Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Armagedon dzień po dniu. Rozbita klepsydra
 
Katalog - dodano
 Coś
- John W. Campbell
 Zmierzch Bogów
- Michał Gołkowski
 Czara Cieni
- Frances Hardinge
 Śpiew kukułki
- Frances Hardinge
 Cała Orsinia
- Ursula K. Le Guin
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Pan Lodowego Ogrodu - t.2 - Jarosław Grzędowicz

Walka pod drzewem


      Pojawia się znienacka, wprost z jesiennej mgły. Wynurza się gwałtownie zza grani, ma bladą twarz pociętą zygzakowatymi znakami tatuażu, wytrzeszczone czarne oczy błyskające na brzegach wąskimi paskami białkówki. Zaschnięte bryzgi krwi na policzkach i czole.
    Chwyta gwałtownie korzeń i kawałek skały, usiłuje się podciągnąć, ale coś ciągnie go do tyłu. Jest młody. Ma najwyżej siedemnaście lat i jest skrajnie, śmiertelnie przerażony. Już nie dba o to, że łzy przerażenia płyną mu strugami po twarzy, że z ust wyrywa się skowyt. Obchodzi go tylko nieznana siła ciągnąca go w tył, w przepaść.
    Przyczyna jest banalna. Bury koc, spięty na ramionach srebrną spinką z motywem tańczących węży, zaczepił się o korzeń. Jednak chłopak tonie w odmętach paniki. Może tylko szarpać się bezsilnie, tylko ciągnąć do przodu, jak zaprzęgowy koń. Sekundy przeciekają mu między palcami, strugi krwi z przecięcia na czole toczą się po policzkach.
    Chłopak… Według tutejszych standardów dawno jest dorosły. Jest wojownikiem. Urodzonym z morderczym żelazem w rękach, ukołysany pieśniami o bohaterach, zahartowany wizjami własnej heroicznej śmierci. A jednak teraz płacze, szarpie się na zaczepionym o korzenie płaszczu, bo z bliska wygląda to inaczej niż w pieśniach. Własna śmierć oglądana z bliska wydaje się zbyt cuchnąca, pospolita i bolesna. Nie będzie wzruszającego, pięknego zgonu wartego pieśni. Z bliska jest tylko okrutne, przerażające morderstwo gdzieś w górach. Samotna agonia i studnia przerażenia. A nade wszystko niemożność pogodzenia się z tym, że to już teraz. Natychmiast. Dzisiaj. Na zawsze.
    Strzała z jadowitym sykiem wbija się w łupkową glebę tuż obok jego dłoni. Słychać zdławiony krótki krzyk, chłopak znajduje wreszcie splecione srebrne węże miażdżące mu krtań i szarpie szpilę. Płaszcz spada z ramion, spinka leci w przepaść, odbijając się od kamieni, a młody wojownik pełznie na czworakach po stromej ścieżce, czepiając się krzaków i skał.
    Nadchodzą.
    Słychać gardłowe przekleństwa i przyspieszony oddech. Słychać skrzypienie grubych skór i szczęk stali.
    Kolejna strzała wypryska z doliny i śmiga tuż nad głową uciekiniera,  wizgając jak wściekły szerszeń.
    Nadchodzą.
    Trzech.
    Nie noszą czerwono-czarnych tatuaży na rękach i twarzach, ani sczesanych na kark nasmarowanych dziegciem warkoczyków. Pod okularowymi nosalami hełmów i kanciastymi osłonami policzkowymi widać krótko przycięte brody.
    Wołają do niego tryumfalnie, chrapliwie. Bucha z nich para, kłęby ścięte lodowatym powietrzem jesieni. Jeden wychyla się za grań i krzyczy do kogoś na dole, echo skacze po górach. Śmieją się, patrząc, jak pełznie na czworakach przed siebie, jak próbuje zerwać się do biegu, ale potyka się, pada i znowu pełznie.
    Ten pierwszy, wielki jak góra, zdejmuje hełm i kładzie go ostrożnie na ziemi, potem odpina płaszcz, uwalniając kolejne kłęby pary unoszące się z lamelkowego pancerza. Znowu woła, drwiąco, zadziornie, i powoli wyciąga miecz. Słychać stalowy, przeciągły zgrzyt ostrza, dryblas przeciąga się i porusza gimnastycznie barkami, chrupie mu coś w karku.
    Chłopak bezradnie maca pustą pochwę przy pasie, wspomnienie po straconej broni, a potem nadal pełznie przed siebie, ślepy i głuchy z przerażenia.
    Na chwilę podnosi wzrok i nagle widzi Pień. Otwiera usta i oczy jeszcze szerzej, na twarzy rozlewa mu się wyraz niedowierzania i skrajnego osłupienia. Wydaje się, że znalazł coś, czego szukał od dawna. Na kilka sekund zapomina o osaczających go prześladowcach i unosi wzrok wzdłuż krępego Pnia kryjącego ludzką sylwetkę z rozrzuconymi szeroko ramionami, pomiędzy Konarami widać narośl podobną do głowy z wykrzywioną bólem twarzą, pośrodku Pnia sterczy srebrne drzewce jesionowej włóczni.
    Trwa to krótką chwilę.
    Chrapliwy krzyk sprowadza uciekiniera na ziemię. Pomiędzy ostatnie chwile życia wyciekające jak piwo ze stłuczonego dzbana. Znowu wołają do niego, rozluźnieni, aż kipią od adrenaliny. Koniec męczącego pościgu. Już go mają. Jeszcze tylko parę kroków. Koniec.
    Zaraz się dokona.
    Rzeźnia u stóp Drzewa.
    Skończą go, a potem zejdą w swoje doliny, nad swoje rzeki i jeziora. Rozpalą ogień i napiją się październikowego piwa, śmiejąc się i klepiąc po plecach. Zapachnie pieczeń, śpiew i rechot żywych podniesie powałę.
    Przyniosą łańcuchy umoczone w smoczej oliwie i zatańczą ten swój taniec ognia. Nagie, wymalowane w dzikie wzory dziewczęta z włosami osłoniętymi chustkami będą owijać się płomieniem, skakać wśród oswojonego żaru, omiatać smukłe ciała warkoczami ognia.
    A jego już tu nie będzie.
    Nigdy.
    Boi się Drzewa, ale przecież nie aż tak, jak boi się wiecznego mroku zaklętego w stali prześladowców. Podrywa się na nogi na te parę kroków, dopada Pnia i rozpaczliwie szarpie jesionowe drzewce. Wrośnięta w pień włócznia tkwi nieruchomo, jak kolejna gałąź. Otaczają go kręgiem, śmieją się i wołają do niego. Któryś siada z westchnieniem na kamieniu i odpina od pasa obszytą skórą flaszę. Następny wbija miecz w ziemię i przeciąga się, masując obolały krzyż.
    Dryblas z mieczem rusza na chłopaka tanecznym krokiem, zza jego pleców słychać rzucane drwiąco rady wzbudzające salwy śmiechu.
    Miecz w dłoni wysokiego woja tańczy, ostrze kreśli koła i ósemki, rękojeść sprawnie obraca się w spokojnej dłoni. Żonglerka. Błazenada.
    Woj porusza biodrami, jego nogi wykonują bokserski taniec, pochylone ciało kołysze się wraz z ostrzem miecza, aż trudno uwierzyć, że tak ogromny mężczyzna może ruszać się tak lekko i zwinnie. Jest jak górski goryl. Wielki, kosmaty i brutalny.
Krótki wypad, finta, parada, markowany cios w głowę.
    Chłopak osłania się ramieniem, wpada plecami na Pień, a potem osuwa po nim na ziemię. Na spodniach rozlewa mu się nagle wielka mokra plama.
    Przeciwnik kończy swój taniec z ostrzem wystawionym poziomo, opartym o grzbiet drugiej dłoni. Odwraca tę dłoń i kiwa zachęcająco na leżącego.
    „No chodź”.
    Uciekinier owija się wokół pnia jak wąż, pełznie wśród mchu i zeschłych paproci, szperając dłońmi niczym ślepiec. Cokolwiek. Choćby kamień.
    Ogromny woj prostuje się powoli, wzdycha i kręci głową z dezaprobatą. Rozkłada na chwilę bezradnie ręce i rzuca swój miecz stojącym z tyłu, po czym klaszcze dwukrotnie, jakby chciał obudzić przeciwnika i znowu zaprasza go gestem, tym razem gołych dłoni.
    „No chodź, nie ma już miecza”.
    Ale nie ma też efektu. Chudy młodzieniec nie ma ochoty rzucać się z gołymi rękami na stukilową górę żylastych mięśni. Adrenalina napełniła jego nogi ołowiem, straszne, śmiertelne zmęczenie zatapia mu płuca niczym beton.
    Przeciwnik prostuje się zrezygnowany i rusza długimi krokami, żeby chwycić go za kark i wywlec spomiędzy krzaków jak kocię. To się robi niesmaczne.
    Wielka dłoń sięga pomiędzy krzaki i chwyta za kołnierz czarnej kurty akurat w chwili, kiedy szperające rozpaczliwie dłonie trafiają wśród mchu, liści i zeschłej górskiej trawy na podłużny kształt. Spłaszczony walec owinięty doskonale przylegającą do dłoni plecionką z taśmy.
    Rękojeść uniwersalnego miecza zwiadowcy. Shinobi ken firmy Norland Aeronautics.
    Chłopak szarpnięty potężnie za plecy wylatuje w górę, postawiony jednym ruchem na mdlejące nogi. Rozlega się nagle wężowy syk monomolekularnego ostrza. A potem powietrze tnie błysk i w zimnym jesiennym powietrzu rozlega się chrzęst rozrąbanego mięsa.
    Woj puszcza przeciwnika i odwraca się powoli do swoich oniemiałych, siedzących na kamieniach towarzyszy, pokazując białą jak kreda, nieruchomą twarz, po czym nagle prycha potężnie fontanną rozpylonej krwi. Jego pierś rozchodzi się nagle wzdłuż cieniutkiej, ukośnej linii, ukazując rozdziawione, czarno-czerwone wnętrze.
    Mężczyzna robi ślepy, koślawy krok nie wiadomo dokąd i nagle wali się na twarz jak ścięte drzewo.
    Wszyscy są oniemiali. Przygarbiony chłopak, wystawiający do przodu lśniące, monomolekularne ostrze, po którym toczą się strugi krwi i ciurkają na ziemię, odsłaniając lśniącą, czystą powierzchnię zbrocza. Siedzący na kamieniach wojownicy. Jeden zamarł z pochyloną manierką w dłoni, woda leje mu się na buty, drugi przygryza pięść w geście zaskoczenia.
    Skaczą na nogi równocześnie. Błysk stali, szczęk i szybki, rozmazany ruch ostrza. Krzyk.
    Ostry, zaskoczony wrzask bólu. Jeden z atakujących łamie się nagle wpół, chwytając za gardło. Spomiędzy palców tryska mu strumyczek jasnej, tętniczej krwi. Drugi odskakuje w tył, patrząc ze zgrozą i niedowierzaniem na kikut miecza we własnej dłoni. Nie może uwierzyć, że paniczna, nieudolna zastawa przeciwnika przecięła jego własne, kute ostrze jak suchą gałąź. Odrzuca broń i błyskawicznie sięga po wbity w ziemię osierocony miecz brodacza.
Chłopak tnie na odlew, byle jak, nie bardzo radzi sobie ze zbyt długim orężem, z dziwną rękojeścią, z innym wyważeniem broni. Tamten wydaje z siebie krótki, zwierzęcy ryk, jego dłoń spada na mech, jak porzucona rękawica, ale krwi jeszcze nie widać. Chwyta wbity w ziemię oręż lewą i rzuca się na chłopaka, zbijając go z nóg. Obaj walą się ciężko na ziemię, plecy napastnika opięte półkożuszkiem, ozdobionym na plecach haftem w kształcie trzech tańczących płomieni w kręgu, drgają spazmatycznie, a pośrodku pleców, tuż nad wyszytym znakiem sterczy prosto w niebo ostrze, po którym ścieka krew, odsłaniając czystą, lśniącą powierzchnię.
Cisza. Słychać tylko, jak tuż obok, drapiąc butami kamienisty piarg i szarpiąc suchą jesienną darń, umiera tonący we własnej krwi człowiek.
    A potem zapada cisza zupełna.
    Leżący porusza się, po czym przewala na bok. Chłopak ciężko podnosi się spod trupa, uwalnia z jego uchwytu, z trudem rozprostowując zaciśniętą na pole własnej kurtki garść, palec po palcu, po czym przydeptuje tamtemu pierś i sapiąc, wyrywa z niego ostrze.
    Patrzy na nie z niedowierzaniem, po czym nogi uginają się pod nim i chłopak opada ciężko na mech.
    Miecz dygoce mu w ręku, całe ciało przebiegają drgawki, chłopak pochyla głowę i zaczyna płakać. Dziwacznym, suchym szlochem, który aż podrzuca jego drobną sylwetką. Szlochem, który stopniowo przeradza się w histeryczny śmiech.
    Klęczy tak, z odrzuconą do tyłu głową, unosząc w okrwawionej dłoni miecz zwiadowcy, shinobi ken firmy Norland Aeronautics. Rechot, który narodził się z płaczu, przeradza się w zwycięski ryk. Piskliwy i dziwny, kończący się grzmiącym sykiem, jaki mógłby wydać olbrzymi, rozwścieczony wąż.
    Chłopak wstaje na nogi i patrzy na zbryzgane krwią skały, na porudziały nagle krąg jasnej, jesiennej trawy i na trzy powykręcane trupy wokół.
    Odkłada starannie miecz, po czym wyciera dłońmi trawę, śliskie czerwone kamienie leżące wokół martwego olbrzyma, a potem dotyka własnej twarzy i podchodzi w półukłonie do Pnia, żeby odbić na nim ślad swoich zafarbowanych dłoni. Klęka w trawie i maca przez chwilę dłońmi, aż znajduje leżącą samotnie pochwę. Miecz z trzaskiem wraca do domu, chłopak obraca przez chwilę oręż w dłoni, ale nie rozumie jak przytroczyć go do pasa. W końcu opiera go na ramieniu jak łopatę i odchodzi wąską ścieżką.
W najzupełniej przeciwną stronę do tej, z której nadszedł.
    Zostaje tylko Drzewo, zbryzgane skały wokół i trzy trupy Ludzi Ognia. Dwa szczyty tulące się do siebie jak pośladki. Śnieżna plwocina na wierchach. Krzyk kruka w zimnym, jesiennym powietrzu.
    Zdrewniały gniew zamarły w słojach i włóknach łyka.
    Nadchodzi noc.
    A nocą nadchodzą wilki.


Fragment udostępniony przez Wydawnictwo Fabryka Słów.








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2007-03-06 (1771 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej