Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Gniazdo Gryfa
 
Katalog - dodano
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Ritus'' - Markus Heitz

Rozdział 1


18 kwietnia 1764, na północny wschód od Langogne, zachodniego przedgórza masywu Vivarais, Południowa Francja

Potok chlupotał po okrągłych kamieniach, szemrząc monotonnie. Promienie wieczornego słońca sączyły się przez nieliczne szczeliny w gęstym listowiu drzew, rzucając złocisto-czerwone plamy na cieniste poszycie lasu. Owady, brzęcząc, przemykały w gorącym powietrzu w poszukiwaniu pokarmu. Wabił je kuszący zapach. Pachniało wiosną, nowym życiem i rozkładem.
Podniecone muchy pomknęły ku grubej dolnej gałęzi potężnego buka, na której dwa kroki nad ziemią wisiało na grubym łańcuchu cuchnące truchło owcy. Tuż pod nim kołysało się martwe, niezwykle osobliwe stworzenie.
– Czegoś takiego... nigdy nie widziałem – Jean Chastel, mężczyzna po pięćdziesiątce, urodzony leśniczy, ostrożnie zbliżył się i trącił pysk stwora wylotem podwójnej lufy muszkietu. Na gładko ogolonej, kanciastej twarzy malował się strach, niedowierzanie i ogromne skupienie. Osobliwe zwierzę, wiszące na wilczych wnykach, znał tylko z opowieści i z afiszy wędrownych aktorskich trup. Owe historie i towarzyszące im ryciny trudno byłoby nazwać uspokajającymi.
Podobne do wilka zwierzę nie poruszało się.
Jeanowi wydało się, że widzi na grzbiecie czarną pręgę biegnącą od łba aż po cienki ogon. Futro było ciemne, rudawe. Łapy, dwa razy tak duże jak dłoń kobieca, mogłyby robić największe wrażenie, gdyby nie kły...
Zwierzak chciał brawurowym skokiem dopaść ofiarę. Zgubił go ukryty w rozkładającej się owcy hak rzeźniczy. Ostry metalowy czubek wystawał z pełnego zakrzepłej krwi pyska, wyginając wielki łeb ku górze. Sprawiło to, że potężne, zdolne przegryźć kość udową szczęki otwarły się, odsłaniając kły długości środkowego palca.
Jean posłyszał szelest. Nagle znalazł się przy nim jego młodszy syn, Antoine.
– Basior – powiedział, jakby widywał takie stwory codziennie. Mimo że miał już dwadzieścia lat, wyglądał bardzo młodo. Wieku nie przydawała mu nawet krótka, czarna bródka. W przeciwieństwie do ojca nie wydawał się być poruszony odkryciem. Nie bał się. Kupieckim zmysłem zwietrzył możliwość dobrego interesu. Szczerząc zęby, wyjął nóż myśliwski i wskazał na narządy płciowe kołyszącego się teraz powoli tam i z powrotem stworzenia.
– Za jego jaja dostaniemy od znachora kupę pieniędzy.
Jean, któremu wciąż to wszystko wydawało się nazbyt niesamowite, chwycił syna za ramię i powstrzymał. Na plecach podskoczył mu krótki, biały warkoczyk.
– Nie podchodź! – Patrzył, czekając na drgnięcie zwłok, które świadczyłoby, że stwór wciąż żyje. Basior trwał jednak w bezruchu, więc Jean otwarł dłoń, uwalniając Antoine’a. – Zostaw mu je. Nim się go pokroi, powinni go obejrzeć uczeni.
Trzask suchej gałęzi zdradził, że zbliża się następny człowiek. Myśliwi z rodziny Chastel byli w komplecie.
– Na Boga! – wyrwało się starszemu synowi. Pierre bardzo przypominał ojca, i to nie tylko zewnętrznie. Wstrząśnięty patrzył na zwierzę. Przeżegnał się. – To bydlę... śmierdzi paskudnie i jest... okropne. – Dokładnie oglądał silne łapy, wielki łeb, potężne szczęki, krzaczastą końcówkę ogona i małe, spiczaste uszy. Jego zwykle tak przyjazna twarz nabrała wyrazu obrzydzenia. – Co to takiego? Wilk z piekła rodem?
Brązowe oczy Jeana przesunęły się po tym, na co od czterech dni na prośbę zaprzyjaźnionego leśnika DeBeauforta polowali w Vivarais. Właściwie on i jego synowie pochodzili z sąsiedniego regionu Gévaudan. Po dwudziestu jeden zabitych owcach, dwóch rozerwanych krowach i jednym martwym pasterzu chłopi zagrozili strąceniem ich znajomka z urzędu. Chastelowie udali się w podróż na południowy wschód Francji, żeby go wesprzeć.
Jean traktował to również jako zabezpieczenie. Gdyby ów z pewnością wściekły wilk nie znajdował już nic tutaj, przeniósłby się zapewne do Gévaudan. Tylko martwy wilk to dobry wilk. Jeśli to w ogóle jest wilk. Stwór, na którego patrzył, nie miał nic wspólnego z żadnym ze zwierząt o szarej sierści, jakie dotychczas widywał.
– Loup-garou – Antoine zachichotał cicho, odpowiadając na pytanie Pierre’a i z uśmiechem odwrócił się do ojca. – Złapaliśmy prawdziwego wilkołaka!
– Myślałem, że one istnieją tylko w bajkach. – Pierre zdjął z głowy trójgraniasty kapelusz, otarł pot z czoła i nasadził nakrycie z powrotem na krótkie, czarne włosy. Jego spojrzenie padło na grubą gałąź, na którą nawinięto łańcuch. Kora i drewno pod nim były jak oheblowane. – Długo walczył – powiedział, wskazując pozostałym ślady tarcia. – Dziękować Bogu, że nie natknęliśmy się na tę bestię podczas polowania. Jedna kulka na pewno by jej nie pokonała. Zęby... – Wzdrygnął się.
Jean rzeczywiście odkrył na ciele bestii cztery zagojone rany po kulach.
– Masz rację. To tłumaczy, czemu celne strzały DeBeauforta były bezskuteczne. Zwykły wilk padłby martwy już po jednym strzale. – Jean dziwił się, gdy doświadczony w myślistwie przyjaciel prosił go o pomoc. – Myślałem, że mój kumpel przesadza.
Antoine podszedł do pnia buka i wziął się za wyciąganie kołka mocującego łańcuch, chcąc opuścić stwora na ziemię.
– Będą nas wielbić jak bohaterów – ucieszył się. – Możemy zażądać godziwej zapłaty. Kiedy potniemy tę bestię na kawałki i sprzedamy, wpadnie nam niezła sumka.
– Dziewczyny potracą dla ciebie głowy. To przecież chcesz powiedzieć – splunął Pierre. – Widziałem, jak twoje łapy kleiły się do jednej małej. Posadziłeś ją sobie na kolanach.
Młodszy brat znieruchomiał i pośpiesznie zerknął na ojca. Twarz Jeana spochmurniała.
– Nie, nic nie zrobiłem! – bronił się Antoine. – Pierre mnie nienawidzi, przecież wiesz, ojcze. Chce mnie przed tobą...
Jean podszedł do niego.
– Pierre nie kłamie. – Stanął przed młodszym synem. – W przeciwieństwie do ciebie. Coś tym razem zrobił? Ile miała lat?
– Szesnaście! – odpowiedział Antoine i chciał zająć się łańcuchem, ale ojciec chwycił go za ramię i odwrócił siłą, by spojrzeć mu prosto w twarz. Zielone oczy niedługo wytrzymały spojrzenie gniewnych brązowych. – Dwanaście – wykrztusił z ociąganiem i opuścił głowę. – Ojcze, nie mogę tego powstrzymać! To jak...
– Świnia! – Jean uderzył go pięścią, trafiając w okolice ust. Antoine zgubił kapelusz i uderzył plecami o zwłoki bestii, które na skutek wstrząsu zaczęły groteskowo przebierać łapami niczym marionetka. Przypominało to taniec. Łańcuch brzęczał, przygrywając melodię. – Tyle razy już ci mówiłem – ostrzegł syna Jean, opanowując się z trudem. – Kupuj sobie tyle kurew, ile tylko zechcesz, ale nie tykaj niewinnych! Jeśli cię złapią, nie będę cię bronił. – Odwrócił się gwałtownie. – A teraz opuść tego bydlaka, nim pożrą go robaki.
Antoine przyłożył do stłuczonych ust klapę kurtki, otarł krew z pękniętej wargi i wbił wzrok w brata. Bezgłośnie wypowiedział słowo zdrajca. Chwycił kapelusz, wcisnął go na długie, zmierzwione czarne włosy i poluzował kołek na tyle, żeby móc odwinąć łańcuch.
Cielsko osobliwego zwierzaka uderzyło twardo o ziemię, chmara much wzbiła się w powietrze i odleciała. Już po chwili jednak znów małymi, czarnymi obłoczkami krążyły nad cuchnącym truchłem owcy. Po mięsie pełzały larwy, wwiercały się do jego wnętrza i powoli, ale nieustannie pożerały je.
Chastelowie w milczeniu patrzyli na wilkołaka. Do Jeana i Pierre’a powoli dochodziło, że ta istota naprawdę istnieje. Antoine przyjął istnienie loup-garou do wiadomości już od pierwszego spojrzenia. Teraz uniósł głowę i nasłuchiwał odgłosów lasu.
– Surtout! – zawołał myśliwskiego psa, wielkiego, muskularnego mastifa, który mu wszędzie towarzyszył. – Gdzie ten kundel? – mruknął, wpatrując się w gęste krzaki. – Surtout!
Przerażenie Jeana wreszcie minęło i ustąpiło miejsca ciekawości leśnika, który zobaczył nowy gatunek. Zmarszczył brwi, przyklęknął przy grzbiecie zwierzaka i przesunął palcami po gęstej sierści. Jego biały warkoczyk podskoczył do przodu.
– Jest chudy. Musiał od dawna nic nie jeść.
Pierre stał w odległości kroku i lekko dotykał zwierzaka muszkietem.
– Uważaj, ojcze.
– Nie dowierzasz martwocie? – Antoine podszedł do brata. Całą postawą wyrażał pogardę dla Pierre’a. – Tchórz! Wilkołak jest martwy! – Kopnął zwierzaka w bok. – Zdechł z głodu albo od uduszenia.
Nagle w krzewach rozległ się jakiś trzask. Pierre odwrócił się, kierując lufę w gęste poszycie.
Antoine skrzywił się niechętnie.
– Zdrajca się boi? Bez obaw, Surtout nic ci nie zrobi. On żre tylko małe dzieci. – Chwycił swój muszkiet i skoczył w zarośla. – Zobaczmy, co wytropił. Może młodą dziewkę, która chce się wykąpać w strumieniu?
– Wracaj – zawołał Pierre, ale brat po kilku krokach zniknął w mrocznej zieleni. Jedynie coraz cichszy szelest gałęzi wskazywał, gdzie jest.
– Ileż znaczy sześć lat różnicy... – Pokręcił głową Jean, starając się nie martwić młodszym synem, którego wziął na polowanie tylko dlatego, że ten był znakomitym strzelcem. Antoine zwykle pomieszkiwał jak dzikus razem ze swoimi psami w lesie Ténazeyre. Brakujące mu powagę i rozsądek w dwójnasób posiadał Pierre, który cieszył się sławą dobrego gajowego.
Teraz jednak były sprawy ważniejsze niż szaleństwa Antoine’a. Żądza wiedzy Jeana wciąż nie była zaspokojona. Praca leśnika wymagała, by znał się na zwierzętach. Chciał dokładniej obejrzeć owe nieznane stworzenie i odkryć jego tajemnice, nim zabiorą się za to uczeni. Dotknął łap bestii, rozwarł jedną z nich i zdziwiony przywołał Pierre’a. Wskazał na rozcapierzone pazury.
– Chodź tu i ucz się. Widzisz coś dziwnego?
Pierre zbliżył się z ociąganiem.
– Robaki nie żrą jego przeklętego mięsa?
– Nie o to mi chodzi. Przyjrzyj się dokładniej.
Pierre oparł się na zatkniętej w ziemię kolbie muszkietu i przykucnął obok ojca. Mając go u boku, czuł się pewniej.
– Na Boga, ma pazury jak kot! – wyrwał mu się podniecony okrzyk.
Jean odrzucił warkocz na plecy i podniósł się. Pierre poszedł w jego ślady.
– Musimy powiadomić DeBeauforta. To nie jest sprawa dla urzędników. Trzeba poinformować króla. – Jean nabrał głęboko powietrza. – Antoine, chodź już z tym twoim kundlem! Ruszamy.
Gdy syn nie pokazał się, zawołał go raz jeszcze. I jeszcze.
Nasłuchiwali uważnie. Z gęstwiny nie dochodził jednak żaden dźwięk. Potem coś zaszeleściło; ktoś skradał się w ich kierunku.
– Antoine, dość już tych żartów – odezwał się Pierre. – Ściemnia się, a droga do Langogne nie jest łatwa. Ja... – zamilkł, uciszony uniesioną ręką ojca.
Znów wsłuchali się w milczący las. Zaledwie gdzieniegdzie słońce prześwitywało przez korony drzew. Cienie stały się bardziej mroczne, groźniejsze. Jedynym dźwiękiem było bzyczenie much.
– Co jest, ojcze? – szepnął Pierre, trzymając muszkiet gotowy do strzału.
Jean powoli odciągnął najpierw prawy, potem lewy kurek swojej dwururki. Rozległ się cichy trzask.
– Cicho jak na cmentarzu – odpowiedział. – Nie słychać nawet ptaka ani żadnego innego zwierzęcia. Tu krąży drapieżnik.
Pierre przełknął ślinę, ale wzmagający się strach ścisnął mu gardło. Nie ważył się nawet szepnąć; zamiast tego uniósł muszkiet i celował tam, skąd dobiegały trzaski gałęzi.
Gęsty krzew zadrżał, jego listowie zaszeleściło, na moment przerywając ciszę lasu. Pierre omal nie pociągnął za spust, nie zważając na to, że żartowniś Antoine ukrył się gdzieś w gęstwinie. Trwoga przerosła rozum.
– Nie ważcie się do mnie celować – z zarośli dobiegł mocny, damski głos. – Ja na pewno nie jestem drapieżnikiem. – Spomiędzy drzew wyszła kobieta w czarnym habicie; na lewym łokciu zawiesiła kosz z jagodami i ziołami. Ciemny strój ukazywał jedynie jej sympatyczną, około czterdziestoletnią twarz i dłonie. Reszta ciała była starannie zasłonięta. Szarobrązowe oczy skierowała na broń mężczyzn. – Opuśćcie broń, messieurs! Nie ma powodu, by mi grozić.
Pierre szybko się ukłonił, z przepraszającym wyrazem twarzy opuścił wylot lufy muszkietu i przedstawił się. W odpowiedzi zakonnica podała swoje imię:
– Jestem przeorysza Gregoria z klasztoru świętego Gregoriusa z Tours.
– Nie drapieżnik, ale łowca dusz. – Jean obdarzył szczupłą zakonnicę pogardliwym spojrzeniem. – Czy nie oddaliliście się zbyt daleko od waszego klasztoru? Vivarais to w dzisiejszych czasach nie najlepsza okolica dla niezbrojnych.
– Mam pomoc lepszą od wszelkiego muszkietu. Pan jest moim pasterzem, strzeże mnie na moich ścieżkach – odpowiedziała z uśmiechem... i zamarła w przerażeniu, gdy jej spojrzenie, minąwszy myśliwego, padło na stworzenie leżące na ziemi. Zbladła jak ściana i przeżegnała się.
– Patrzcie, patrzcie. Diabeł wysyła nowe wilki, by pożerały owce Pana – stwierdził Jean. – Sądzicie, że to Bóg ochronił was przed zębami tego głodnego zwierza?
Pierre odchrząknął.
– Wybaczcie memu ojcu jego słowa i nie obawiajcie się, czcigodna przeoryszo. Ten wilk już nic wam nie zrobi.
– Bo my go złapaliśmy. Nie Bóg – dodał Jean.
– Ale z bożą pomocą, dobry człowieku. – Gregoria ku zdumieniu obu mężczyzn podeszła bliżej zwłok, obejrzała je ze wszystkich stron, ponownie się przeżegnała i ucałowała krzyż srebrnego, niezwykle cennego różańca kołyszącego się na jej szyi i opadającego na habit. – Dziwne zwierzę – stwierdziła cicho. – Dobrze, żeście je schwytali. Słyszałam, że przyniosło wiele cierpienia okolicznym mieszkańcom.
– Jak niektórzy księża. – Jean nie przejmował się więcej zakonnicą, która w swojej czarnej szacie wśród pełnej życia zieleni lasu wyglądała jak obcy element. Dziwiło go wprawdzie, że w poszukiwaniu ziół i poziomek oddaliła się tak znacznie od murów swego klasztoru, miał jednak teraz ważniejsze sprawy na głowie.
– Cokolwiek wam uczyniono, nie zrobiłam tego ja. Nie ma powodu traktować mnie wrogo.
Jean chciał coś odpowiedzieć, ale Gregoria mówiła dalej.
– Nie będę już naprzykrzać się wam moją obecnością. Jako że najwyraźniej odeszliście od Boga i Jego świętego Kościoła, pomodlę się za uzdrowienie waszych dusz, byście wrócili na ścieżki Pana.
– Dobrze powiedziane! Nie mam nic wspólnego z Kościołem ani Bogiem. A o zdrowie mojej duszy troszczę się sam i w żadnym razie nie pozostawiam go świętoszkowatym księżulkom ani chciwym klechom! – Choć mały klasztor Benedyktynek cieszył się dobrą sławą wśród prostego ludu i, jak powiadano, pomagał biednym i zbłąkanym, nie było powodu, by oceniał przeoryszę inaczej niż wszystkich innych duchownych. Irytował go jej protekcjonalny i pewny siebie sposób bycia.
Uśmiechnęła się przyjaźnie do Pierre’a, który ukłonił się uprzejmie.
– Niech Pan wam zawsze błogosławi. Uważajcie na siebie, młody człowieku, żeby wilki wam nic nie zrobiły. Gdybyście chcieli się pomodlić, kaplica w Saint Grégoire jest zawsze otwarta. – Skinęła głową i odeszła. – Miłego dnia, messieurs.
– Do diabła z tymi mniszkami – zaklął Jean cicho i odwrócił się w stronę zwłok. – Do diabła z tą całą kościelną hałastrą.
– Matka nie chciałaby, żeby... – zaczął ostrożnie Pierre, jednak po odpychającej postawie ojca poznał, że nie powinien mówić dalej. Od śmierci matki ojciec nie miał wysokiego mniemania o bożej łasce, która jego zdaniem sprzyjała tylko tym, co mieli dość pieniędzy, by kupić sobie jej przychylność w kościelnej skarbonie.
Miał właśnie podejść do ojca, gdy wydało mu się, że kątem oka wśród pni dostrzega jakiś przysadzisty cień.
– Tam coś jest! – Wzniósł do Boga cichą modlitwę, prosząc go, by chronił ich obu, Antoine’a i przeoryszę przed tym, co czai się wokół wśród buczyny.
– To pewnie Surtout – stwierdził ojciec.
Pierre’a ponownie obleciał strach.
– A jeśli ta bestia, którą złapaliśmy, nie była sama? – szepnął.
– To tę drugą też zabijemy – odparł Jean i odbezpieczył muszkiet. Pierre poszedł za jego przykładem. – Nie zapominaj, że gdzieś tu jest Antoine...
Na lewo od nich z zarośli wyskoczył szeroki cień. Krzycząc głośno, rzucił się na obu mężczyzn, zwalił ich z nóg i popchnął na leśne poszycie. Muszkiet Pierre’a rozładował się z grzmotem, wokół rozszedł się zapach palonego prochu. Ponad przestraszone i gniewne krzyki mężczyzn wzbił się... rozbawiony śmiech. Antoine turlał się po bluszczu i trząsł ze śmiechu, aż popłakał się z uciechy i łzy spływały mu po policzkach na krótką bródkę.
Bonsoir, dzielni leśnicy – wrzasnął. – Czyście ze strachu posrali się w gacie?
Jean skoczył na równe nogi i solidnie zdzielił młodszego syna w ucho.
– Antoine, ty idioto! O mały włos zastrzelilibyśmy cię!
– Dziwię się, że tego nie zrobiliście. Wreszcie moglibyście się mnie pozbyć – zachichotał i wstał, otrzepując kapeluszem kurtkę z brunatnych liści. Wargę miał znów pękniętą od uderzenia. – Wy i reszta. Przecież ludzie cieszyliby się, gdyby trafiła mnie kula. Wiem, co gadają. Odkąd wróciłem z... z mojej podróży, boją się mnie. Czasem zdaje mi się, że tak samo czuje moja rodzina.
– Znalazłeś swojego kundla? – Jean nie odpowiedział na słowa Antoine’a.
– Nie. Pobiegł za jakąś zwierzyną.
Pierre trzymał się na uboczu i milczał. Ładował broń i próbował, mimo drżenia rąk, skończyć tę czynność możliwie jak najszybciej. Ojciec wymagał od nich, by potrafili w ciągu jednej minuty trzykrotnie strzelić, co mogło uratować im życie w obliczu szturmującego rannego odyńca albo żądnej krwi bestii.
Ile kul może wytrzymać taki stwór, nim wyzionie ducha? Nasypał z rożka prochu na panewkę i szybko zacisnął wieczko, gdyż zauważył coś dziwnego.
– Ojcze, czy ten bydlak miał oczy zamknięte, czy otwarte, gdy ściągaliśmy go z drzewa? – spytał ochryple, nie odrywając wzroku od wielkiego łba bestii. Czerń pośród krwiście czerwonej tęczówki zdawała się być skierowana wprost w niego. Źrenica była pełna wściekłości, pełna nienawiści – pełna życia!
Wtedy usłyszeli dudniące warczenie.
– Wilkołak jeszcze żyje! – Antoine przeczołgał się zwinnie po ziemi i chwycił swój muszkiet, który zgubił w trakcie skoku z zarośli. – Wypalę mu między oczy!
Swoim szamotaniem się narobił tyle szumu, że niemal zagłuszył szelest liści. Jednak jeden z Chastelów zachował baczną uwagę.
Pierre zauważył, jak ojciec nagle pobladły jak ściana odwraca się w prawo i dociska do ramienia kolbę muszkietu. Lufa pomknęła w górę i celowała w zarośla, jakby na chybił trafił.
– Co jest? – Pierre odwrócił się... i zesztywniał. Cień wśród drzew to nie był Surtout! Zobaczył drugą bestię, która na czworakach bezgłośnie podeszła go od tyłu. Gdyby nie czujność ojca, zaskoczyłaby go.
Broń Jeana z trzaskiem wypluła ołowianą kulę w kierunku budzącego grozę napastnika, który w tym samym momencie zasadził się do długiego skoku i z łatwością pokonał odległość sześciu kroków. Trafił w drzewo, odbił się, dopadł krzyczącego z przerażenia Pierre’a i parskając, powalił go na ziemię. Pazury rozszarpały mu kurtkę na wysokości piersi; z pięciu długich zadrapań trysnęła krew.
– Antoine! – krzyknął Jean, zmuszając się do opanowania, żeby oddać celny drugi strzał. Nie mógł sobie pozwolić na strach. Miał przed sobą bestię. Widział wyraźne podobieństwo do stworzenia, które znaleźli w wilczych wnykach. Jednak ten egzemplarz był mocniej zbudowany i dobrze odżywiony. Pomyślał o czterech otworach od kul i opuściła go odwaga. Palec wskazujący przesunął się do tyłu, by drugi raz pociągnąć za cyngiel.
– Allez, loup-garou! – Antoine ściągnął uwagę bestii na siebie. Siedział przy schwytanym wilkołaku, przyciskając mu muszkiet do lewego oka. – Chcesz swojego kompana z powrotem? To zostaw mojego brata albo będziesz zbierał mózg tej bestii po całym lesie!
Przejmujący zgrozą łeb powoli odwrócił się w jego stronę. Bestia zdawała się go rozumieć! Wbiła czerwone jak ogień oczy w Antoine’a, rozchyliła wargi, ukazując mężczyznom przerażające kły drapieżnika. Jedną łapą objęła gardło Pierre’a, potem ku osłupieniu myśliwych dźwignęła się na długie tylne łapy, stając się tak wysoka jak człowiek! Trzymała ofiarę przed sobą w powietrzu, jakby ta nie ważyła więcej niż worek pierza.
– Puść go! – zażądał Antoine, wyciągnął pistolet i wycelował w łeb swojego zakładnika. Nie przestawał się przy tym uśmiechać. Dla niego zdawała się to być tylko zabawa. – Na pewno potraficie znieść mnóstwo ołowiu w swoich obrzydliwych cielskach, ale bez głowy i wy musicie umrzeć. Mam rację?
Drugi wilkołak z rykiem odrzucił od siebie Pierre’a, który przetoczył się kilkakrotnie i omdlały leżał u stóp ojca. Jego krew sączyła się na leśną ściółkę. Jean nie odważył się schylić i opatrzyć rannego. Zagrożenie wciąż nie minęło.
Za to Antoine, przeciwnie, był bardzo pewny siebie.
– Grzeczny loup-garou – zadrwił. – Wziąłbym cię na domowe zwierzątko. – Oblizał usta, oczy zwęziły mu się w wąskie szparki. – Ale nie spodobałoby się to mojemu ojcu.
– Nie! Nie rób tego – krzyknął Jean, przeczuwając nieszczęście. – Nie drażnij go.
– Przecież uważasz, że dobry wilkołak to martwy wilkołak. – Nie mrugnąwszy nawet okiem, Antoine wystrzelił ładunki z obu luf w łeb leżącego stwora. Wielka czaszka rozprysła się w krwistej chmurze. Samo ciśnienie ładunków miotających wystarczyłoby, żeby rozbić łeb bestii w drzazgi, kule dokonały reszty. Wszystko, co pozostało, to resztki dolnej szczęki i tylny fragment czaszki. Mimo to zwłoki zataczały się jak żywe, przewracały, wstawały, tarzały we własnej krwi, pazury drapały ziemię, szukając wroga. Wkoło latały kurz i liście. Antoine ze śmiechem odskoczył od zdychającego stworzenia i uniósł pistolet.
Jean przeklinał nieobliczalność swego młodszego syna. Przeczuwał, jak zachowa się oszukany wilkołak. Pociągnął cyngiel, poczuł odrzut na ramieniu i zobaczył unoszącą się białą chmurę pyłu, która przez niekorzystny wiatr zasłoniła mu widok.
Przeraźliwy krzyk Antoine’a powiedział mu, że bestia już dokonuje zemsty. Nie zwlekając, podniósł naładowany muszkiet Pierre’a i pobiegł tam, gdzie po ziemi tarzali się człowiek i budzący grozę stwór.
Jego syn był bardzo silny, mimo to jednak nie zdołał odepchnąć napastnika; również głębokie ciosy sztyletu, którym bronił się Antoine, nie wywierały na bestii żadnego wrażenia. Jej szpony wbijały się głęboko w skórę przedramienia i przesuwały w stronę gardła młodzieńca.
Jean działał instynktownie. Obawa o syna, nieważne, mniej czy bardziej udanego, pokonała szok i wszelkie paraliżujące uczucia. Z całej siły młócił wilkołaka kolbą po grzbiecie i zmusił go do odstąpienia od Antoine’a. Czerwone oczy zwróciły się ku niemu, szeroko otwarta paszcza była coraz bliżej jego twarzy.
Jean cofnął się biegiem i strzelił do bestii. Zaskamlała i znów, niczym budzący grozę cień, rzuciła się ku niemu. Kiedy przebiegała przez chmurę prochu, Jean wyraźnie dostrzegł na wysokości serca dwa otwory po kulach. Jednak rany już się zamykały!
– Znikaj! – krzyknął w rozpaczy i wbił lufę w uzbrojoną w potężne zęby paszczę. Metal trafił na opór i coś przebił, stwór zagulgotał i rzeczywiście się odsunął.
Niezdecydowany wilkołak stał na tylnych łapach, prezentując się w całej swojej szkaradnej okazałości. Warczał i parskał równocześnie, krótkimi uszami strzygł pionowo ku górze, bił ogonem.
Wtedy w lesie rozległ się huk wystrzału.
Kula przebiła z boku pysk bestii, natychmiast trysnęła z niego czerwona fontanna, obryzgując wilka i Jeana. Wyjąc przeraźliwie, istota odbiła się od ziemi i skoczyła siedem kroków dalej pod osłonę drzew, w zapadającą ciemność.
– Idź do diabła, loup-garou!
Na Antoinie ubranie wisiało w krwawych strzępach. Usiadł na pniu buka, opuścił drżące lewe ramię, dymiący pistolet opadł w dół.
– Idź do diabła – powtórzył cicho. Jego powieki zamrugały i zamknęły się. Stracił przytomność.
Niesamowita cisza, jaka panowała przed wtargnięciem bestii, powróciła. Leśne zwierzęta nadal były jak sparaliżowane. Krzyki, parskanie i strzały zdławiły ich głosy.
Jean nie wiedział, czy wilkołak wróci, by dokończyć dzieła. Drżącymi palcami naładował wszystkie muszkiety, poczekał kilka chwil, które wlokły się niczym godziny męki. Kiedy nic się nie poruszało, zatroskany zwrócił się ku ciężko rannemu synowi. Owiązał poszarpane ramiona Antoine’a grubą przędzą i owinął je chustą, naprędce wyciętą z jego kurtki. Potem zatroszczył się o Pierre’a. Obaj synowie nie budzili się z omdlenia. Może ich oczy wzbraniały się przed ponownym ujrzeniem bestii. Jean z czułością głaskał twarze swoich dzieci, nie wiedząc, co mógłby robić prócz czekania.
Wiele czasu spędził przycupnięty między nimi, z położoną obok bronią gotową do strzału. Nasłuchiwał upiornej ciszy.
Nie było słychać żadnego dźwięku.
Dopiero potem, gdy dobiegł go brzmiący jak wybawienie krzyk sowy, powoli się odprężył. Rozpalił małe ognisko, które odepchnęło noc między drzewa. Potem odwrócił się ku miejscu, gdzie leżały zwłoki pierwszego wilkołaka.
Jean zesztywniał. W kałuży krwi leżał...
...tułów człowieka! Blask ogniska oświetlał ziejące, wilgotne krawędzie ran; Chastel widział, jak bieleją resztki czaszki. Po śmierci bestia opuściła ciało na oko około sześćdziesięcioletniego mężczyzny.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2009-10-30 (1258 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej