Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Serce Lodu
 
Katalog - dodano
 Wspomnij Phlebasa
- Iain M. Banks
 Złodziejka magii
- Lisa Maxwell
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Letni deszcz. Sztylet'' - Anna Brzezińska

Rozdział pierwszy


To miejsce zostało utkane z kamienia i wichru. Chłód przenikał je na skroś, nieprzytłumiony ani przez ogień na palenisku, ani drewno, skóry, kobierce oraz zasłony, których tu nie szczędzono.
Dobre miejsce, żeby usnąć, pomyślała. Dobre miejsce na śmierć.
Jej ojciec podniósł ten dworzec ze zgliszczy po najeździe pomorckich frejbiterów. W tamtych czasach łupieżcy rzadko zapuszczali się tak daleko, lecz jakiś wyjątkowo zuchwały than – a może tylko bardziej wygłodniały od innych – postanowił sprawdzić, czy jesienna zawierucha nie przytłumi czujności obrońców. I zapłacił za to swoją cenę, lecz nie od razu. Oczywiście próbowano stawić mu czoło. Pora napadu została jednak starannie wybrana, bo większość wojowników popłynęła z kniaziem na wiec. W dworcu był zaledwie z tuzin strażników, którzy zabarykadowali się wewnątrz palisady wraz z małżonką kniazia, dwójką maleńkich dzieci oraz garstką wolnych osadników, sprowadzonych naprędce z okolicznych gospodarstw.
Przybyli wszyscy zdolni do walki, a w tej okolicy nawet siedmioletni chłopiec potrafił unieść siekierę lub ojcowski oszczep. Mógł więc również umrzeć. Dawno temu, kiedy pierwszy raz opowiedziano jej tę historię, napełniło ją to smutkiem.
Bronili się jeden dzień i jedną noc. Później, w obawie przed odsieczą, której spodziewano się lada chwila, pomorcki than kazał podłożyć pod dwór ogień. Kryte torfem, nasiąknięte od deszczu dachy nie zapaliły się od razu, więc dzieła najeźdźców dokończyły nie płomienie, tylko dym. Wokół kopcącego się dworu stali pomorccy wojownicy i zabijali każdego, kto, oczadziały wyziewem ognia i strachem, usiłował wydostać się na zewnątrz. Potem splądrowali spichrze i piwnice, zagnali na okręty owce i krowy, załadowali ziarno i odpłynęli na północ.
Kiedy jej ojciec powrócił, nad ruinami dworzyszcza wciąż tlił się dym. Nikt nie ocalał.
Dwie zimy zajęło mu pojmanie thana. W powrozach sprowadził go na zhańbioną ziemię, a następnie żywcem zakopał wśród popiołów i przykrył kamieniem, który stał się podwaliną nowego dworzyszcza. Znacznie, znacznie później jasnowłosej dziewuszce, jego córce z drugiej żony, wydawało się, że w wichrowe noce słyszy spod posadzki jęki konającego frejbitera. Z czasem ścichły. Nawet krew bowiem blednie kiedyś na głazach, a w tej krainie śmierć nie była niczym niecodziennym.
Na kamiennym cokole wzniesiono dworzec z ciężkich, gładko ociosanych bali i nakryto go gontem, powleczonym błękitną farbą, jak czyniono daleko stąd, w najpiękniejszym mieście Krain Wewnętrznego Morza. Dziewczynka nigdy go nie oglądała. Kiedy jednak dorosła – jedyna dziedziczka swojego rodu, piękna i dumna, jak przystało córce jej ojca – świat zaczął przychodzić do niej. Zwajeccy kniaziowie, sinoborscy bojarzy, nawet skalmierski książę przybijali do brzegów wyspy, żeby się o nią pokłonić przed rodzicem. Była wówczas muzyka, i śpiew, i wino, i zapach zimowych jabłek, choć czas nie sprzyjał radości, bo tuż pod ich bokiem ciemna ziemia Pomortu nabrała kształtu i wynurzyła się z dna morza, posłuszna woli Zird Zekruna.
Stara kobieta pamiętała potężną falę, zrodzoną wokół nowego lądu, w samym sercu mocy boga, gdy uderzyła w ich brzegi. Stała na szczycie kamiennej strażnicy, patrząc, jak fala się przybliża, spiętrzona niczym skała i przybrana siną grzywą piany. Ściskała w ręku sztylet, jedyna w grupie przerażonych kobiet, która nie przyłączyła się do lamentów ani nie zamknęła oczu, kiedy morze porywało kolejne okręty i wciągało je w podmorski wir.
Mówiono, że tamtego dnia ocaliły ich sorelki. Wodne panny od niepamiętnych czasów widywano na kamienistych plażach, jak czeszą włosy z zielonych i modrych wodorostów albo wylegują się przyodziane w skóry fok i morsów. Wyrywały wiosła nieostrożnym żeglarzom i potrafiły popchnąć statek na rafy, jeśli ktoś im ubliżył. Lecz zapraszano je również na biesiady i wkładano im nowo narodzone dzieci w ręce, aby błogosławieństwem zjednały im przychylność oceanu. Dlatego tamtego dnia, kiedy Zird Zekrun spróbował obrócić na swoją korzyść moc morza, stanęły przy skalistych brzegach wysp Zwajców, a także plażach Sinoborza, na klifach Skalmierza i nad Cieśninami Wieprzy, a kipiel wygładziła się pod dotykiem ich dłoni.
Mówiono też, że z tego właśnie powodu Zird Zekrun je znienawidził.
Kobieta pamiętała również, jak Pomort próbował zetrzeć Zwajców z powierzchni morza i nękał tę wyspę corocznymi napadami. Jednakże teraz, kiedy jej serce stygło powoli i pokrywało się popiołem od zgryzot i zawiedzionych nadziei, coraz więcej czasu spędzała w ojcowskim dworzyszczu. Lubiła chwilę, kiedy na pokładzie smoczego okrętu zapuszczała się w głąb zatoki i skalne urwiska zaciskały się wokół niego tak mocno, że niemal słyszała, jak burty ocierają się o głazy. Gdzieś w połowie wodna ścieżka rozszerzała się, tworząc zwodniczo łagodne jezioro, każdej wiosny zasilane przez spływające z gór strumienie. Właśnie tam jej ojciec rozkazał zatopić cztery łodzie: ich wraki strzegły przejścia przed wrogiem, który, nieświadomy tych wód, usiłowałby podpłynąć ukradkiem ku siedzibie władcy.
Pod gładką taflą kryły się leniwe, przegniłe potwory, rokrocznie przesuwane przez prądy i pływy. Nawet mieszkańcy wyspy mówili o nich z lękiem i niejeden pewnie przeklinał starego kniazia, kiedy zapuszczał się na środek jeziora. Wraki nie czyniły bowiem różnicy między najeźdźcami a rybakami, zatem co roku dołączały do nich nowe łodzie, swojskie i obce. Gdy płynęła poprzez to cmentarzysko statków, czuła, jak krew zaczyna jej żywiej krążyć w żyłach – i odnosiła kolejne, drobne zwycięstwo nad losem, kiedy udawało jej się postawić stopę na twardym gruncie.
Oczywiście istniały niebezpieczeństwa, którym przystępu nie broniły ani podwodne wraki, ani tarcze wojowników. Każdego dnia przypominały jej o tym świeże, niepoczerniałe dotąd koły w palisadzie i ślady kopyt, odciśnięte w skale tak wyraźnie, jak gdyby wypalono je pogrzebaczem w skórze. Poza tym było coś jeszcze. Jasnowłosa dziewczyna, spoczywająca w komnacie na szczycie kamiennej wieży.
Tego dnia chmury rozproszyły się na niebie i przez otwarte okiennice wpadało słoneczne światło. Wicher poruszał lekko kobiercami na ścianach, mierzwił sierść na skórach, którymi zarzucono posłanie. Tutaj nigdy nie przestawało wiać, choćby i u kresu lata, kiedy morze było rozgrzane słońcem, a nad łąkami unosiła się woń skoszonego siana.
Na drewnianej framudze zaczepiła się pajęcza nić. Falowała na wietrze, krucha i przezroczysta, na wylot prześwietlona słońcem. Uwieszony na niej pajączek wyglądał jakby wypełniono go krwią.
Dziewczyna na wielkim, rzeźbionym łożu nie poruszała się. Jej wąska biała twarz przypominała migdał. Kiedyś, w czasach jej młodości, kupiec ze Szczeżupin podarował gospodyni dworca skórzany mieszek, pełen tych osobliwych, południowych orzechów. Nigdy wcześniej nie oglądała podobnego specjału, więc – co wspominała z mieszaniną wstydu i rozbawienia – zjadła je pospiesznie, ukryta za węgłem stodoły. Pamiętała, że strasznie rozbolał ją brzuch. Pamiętała również ich dziwny, słodko-gorzki smak. Kiedy patrzyła na to nieruchome dziecko, uwięzione w jej ślubnym łożu i wewnątrz własnego snu, znów czuła ten smak w ustach. Niekiedy stawał się tak intensywny, że ledwo powstrzymywała mdłości.
Rude włosy opadły na podłogę, potargane przez wiatr.
Staruszka odwróciła wzrok. Te pozory życia, przejrzysty i złoty blask, nawet teraz roztaczany przez dziewczynę, sprawiały, że wszystko wydawało się jeszcze trudniejsze. Jednakże babka przychodziła tutaj każdego dnia. Zawsze była uparta, a na starość nie pozostało jej nic prócz wytrwałości.
Wiatr zaklekotał okiennicą i uniósł pajęczą nić ku łożu.
Lato dobiegało kresu. Pnącza malin łamały się pod ciężarem owoców, a w brzęczenie pszczół wkradła się nowa, leniwa nuta. Lecz w tej komnacie, w całym dworcu, nic nie zmieniło się od dnia, kiedy podwórzec pokrył się lodem pod kopytami wierzchowców, które nie urodziły się ani w tym, ani w żadnym z innych światów. Llostris – córka jej wnuka, dla której popłynął w niebyt – śniła jak jedna z baśniowych księżniczek, zamkniętych wewnątrz kryształowego sarkofagu, podczas gdy mężczyzna, który ją tu przywiózł...
Babka gwałtownie obróciła się ku palenisku i czubkiem laski rozgarnęła żar. W komnacie nieustannie zalegał chłód, bijący od kamiennej posadzki i od tej marmurowo obcej postaci na łożu. Staruszka nie ufała sobie wystarczająco, by myśleć tu o synu Smardza. Pogrzebała męża i synów i nikt nie mógł powiedzieć, że widział jej łzy. Teraz też nie zamierzała płakać. Wiedziała, że jeśli pozwoli sobie na rozpacz, na choćby jedną, jedyną łzę, pryśnie harda nieustępliwość, dzięki której trwała w tym miejscu na przekór ludziom, bogom i temu, co sobie nawzajem uczynili.
Oczywiście nic nie było przez to łatwiejsze.
Usiadła nieruchomo na zydlu, utkwiwszy wzrok w klepsydrze. Musiała przesypać się jeszcze pięć razy, żeby staruszka mogła się podnieść, tłumiąc westchnienie bólu, i odejść. Dwanaście obrotów klepsydry. Co dnia. Tym właśnie stało się jej życie.
Piasek opadał bezszelestnie. Za oknem, w dole na dziedzińcu, szczekały psy.
Każda myśl, każde podejrzenie, plan i nadzieja, zostały w tej komnacie po wielekroć przesypane w pamięci i okazały się jałowe jak piasek. Złożono ofiary, odprawiono modły, wezwano alchemików, wędrownych kuglarzy, medyków i wiedzące babki. Wszystko zawiodło. Właściwie staruszka przewidziała tę porażkę już wówczas, kiedy książę – dziecko z kohorty boga – ułożył rudowłosą na nagiej ziemi u jej stóp.
Nazwał ją wtedy iskrą na dnie swojego serca. Lecz iskry gasną nieuchronnie, a wiedząc, co wydarzyło się na Rogobodźcu, Zwajka wątpiła, by w sercu dziedzica żalnickiej korony pozostało jeszcze cokolwiek z gorącego, rozedrganego losu człowieka.
Jego płaszcz wciąż leżał w nogach łóżka. Nie odważyła się go wyrzucić. Był częścią tego, co się stało, nieodłącznym elementem układanki, zakleszczonej wokół nich jak żelazne wnyki. Podobnie jak błękitnoskrzydły wierzchowiec, który rozpalał zawiść w wojownikach. Krążył wokół dworca, krzykiem przyzywając swoją panią, podfruwał, tłukł skrzydłami w okiennice. Na darmo usiłowali odpędzić go wrzaskiem albo kamieniami. Przestraszony, powracał wkrótce, ściągany przymusem, który okazał się silniejszy niż głód i pragnienie, aż wreszcie któregoś dnia połamał sobie skrzydła o wystający okap dachu.
Musieli go dobić. Przestraszyła ją ta śmierć. Cuda, które zeszłego roku, kiedy Suchywilk ściągnął do dworzyszcza z odnalezioną córką, wydawały się kojące i łaskawe, teraz nikły jedne po drugich.
Jej czas dobiegł końca. Piasek przesypał się.
Wstała, jednak nieostrożnie i zbyt szybko. Poczuła w krzyżu ostrzegawcze ukłucie i na chwilę pociemniało jej przed oczami. Ból, nieodłączna przypadłość jej wieku, nasilił się tego lata. Nie buntowała się przeciwko temu. Nie miała już na co czekać.
W drzwiach przystanęła na moment, usiłując przyoblec twarz w surową pewność, która pomagała jej ludziom przetrwać. Musieli mieć nadzieję. Musieli wierzyć, że to dziwne lato wreszcie minie.
W końcu była gotowa. Zaczerpnęła tchu i wtedy za jej plecami, tak słaby, jak westchnienie dziecka, rozległ się głos:
– Usłyszałam wołanie. Jak długo śniłam?



***



Chciała płakać – łzy wydawały się stosowne w obliczu boskich cudów – lecz oczy, nieustępliwe i uparte, pozostały suche. Tylko serce kołatało się z przerażenia jak ptak złapany w siatkę. Bo nie potrafiła się cieszyć. Nie umiała podbiec do tego dziecka, tak upragnionego, tak drogo okupionego, i schwycić go w ramiona, żeby upewnić się, że przebudziło się naprawdę. Ogień wpleciony we włosy Iskier nie ogrzewał śmiertelnych. Zwajka przekonała się o tym dogłębnie, kiedy śmierć jasnej Selli popchnęła trzech spośród jej prawnuków w szarą, spienioną zgubę pomiędzy Żebrami Morza.
Przycisnęła ręce do piersi, nagle bardzo świadoma swojej starości, grzbietu przygiętego do ziemi, oczu wypełzłych od nieskończonych zdrad, okrucieństw i smutków, jakie oglądały. Świat przemieniał się wokół niej. Z każdą jesienią i wiosną nabierał nowych, odrażających kształtów. Niektóre z nich nosiły imiona bogów, wysnute z ich potęgi i uformowane przez umysły, których nie dało się ogarnąć. Lecz kiedyś, gdy była młoda, umiała znaleźć pomiędzy nimi również sprzymierzeńców i uszczknąć dla siebie, choćby podstępem, odrobinę ich mocy. A teraz jej dary – uroda, potęga rodu, nawet rozum – przeminęły. Nic już nie mogła zrobić. Zupełnie nic.
Żaden bóg nie stanie więcej na jej progu. Nie zatrzyma się tu, ani żeby jej pobłogosławić, ani żeby ją zabić. Jednak za tą złotą, roziskrzoną dziewczyną, córką jej wnuka lub nie, podążą jak psy za suką. Jedni będą chcieli ją rozszarpać, inni nią owładnąć. Żaden się nie zawaha.
Zastanawiała się, czy zdołałaby ją na to przygotować. Zapewne nie. Śmiertelnik nigdy nie może być gotów na spotkanie z bogiem.
– Zbyt długo – przemówiła wreszcie schrypniętym głosem. – Spałaś zbyt długo, dziecko.
Jasnowłosa odrzuciła skóry, wystawiając ciało na podmuchy wiatru, a jej dłonie, zagłębione wśród koców, napotkały pochwy zakrzywionych mieczy. Pogłaskała je delikatnie, a potem jednym gwałtownym ruchem obnażyła klingi.
Czerwony pajączek toczył się po jej twarzy jak krwawa łza.
– Sądziłam, że będziesz chciała je mieć przy sobie – rzekła cicho staruszka.
Dziewczyna przesunęła palcami po żelazie. Wypolerowane ostrze chwytało promienie słońca.
– Teraz pamiętam – powiedziała, wpatrując się w błękitny przestwór za oknem. – Pamiętam ucztę, krew i morze. Pamiętam również sok źródła Ilv i moc Zird Zekruna, która zakiełkowała we mnie jak jaskółcze ziele. Eweinren! – wykrzyknęła naraz. Odwróciła się ku staruszce. Jej oczy zdawały się płonąć. – Co on zrobił? Co zrobił Koźlarz?
Zwajka przymknęła na moment powieki. Nie wiedziała, jak streścić te długie, znojne tygodnie lata i zamknąć wszystko, co przyniosły, w kilku krótkich słowach.
– Och, kochanie – rzekła w końcu. – Była bitwa.
W tej samej chwili wiatr pochwycił wreszcie szkarłatnego pajączka i uniósł go w dal.



***



Zanim jednak rozpętała się bitwa, wydarzyło się coś jeszcze – jedno z drobnych, nieprzewidywalnych drgnień, które bezpowrotnie burzą pajęczynę tkaną przez bogów. Ukryty głęboko w źrenicy Zird Zekruna Mroczek śledził armie, maszerujące poprzez Żalniki. Spoglądał oczami sług Pomortu, nasłuchiwał myśli i w miejsce niedawnego przerażenia rosło w nim poczucie własnej potęgi. Porwał go rwący nurt mocy, która, nierozpoznana, unosiła się na powierzchni Żalników jak brunatna piana. Kapłani w podziemnych przybytkach, dziady proszalne z miseczką Cion Cerena pobrzękującą u boku, bosonodzy heretycy, pyszni panowie w kontuszach i zbrojach oraz obdarte niewiasty uciekające przed zarazą – wszyscy snuli plany, nienawidzili, głodowali, mścili się, korzystali z rozkoszy i uciech, nie widząc podskórnych ścieżek, drążonych w ich umysłach poprzez Zird Zekruna. I Mroczek przez chwilę stał się częścią tej niepojętej potęgi, która tak wezbrała w siłę, że, niepomna na dawne układy i zakazy, wylewała się ze starego koryta.
Zird Zekrun sięgał po wyznawców innych bogów. Podstępnie i skrycie wyrywał śmiertelników z ich przeszłych przysiąg i powinności. Owszem, od wieków zdarzali się odstępcy, którzy, uprzykrzywszy sobie jednego pana, oddawali się innemu w opiekę – nie było to jednak częste i nie zaskarbiali tym sobie łaski współplemieńców. Teraz wszakże działo się inaczej. Zird Zekrun nie czekał już na ludzkie przyzwolenie. Po prostu brał to, czego pragnął, a skalne robaki kruszyły wszelki opór, niwecząc po równo ciało i wolę.
A może jest jednak inaczej? – pomyślał Mroczek i poczuł, jak skały na moment przybliżyły się do niego. Może sami otwieramy się na moc, a ona niepostrzeżenie wlewa się przez szczelinę, kropla po kropli?
Istotnie, dziś wydawało mu się, że sam zaprosił boga i roztworzył się na jego przyjęcie, żeby choć przez chwilę uczestniczyć w jego przejmującej wszechwładzy. Nikt nigdy nie znalazł się tak blisko Zird Zekruna, myślał. Nawet Wężymord. Mroczek widział go teraz, jak maszeruje gościńcem, wyniosły i pyszny na jabłkowitym rumaku. Nie czuł wdzięczności, ten syn kmiota, który zimą układał się pośród świń na spoczynek i na przednówku świńską karmę jadał. Nie rozumiał, że bóg wybrał go, bez żadnej jego zasługi, i wyniósł ponad innych. Przybiegał pod Hałuńską Górę jak pies, wyrywał z ręki boga ochłapy mocy i uciekał precz, równie krnąbrny i dwulicowy jak niegdyś. I knuł. Nieustająco snuł swoje drobne spiski.
Kamrat Twardokęska obserwował go oczami kapłanów i sług, czując narastającą wściekłość. Kiedyś, w cytadeli, która strzegła ugoru, w jaki zamieniono dawną stolicę Żalników, Wężymord spojrzał na niego jak na łajno. Grudkę gnoju, którą rozgniecie butem, gdy pan Pomortu znuży się nową zdobyczą. Owszem, padły jakieś słowa. Durne słowa o ścieżkach i gwiazdach. Ale tutaj, w głębi Hałuńskiej Góry, gwiazdy wydawały się kruche jak sopelki lodu i żadne ścieżki nie prowadziły na powrót ku dawnemu życiu. Bo też Mroczek rozumiał wyśmienicie, że nikt nie upomni się o niego, nikt nie wyszepcze za nim słów modlitwy, kiedy Zird Zekrun postanowi go wreszcie odesłać mroczną ścieżką ku Issilgorol. Pozostawiono mu jedynie to ciemne miejsce, gdzie bezustannie tracił samego siebie.
Było jednak coś jeszcze. Czasami człek mocarny poślizgnie się i na gównie, myślał mściwie dawny zbójca z Przełęczy Zdechłej Krowy, a furia wrzała w nim jak szalejowy napar. Sam nie wiedział, w jaki sposób udało mu się wpleść ją na chwilę w moc boga. A wtedy napotkał inną nienawiść, równie silną jak jego własna.



***



Nazywano ich Świętym Hufcem. Kiedy wjeżdżali na bitewne pole, zakuci w lustrzane zbroje i ustrojeni w jabłonne pędy z czystego srebra, nikt nie potrafił ich zatrzymać. Odgrażali się, że choćby niebo zaczęło im się walić na głowy, podtrzymają je kopiami.
Teraz, gdy po czterech w szeregu jechali wąskim traktem, wiatr igrał z zielonymi proporcami i szeleścił srebrzystymi liśćmi na pędach jabłoni osadzonych na kulbakach. Konie, potężne i wyszkolone do walki, stąpały równo i spokojnie, a towarzysze tkwili w siodłach w pełnym rynsztunku, jakby w każdej chwili spodziewali się ataku. Istotnie, droga wiła się tutaj pomiędzy stromiznami gęsto porośniętymi puszczą, w której bez nijakiego śladu mogło się zapaść kilka dobrych kop chłopa. Jednakże nawet jeśli się tam kryli, z pewnością nie pokwapiliby się do ataku na konną rotę, najznamienitszą w tej krainie i osławioną w licznych bojach tak dalece, że na sam jej widok nieprzyjaciel pierzchał precz.
Gdyby unieśli kopie, kołysałyby się nad nimi jak smukła, młoda drzewina – widok dawno nieoglądany w tych stronach, bo spomiędzy wszystkich autoramentów tego właśnie Pomorcy nienawidzili najbardziej. Jeszcze większe wrażenie czyniły proporce. Wtapiały się w zieleń lasu, soczyste i jaskrawe jak świeże liście. Na każdym z nich jak pociągnięte sadzą odcinały się żalnickie kroczące lwy.
Niżej było już tylko złoto, srebro i blask. Zbroje, bogate ponad wyobrażenie, z nieodzowną ością, biegnącą w poprzek piersi, żeby ostrza spis i koncerzy ześlizgiwały się z niej bez uszczerbku. Cętkowane skóry lampartów i rysi, narzucone na barki. Szyszaki przyozdobione czaplimi piórami. Pyszne, barwione purpurą ryngrafy na piersiach. Rzędy strojne srebrem i drogimi kamieniami, czapraki tkane błękitem i szkarłatem, jakoby przeznaczono je do świątynnych przybytków, nie zaś na końskie grzbiety. Wszystko lśniło, mieniło się w słońcu.
Ktoś za plecami Bogorii westchnął rzewnie.
– Synkowie nasi!
Szlachcic obrócił się gwałtownie.
– Kurwi synkowie – rzucił z pasją – co dla bujdy pozłocistej poszli do zdrajcy na służbę. Wrazi sobie jeden z drugim jabłoniowy chabaź w kuper, rad, że oto się w bohatera przemienił. Niedoczekanie! Pierwej im się te chabazie świeżym kwieciem pokryją.
Nikt się nie zaśmiał. Czterech szlachciców, wraz z Bogorią utajonych pomiędzy krzakami nad krawędzią zbocza, w zakłopotaniu odwróciło twarze. Dwóch pozostałych bez skrępowania gapiło się na przeciągający przesmykiem w dole hufiec.
Bogoria wykrzywił się kwaśno. Oczy miał nabiegłe krwią, podbite zmęczeniem.
– Czego ty od nich chcesz? – Szydło wzruszył ramionami. – Toć każdy jeno nogami przebiera, żeby tam swoich synaczków oglądać, przybranych w błyskotki i pobrzękujących jak żeleźniak łańcuchami na jarmarku.
– Et, nie starczyłoby złociszów w mieszkach! – Bogoria zaśmiał się rubasznie. – Wężymord nic darmo nie daje, ani w mordę nawet. Po mojemu tam każda szarża za sutą wioszczynę kupiona albo i lepiej.
– A wprzódy inaczej bywało? – Karzeł machnął ręką. – Animusz pański za darmo nie wzbiera, ani o suchym pysku.
Szlachcic z namysłem poskrobał się po głowie.
– Ich się nie lękam – oznajmił po chwili – jeno tamtych.
Istotnie, w dolinie po drugiej stronie Rogonoszy rysowali się już drabowie w brunatnej barwie Wężymorda. Szli ciasno, wedle porządku, nie mieszając szyku. Za nimi majaczyły chorągwie lekkiej jazdy, takoż przyozdobione żalnickimi lwami.
– Patrzajcie, jak to się Wężymordowi, psiej jusze, odmieniło. – Bogoria splunął pomiędzy paprocie. – Ledwo poczuł żar przy skórze, a już się niby liszka w lwią skórę okręcił i prawowitego żalnickiego pana udaje, jego znakiem w oczy kłuje.
– No, nie wiedzieć jeszcze, pod czyim zadkiem ten żar się w ogień rozpali – zadrwił karzeł. – Wedle mego rachunku kniaź ma po trzykroć więcej żołnierza, niźli wam się udało ściągnąć.
– Lezą, ścierwa, jak na weselisko – mruknął ogorzały na gębie szlachcic, niegdyś chorąży z wilczojarskiego zaciągu. – Ani jazdy bokiem nie posłali, coby się sprytnie rozpatrzyła.
– A czegóż mają się lękać? – Szydło wykrzywił się szpetnie. – Jaśnie księciu Koźlarzowi ryby już pewnie ślepia wyjadły, Twardokęsek własnym zbójectwem tak zaprzątnięty, że się na druhów w opresji nie obejrzy. Kto zatem Pomorckim drogę zastąpi? Lisy i borsuki?
– Borsuki to z takich bardziej wypasionych! – Bogoria z lubością poklepał się po kałdunie. – A i lisy zajadłe jak trzeba, czyż nie tak, mości Liszyco? – zwrócił się do wychudłego szlachcica po swej prawicy. – Znajdzie się tam u was jeszcze kieł ostry na Pomorca?
– Znajdzie i żelazny. – Panek pogładził rękojeść karabeli, którą na okoliczność podpatrywania nieprzyjaciela podłożył sobie pod brodę. – Już i pierwej pomorckiej juchy kosztował, a czego raz zazna, tego potem łaknie – dodał butnie.
Pozostali ze szlachty milczeli jednak, a na ich twarzach rysowało się zmieszanie. Bogoria zdawał sobie sprawę, że widok pomorckiej armii w pochodzie odebrał im ducha i żadne prześmiewki ani pokpiwania nie zatrą obrazu Świętego Hufca, maszerującego pod starodawnymi żalnickimi znakami. Panowie szlachta niby wiedzieli, że w tej batalii brat stanie przeciwko bratu, syn przeciwko ojcu, bo przecież wielu spośród sąsiadów i pobratymców, czy z chęci zysku, czy ze strachu lub w desperacji, przystało na służbę u Wężymorda. Jednak wcześniej, na Lipnickim Półwyspie i w Wilczych Jarach, gdzie wojna toczyła się od tuzina zim z okładem, wszystko wydawało się mniej prawdziwe. W co drugiej wioszczynie albo i na urzędzie siedział krewniak, wprawdzie opłacany z Wężymordowej szkatuły, ale wszak swe obowiązki względem pobratymców rozumiejący. Wrota tiurmy nocką odmykały się cudownym sposobem, żelazne kajdany same opadały z nóg. Rebelianci też bardzo baczyli, by w pogoni za pomorckim zagonem nie stratować swojakowi kapusty, a w potrzebie potrafili wspomóc go cząstką zrabowanego najeźdźcom dobra. I tak wszystko trwało, niezmiennie od wielu zim. Teraz jednak miało się odmienić i to nie na dobre.
– Las tutaj gęsty wokoło. – Liszyca podrapał się po brodzie. – Pewnikiem ichni zwiad pójdzie na zachód, żeby trakt na lipnicką stronę przepatrzyć i starą kapliczkę na zboczu Rogonoszy. Oby się wasi ludzie dobrze pokryli, mości Bogorio.



***



Pan Krzeszcz modlił się z głową nakrytą rąbkiem płótna. Nie potrzebował oczu, by widzieć, jak przeklęci przybliżają się ku nim ze wszystkich stron. Świat wokół chwiał się, chybotał, szukając oparcia i wydało mu się raptem, że góra pod jego stopami jest jak korab, który uniesie ich bezpiecznie ku kryjówce bogini. Tak, niezawodnie tak właśnie miało być. Wyczuł tę pewność w głosie bogini, kiedy odnalazła go znienacka na ścieżce ku Uścieży i wezwała w zupełnie inną stronę. On zaś pospieszył jakoby na weselisko, z tą samą ochotą, z jaką zawsze wypełniał jej wolę.
Bo to miała być próba. Ostatnia próba, która dowiedzie, że są godni zabić wiedźmę, która broniła ich pani przystępu na okrwawioną ziemię.
Nie bał się. Czyż nie był nagim ostrzem w jej ręce? Mieczem, który wyrąbie drogę poprzez zastępy zdrajców i niewiernych?


***



Krzywy Włokita z odrazą poskrobał się po karku. Ostatni raz doglądał wozów, ukrytych pomiędzy niską sośniną, sprawdzał ładunek i solidność klinów, które podłożono pod koła. Prorok nie lubił, kiedy coś szło nie po jego myśli. A w gniewie nie szczędził nawet najwierniejszych towarzyszy.
Krzywy Włokita bynajmniej do nich nie należał. Do sierotek przystał późno, dopiero u schyłku wiosny, kiedy w jego rodzinnych stronach na dobre rozgościła się czerwona zaraza. Uciekł z wyludnionej wioski z jednym syneczkiem, Kiełbieniem, przygłupim na dodatek, pozostawiwszy za sobą niepogrzebane trupy. Głód pchał go naprzód. Między ludzi, w murowane dworce, gdzie zawsze mogła się trafić okazja do napełnienia brzucha. Pod wiekową kapliczką – w gębie posągu nie dało się już dopatrzyć żadnych rysów, ani Bad Bidmone, ani Zird Zekruna – przyłączył się do pochodu pątników. Wieśniacy, biczyskami odganiający ofiary moru, bywali znacznie bardziej łaskawi dla bogobojnych wędrowców. W każdym razie na to liczył, kiedy, powłócząc z wyczerpania nogami, brnął wraz z innymi ku połyskującym cyną dachom klasztoru.
To, co wydarzyło się później – spieszna rzeź pomorckich kapłanów i ucieszne widowisko, które nastąpiło potem, kiedy grzebano ich w jabłoniowym sadzie – napełniło Krzywego Włokitę nabożnym wręcz podziwem. Bez oporu pozwolił, aby tłum podochoconych piwskiem sierotek zagarnął go i poprowadził do najbliższego pańskiego dworu. Szerokimi z zadziwienia oczami patrzył, jak pachołkowie, którzy próbowali zastąpić im drogę, w kilka chwil zostali posiekani. Z resztą też heretycy uporali się szybko. I żaden ogień nie spadł na nich z nieba, kiedy smagali przy gumnie szlachcica w portkach z czerwonego sukna.
Nic nie stało się również następnego dnia, kiedy złupili na dziedzińcu kupieckie wozy. Ani kiedy podłożyli ogień pod klasztorek brunatnych mniszek. Ani gdy na niewielkiej polanie wybili do nogi podjazd rebeliantów.
Samego proroka Krzywy Włokita oglądał z rzadka i z daleka. Nie garnął się do słuchania kazań, którymi zaczynano i kończono każdy dzień w obozowisku. Nie wyrywał mu z szat nitek, jak czyniły niektóre z kobiet w przekonaniu, że strzępki odzieży świętego męża strzegą przed zarazą i wszelką ziemską chorobą. Nie próbował się zasłużyć w jego oczach szczególną zajadłością, kiedy gromadzie udało się schwycić żywcem kilku panów albo pomorckich popleczników.
Właściwie nie zaprzątał sobie zbytnio głowy całą tą świętą wojną ani powtórnym przyjściem bogini. Grunt, że miał pełny brzuch. I wreszcie nie musiał się o nic troszczyć.
Trzymał się blisko koni i teraz, kiedy spomiędzy chaszczy spoglądał na maszerujące w dole wojsko, niepokoił się, czy jego syn zadba odpowiednio o dwie siwe kobyłki, które zeszłej nocy poodbijały sobie kopyta na trakcie. Trupów się nie bał. Zdążył się na nie wystarczająco napatrzeć, kiedy czerwona zaraza rozswawoliła się w jego stronach. Może właśnie dlatego wyznaczono go do tej roboty. Bo nie dopraszał się o nią, wcale nie. Ale skoro już padła na niego, zamierzał wykonać ją wedle swoich sił.
Wyczekał, aż prorok – a wyglądał dzisiaj zgoła po pańsku, niczym karmazynowy kogucik w srebrzystym żupanie, purpurowym kontusiku, czapce z czaplim piórkiem i wysokich butach z polerowanej skóry – da znak. Kiedy zaś to nastąpiło, ze spokojem usunął kliny spod kół. Wóz z turkotem potoczył się po zboczu, a za nim kolejne.
Krzywy Włokita przyglądał im się z namysłem, jak gospodarz na skraju ścierniska, oceniający swoją pracę.
Słońce świeciło mu prosto w oczy.


***



Wedle legendy Bad Bidmone wynurzyła się o poranku z toni rdestnickiego jeziora, świetlista i jasna jak jutrzenka. Zaledwie postawiła stopę na brzegu, słudzy miejscowego władcy postanowili ją pojmać i w pętach zaprowadzić do swego pana. Wówczas bogini uczyniła nieznaczny gest lewą, karzącą dłonią o sześciu palcach i spomiędzy mchów wystrzeliły w górę młode pędy jabłoni. Drzewka rosły i potężniały, a potem na oczach zdumionych pogan przemieniły się w ludzi, uzbrojonych rycerzy. Tak właśnie powstał Święty Hufiec, chluba Bad Bidmone i widzialny znak jej potęgi. Choć ożywieni z jabłoniowego drewna, jego wojownicy na zawsze zachowali już ludzki kształt. Z czasem osiedli w posiadłościach wokół rdestnickiego jeziora i spłodzili synów, dając początek najznamienitszym spośród żalnickich rodów. A ich potomkowie, którzy również jeździli w zastępie bogini, na pamiątkę praojców przyozdabiali swoje zbroje pędami jabłoni, wykutymi w srebrzystej blasze przez kowalskich mistrzów.
Żeby one tylko tak cholernie nie zawadzały przy zamachu, pomyślał kwaśno Rytar.
Nie miał wyboru. Skoro Wężymord postanowił odnowić Święty Hufiec, w Żalnikach zawrzało jak w ulu, kiedy się weń wrazi dobrze okopcony wiecheć. Oczywiście podkomorzy nie mógł pozwolić, by inni wyprzedzili go w wyścigu do zaszczytów i splendorów.
– Kiep, kto od nas mieniłby się godniejszym – oznajmił, z dumą głaszcząc się po brodzie.
W głębi ducha gryzł się jednak i martwił. Wieść o niecnym postępku babki, która, pobuntowawszy pół czeladzi, zemknęła do rebeliantów, mogła lada chwila dotrzeć aż na uścieski dwór. Z najmłodszego, durnego potomka zdołałby się jeszcze jakoś wytłumaczyć, wszak nic dziwnego, że dał się smark zbałamucić. Lecz w obłęd babki nikt nie uwierzy. Dlatego podkomorzy modlił się do wszystkich bogów, żeby krewka starowina wnet zdechła, oszczędziwszy mu wstydu i dalszych nakładów, gdyby, bogowie uchowaj, przydybano ją na zbójectwie. I musiał jak najprędzej zatroszczyć się o pierworodnego.
Do tej pory Rytar tylko zbijał bąki. Niby jakąś chorągiew dla Wężymorda prowadzał, ale po prawdzie więcej było z tego smrodu niż pożytku. Bo chłopak nie wdał się w rodziciela. Babka mawiała z przekąsem, że nosząc go pod sercem, matka musiała się niezawodnie na woźnego zapatrzyć albo inszego jurystę. Nie wrzała w nim fantazja, z jaką miejscowe niedorostki zasadzały się przy trakcie na przejezdnych kupców, tłukły po mordach chłopstwo i pchały się pod Jastrzębcową komendę, aby w zacnej kompanijce pohulać sobie wreszcie i pogrzeszyć do woli. Rytar, przeciwnie, do ksiąg się garnął i każdy krok po trzykroć szacował.
– Jak jakiś serowar albo byle kuśnierz – śmiała się babka, złośliwie spozierając ku mości podkomorzemu, który w takich chwilach odymał się na gębie i czerwieniał jak indor. – Oj, nie z naszej krwi idzie podobna ospałość i pierzchliwość. U nas w rodzie każdy chłop był jak płomień: co w sercu, to na języku, a w ręku szabla goła. No, ale nie wiedzieć, kto się tam u was, ziętaszku umilony, w pergaminach skrywa.
Matka Rytara tymczasem płakała po kątach w obawie, żeby syn z nadmiaru wilgotności w umyśle w melancholiję nie popadł albo i, uchowajcież bogowie, w szaleństwo. Sprowadzała nawet do dworu medyków, którzy zaordynowali upust krwi dla oczyszczenia panicza i pozbycia się złych waporów. Kuracja okazała się zawodna, bo w dwa dni po niej znów przydybała pierworodnego z jakimś nadpleśniałym pergaminem w ręku. Wezwano zatem następnego doktora, a potem jeszcze jednego, aż wreszcie nieszczęsny młodzian pojął, że pierwej wykrwawi się jak wieprzek niźli jego czcigodna rodzicielka zrezygnuje z prób ocalenia mu życia. Dlatego nie burzył się, kiedy ojciec postanowił go wyprawić do Uścieży.
Zresztą i tak nikt by go nie słuchał.
Właściwie wygnanie na dwór Wężymorda miało i swoje dobre strony. Tutaj nikt nie dybał na niego z nożykiem do otwierania żył, a wielka biblioteka w północnym skrzydle cytadeli stała otworem. Co więcej, często zaglądał tam sam kniaź, zatem brzydka skłonność synalka, która niegdyś stanowiła w oczach rodzica skazę na honorze rodziny, obecnie wydawała się jakby bardziej znośna. I tylko niekiedy ojciec błagał w listach, żeby się Rytar, chociażby z musu, upił w towarzystwie kamratów i zgrał do nich w karty, bo inaczej przylgnie do niego miano skąpca i mizantropa. Powołanie Świętego Hufca okazało się odpowiedzią na modły pana podkomorzego także i w tym względzie, bo w oddaleniu od ukochanej biblioteki chłopak pił i hulał jako reszta.
Ale kiedy Rytar jechał teraz w promieniach wiosennego słońca, całe połyskliwe i zbrojne ochędostwo na grzbiecie gryzło go i uwierało jak nieczyste sumienie. Wiedział, że większość jego towarzyszy nigdy dotąd nie oglądała krwawego pola. Ich szkolenie trwało nie dłużej niźli cztery niedziele – dość, by zapamiętali swoje miejsce w szyku i nauczyli się umocować kopię w tulejce. Jednak niewiele więcej.
Nic nie uzasadniało wystawienia Świętego Hufca jako przedniej straży. Zwłaszcza tutaj, na przedpolu Wilczych Jarów, gdzie w każdym wykrocie należało się spodziewać zasadzki.
Zastanawiał się, czy nie zdradzić się ze swoimi wątpliwościami przed rotmistrzem. Ale Pociej był tak wzruszony, tak dogłębnie przejęty powierzoną mu misją, że Rytar nijak nie potrafił zepsuć starowinie radości. Gryzł się zatem i dręczył w samotności, osobliwie odkąd szpica armii weszła głęboko w gardziel Rogobodźca, skąd wąskim przesmykiem mieli się przedostać prosto ku Wilczym Jarom.
I moim ziomkom, pomyślał, zwilżając czubkiem języka popękane wargi. Spomiędzy tych, z którymi nadmuchiwał żaby dymem i podkładał zaskrońce w kaplicy świątobliwych panienek, przemożna część zbiegła do rebeliantów. Miał nadzieję, że nadejście pomorckiej armii natchnęło ich puste łepetyny tą prostą myślą, że należy siedzieć w krzakach, póki się wszystko nie uspokoi. Zdążył jednak poznać szczerych wilczojarskich patriotów wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że nie przepuszczą okazji do godziwej awantury. Po prostu nie leżało to w ich naturze.
Oby tylko ojcu udało się na czas przydybać Nieradzica, pomyślał. Byłoby żal smarkacza.
Uniósł głowę i gdzieś między daszkiem a nosalem mignął mu zarys zrujnowanej kapliczki na szczycie Rogonoszy. Przez moment miał wrażenie, że coś poruszyło się wysoko na zboczu, pomiędzy chaszczami. Obiecał sobie solennie, że gdy tylko staną wieczorem na popas, wedrze się do namiotu Pocieja i wymoże na nim, by odtąd szerzej rozsyłał zwiady. Ktoś powinien siedzieć na górze i pilnować traktu. Nawet jeśli Koźlarza wymiotło precz, prędzej czy później wilczojarscy na nas skoczą, pomyślał. Choćby grupa pijanych młokosów. Choćby dla zabawy.
Nagle jego uwagę przykuł jeszcze jakiś ruch tuż nad traktem, między niską sośniną.
Zaraz potem na drogę wpadł pierwszy wóz, wlokąc za sobą kamienistą kurzawę i odór śmierci.


***



Kiedy na czele pochodu podniósł się kurz, wielmożny Pociej pchnął naprzód konia. Jego przyboczni rzucili się oczyszczać drogę dla dowódcy, bo towarzysze już łamali szyk, chcąc dojrzeć, jaka też nowa uciecha im się przytrafiła. W innych okolicznościach komendant zapewne skarciłby ich z tym samym dobrotliwym uśmiechem, z jakim pozwalał im biesiadować do białego rana i rezygnował z dodatkowego obwarowania obozu. Za to go przecież kochali, tego siwowłosego starca, który był dla nich łaskawszy i bardziej cierpliwy niż ojciec.
Teraz jednak Pociej pędził na oślep, płazując po grzbietach tych, którzy nie mieli dość rozumu, by na czas uskoczyć mu sprzed konia. Nigdy nie należał do zauszników starego kniazia, choć z racji urodzenia przynależało mu miejsce u jego boku. Ale mierził go Smardz i jego drobne krętactwa. Zamiast rwać się do synekur i skarbów, wolał Pociej siedzieć w kniei, biesiadować w gronie zacnych kamratów, z oszczepem chadzać na niedźwiedzia i mile podłechtany miodem, przysłuchiwać się graniu żab na groblach. Miał, czego tylko dusza zapragnie. Dostatek, stateczność w oczach ludzi, a nade wszystko święty spokój.
Który mu Wężymord brutalnie zakłócił, powoławszy Święty Hufiec.
Byłby się może z niego Pociej jakoś wykręcił, choćby i ściągając na siebie kniaziowską niełaskę, na przeszkodzie stanęła mu wszakże droga połowica. Skrupulatna we wszelkich niewieścich obowiązkach powiła małżonkowi pięciu chłopaków i półtuzin córek na dodatek. A fortunka, choć zacna, kurczyła się przy kolejnych ożenkach jak ziarno rozdziobywane przez kury.
– Pójdziesz! – Pani Pociejowa migiem rozstrzygnęła wątpliwości męża. – Oczywiście, że pójdziesz! – Stuknęła w stół kopystką, którą właśnie skończyła mieszać kluski. – Ech, trzeba będzie klasztor dla Zird Zekruna wyszykować, żeby mu się za tę łaskę wywdzięczyć.
Pociej zmarszczył wtedy brwi. Nigdy nie nadążał za jej bystrym umysłem, szybką mową i nieustanną krzątaniną, która sprawiała, że od samego widoku bełtało mu się we łbie. Posłuchał jednak, bo przez całe życie podążał za nią z łagodnością wielkiego zwierza, który tak przywykł do łańcucha, że już go nawet nie czuje.
Ale teraz był skazany tylko na siebie.


***



Stojący na wzniesieniu tuż przed wejściem do przesmyku Surmistrz z trudem skrył grymas satysfakcji. Formacja Pocieja rozsypała się jak garść słomy zdmuchnięta wichrem z klepiska. Wcale im nie pomogły pokraczne srebrzyste zbroje. Nic dziwnego. Surmistrz dobrze pamiętał, jak swego czasu wyrzynali ich właścicieli całymi tuzinami. Bo kiedy Wężymord poprowadził frejbiterów na niewiarygodną wyprawę w głąb kraju, od tylu zim budzącego w nich grozę, weszli w tę ziemię jak nóż w masło. Surmistrz, którego pradziada trzy pokolenia wcześniej ofiarowano na mierzwę dla żalnickiej bogini, przypominał sobie, jak zatrzymywali się przy świątyniach i klasztorkach Bad Bidmone, a potem w zapamiętaniu rąbali toporami uparte pnie i ściągali je na wielki stos; iskry biły wysoko ku niebu, jemu zaś zdawało się, że każda jest duszą jednego z brańców, uwolnioną wreszcie spod władzy Kwietnej Panny.
Lecz im mocniej zanurzali się w tę niezwykłą, nabrzmiałą od lata krainę, tym bardziej gniew Surmistrza słabł. Ziemia chciwie wchłaniała krew i popiół porastał trawą. Jeszcze przed pierwszymi przymrozkami Wężymord nadał mu włości, daleko przy skalmierskiej granicy.
– Będziesz uprawiał winorośl – powiedział, a w jego oczach połyskiwało błękitne niebo i moc Zird Zekruna. – I będziesz moim nagim mieczem dla tej ziemi.
Surmistrz, który prowadził prawe skrzydło w bitwie pod Lutomierzem i rozgromił dla Wężymorda zbiegłe z Rdestnika niedobitki Świętego Hufca, bez słowa skinął głową, po czym zebrał swych ludzi i wyruszył w drogę, zanim na kopytach końskich zakrzepło błoto z poprzedniej wyprawy. Nie żałował. Dobiegał zaledwie kresu drugiego tuzina zim – wszyscy byli wówczas tak szaleńczo, nierozważnie młodzi – lecz większość dorosłego życia spędził na wędrówce, w łodziach zalewanych słoną wodą, wymykając się na skalistych ścieżkach pogoni lub pędząc do okrętu zrabowane owce.
Wtedy poszedłby za Wężymordem na koniec świata – i tak właśnie uczynił, podobnie jak wielu jego druhów, którzy pewnego letniego ranka usłyszeli, po co naprawdę wyruszyli do Rdestników.
– Otworzą nam bramy, a kiedy tylko wjedziemy na dziedziniec, uderzymy na nich – mówił Wężymord. – Nie będą się niczego spodziewać.
Obozowali nad jeziorem: nad wodą unosiła się poranna mgiełka i w głębi trzcin słyszał buczenie bąków.
– A bogini? – zapytał ktoś, nie Surmistrz.
Wężymord nie poruszył się. Ci, którzy siedzieli wówczas w namiocie, należeli do jego najbliższych towarzyszy i wiedzieli już, co się wydarzyło przy źródle jasnej wody Ilv. Jednakże jego zuchwałość nawet ich przyprawiała o zawrót głowy.
– Bogini jest ścierwem – odparł beznamiętnie. – Tak samo jak wielu tych, którzy jej służą. Nie trapcie się nią. Nie musicie się lękać Bad Bidmone.
Dopiero kiedy Zird Zekrun wystąpił przed nich w płonącej twierdzy i odrzuciwszy kaptur, zszedł w podziemia pod przybytkiem bogini, Surmistrz zrozumiał, że Wężymord zaplanował wszystko i obmyślił co do joty. Ale wtedy, nad jeziorem o tafli poznaczonej kręgami grążeli i lilii wodnych, po prostu chciał mieć udział w jego szaleństwie.
– Przyjęliśmy srebro żalnickiego kniazia – zaczął znów ktoś, ten sam, który obawiał się Bad Bidmone. – I przysięgaliśmy...
Choć ani najstarszy, ani najbardziej doświadczony, Surmistrz obrócił się naówczas ku tamtemu i wycedził przez zaciśnięte zęby:
– Komu? Komu przysięgałeś, głupcze? Czy nie tym, których serca krzyczą spomiędzy korzeni jabłoni?
To było ich zawołanie, znak kreślony palcem na powierzchni wody, kiedy jeszcze nie ośmielali się podżegać przeciwko Żalnikom w portowych karczmach i na thingach. Serca uwięzione w korzeniach drzew. I w mroczne grudniowe noce niejeden słyszał, jak krzyczą do niego duchy przodków, nieopłakanych i nieoczyszczonych w płomieniu. Tak się zawsze działo na północy. Zemsta nie blakła wraz z odchodzącymi pokoleniami, utrwalała się raczej i ciemniała, jak stare znaki wycięte na belkach nad paleniskiem.
Dlatego poszli za Wężymordem, choć wydawał im się obcy i budził lęk. Zausznik Zird Zekruna. Ziemskie ramię boga, utkane z krwi, kości i bólu.
I kiedy wreszcie zwyciężyli, żaden z pomorckich dowódców nie mógł się uskarżać na skąpstwo wodza, a wioski, miasta i ogromne włości rozpościerały się przed nimi, czekając na nowych panów. Nastał czas cudów, o jakich nawet nie marzyli, żując zimową, suszoną rybę w niskich, okopconych dworzyszczach na czarnych skałach Pomortu. Wszystko było możliwe. Wszystko znalazło się w zasięgu ręki.
A jednak ta ziemia, podbita i rozwarta przed nimi na oścież, znalazła sposób, aby ich okiełznać.
Aby nami zawładnąć, poprawił się w myślach. My, którzy byliśmy ludźmi północy, staliśmy się ludźmi południa.
Nie chodziło tylko o miód, pszeniczny chleb i obfitość zwierzyny. Nie o srebrny łańcuch, który zwieszał mu się teraz z karku, ani o rubinowe guzy przy żupanie. Nie o konie, sprowadzane z turzniańskich targowisk, ani przejrzyste roztruchany, w których połyskiwało ciężkie skalmierskie wino. Jego krzepkie, nawykłe do postów i trudów ciało mogłoby się bez tego obyć, zamienić kosztowną, podbitą sobolem delię na prosty płaszcz z foczej skóry. Tego był pewien. Wciąż potrafiłby trzymać w ręku wiosło i pożeglować z wiosennym wichrem w głąb Wewnętrznego Morza. Nie potrzebował wiele.
Lecz gdzieś po drodze stara nienawiść zdążyła się wypalić i zblednąć.
Wbił wzrok w skłębione kształty, które teraz doszczętnie wypełniły już przesmyk pomiędzy zboczami. Pośrodku ciżby zapewne tkwił Pociej, bezradny jak zwykle. Surmistrz syknął przez zęby. Nie po to wykrwawiał się pod Rdestnikiem, pod Lutomierzem i pod Karlim Borem, żeby dziś osłaniać spasłego durnia, sługę jabłoniowej dziwki. Owszem, musiał go cierpieć przy sobie, skoro taka była wola Wężymorda. Ale nie zamierzał za niego walczyć.
Jego pierwszym rozkazem w nowych włościach było wycięcie wszystkich jabłoni. Nigdy nie pozwolił posadzić nowych, choć przysięgano mu, że od dawna nikt już nie podkłada pod ich korzenie ludzkich serc.
– Co czynić, panie? – odważył się szepnąć najmłodszy z przybocznych, jasnowłosy chłopak z wargą ledwo co pokrytą pierwszym zarostem.
Któryś z towarzyszy cmoknął ostrzegawczo. Surmistrz miał ciężką rękę, jeśli ktoś odzywał się niepytany.
Dziś jednak komendant był w wyśmienitym humorze. I dodatkowo poprawiał mu go każdy jeździec Świętego Hufca, który walił się w pył pod ciężarem spadających kamulców.
– Jak to co? – odparł z krzywym uśmiechem. – Niechże Pociej wreszcie wygniecie to hultajstwo.
Ci, co stali najbliżej, z niedowierzaniem słyszeli, jak wesolutko pogwizduje przez zęby, podczas gdy masakrowano przednią straż jego armii.


***



Kiedy pierwszy z wozów runął na trakt tuż przed czołem pochodu, Rytar odruchowo wyciągnął kopię z wytoki. Żadna komenda jednak nie padła. Kilku towarzyszy próbowało się cofnąć, lecz z tyłu napierali już inni, ciekawi, jakąż nową rozrywkę dla nich naszykowano. Rozbawienie trwało parę uderzeń serca, nie dłużej. Zaraz bowiem stoczyły się między nich kolejne furgony, miażdżąc grupy rycerstwa i zbijając je z siodeł.
Czy to już teraz? – przemknęło Rytarowi przez głowę. Czy to naprawdę dziś?
Lecz nadal znikąd nie widział napastników.
A jeśli będzie między nimi Nieradzic? – pomyślał. Jeśli nie zdążę go rozpoznać?
Z góry spadł jeszcze jeden wóz, ósmy albo dziewiąty.
– Zaraza! – wrzasnął ktoś na całe gardło. – Pomiłujcież, słodcy bogowie!
Zaledwie dwie długości konia przed Rytarem fura przechyliła się na bok, zrzucając upiorny ładunek. Kamulce jęły wypadać z chrzęstem, a za nimi sypnęły się trupy, opuchłe już i spotworniałe. Jeden z nich – niewieści, bo przyodziany w bury serdaczek i płócienną spódnicę – potoczył się aż na kępy mchu.
Koń pod Rytarem drżał i tupał z przestrachu, kiedy jej dłonie zatrzymały się o łokieć od niego. Twarz miała poznaczoną czerwonymi, krwawymi cętkami. Zwiastunem moru.


***



– Teraz! – usłyszał za sobą Krzywy Włokita. – W imię bogini uderzajcie!
Wokół niego tuziny sierotek podrywały się spomiędzy chrzęśli. Bose stopy tłukły w potężne kamulce, okrwawiały się o żwir, zalegający tutaj w każdej nierówności. Potykali się, walili między głazy, i znów podrywali do biegu. W tamtym dniu, na stokach Rogonoszy chyżość była ich modlitwą, darem uniesionym w wyciągniętych rękach ku bogini. Nic więcej się nie liczyło. I tylko młoda sośnina skłaniała ku nim gałęzie, smagała ich po głowach i ramionach, jakby chciała na chwilę zatrzymać ich i spowolnić w tym pędzie, póki są jeszcze bezpieczni, póki tamci na dole nie ocknęli się i nie zrozumieli, co ku nim nadchodzi.
W górze zaśpiewały piszczałki. Włokita zawtórował im pełnym uniesienia wrzaskiem. Osadzona na kiju końska szczęka klekotała prześmiewczo.
Niżej pierwsze sierotki wbiegały już na trakt. Słońce grało na żeleźcach halabard, po ostrzach berdyszy, pik i kos bojowych ześlizgiwało się promieniami w dół, pomiędzy pył i kamienie, które wkrótce oblekły się w rdzawą barwę. I tylko je miał Włokita przed oczami, kiedy stok urwał się nagle pod nim, a nogi wyprysnęły w górę, bezładnie młócąc powietrze.
Krwawe błoto, z którego bogini ulepi nowy świat.
Coś zakłuło go w piersi. Może przeczucie ostrza, któremu wybiegł na spotkanie.


***



– Nie! – wykrzyknął Zird Zekrun i jego bezgłośny wrzask natychmiast odarł Mroczka z wszelkiej woli.
Ciemność, która tuż wcześniej wydawała się pusta i bezpańska, napęczniała gwałtownie obecnością boga i wszystkie jego myśli zogniskowały się w odległym obrazie bitwy.
Późno. Za późno.
Strzały wyprysły już z łuków i nic nie dało się zatrzymać.


***



Rytar ciął instynktownie, bo i brakło czasu na kalkulacje. Pałasz wszedł w ciało posuwistym ruchem, nabytym podczas godzin ćwiczeń pod okiem rodziciela, fechmistrzów, a nade wszystko babki, która była nauczycielem surowszym od innych. I suchy kmiotek z wytrzeszczonymi oczami i gębą nabrzmiałą od wrzasków zwalił się gdzieś pomiędzy kopyta, ścichł wśród kwików zwierząt i ludzkiego wycia.
Tyle że w jego miejsce natychmiast pojawił się następny. Dźgnął czubkiem szydła, sięgając ku powęzowi, w miękkie końskie podbrzusze. Zwierz stęknął, spłoszony, i uskoczył, o włos mijając ostrze. Rytar krzyknął – ni to w przestrachu, ni w proteście – i uderzył z zamachu napastnika. Chłopina, chyba zręczniejszy od pierwszego, a może lepiej wyćwiczony w grasantce, zwinął się w sobie i uchylił się. Nie uciekał jednak. Wparł się piętami w stratowaną ziemię i uchwycił oburącz szydło, żeby zastawić się przed ciosem. Rytar zaśmiał się sucho – dźwięk, jaki wyszedł mu z gardła, przypominał raczej szczeknięcie i zaraz zniknął wśród wszechobecnego łoskotu. Chłopak zawinął pałaszem. Brzeszczot, hartowany przez kowalskich mistrzów jeszcze w czasach, gdy Kii Krindar chadzał pomiędzy śmiertelnikami, rozpłatał drzewce jak pergaminową błonę i aż po próg zagłębił się w ciało.
Nie zdążył go wyszarpnąć, kiedy czyjeś ręce wczepiły mu się w strzemię. Dziewczynka szarpała go z całej siły, usiłując ściągnąć z siodła. Oczy połyskiwały gorączką w chudej, wynędzniałej twarzy. Zawahał się. Na moment oderwał od niej wzrok, szukając ponad traktem jasnego szyszaka dowódcy.
Wszędzie wokół, jak fala plugastwa, roili się starcy w porwanych siermieszkach, nędzarze z kiścieniami, kobiety noszące na ciałach znak moru. Owszem, przy wilczojarskim gościńcu z dawna pętały się gromady oberwańców, grabieżą i żebractwem nękając podróżnych. Nigdy jednak nie śmieli występować z taką zaciekłością. Chłopak nie pomniał, żeby kiedykolwiek zastąpili mu drogę, nawet jeśli wracał z gospody bez czeladzi i spity na umór.
Nie dojrzał ani Pocieja, ani regimentarskiej chorągwi. Towarzysze rozproszyli się pomiędzy pogruchotanymi wozami, na własną rękę usiłując ujść tej czerni, która kłuła ich i ogryzała jako psi niedźwiedzia.
A przecież tam w tyle szła cała potęga Wężymordowej armii. Surmistrz musiał już wiedzieć o ataku. Z pewnością ktoś przebił się do niego z wieścią. Choćby pojedynczy człowiek. Lecz trąbki regimentowe milczały i zniknął gdzieś znak Pocieja z nieodzownym żurawim skrzydłem, symbolem czujności, oraz pękami białych i zielonych wstęg. Więc każdy walczył z osobna, jedynie ze swoją śmiercią u boku, nie dbając o resztę.
Raptem ból ściągnął wzrok Rytara w dół.
Dziecko wbiło mu nóż w łydkę.
Nigdy później nie umiał sobie przypomnieć, co się stało. Cios zatarł się w jego pamięci, podobnie jak krzyk i krew rozlewająca się nagle po zmizerowanej twarzy. We wspomnieniu pozostał tylko trzask kości, upiorne mlaśnięcie, kiedy kopyta konia zagłębiły się w ciele dziewczynki i na zawsze popchnęły je niżej, pomiędzy kamienie i błoto.
Tymczasem kmiotkowie zewsząd nadbiegali. W baranicach i skórzanych kaftanach, w watowanych kubrakach i zwykłych koszulinach parli ku rycerzom. Niepomni na ciosy, opadali ich po dwóch, po trzech, halabardami ściągali z siodeł, dźgali włóczniami brzuchy wierzchowców, kiścieniami gruchotali twarze jeźdźców. Niektórzy nie mieli nic, nawet masłaków z końskiej szczęki osadzonej na gibkim drzewie. Lecz nawet ci nie wahali się, nie zostawali w tyle. Chwytali zbrojnych gołymi rękami, ciągnęli ich za końskie czapraki, za rozety na podpiersiach, za strzemiona. I zaraz znikali, rozsiekani, rozniesieni na ostrzach.
Na prawo od Rytara drab w baranicy poderżnął gardło jednemu z towarzyszy ze Świętego Hufca. Mizerykordia jak połyskliwa żmijka wślizgnęła się poza krawędź kirysu i zaraz wypełzła, tocząc za sobą strużkę zdradzieckiej czerwieni.
– O Kwietna Pani – jęknął Rytar, patrząc na pogruchotane resztki srebrnych gałęzi, oplatające ramiona tamtego. – O słodka Bad Bidmone.
Tyle że tamci w górze również wzywali Bad Bidmone.


***



– Cofnąć się! – Pociej darł się tak, jakby mu gardło miało zaraz pęknąć od wrzasku, i z trudem usiłował zapanować nad przerażonym wierzchowcem. – Cofnąć się, ścierwa, bo pozabijam!
Szabla wypadła mu z ręki. Paliły nieosłonięte szyszakiem policzki, żółć podchodziła do gardła. Toczył wokół wzrokiem, szukając w powietrzu zarazowych szypów, które niezawodnie zaczęły już zbierać żniwo spośród jego towarzyszy. A w umyśle kołatała mu się tylko jedna myśl. Uciec stąd. Jak najprędzej. Gnać przed siebie, póki pęd i wicher nie wywieją mu spod powiek widoku tych opuchłych, spotworniałych trupów.
Aliści w zamęcie wszyscy skłębili się i zwarli ze sobą. Parł więc na oślep pomiędzy resztkami wozów, głazami, spod których wystawały martwe i dogorywające ciała, płatami potrzaskanych zbroi, kwiczącymi z bólu końmi oraz innymi jeźdźcami, co równie rozpaczliwie jak on usiłowali wyrwać się, byle dalej. Przez głowę przelatywały mu ułomki obrazów. Kopystka w ręce żony. Zatroskana twarz Bad Bidmone na starym, przenośnym ołtarzyku. Jasna czupryna syna nad szkatułą, wybitą wewnątrz purpurowym aksamitem. Śliska błona wokół świeżo narodzonego źrebięcia.
Ani się spostrzegł, jak wyrosła przed nim zapora z ostrzy.
– Dokądże to, serdeńka? – Dowódca pomorckich pikinierów wystąpił nieco przed szereg. Na jego zarośniętej gębie rysował się drobny, pełen satysfakcji uśmieszek. – Jaśnie wielmożny pan Surmistrz nakazał, byście wydusili hultajstwo, a ordynansów dowódcy trza słuchać. Tedy dopilnujem, byście wysłuchali. Co do joty. I podyrdacie jeden z drugim na górę, choćby wam sama Morowa Panna drogę zastąpiła. Dalejże, ścierwa! – Bodnął ostrzem w pierś najbliższego wierzchowca. – Hajda na wroga!


***



– Co to jest? – Wilczojarski chorąży porwał się za resztki podgolonej czupryny. – Co się tam dzieje?
Z kłębowiska w gardle przesmyku wypadali pojedynczy jeźdźcy i zaraz walili się pomiędzy sośninę, rozsieczeni przez gromady hultajstwa.
– Jakże tak bez ostrzeżenia? – bełkotał dalej chudy szlachcic. – Gdzie nasi ludzie? Nasze zwiady?
Bogoria prychnięciem zbył troskę o los wysłanych do starej kapliczki rebelianckich przepatrywaczy. Nie żyli, to pewne, wybici co do nogi przez rozwścieczoną tłuszczę. Powinienem to przewidzieć, pomyślał gorzko, i zastawić ścieżki. Ani chybi czerń przekradła się od wschodu, przez bagniska. Pomorzec tamtędy nie pójdzie, zbroje wciągną ich w trzęsawisko i groble rozstąpią się pod ciężarem taborów. Lecz chłopstwo, zwłaszcza tak zajadłe, przejdzie choćby i po wodzie.
Nie rozumiał tylko, dlaczego nie nadciąga odsiecz. Pomorcki dowódca musiał już dostać wieść o napaści. Dlaczego wciąż zwlekał?
I wtedy zza zakrętu wyłoniła się tylna część Świętego Hufca, ta, która zrazu zdołała wymknąć się z pułapki. Spychana wprzód przez zaporę pomorckich pikinierów, skierowała się na powrót ku skalnemu przejściu, na poły zablokowanemu już przez zmiażdżone wozy i trupy.
Zagrały trąbki. Bogoria w osłupieniu patrzył, jak resztki regimentu zbierają się wokół znaku dowódcy. Zielone i białe wstęgi połyskiwały w górze na urągowisko.
– Co się tam dzieje? – powtórzył głosem krzywdzonego dziecka chorąży. – Na boginię, co się tam dzieje?
– A co się ma dziać? – wycedził przez zęby Bogoria, czując, jak złość zaczyna podnosić mu włosy. – Będą teraz Pomorcy patrzeć, jak się nasi nawzajem mordują. /div>


***



Kiedy trąbki regimentarskie zagrały, Rytar pochylił na chwilę głowę, czując, jak coś – krew albo pot – zalewa mu oczy. Dawno temu postradał srebrne gałęzie, podobnie jak większość ozdób na uprzęży. I z coraz większym trudem opędzał się od czerni. Już nie atakował, nie zmuszał konia do szybkich wypadów czy zwrotów. Teraz tylko parował ciosy, za wszelką cenę starając się utrzymać w siodle. Bo upadek znaczył śmierć.
Jeźdźcy trzymali się blisko siebie – części udało się pokonać pierwszą panikę i zewrzeć szyk pomiędzy potrzaskanymi pojazdami i kopczykami trupów, tych obrzmiałych od zarazy i tych, w których życie nie skrzepło jeszcze na dobre. Wokół resztek Świętego Hufca utworzył się wir, najeżony ostrzami halabard, pik i rohatyn, kłapiący ku nim hardo zębami końskich szczęk i bojowych cepów. I raz po raz ten wir wyrywał któregoś z towarzyszy, unosił się i spiętrzał ponad ciałem, a potem wypluwał je gdzieś na skraju gościńca, nieruchome już i pozbawione życia.
Dlatego wszystkie spojrzenia pobiegły ku regimentarskiemu znakowi i ku chorągwi, a gdy wśród odsieczy mignął też jasny szyszak dowódcy, z gardeł ozwał się ryk:
– Wiwat mości Pociej! Wiwat regimentarz!
A stary wielmoża sunął ku nim, rozsiewając srebrny i złoty blask. I cała bitewna wrzawa, cała ta rozjuszona nędza przycichła raptem wokół Rytara, jakby wszystkich poraziła wspaniałość, co biła od powracającego hufca. Przez okamgnienie chłopak miał nadzieję, że chłopi opamiętają się teraz i rozpierzchną jak zwyczajna kupa złoczyńców, którzy zobaczą na gościńcu starościńską czeladź. Ale nie. Wir znów zawrzał, po czym jak fala rozstąpił się przed nacierającymi. Część uciekła z traktu nieco wyżej, pomiędzy skałki, inni schronili się wśród resztek wozów. I przez moment te dwie masy ludzkie trwały naprzeciw siebie, przyczajone w oczekiwaniu.
Potem trąbki regimentarskie znów zagrały. I blask zgasł. Czar rozwiał się, pozostawiając niedobitki przedniej straży oko w oko z tą prostą prawdą, że odsieczy nie będzie. Pomorcki komendant nie myślał marnować sił dla rozproszenia garści pobuntowanej gawiedzi. Może zresztą stały za tym i inne pobudki, oparte o ostrza pomorckich pikinierów, którzy kroczyli murem za plecami Pociejowego oddziałku. Może wcale nie chodziło o czerń ani o trupy ofiar moru, zalegające na pobojowisku.
Dlatego kiedy Rytar odczytał z melodii komendę, poczuł, jak krwawa wilgoć zastyga mu na twarzy. Wodze wypadły mu z dłoni. Lecz rumak, od źrebięcia szkolony w jeżdżeniu przy ziemi, kolano przy kolanie, płynnie wpasował się w szyk.


***



– Jakże...? – Wilczojarski chorąży poderwał się na równe nogi i całą swoją osobą, całą mocą wychylił się ku krwawemu widowisku w dole. – Po cóż?
Nikt nie zwracał na niego uwagi. Nawet Bogoria milczał, niepomny, że w każdej chwili ktoś może ich spostrzec ponad krawędzią urwiska. Trąbki grały bowiem nieubłaganie, powtarzając komendę. Rozumiał wyśmienicie jej sens, podobnie jak każde pacholę z wilczojarskiego dworca. I krew natychmiast wzburzyła się w nim w odpowiedzi na wezwanie.
– Naprzód! Naprzód! – wołały surmy.
– Bij! Zabij! – odpowiadały im wierzchowce, tłukąc w błoto kopytami i rozdymając chrapy.
Tyle że tu nie było miejsca, żeby rozwinąć szyk i nabrać pędu. Nic nie było. Nawet dowódcy, który potrafiłby przyjąć na ramiona brzemię hańby i ocalić resztki swoich ludzi, skoro bitwa i tak była już przegrana.
– A może by tak skoczyć? – zapytał szeptem pan Liszyca. – Mrowie ich, lecz i nas niemała kupa. Zmożem.
Bogoria nadal milczał, patrząc na rozpaczliwą, żałosną szarżę, która od razu rozprysła się i ugrzęzła wśród głazów i wozów. Jasny szyszak dowódcy – oby bogini pokarała jego nędzną duszę, czego szlachcic mu serdecznie życzył – zniknął na samym początku, pokryty warstwą baranic i steranych kubraków. Pyszna chorągiew z kroczącym lwem kołysała się jeszcze przez moment. Skupieni wokół niej jeźdźcy wyglądali jak piaszczysta łacha, zewsząd podmywana przez rzekę.
– Mości Bogorio! – Ktoś szarpnął go za rękaw. – Miejcież boginię w sercu. Wciąż czas.
Przymrużył oczy. Z przeraźliwą ostrością widział wybielonego trwogą chłopaka – szyszak zsunął mu się z głowy, odsłoniwszy jasną czuprynę – jak kuli się i pada pod ciosami bojowych cepów. Chłopy tłukły rzetelnie, z gorliwością gospodarzy, którym udał się plon. Nieopodal inny jeździec darł pazurami murawę, zbyt poturbowany, żeby się zdołał o własnych siłach dźwignąć i wyrwać oprawcy. Na piersi siedziała mu krzepka baba i długim ostrzem macała pomiędzy folgami zbroi, usiłując się dobrać do żywego mięsa. A kawałek dalej któryś z towarzyszy, zapewne śmiertelnie ranion, bo trząsł się w siodle i podrygiwał jako wór fasoli, pchnął wierzgającego konia przeciwko dwóm kmiotkom z bliźniaczymi rohatynami w dłoniach. I zaraz wierzchowiec padł, zwalił się na bok z brzuchem rozpłatanym kosą. Jego pan kopnął jeszcze ze dwa razy powietrze, po czym zniknął, przesłonięty przez innych.
– Przyzwólcież, mości Bogorio! – syknął mu prosto w ucho pan Liszyca. – Wszak synków naszych mordują!
Bogoria wzdrygnął się jak zwierz, kiedy go znienacka zmacać oszczepem pod żebro. Poczuł na twarzy badawcze spojrzenie Szydła. Karzeł przywarł niziusieńko w trawie, lecz nie pochylał się wraz z pozostałymi ku bitwie. Całą jego uwagę zaprzątał Bogoria. I wcale się nie krył z zainteresowaniem, za jakie od co bardziej obraźliwego panka można było wziąć w gębę.
Ajuści! – pomyślał gniewnie Bogoria, bo wyczuwał we wzroku karła jakieś wyzwanie albo nieżyczliwość, i bał się, że pokurcz gotuje mu pułapkę. A niedoczekanie twoje, zarazo! Nie będziesz ty mnie teraz kusił i na szwank wystawiał.
Smarknął i otarł twarz rękawem, żeby zamaskować zdradziecką wilgoć, która z nagła wezbrała mu pod powiekami.
– A nie zda się wam, mości Liszyco – rzekł dobitnie – że nie bez przyczyny Pomorcy ciszkiem siedzą? Tam w tyle Surmistrz czeka.
Chudy szlachcic mimowolnie przełknął ślinę. Był w średnich leciech, pomniał jeszcze rdestnicką kampanię i bitwy pod Lutomierzem oraz Karlim Borem. Jak reszta nienawidził starego pomorckiego wodza, lecz nie mógł mu odmówić odwagi ni zręczności w polu.
– Z nim nam przyjdzie wojować – ciągnął ponuro Bogoria, starając się nie zerkać w dół, na dno przesmyku, gdzie bitwa powoli przemieniała się w bezładny szlachtunek. – Przy nim główna komenda, skoro Wężymord, jak przepatrywacze donoszą, wojsk odbiegł. A Surmistrz nie zawaha się, jemu przelew żalnickiej krwi niestraszny. Znam ja go dobrze! – Pokręcił głową z pewnością wojownika, który całe życie strawił na podstępach i zbrojnych podchodach. – Siedzi w tyle, gońców na wszystkie strony rozsyła, czekając, co się też jeszcze zza krzaków pokaże, kiedy pójdzie po górach bitewna wrzawa. Rozumiecie, mości Liszyco?
Szlachcic z ociąganiem przytaknął. Lecz jego ręce, jakby ożywione odrębną wolą, wciąż macały po ptasiej rękojeści karabeli.
– Furda mu, jeśli cały Święty Hufiec na Rogobodźcu wytraci – mówił z rosnącą furią Bogoria. – Kto pomsty nad nim zawoła? Ojcowie tych gołowąsów? Czy może sam Wężymord o zmarnowane wojsko się upomni? Wątpię. Zwłaszcza – dodał w nagłym przebłysku chytrości – jeśli mu Surmistrz podaruje kilka tuzinów rebelianckich łbów, co je przy okazji jako dojrzałe makówki zetnie.
Szydło zerwał z krzewiny cienką gałązkę i z namysłem dłubał nią w zębach. Szlachcic zwarł szczęki z taką mocą, że coś mu strzyknęło w stawie. At, ścierwo! – pomyślał wściekle. Zwykle mu się gęba nie zamyka, a teraz, kiedy rady potrzeba, patrzajcie państwo, milczy jak zaklęty. A ja nie zapytam! Pierwej zdechnę, niźli zapytam.
– Bo mnie się zdaje – potoczył spojrzeniem po towarzyszach, którzy słuchali go w napięciu – że wszystko to jeno fortel, żeby nas z jamy wywabić. I dlatego nie dozwolę. Nie tom Koźlarzowi powinien. I powinności swej nie odstąpię, choćby mi nie tylko cudze, ale i własne dzieci mordowali.
Szlachcice aż zesztywnieli od jego furii. Nikt nie śmiał się poruszyć, jeden karzeł podrzucił głową. Na jego ustach zarysował się krzywy uśmiech i zaraz spełzł bez śladu.
– Twardziście, mości Bogorio – odezwał się wreszcie Liszyca. – Twardziście i nieużytego serca.
– Gdyby był tu Koźlarz... – zaczął wilczojarski chorąży.
– Ale go nie ma – przerwał szlachcic-łupieżca. – Nie ma ani Koźlarza, ani Wężymorda, ani nawet Twardokęska. Ostaliśmy się jeno my. Lisy i borsuki.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2009-11-03 (1373 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej