamiętał, jak w tamtych czasach potrafił zmienić bryłkę węgla w diament, którym naprawdę jest, i jak tego dokonał. Pamiętał, jak odkrył krainę pod powierzchnią ziemi, do której można się było dostać szybami nieczynnej kopalni. Pamiętał bibliotekarkę w Lexington (widział ją wyraźnie, pośród regałów ciemnych książek, z łańcuszkiem przy okularach) i postawione przez nią zadanie, którego podjął się ochoczo, nie przeczuwając, dokąd go zaprowadzi ani ile będzie go kosztowało. Zadanie, o którym teraz wiedział na pewno, że nigdy go nie ukończy.
Podpalił kiedyś las, żeby kobieta, którą kochał, zobaczyła, jak płonie. Bo kochała ogień. Czy tak było?
O Boże – czy naprawdę zabił dla niej swego jedynego syna?
Ale wtedy droga w górę znów rozwinęła się i zabrała z sobą Pierce’a. Zbliżył się do szczytu, gdzie znajdował się pomnik, o którym słyszał, lecz którego nigdy nie widział. Słońce wstało; nowy znak. Patrząc w dół ze zdumieniem i strachem odkrył, że nosi buty z różnych par, prawie takie same, lecz nie całkiem. Wyszedł z domu i przeszedł tak kilka mil, nie zauważając niczego.

Lecz uczucie byłoby inne, musiałoby być inne. Koniec jednej i początek nowej epoki odczułby inaczej każdy człowiek przestępujący przez wrota.
A może wcale nie da się tego odczuć. Może trudno to dostrzec. Nasza uwaga pochłonięta jest prawie cały czas życiem, które prowadzimy. Zapewne po prostu przeć będziemy ku przyszłości, jak to zawsze czyniliśmy, choćby wokół nas zmieniała się niezauważalna sceneria. Być może odczulibyśmy nieco mocniej tę stratę – lub nadzieję, przekonanie, że rok za rokiem wszystko idzie ku lepszemu lub ku gorszemu.

Winnie Oliphant Moffett rozwiązała problem rozstajów.
Wcześniej nie czuła zbytniej potrzeby znalezienia rozwiązania. Nie była z tych, którzy roztrząsają dokonane wybory i poddają się żalowi. Zwykle cieszyła się, że w ogóle ma przed sobą jakąkolwiek drogę, którą może podążyć.
Tak jak ze sprzedażą domu w Kentucky, gdzie mieszkała z bratem Samem i jego dziećmi, póki nie umarł; tam też wychował się jej syn, Pierce. Jak z inwestycją w motel na Florydzie, którą podjęła razem z Doris, choć ledwie ją znała. Podążała drogą, która pojawiła się przed nią. I dotarła aż tutaj.
Dopiero tej zimy zaczęła myśleć, że mogła postąpić zupełnie inaczej, nie tylko w kwestii Doris i domków letniskowych, ale dużo wcześniej, wiele wyborów wcześniej. Nie potrafiła jasno określić, co mogła zrobić, ale możliwość wydała jej się nagle rzeczywista i niepokojąca. Widziała, czy też wyczuwała siebie w innym życiu, życiu, którego nigdy nie wiodła, i potrafiła sobie wyobrazić, niekiedy z okropnym ukłuciem żałości, że to było jej prawdziwe życie, porzucone, wciąż czekające na nią w przeszłości.
– Przyszła na ciebie pora – powiedziała Doris. – Klimakterium. Ja też czułam się dziwnie. Płakałam jak wariatka.
Winnie pojęła wreszcie, jak brzmi rozwiązanie: zawsze trzeba wybierać dokładnie tę drogę, którą chcemy podążyć.
Doris powiedziała, że ludzie z a w s z e uważają, iż powinni byli podążyć właśnie tą drogą, której nie wybrali. Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Zawsze myślimy, że naszym prawdziwym przeznaczeniem była droga, którą nie podążyliśmy. Na pewno była, ponieważ uważamy, że ta, którą wybraliśmy, na pewno nim nie jest.
Ale zawsze tak nam się wydaje, stwierdziła Winnie, bez względu na to, jaką drogę wybierzemy. Więc nawet gdybyśmy wybrali tamtą drogę, niewątpliwie tęsknilibyśmy teraz do tej, marząc o jej celu i wiedząc, że to ją właśnie powinniśmy byli obrać. A tymczasem – proszę.
A więc zawsze wybieramy drogę, której najbardziej pragniemy, tę, do której, gdybyśmy jej nie wybrali, tęsknilibyśmy teraz. A przecież ją wybraliśmy. Wybraliśmy właściwą drogę. Jak zawsze.
Ogarnął ją głęboki spokój, poczuła się uprzywilejowana. Siedziała, paląc old golda i rozczesując mokre włosy na słonecznym tarasie. Bez względu na to, czy to życie było w pełni szczęśliwe – a nie było – czy pełne sukcesów – a nie było – żyła oto w sposób, który próbowałaby sobie wyobrazić, gdyby wybrała inaczej. Żyła życiem prawdziwym, życiem, którego pragnęła.
Próbowała wyjaśnić to Doris, ale ona tego nie rozumiała. Postanowiła opowiedzieć o tym Pierce’owi, kiedy wróci, jeśli tylko pamięć jej nie zawiedzie. Komuś takiemu jak on na pewno by się to przydało.
Ale ta myśl zaczynała się rozpływać, pozostawiając tylko w duszy cień absurdalnej satysfakcji. Było to tego dnia, kiedy zadzwonił dzwonek. Otworzywszy drzwi, Winnie ujrzała Pierce’a. Wyglądał na bardziej niespokojnego, niż brzmiał, kiedy dzwonił z zapowiedzią. Wyglądał na chorego i zdumionego, jak gdyby dopiero co przywiał go tu nagły podmuch wiatru.
I
GENITOR

JEDEN

W 1952 roku dziewięcioletni wówczas Pierce Moffett naprawdę podpalił las w górach Cumberland w Kentucky. Pożar szalał od sobotniego poranka do niedzielnego wieczora, rozprzestrzeniając się ze zbocza za domem Pierce’a przez wzgórza do Rzeki Bezimiennej na wschodzie, gdzie się zatrzymał.
Co sobotę Pierce’a i jego młodszych kuzynów czekał uciążliwy obowiązek – wynieść śmieci z całego tygodnia w wypalone i ogołocone miejsce obok nieużywanego garażu. Dlaczego garaż stał tak daleko od domu i bez wiodącego doń podjazdu, dziwiło podówczas Pierce’a, ale ważne, że stał, a obok dwa zardzewiałe kosze, zbyt małe, by pomieścić wszystkie śmieci, reszta lądowała więc pomiędzy nimi.
Do Pierce’a należało podpalenie stosu zapałkami, dlatego uważał, że to właśnie on podpalił las, choć przecież byli tam wszyscy – Hildy, Ptasia i Warren. Hildy, rok starsza od Pierce’a, pierwsza pobiegła po wodę.
Przeważnie śmieci paliły się bez fajerwerków. Wujek Pierce’a, Sam, po latach przerzucił się z kremu do golenia na piankę w aerozolu. Kiedy przychodziło do spalenia pustych pojemników, dzieciaki kładły je na spód stosu, a gdy Pierce już porządnie rozpalił śmieci, wszyscy chowali się w garażu (Warren biegł tam ze śmiechem) i przez szpary w sfatygowanych ścianach patrzyli, jak pojemniki wybuchają. Dopiero kiedy wszystkie trysnęły strumieniami iskier i rozsypały grudy żaru, czasem na sporą odległość, można było bezpiecznie wyjść.
Ale tym razem to nie pojemnik po aerozolu spowodował pożar. Poranek był suchy i wietrzny, w powietrzu unosił się ostrzegawczy zapach spalenizny, a wokół wysoko pięły się krzewy i zarośla. Pośród tych ostatnich była trojeść, krwawnik i nawłoć, dziewanna i komosa. Obrzeże polany wyznaczał wyschły potok i szpaler topoli, które mieszkańcy Kentucky nazywają bummagillies. Za nimi wznosiło się lesiste zbocze. Wiatr wiał w tamtą stronę.
Czy była to kartka z „Collier’s”, a może z „Look”, którą oblizał płomień, (zaczerniając ją z każdym dotknięciem), czy z „Our Sunday Visitor”, a może woskowany papier wyściełający pudełko płatków Kix? Rozżarzona płachta wzniosła się raptownie, lecz dostojnie spomiędzy płomieni, kiedy Pierce szturchnął ognisty stos grabiami. Próbował ją złapać, ale wymknęła się i uniosła na czarnych falujących skrzydłach ponad polaną. Dzieciaki patrzyły jak skamieniałe. Niedaleko zatrzymały ją wysokie zarośla; pokruszyła się i rozpadła. Nic więcej. Ale nie – oto wybujała łodyga zajęła się ogniem i niczym lont poprowadziła płomień ku ziemi.
Trzeba było pędzić na miejsce i zadeptać ogień, zdławić go tenisówkami, a potem wrócić do pracy. Ale w tę sobotę ulotna płachta zdążyła wzniecić już ogień, a czerń ziemi pokryć się bielą popiołu, zanim dobiegli na miejsce i zaczęli zadeptywać. Pierce, Ptasia i Hildy ścigali jeden łuk postępującego ognia, tupiąc hałaśliwie, dopóki Warren nie zawołał na nich. Odwróciwszy się, ujrzeli, że ogień wgryzł się już głęboko w polanę, zarośla zapalały się u podstawy i płonęły niczym pochodnie. Zrozumieli, że ten ogień nie zagaśnie. Wtedy właśnie Hildy pobiegła do domu po wodę.
Nawet uświadamiając sobie boleśnie, że wydarzyło się coś strasznego i nieodwracalnego, Pierce czuł, że pojmuje frapującą logikę działania ognia, logikę, na którą mógł był wpaść wcześniej, ale nie wpadł, logikę posuwania się w doskonałych okręgach od punktu wyjścia na zewnątrz we wszystkich kierunkach w miarę znajdowania paliwa na obrzeżach i zostawiania za sobą pustki. Pojmował, że okręgi będą rosły, póki starczy paliwa. Ogień płonął, zostawiał za sobą spalone miejsce i szedł dalej. I nie miał powodu, by się zatrzymać.
Ptasia pobiegła do domu za Hildy, a Warren z płaczem za Ptasią. Podeszwy tenisówek Pierce’a rozgrzały się bardziej niż wtedy, kiedy stał długo na asfaltowej drodze w pełnym słońcu. Za bardzo. Ruszył za innymi.
Hildy wracała już z wiaderkiem w jednej i konewką w drugiej ręce, kiedy Pierce dotarł do domu. Biegnąc chwiejnie, rozlewała większość wody. Widok jej zaciętej twarzy, jej naglącej gotowości oraz miotającego się węża ogrodowego, którego nie zakręciła napełniwszy niezdatne do niczego pojemniki, sparaliżował Pierce’a. Zrozumiał, że niebezpieczeństwo wzrosło do poziomu, który wymaga zawiadomienia dorosłych. Zatrzymał się, myśląc, czy wujek Sam jest w domu, a raczej czekał, a żywe obrazy wujka w domu, poza domem, znów w domu pojawiały się i znikały w jego głowie. Nie doszedł jeszcze do niczego, kiedy matka wystawiła głowę przez drzwi.
– Pierce, coś się stało?
I w jednej chwili pożar Pierce’a był już problemem kogoś innego.
– To pewnie nic takiego? – Rzuciła papieros na ziemię i zadeptała go dokładnie. A potem poszła z Pierce’em na skraj ogrodu, skąd widać było pola. Ptasia i Warren poszli za nimi.
– O cholera – powiedziała.

Długo później Pierce zapytał Ptasię, czy myśli, że naprawdę podpalili las, czy też spłonęło tylko kilka akrów zarośli.
– Chyba pożar był duży – powiedziała. – Na pewno. Spalił pewnie ze sto akrów. Co najmniej. Wiem, że ogień doszedł aż do Yokuna, bo spalił mu się płot, i chciał, żeby tata kupił nowy. Ale to był stary, połamany płot, i tak nikt go nie naprawiał, a on chciał nowy płot, wiesz, z ładnymi słupkami i drutem kolczastym. I paliło się aż do rzeki. Mówili, że nie da się go zatrzymać, że sam się zatrzyma, jak dojdzie do rzeki. I chyba doszedł. Wtedy pożary były na porządku dziennym. Pamiętasz, słońce w lecie w suche dni było zamglone i czerwone. Pewnie przez dym z jakiegoś pożaru.
W czasach powojennego boomu kopalnianego drwale wysyłani przez właścicieli kopalń wycięli ponad tysiąc akrów lasu. Opłacani od sztuki, wywozili co łatwiej dostępne, zostawiając resztę – niedocięte pniaki, strzaskane resztki i całe długie pnie, które trudno było wywieźć. Lasy za zboczem Sama Oliphanta były dziwacznym i zdziczałym pobojowiskiem wykrotów, starych pniaków i zwalonych niczym wielkie rozsypane bierki pni, zmieniających się w zeschłe próchno w oczekiwaniu na zapałkę Pierce’a. Ptasia – w przeciwieństwie do Pierce’a – pamiętała, jak po zachodzie czerwonego słońca wyszła z Hildy i Joe Boydem (starszym bratem, który nie był przy wybuchu pożaru) na dach przez okno pokoju na piętrze – Pierce zastanawiał się, kiedy się tego nauczył – i siedzieli w tchnącym popiołem półmroku, patrząc, jak ich ogień pełznie przez górskie jary i granie.
Jeśli to był pożar lasu, to nie wyglądał na taki. Nie wyglądał jak pożar, który zniszczył dom Bambi i zmusił przerażone zwierzęta do ucieczki. Nie była to przestrzeń żywego pomarańczowego ognia, lecz szarobrunatna linia, dymiąca pręga między tym, co już spalone, a tym, co jeszcze nie, niczym się nieróżniąca od ognia w trawie, gdzie się zaczęła.
– Twój tata za to zapłaci – powiedział Joe do Pierce’a, zadowolony z siebie, bo pewny swojej niewinności. Palenie śmieci nigdy doń nie należało.
– To niesprawiedliwe – powiedziała Hildy.
– Ale prawdziwe – odparł. – Kiedy małe dziecko coś zrobi, nie może zapłacić. Wtedy tata jest odpowiedzialny. On musi zapłacić.
Pierce milczał, niezdolny wyobrazić sobie wysokości zapłaty. Góra, dwie góry? Wydawały się Pierce’owi bezcenne albo bezwartościowe.
– To nie jego wina – powiedziała Ptasia. Wiedziała już jednak, że kiedy Joe mówi coś tak okropnego, często ma rację. Mama Bambi (chociaż Ptasia zakryła uszy, żeby nie słyszeć, co Joe jej mówi) naprawdę umarła. – A zresztą jego tata jest w Nowym Jorku. I jest biedny.
Nie dodała, że nie sam Pierce zaczął pożar. Wszyscy zaczęli. Niewidzialne Kolegium, działające razem, jeden za wszystkich. A skoro tak, to Joe też był winny, ponieważ był stałym prezesem filii Kolegium w Kentucky, obranym uroczyście przez członków. Ptasia o tym nie wspomniała, bo mówiąc to, zdradziłaby mu istnienie Kolegium i fakt jego prezesostwa. A to był największy z sekretów, których przyrzekli strzec.
– Nie mój tata – powiedział Joe, żeby nie było żadnych wątpliwości. – Tylko twój.

Nie był to jedyny ogień płonący tego wieczora w górach, ani jedyny nieugaszony. Góry Cumberland płonęły od lat i nigdy nikt ich nie gasił. Płonęły nie tylko porastające je lasy, ale i same góry: podpalały je eksplozje dynamitu używanego do uwolnienia zębatych złóż węgla; te zapalały się i góry płonęły, dym dobywał się ze szczelin, ziemia wysychała. Gorący, gorzki oddech wydostawał się z ust kopalni, a na górskich grzbietach kamienie pod nogami promieniowały ciepłem żywego ciała.
Płonęły też hałdy łupków wzniesione nieopodal kopalni. Ogień zaczynał się głęboko, od ciśnienia ton skał na bryły i pył węglowy, a potem wznosił się liniami uskoków, by wydobyć się i dymić płożącymi się żyłami. Od czasu do czasu wysyłano ekipy, by gasiły te linie popiołem. Ekipy pracowały dzień albo dwa, wspinając się po zboczach jak diablęta w miniaturowym piekle, z tą tylko różnicą, że zamiast wzniecać, gasiły ognie. Nie przynosiło to długotrwałych skutków. Ogień podkradał się gdzie indziej, znajdował inne ujścia. Niektóre z takich pożarów trwały całymi latami. Niektóre, płonące, kiedy Sam Oliphant, świeżo upieczony lekarz, przybywał tutaj po raz pierwszy, płonęły nadal, kiedy wracał tu z rodziną po wojnie.
Pochodził z rodziny o lekarskich tradycjach. Kiedy zmarł sędziwy doktor Oliphant, starsi bracia Sama przejęli po nim interes, a Sam musiał szukać pracy na własną rękę. Bez większego namysłu odpowiedział więc na ogłoszenie przychodni w Kentucky poszukującej lekarzy i został przyjęty z otwartymi ramionami. Wyruszył na południe w oldsmobilu ojca, który przypadł mu w udziale z niewielkiego majątku po nim. W tym samochodzie przejechał niezliczone mile niczym podróżny kaznodzieja. W krainie starych fordów wzbudzało to zarówno respekt, jak i podejrzliwość, dopóki karoserii nie ozdobiły wgniecenia, a kurz nie przyćmił lakieru.
Górski kraj był dziki i dziwny. Trasa Sama wiodła przez miasta i kopalnie o prostych, użytkowych nazwach, jak Potok Skaleczonej Łydki, Cuchnący Strumyk, Czarna Góra, Wielka Piaszczysta Rzeka. Nazwy nadawano zresztą tylko tym miejscom, które ich potrzebowały, nie zaś z ambicji chwały czy trwałości. Nie nawiązywały one do starożytności ani nawet do Pisma Świętego. Nie było tu Betel, Goszen czy Beulah. Być może dlatego, że założyciele nie znali nawet Biblii, a może dlatego, że choć piękne i rozległe były owe góry, nie uważali ich za krainę Boga, nawet za ziemię obiecaną. Rozmowy z miejscowymi (czy to możliwe, że nie wiedzieli nawet, jak zbudować porządną wygódkę albo jak właściwie przechowywać żywność?) złożyły się na opowieści, w które trudno byłoby uwierzyć jego krewnym z Westchester. Sam wygładził je przez lata, a potem jego dzieci jeszcze je poprawiły we własnych wersjach.
Sam podczas pierwszego objazdu. Bada czternastolatkę, która kiepsko się czuje. Konsternacja. Dziewczyna jest po prostu w ciąży.
Dziecko drogie, czy wiesz, że będziesz mamą?
Oczy rozszerzają się ze zdumienia. Gdzie tam!
No tak. Wiesz, jak do tego doszło? Jak się zachodzi w ciążę?
Skinienie pełne powagi. No chyba.
Więc co się stało? Możesz mi powiedzieć. Zostałaś zgwałcona?
O, doktorze (westchnienie radosnej rezygnacji), całe lato ino gwałt za gwałtem.
Jego podopieczni, toczący surowe, żałosne życie. Jego podróże o świcie pośród łąk wyki, drogami, które omijały głębokie jary i przecinały szemrzące strumyki (nauczył się je nazywać zgodnie z miejscową gwarą). Poranny opar niewidocznych rzek unoszący się ponad lasem, odpływający wraz ze smugami dymu z kominów chat. Nawet zapach oldsmobila i jego tapicerki, smak cameli i kawy. Wszystko to zabarwiło się dla Sama miłością. To z powodu miłości wracał do tych wspomnień, kiedy został wdowcem. Nic go już tu nie trzymało, został jednak do śmierci.
Opal Boyd była nauczycielką, dzieckiem zachodnich farm i – jak Sam – rekrutką nadziei postępu, jaką zrodziła owa dekada. Popielatoblond włosy nosiła splecione w dwa długie warkocze, upięte na głowie niczym blada tiara. Chodziła w bawełnianych szmizjerkach z plecionymi paskami, które kupowała co roku podczas wyjazdu do Louisville albo Chicago. W pokoju, który wynajmowała u pewnego urzędnika, znajdowała się rakieta tenisowa. Pełna nadziei i śmiałości, lecz tutaj bezużyteczna, rakieta również miała dla Sama posmak miłości.
Kiedy się pobrali, a Opal zaszła w ciążę, inaczej spojrzała na spustoszone góry. Pojechali na Północ, by tam doczekać rozwiązania, odwiedzili wspaniałą Wystawę Światową w Nowym Jorku, ujrzeli przyszłość i postanowili już nie wracać. Ale gabinet na Long Island, który Sam kupił za wszystkie oszczędności swoje i Opal, nie okazał się zbyt lukratywny. Wróciwszy po czterech latach wojny, Sam odkrył, że gabinet przestał się liczyć, podzielony między dwóch lekarzy, którzy postanowili zostać, zamiast – jak on – zaciągnąć się do wojska. W tym samym periodyku medycznym, gdzie znalazł kiedyś ogłoszenie przychodni w Kentucky, natknął się teraz na ofertę małego katolickiego szpitala misyjnego w Bondieu w powiecie Breshy (nie pamiętał nawet, czy przejeżdżał kiedykolwiek przez to miasteczko). Oferowano dobrą płacę dla naczelnego lekarza, nawet lepszą, niż spodziewał się dostać pośród hodowców ziemniaków i ostryg. Zatem jakieś dziesięć lat po opuszczeniu gór Cumberland wrócili tam z czwórką dzieci. Nie na zawsze, na tyle, ile trzeba będzie, by zebrać kapitał na nowy początek gdzie indziej.
„To była dość nagła decyzja, i niezbyt mądra”, pisał do Hildy długo później, u kresu życia. Z Hildy rozmawiało mu się najłatwiej, ale i tak zdumiała się, kiedy zaczęła otrzymywać listy od ojca, i postanowiła szybko go odwiedzić. „Przykro mi, że nigdy nie zarobiłem dużo pieniędzy, że nie zrobiłem majątku, który mógłbym wam zostawić. Lekarzy zwykle uważa się dziś za zamożnych, i pewnie powinno być mi wstyd, że ja zamożny nie jestem. Ale kiedy byłem na studiach, nikt z nas nie oczekiwał, że będzie zarabiał krocie. Większość koniec końców dorobiła się, bo w świecie medycyny sporo się zmieniło, ale nie spodziewaliśmy się tego, inaczej niż dzisiejsi studenci. Więc nie czuję się przegrany, dlatego że mi się nie udało. Jest mi tylko przykro z powodu tej mojej przeklętej impulsywności. Nigdy nie potrafiłem przemyśleć najważniejszych decyzji. Może przekazałem Wam tę cechę, jak i brak szczęścia do pieniędzy. Za zdrowy rozsądek powinniście dziękować Mamie”.
Opal nie lubiła Long Island. Przyczyny swoich bólów głowy upatrywała w słonych mgłach. On nigdy jej tego nie powiedział, ale uważał, że sama je na siebie sprowadziła. I chociaż miał się za dobrego lekarza i wiedział, że nie należy się obwiniać za niepowodzenie, jeśli robi się wszystko zgodnie ze swoją wiedzą i umiejętnościami, już zawsze żałował tego pochopnego osądu. Urządzili właśnie swoje nowe mieszkanie w Bondieu – w największym domu w mieście (niegdyś w posiadaniu Hazeltona), który kupił im szpital – kiedy u Opal wykryto guza mózgu.
Pierce, który miał wtedy osiem lat, nigdy nie zapomniał – być może dlatego, że wtedy po raz pierwszy widział łzy w jej oczach – jak w kuchni brooklyńskiego mieszkania wpadł na matkę, siostrę Sama, ze zmiętym listem od niego w dłoni. Bożodrzew rósł tak blisko okien kuchni, że czasem jego ciekawskie gałęzie wchodziły do środka. – Biedny Sam – mówiła matka, zaciskając powieki i podpierając czoło dłonią. – Biedny Sam. Biedne, biedne dzieci.
I nawet po długiej znajomości z Samem i jego dziećmi, twardymi urwisami, które nie zawsze się z nim przyjaźniły, wspomnienie łez Winnie wylanych nad nimi powodowało, że w gardle Pierce’a rosła gula nieznośnego żalu.

Rok później Winnie wsadziła Pierce’a do autobusu i pojechali razem do Pikeville w Kentucky. Było to miasto leżące najbliżej Bondieu, do którego dojeżdżały autobusy. Sam przyjechał w wielkim nashu, kupionym niewiele wcześniej z myślą o wyprawie na Południe, i zabrał ich do Bondieu. Od tamtej pory Winnie zajmowała się domem i dziećmi. Zawsze kochała, a nawet ubóstwiała starszego brata i bardzo żałowała jego dzieci. Ale to nie dlatego opuściła na zawsze własnego męża w Brooklynie. Pomimo niezmiennej niechęci do Bondieu i niewzruszonego poczucia nieprawdopodobieństwa zostania tam na zawsze, nie żałowała tej decyzji. Nie miała dokąd pójść.
– Wtedy było inaczej – powiedziała Winnie do Pierce’a na Florydzie. Siedział ze stopami wspartymi o poręcz tarasu i ogrzewał w dłoniach puszkę napoju gazowanego. – Dziś jest tyle możliwości działania, myślenia. Aż tyle. Wtedy było ich niewiele. Wybierało się spośród tych, które były, i cieszyło się z bezpieczeństwa. Nie mogłam dostać rozwodu, nie mogłam sama zarobić na siebie. Przynajmniej myślałam, że nie mogę. Chyba staram się usprawiedliwić. Ale nie przeprosić. Trudno to sobie teraz wyobrazić. Dziś to normalne, ale wtedy ten szok… Spójrz na Key West, na litość boską. Ale wtedy to nie było normalne. To było… hm, to było jak znalezienie wady w naturze. Przecież nie mogłam spać z nim w jednym łóżku, prawda? I musiałam ciebie od niego zabrać. Rzecz oczywista, jak wyniesienie dziecka z pożaru. Ale wiesz, co w tym wszystkim jest najbardziej smutne – zaśmiała się z goryczą. – To, że on naprawdę był dobrym ojcem. Na swój sposób. Przykro mi, Pierce.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2009-10-22 (1232 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej