Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Sargasowa planeta
 
Katalog - dodano
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Moja żona wiedźma'' - Andriej Bielanin






Natasza naprawdę mnie kocha


Potem pokazała mi łańcuch.
Faktycznie, był srebrny i stary, z czarnymi rysami na ogniwach, a przy tym ciężki i zimny. Krzyż został wpisany w kwadrat, dolna belka wygięta była nieco w prawo, górna w lewo, ale bez najmniejszych wątpliwości był to krzyż. Rodzaju metalu nie potrafi łem określić — był czarny jak żeliwo, ale ważył chyba mniej od aluminium. Próbowałem założyć łańcuch, ale żona zabrała mi go, pukając się palcem w czoło.
— Może wybuchnąć czy co? — spytałem kwaśno.
— Nie dziwacz... Skoncentrowanego daru już w nim nie ma, ale też nie zamierzam ryzykować.
— Boisz się, że mógłbym stać się czarownikiem?
— Miły mój, co ty bredzisz?! — Klasnęła w dłonie i przytuliła się do mnie. — Czy ty chociaż rozumiesz, co to znaczy być czarownikiem?
— Abrakadabra bęc! A potem pojawiają się małe zielone ludziki, które spełniają każde życzenie...
— Małe zielone ludziki pojawiają się po drugiej butelce bez zakąski. Posłuchaj, mój ty mądralko, przystojniaczku, a na dodatek znakomity poeto, kocham cię z całego serca, dlatego proszę, nie leź gdzie nie trzeba...
Uspokoiła mnie, zagadała. Przychodzi jej to zawsze bardzo łatwo. Po prostu tracę rozsądek od pocałunków.
Za każdym razem mówię sobie, że to ja jestem głową rodziny, za każdym razem chcę postawić na swoim, ale...
Wystarczy, że żona podejdzie i popatrzy mi w oczy. Zupełnie jakby zarzucała mi na duszę jakąś pętlę. Dlaczego jestem tak mocno przekonany, że Natasza naprawdę mnie kocha z całego serca?
I oto pewnej zimowej nocy żona zniknęła. Stało się to po jakimś miesiącu wspólnego życia. Zaczęło się od tego, że zbudziło mnie uczucie nagłej, niezrozumiałej trwogi, a jej już nie było. Nad poduszką unosił się jeszcze zapach jej włosów, ale pościel z tamtej strony łóżka zdążyła już ostygnąć. Wstałem, założyłem po ciemku kapcie, poszedłem do kuchni zapalić światło. Nikogo. W toalecie i łazience też jej nie znalazłem. Rzuciłem się do przedpokoju.
Kożuch Nataszy wisiał na wieszaku, a zimowe buty stały sobie spokojnie w kąciku. Nic nie rozumiałem z tego wszystkiego...
— Kochany, gdzie jesteś? — głos żony rozległ się w sypialni, a ja dosłownie uniosłem się w powietrze z zaskoczenia.
Naprawdę nic nie rozumiałem. Przecież tam jej na pewno nie było!!!
— Co z tobą? — spytała sennym głosem, kiedy wsunąłem się pod kołdrę. — Aleś ty zimny! Przytul się do mnie, rozgrzeję cię.
Przygarnąłem ją mocno i już zasypiając, cały czas zastanawiałem się, cóż to za dziwny zapach dolatuje z jej czarnych włosów.
Drugi raz zdarzyło się to trzy dni później. Nie mieliśmy ustalonego grafiku, kto kiedy wstaje, żeby zrobić śniadanie, a kto wyleguje się w pościeli. Wtedy to ja wstałem pierwszy, a Natasza spała, zwinięta w kłębek, z kołdrą naciągniętą na nos. Za oknem padał śnieg. Szybciutko wskoczyłem w spodnie i poczłapałem do kuchni, żeby postawić czajnik na gaz, a potem wróciłem i przysiadłem na skraju łóżka, chłonąc widok pięknej kobiety. Uwielbiam patrzeć na nią, kiedy śpi. Wydaje się wtedy taka bezbronna, wzruszająca i niesamowicie kochana. Nagle znów poczułem ostry zapach. Rozejrzałem się, powoli pochyliłem nad żoną, stwierdzając, że woń stała się wyraź-niejsza! Wydawały ją jej włosy... Ostry, duszący, psi odór!
Nie, zaraz, to było bardziej podobne do czegoś innego... bardziej dzikiego, jakby... Natasza nieoczekiwanie otworzyła oczy. Drgnąłem.
— A -a -a... To ty... — Przeciągnęła się słodko, wystawiając spod pościeli smagłe, kształtne ramiona. — Znów podglądasz? Jak ci nie wstyd, draniu jeden... Tyle razy prosiłam...
— Nic nie czujesz? — przerwałem jej.
— Hm... Nie, a bo co? — Zatrzepotała niewinnie rzęsami.
— Tutaj pachnie... czymś jakby psią sierścią albo czymś w tym rodzaju.
— Tak?
— I to ty tak pachniesz — dodałem.
— Sieriożka, kochany, co ty opowiadasz? — Uśmiechnęła się łagodnie, zarzucając mi ręce na szyję. Kołdra zsunęła się z niej i znów poczułem oszałamiająco słodki zawrót głowy. — Nie, poczekaj, wezmę prysznic!
Wyrwała się z moich objęć, a za parę minut wołała mnie już z kuchni. Woda się zagotowała. Natasza wyjęła z szafk i puszkę kawy. Spojrzałem na nią. Dopiero co wyszła z łazienki, mokre włosy roztaczały aromat zielonego jabłuszka. Zapomniałem o dziwnym zapachu. Ale nie na długo.
Natasza sama wróciła do tematu następnej nocy, kiedy rozpaleni i zmęczeni próbowaliśmy ułożyć się wygodniej, żeby zaznać chociaż trochę snu.
— Coś nie tak?
— Najdroższa, jesteś dla mnie prawdziwym cudem... Żywy ogień! Nigdy przedtem nie spotkałem takiej kobiety.
— Nie wykręcaj się. — Uniosła się na łokciu, zajrzała mi w oczy. — Czemu tak ze mną pogrywasz, przecież wszystko widzę.
— Co widzisz?
— Znów wąchałeś czujnie moje włosy.
— Wcale nie. Po prostu położyłaś mi głowę na piersi, a ja oddycham, dlatego mogło ci się wydawać...
— Jesteś pewien, że chciałbyś wiedzieć? — spytała nieoczekiwanie.
Wzruszyłem ramionami, ale nie odpowiedziałem.
— Masz rację. Oczywiście, masz świętą rację. Skoro już jesteśmy razem, masz prawo wiedzieć o mnie wszystko.
Ja... Ja tylko miałam nadzieję, że może nie zauważysz, ale... Ostatnio zaczęłam mieć pewne problemy.
— W takim razie opowiadaj. Dopóki jesteśmy razem, nikt nas nie pokona! Au! Ucho... Nie gryź już!
— Będę gryzła, kiedy tylko zechcę! Ty wredoto... Ja do niego z pełną powagą, a on mnie raczy durnymi sloganami dobrymi podczas przemówień bojowników rewolucji kubańskiej, a nie w małżeńskim łożu. Nic ci nie powiem!
— Dobrze już, dobrze... Zmiłuj się, złota rybko! Przecież chciałaś podzielić się ze mną naszymi troskami.
— Naszymi?
— Jak najbardziej. Nie znasz przysłowia, że mąż i żona to jedno ciało?
Natasza wstała, podeszła do okna, odgarnęła zasłonę. Na ultramarynowym niebie, pośród srebrzystego rozsypiska gwiazd, matowo połyskiwał różowawy dysk księżyca.
— Pełnia...
Patrzyłem na zalane chłodnym światłem ciało mojej żony, z zachwytu prawie nie oddychając. Była tak nieprawdopodobnie piękna jak marmurowy posąg Wenus w Ermitażu, jak „Źródło” Engra albo „Ranek” Konienkowa.
Mógłbym wymienić jeszcze wiele nazwisk i dzieł sztuki, ale tak czy inaczej, najcudowniejszy twór natury stał właśnie przede mną.
— Możesz chociaż przez minutę nie myśleć o mnie jak o kobiecie?!
— Mogę... ale po dziewięćdziesięciu ośmiu następnych.
— Kretyn... Tylko spróbuj. — O mało nie parsknęła śmiechem, ale powstrzymała się, wróciła do surowego tonu. — Widzisz, mamy pełnię. W takie noce Siły Ciemności mają nad nami szczególną władzę. Jestem wiedźmą i kocham cię. Dlatego muszę uciekać daleko, daleko...
— Nic nie rozumiem. Jakie Siły Ciemności? Jaka wreszcie władza? Dlaczego musisz gdzieś w ogóle uciekać?
— Dlatego, że nie zawsze potrafi ę kontrolować emocje i działania. Dlatego, że zwierzęce instynkty biorą górę, a nie darowałabym sobie, gdybym ci wyrządziła choćby najmniejszą krzywdę. Uciekam do innych światów...
I wracam prawie natychmiast. To, co tam wydaje się całym dniem, tutaj trwa mniej niż minutę. Umiejętność zwijania czasu to poważny plus bycia wiedźmą. Dotąd udawało mi się robić to niezauważalnie, ale skoro się zorientowałeś, to znaczy, że nadszedł czas...
— Ukochana, chodź tu do mnie. — Wyciągnąłem do niej ręce w nadziei, że jak zawsze rzuci się w moje objęcia, a wtedy już... w ogóle, we dwójkę damy radę zwalczyć jej depresyjne myśli.
— Nie — głos Nataszy nagle zabrzmiał lękiem. — Nie wolno... Proszę, po prostu popatrz. Nic nie mów, nic nie rób, nie ruszaj się nawet, tylko patrz...
Skoczyła na środek pokoju, uniosła ręce, zarzuciła głową, na moment zamarła wyprężona. A potem wykonała nieuchwytny dla oka ruch, jakby błyskawiczne salto albo przewrotkę przez plecy, i... w naszej sypialni stała na dywanie wilczyca! Odebrało mi mowę, a całe ciało dosłownie skuł lodowaty podmuch strachu. Zaś dzikie zwierzę wciągnęło nozdrzami powietrze, spojrzało na mnie uważnie okrągłymi żółtymi ślepiami, zakręciło się w miejscu i zniknęło.
— Teraz już widzisz. Teraz już wiesz.
Milczałem. Natasza zmrużyła oczy, trąciła mnie w ramię, a ja spadłem z łóżka na podłogę niczym plastikowy manekin. Żona narzuciła podomkę i poleciała do lodówki po wódkę. Po półgodzinie wytężonych działań moje mięśnie doszły wreszcie do formy, ale mowę odzyskałem już wcześniej. Co prawda nie pamiętam zupełnie, co konkretnie wykrzykiwałem. Zdaje się, kląłem. A może się modliłem?...






Krew na ustach


Wtedy wstała, pocałowała mnie. Przez jakąś godzinę byliśmy niesłychanie zajęci. Mętnie pamiętam, o co jeszcze prosiła, ale za każdym razem obiecywałem, co tylko chciała. Boże mój, czy można odmówić czegokolwiek takiej kobiecie?! Trochę miałem do siebie żal, że tak łatwo zaraz zapominałem o własnych przysięgach, a właściwie o samych obietnicach pamiętałem, ale dlaczego je złożyłem... Chociaż z drugiej strony zawsze można się dopytać. Gdybym tylko wiedział wtedy, jak szybko...
Obudziłem się rano, wstałem po cichutku, żeby nie przeszkadzać wciąż jeszcze drzemiącej żonie. Postawiłem czajnik na gaz, poszedłem do łazienki, umyłem się, wyczyściłem zęby, po czym wróciłem do kuchni, aby przygotować niezbędną dla pogłębienia romantycznego nastroju kawę do łóżka. Jednak albo szum wody, albo skrzypnięcie drzwi rozbudziło Nataszę. Otworzyła już oczy i przeciągnęła się rozkosznie, kiedy wszedłem do sypialni.
— Dzień dobry, kocha... — nie zdążyła dokończyć.
Spojrzawszy na jej twarz, upuściłem tacę. Filiżanki poszły w drobny pył, cukier rozsypał się po podłodze, skondensowane mleko ciekło z ocalałego pojemniczka... Wargi mojej żony były ubrudzone krwią!
Od razu zrozumiała. Chwyciła szlafrok, popędziła do łazienki, a po kilku minutach przez plusk wody doleciało mnie przytłumione szlochanie. Sam byłem w takim szoku... Poważnie zacząłem się zastanawiać, jak też inteligentny człowiek mógł się związać z prawdziwą wiedźmą.
To, co zaszło ostatnio, zaczynało mi już działać na nerwy, a uczciwie mówiąc, czułem po prostu ogarniający mnie zimny, śliski strach. A potem zrobiło mi się wstyd. Moi zmarli rodzice nigdy w życiu nie darowaliby synowi tchórzostwa. „Kiedy rozum śpi, budzą się demony” — jak na słynnej akwaforcie Goi. Najpierw zobacz, o co chodzi, a potem dopiero zaczynaj się bać, jeśli w ogóle jest czego.
Żadna rzeczywistość nie potrafi stworzyć takich potworów jak nasza wyobraźnia. Nie wiem, jak powinienem postąpić w tej sytuacji: urządzić przesłuchanie, wszystko wybaczyć i zapomnieć, po prostu użalić się nad nią czy wziąć rozwód, albo może wygnać ją do klasztoru na pokutę lub do instytutu naukowego na poważne badania. Nie wiem. Jasno rozumiałem tylko jedno — Natasza była nieszczęśliwa. Poszedłem do łazienki. Siedziała na zimnej posadzce, zakrywając twarz dłońmi, i cicho, po dziewczyńsku łkała. Usiadłem obok, siłą przyciągnąłem ją do siebie, a wtedy dopiero zaczęła płakać rzewnymi łzami. Możliwe, że coś mówiłem, próbowałem ją pocieszyć...
Zapomniałem już w jaki sposób, wątpię zresztą, czy słowa były tutaj ważne. Ci, którzy choć raz musieli utulić zrozpaczoną żonę, na pewno mnie zrozumieją. Można mówić wszystko, co tylko przyjdzie do głowy, bo znaczenia nie mają same słowa, ale to, jak się je wypowiada. Uspokajałem ją, przelewając do jej serca własne ciepłe uczucia, i wkrótce Natasza przycichła, tylko wzdychała od czasu do czasu spazmatycznie. Nie miałem ochoty jej wypytywać. Skoro tak płakała, to znaczyło, że sprawy miały się gorzej, niż mogłem sobie wyobrazić. Uciekała spojrzeniem, jakby bała się popatrzeć w moje oczy. Postawiłem ją pod prysznicem, odkręciłem ciepłą wodę. Potem wytarłem dokładnie ręcznikiem, owinąłem we frotowe prześcieradło, wziąłem na ręce i zaniosłem do kuchni. Milczała przez cały ten czas, ale kiedy spróbowałem posadzić ją na taborecie, żeby mieć wolne dłonie i nalać nam herbaty, poprosiła:
— Nie puszczaj mnie... Tak się boję...
Wobec tego usiadłem, wziąłem ją na kolana.
— Opowiedz, zrobi ci się lżej na duszy.
— Przecież widziałeś... Sam widziałeś...
— Cichutko. Nie płacz więcej i nie krzycz. Nie zostawię cię samej. Tylko błagam, opowiedz mi wszystko.
— Kiedy... Kiedy prawie nic nie pamiętam — powiedziała niewyraźnie, pociągając napuchniętym od płaczu nosem. — Tam było miasto... Biegliśmy dokądś całą watahą. W pewnej chwili przystanęłam, bo znęcił mnie zapach dochodzący z jakiegoś domu. Weszłam do środka... Miasto zostało już dawno opuszczone, nikt tam nie mieszkał, ale znalazłam dziewczynkę. Maleńką, bardzo wychudzoną, miała może z cztery lub pięć lat... Krzyknęła z przerażenia. Usłyszały to inne wilki... wilkołaki. I przyszły...
— Co dalej?
— Nie wiem... Nie pamiętam... Ja nie mogłam... Boże mój, czyżby na moich wargach była jej krew?!
Natasza patrzyła na mnie oszalałymi oczami, a ja nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Z pewnością miała nadzieję, że jestem duży, mądry i silny, że wszystko samo się jakoś ułoży, wygładzi, zmieni, wystarczy tylko się mocno do mnie przytulić. Głaskałem jej włosy, uspokajając ją tym gestem, zupełnie jak dziecko, któremu przyśnił się koszmar.
— Sierioża! Ręce ci drżą...
— Wiem, najmilsza. Nie zwracaj na to uwagi, to tylko nerwy.
— To tak... przeze mnie?
— Jasne. Przecież twoje kłopoty ciążą mi na sercu tak samo jak tobie. Martwię się o ciebie...
— Jutro już nie będzie pełni.
— Niewielka to pociecha. A co zrobimy za miesiąc?
— Nie wiem...
— Posłuchaj — przypomniałem sobie nagle. — Przecież astronomiczna pełnia trwa tylko jedną noc, a ściśle mówiąc, zaledwie parę godzin. Dlaczego zamieniasz się w wilczycę przez prawie cały tydzień?
— To zew. Dopóki oko ludzkie dostrzega, że jest pełnia, Siły Ciemności upominają się o swoje. Zazwyczaj właśnie przez siedem dni w miesiącu mamy możliwość przemieniać się w zwierzęta. Chociaż o czym ja mówię? Jaką możliwość? Można by pomyśleć, że ktoś pyta nas o zdanie. Obca wola bezlitośnie obraca mnie w wilka i wrzuca w inny świat. Ukochany! — Natasza znów spojrzała mi głęboko w oczy, rysy jej twarzy wykrzywiły się bólem. — Nie mogłam zabić dziecka! Wierzysz mi?
— Wierzę.
Nie kłamałem ani jej, ani sobie samemu. Gdzieś w głębi duszy byłem przekonany, że moja żona nie jest niczemu winna. Tak, krew... Tak, na ustach... Tak, jest wiedźmą. Ale to moja ukochana, byłbym ostatnim draniem, odmawiając jej pomocy i ochrony. Coś jest nie tak w tym innym świecie. Trzeba by to dyskretnie sprawdzić.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2009-10-30 (1253 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej