Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Zima mej duszy
 
Katalog - dodano
 Żółte ślepia
- Marcin Mortka
 Lanny
- Max Porter
 Pułapka Tesli (wyd.2)
- Andrzej Ziemiański
 Port Cieni
- Glen Cook
 Notebook
- Tomasz Lipko
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Pan Lodowego Ogrodu t.3'' - Jarosław Grzędowicz



Szkarłat



Drakkainen rozgimnastykował palce, jakby zabierał się do gry na pianinie, wciągnął kilka razy powietrze nosem i wypuścił je przez usta. Powiedział coś, co brzmiało jak „Geronimo”, zrobił krok do tyłu i usiadł ostrożnie, pochylony do przodu, gotów zerwać się w każdej chwili na nogi. Nic się jednak nie zdarzyło.
– Dobra – ogłosił. – Etap drugi.
Powoli i ostrożnie oparł się plecami, po czym położył obie dłonie na rzeźbione podłokietniki.
I zamarzł.
Zamarzł z odrzuconą do tyłu głową, jego skóra pokryła się migocącym nalotem lodowego pyłu, krótka szczecina na szczęce obrosła srebrnym puchem szadzi, kaptur półkożuszka zesztywniał jak deska. Kosmate lodowe igły objęły nawet rozchylone usta i zęby, najeżyłysię na gałkach ocznych. Sylfana wrzasnęła.
– Czekaj! – zawołał Grunaldi i chwycił ją za ramię. –Bo go połamiesz! Na razie czekamy.
– Przecież widzisz, co się dzieje! – krzyknęła. – On zamarzł! Zmienił się w lód!
– Wie, co robi – oznajmił Spalle. – Zawsze mówiłem, że to Pieśniarz. Nawet jeśli sam o tym nie jest przekonany.
Pokład zaczął dygotać pod ich nogami, a potem drakkar wyraźnie zwolnił. Wokół kadłuba we wszystkie strony popłynęły drobne fale i okręt zaczął dryfować z prądem, celując w zasypany śniegiem brzeg.
Chwycili się burt i masztu, czekając na zderzenie, ale okręt przechylił się na drugą burtę i skręcił, strącając z wysokiego brzegu nawis śniegu. Wpłynął znów w nurt, po czym zatrzymał się, drżąc lekko, płynące rzeką kry z trzaskiem łamały się na rufi e i drakkar znów ruszył – do tyłu.
– On żyje i steruje tym – oznajmił niepewnie Warfnir. – Chyba.
– Zwykły rudel byłby lepszy – zauważył Grunaldi ponuro.
Okręt obrócił się wokół osi i ponownie popłynął przed siebie środkiem nurtu.
– Mówiłem? Pieśniarz – powtórzył z uporem Spalle.
Nikt mu nie odpowiedział.
Pokryty lodem posąg na rufie zatrzeszczał lekko. Migocąca w powietrzu milionami tęczowych iskier mroźna mgła uniosła się z jego twarzy i ramion.
Na brzegach zaczęły pojawiać się pierwsze domy i pierwsze belkowane pomosty, do wody wchodziły pochylnie wyłożone dokładnie okorowanymi tramami, pokryte cienką, lśniącą warstwą lodu.
Na końcu pomostu siedział chłopak w ogromnym skórzanym kapeluszu i kożuszku, zaopatrzony w drewniane wiadro i linkę z kawałkiem deseczki pełniącą rolę kołowrotka. Chłopak wywijał nad głową haczykiem z nadzianą przynętą. Zobaczył płynący rzeką ogromny lodowy okręt i zamarł bez ruchu, nadal kręcąc linką.
Drakkar zaskrzypiał, jakby miał rozpaść się na kawałki. Wszyscy przysiedli odruchowo, chwytając za burty i napięte lodowe liny takielunku. Kadłub przebiegł wstrząs, stewa wygięła się nagle esowato jak ciało ogromnego węża, smoczy łeb odwrócił się do tyłu i spłynął niżej, wpatrując się w załogę parą wąskich ślepi, które zalśniły nagle przytłumionym rubinowym blaskiem. Spalle bardzo powoli wyciągnął miecz z pochwy, Grunaldi zasłonił sobą Sylfanę, wypluł jakiś paproch, który międlił w ustach, i pociągnął nosem. Warfnir stojący z boku przesunął się kilkoma wolnymi krokami w stronę topora opartego o burtę.
Smok zahuczał, co zabrzmiało jak dźwięk potężnej trąby.
– Przynieście mi miecze z kajuty – oświadczył smok z niskim dźwiękiem sunącego lodowca. – I hełm. I jakieś futro.
– Z czego? – zapytał cichutko Grunaldi jakimś takim schrypniętym głosem.
Smok zakołysał gwałtownie łbem i jakby lekko ryknął, ale stłumił ten dźwięk.
– Z tej komórki z tyłu, gdzie sypiam – zawarczał znowu. – Miecze. Te dwa zakrzywione. Kiedy dopłyniemy na koniec Żmijowego Gardła, spróbuję przybić do brzegu. Natychmiast wszyscy zeskakujcie. Ja spróbuję wstać i też zejdę, ale dopiero jak wszyscy będą na brzegu. O dziesięć kroków od burty. Gdybym nie dał rady, wsiadajcie z powrotem. Trudno. Warfnir, zostaw ten topór, kusipaa!
– To Ulf przez niego gada?
– Nie, to smokowi zachciało się mieczy – warknął Grunaldi. – Temu, co sypia w komórce, ty koźle! Zasuwaj po te miecze i przynieś też nasze, kiedy już będziesz na dole.
Smok odwrócił się ze skrzypieniem ponownie do przodu, wyprostował i zesztywniał. Wijąca się wężowa szyja znowu stała się lodową stewą.
Dzieciak na brzegu coraz wolniej kręcił przynętą, a w końcu opuścił ramię i usiadł gwałtownie na pomoście, po czym zwalił się na plecy.

Na zasypanym śniegiem nabrzeżu Żmijowego Gardła kręciło się niewielu ludzi. Ktoś szedł z wiadrem ku rzece, ktoś ciągnął sanie wyładowane porąbanymi polanami, ktoś pędził stadko kóz, jakiś postawny mąż w czarnej, kosmatej burce i filcowej czapce stał z kciukami zatkniętymi za pas i gapił się na drakkar z otwartymi ustami.
Wszyscy stawali jak wryci tam, gdzie akurat zastał ich niezwykły widok. Kozy rozbiegły się gdzieś, kobieta upuściła trzepocącą rybę na pomost, ktoś usiadł z rozmachem w otwartych drzwiach.
Wzdłuż rzeki stało niewiele wilczych okrętów, z większości zdjęto już maszty i cały takielunek. Mniejsze łodzie leżały dnem do góry wzdłuż pomostów, nakryte płótnem. Wstawał szary, pochmurny dzień i prószył lekki śnieg. Z dymników stłoczonych na brzegu chałup snuł się siwy, pachnący ogniskiem dym.
Lodowy drakkar sunął rzeką, krusząc cienką warstwę lodu, płosząc stada wodnych ptaków siedzących na palach pomostów i rozwieszonych sieciach. Od zakrętu, z oddali słychać już było szum morza.
W najszerszym miejscu rozlewiska okręt zatrzymał się, wibrując lekko, po czym obrócił elegancko w miejscu i wpłynął tyłem pomiędzy dwa pomosty. Łeb smoka odwrócił się przy tym na rufę przez prawą burtę. Drakkar znieruchomiał.
Woda wokół niego zmętniała, pokryła się drżącą warstwą lodowych płytek i nagle zamarzła z trzaskiem, tworząc jęzor łączący go z lądem.
Grunaldi uchwycił Sylfanę pod pachy i wystawił na pomost. Syknęła jak kot i wymierzyła mu w przelocie kopniaka. Spalle chwycił miecze Drakkainena ciśnięte przez Warfnira, który następnie rzucił oręż Grunaldiemu. Wyskoczyli za burtę, ktoś poślizgnął się na oblodzonych deskach pomostu.
– Co teraz? – zapytał Spalle, kiedy stali już na brzegu.
– Teraz będzie próbował odtajać i wyleźć, jak powiedział – zauważył Warfnir, zapinając ciężki pas.
– To dobrze, bo tamci wszyscy z widłami i hołoblami strasznie się spieszą, żeby nas powitać.
Siedząca na rufie postać okryła się kłębami migocącej mgiełki, po czym wstała z chrzęstem i skrzypieniem pękającego lodu.
Spalle przesadził. Tłum biegnący do drakkara rzeczywiście wyposażył się w widły i siekiery, ale z każdym krokiem coraz mniej był tłumem i coraz mniej biegł.
W pobliże pomostu podeszło zaledwie pięciu ludzi, i to ostrożnym krokiem.
Znad rzeki uniosły się tumany mgły, która wpełzła na deski, kryjąc stojących tam ludzi. Z tronu na rufie drakkara uniosła się ogromna postać, wyglądająca trochę jak człekokształtny obłok mgły, a trochę jak posępny bałwan śniegowy. Lodowy olbrzym wyszedł wielkimi krokami na keję, skrzypiąc i gubiąc odłamki.
– Nadchodzą Węże! – zagrzmiał głosem lawiny. – Nadchodzi szalony król Aaken, by spalić świat i zesłać martwy śnieg!
Uniósł skrzypiące ramię i wskazał na południe.
– Węże zejdą z gór! Spalą wasze dachy! Zaklną wasze dzieci w żelazne potwory, które wyślą w bój! Przywiodą smoki i upiory zimnej mgły! Tam samotnie walczą z nimi Ludzie Ognia! Jeśli ich nie wesprzecie, zginą! A wtedy Węże ruszą na północ, by zniewolić wszystkie ludy Wybrzeża Żagli i cisnąć je do stóp swojego króla!
Zapadła cisza przerywana tylko piskiem mew.




A wtedy wszystkie te lodowe kwiaty otworzyły kielichy



Nie było łatwo zejść ze zbocza pod okiem strażników przechadzających się po szczycie muru. Udało się tylko dzięki temu, że rosły tam krzewy i było dużo skał, a dno doliny wypełniała mgła.
To nie była zimna mgła, jaka pojawia się, kiedy nadchodzą upiory uroczysk. Było tam całkiem ciepło, a w powietrzu unosił się niezwykły zapach. Słodki, smutny i piękny zarazem. To znaczy, tak twierdzili inni. Dla mnie był za słodki i od razu zaczęło mi się kręcić w głowie, i szybko zebrało na mdłości. Na dnie doliny przestaliśmy się już przemykać od skały do skały i kryć wśród krzewów i zeschłej trawy. Ogarnęła nas mgła. Nie widzieliśmy murów ani zamku, tylko drzewa i krzewy zrobione z lodu. Ciepłego lodu, który nie topniał, tak samo jak ten okręt. Gałęzie, liście i kwiaty, jak utkane z lodowej koronki, które dzwoniły delikatnie niczym kryształowe dzwoneczki, kiedy je roztrącaliśmy.
Prostuje się na chwilę, patrzy na swoje dłonie, jakby chciał sprawdzić, czy nie drżą. Zamyka je w pięści i opiera na stole, a potem sięga po cynowy rzeźbiony kubek i wypija do dna. Zerka na nas, każdego po kolei, jakby się bał, że zaczniemy się śmiać, jednak nikt się nie śmieje. Sylfana patrzy na niego znad splecionych dłoni z przechyloną głową, Spalle spogląda wyczekująco, bawiąc się kawałkiem suszonego wędzonego mięsa, z nożem w drugim ręku. Grunaldi nalewa sobie połowę kubka gryfiego mleka, a potem dolewa wody.
– To, co stało się później, pamiętam jak sen – mówi, kręcąc powoli głową.
– Albo jak ciężką pijatykę. Nie wiem,co jest prawdą, a co widziadłem. Pamiętam, że chodziliśmy wśród tych lodowych drzew i krzewów, że pod naszymi nogami rosły lśniące, dźwięczące w podmuchach wiatru kwiaty. A potem poranne słońce wyszło zza chmur, które leżały nad horyzontem, i wtedy cały ogród rozbłysnął wszystkimi barwami. Jak tęcza albo kryształy. Mieniła się mgła, liście i kwiaty, a myśmy patrzyli osłupiali.
A wtedy wszystkie te lodowe kwiaty otworzyły kielichy.
Teraz myślę, że to może zapach kwiatów odebrał nam rozsądek. Widziałem, jak człowiek, który stał obok mnie, zdjął szłom i upuścił go na ziemię, a później ukląkł, wbił w ziemię miecz i zaczął płakać jak dziecko. Przeraziłem się i spytałem, czy go coś boli albo czy wypił za dużo, wtedy on powiedział, że słyszy kołysankę, którą śpiewała jego matka, i czuje się, jakby odzyskał wszystko, czego tak długo szukał, i jakby wreszcie wrócił do domu. Mgła zaczęła się podnosić i zobaczyłem, że większość z naszych łazi wśród tych lodowych roślin, jakby byli pijani, jak odrzucają broń i siadają albo kładą się na ziemi. Czułem, że coraz bardziej kręci mi się w głowie i zaczynam się pocić. Zrozumiałem, że niedługo zobaczą nas strażnicy z murów i wystarczy, że sięgną po łuki. Zobaczyłem Skafaldiego, mojego kuzyna, siedział na ziemi wśród skał nad niewielką sadzawką i chichotał. Poszedłem do niego i chwyciłem za ramię. Odwrócił się i wtedy zobaczyłem, że ma straszne oczy, mętne, jak wypełnione krwią i mlekiem. Zaczerpnął swoim hełmem wody ze źródła i podał mi, mówiąc, żebym pił. „Pij!” – zawołał. „To lepsze niż wina Południa, lepsze niż świąteczne piwo. Nigdy nie piłeś nic lepszego!” Wypiłem łyk, ale to była zwykła czysta woda. Potrząsnąłem nim, ale znów zaczął pić, a potem upuścił hełm i powiedział coś jak: „Znalazłem.
Nareszcie znalazłem”. Wszędzie dookoła widziałem Ludzi Ognia, którzy chodzili zezowatym krokiem, śmiali się albo płakali, albo siadali na ziemi i gapili się przed siebie z głupawym uśmiechem, jakby otwarto im na oścież haremy Jarmakandy.
Niewielu pozostało takich jak ja, którzy stali z bronią w ręku, nie wiedząc, co robić. A potem zobaczyliśmy...
– Grunaldi przerywa, robi kilka bezradnych gestów, jakby nie umiał znaleźć słów, co u niego jest dość rzadkie. – To było trochę jak... jak ci ludzie odmienieni mocą uroczyska, jak odmieńcy, których hodują obłąkani Pieśniarze w dalekich krajach. Zobaczyliśmy grupkę dziewcząt. Gołych dziewcząt, ale jak się przypatrzyć, widać było, że to nie są zwykłe niewiasty. Były bardzo piękne, lecz jednocześnie przypominały zwierzęta. Jakieś sarny albo gazele. Nawet tak samo drobiły w miejscu, podobnie jak sarenki, trochę spłoszone i zbite w stadko. Zobaczyłem, że ich skóra jest pokryta jakby bardzo delikatną, krótką sierścią, że zamiast palców u stóp mają drobne kopytka. Odmieńcy zwykle są pokraczni, jak chorzy, ale one wyglądały naturalnie, jakby się takie urodziły zgodnie z naturą rzeczy. Tylko że nie były ludźmi. Nawet ich twarze były dziwne. Twarze pięknych dziewcząt i jakichś zwierzątek naraz. Wydawało się, że nie mają więcej rozumu niż gazele. Słyszałem ich chichot, ale to było nawoływanie, a nie prawdziwy śmiech.
Inne wynurzyły się nagle z sadzawki, gładkie i mokre, jak morskonie z przerębla, też miały kształty pięknych kobiet, lecz zarazem były jak morskie stwory, ich włosy były zielone i przypominały wodorosty, a na szyi otwierały się skrzela.
I wszystkie lgnęły do naszych wojów, żeby gładzić ich i pieścić, a oni stali jak oczadziali, upuszczając broń. I tylko w tym obłąkanym tłumie zostało kilkunastu przyczajonych jak ja, kręcących się na ugiętych nogach, z wystawionymi mieczami, którzy zbiliśmy się w końcu w krąg plecami do siebie, nie wiedząc, co robić dalej.
Mgła rozeszła się w promieniach porannego słońca, jakby ktoś odsunął zasłonę. Zobaczyłem wodospad, górę i lśniące mury zamku. A trochę z boku na sterczącej z ziemi skale kucał potwór. Wyglądał jak potężny mąż, nagi, tylko z dziwnym napierśnikiem podobnym do skorupy żółwia. Nad skrońmi wyrastały mu z głowy zakręcone karbowane rogi, miał wypukłe, potężne czoło i dziwny, spłaszczony nos oraz brudnożółte okrągłe oczy.
Spojrzałem, jak dziwacznie kuca na tej ostrej skale, na jego nogi o tylko dwóch palcach zakończonych kopytami i potężne ramiona. W jednej ręce miał żelazny młot na długim trzonku, a w drugim wielką, pokręconą konchę.
Słyszałem, jak stojący obok mnie ludzie wzywają Hinda albo Kowala, by spojrzeli na ich śmierć i przygotowali im łąki Doliny Snu. Byk spojrzał na nas i prychnął, aż zadrżała ziemia. A potem zeskoczył ze skały i zadął w konchę.
A wtedy przez most od bocznej bramy wyszli na nas woje. Byli tam zwykli ludzie i były dziwne potwory, przemieszani razem. Wchodząc na łąkę, ustawili się w trzy rzędy i postawili przed sobą mur z malowanych tarcz.




Pojedynek



Drugiego dnia wyszło słońce i zrobiło się trochę cieplej, choć co chwilę wiał zimny wiatr. My zaś nie musieliśmy pracować, tylko siedzieliśmy na ławie w łańcuchach. Tego dnia przybyło dużo więcej kupujących i wszystkie stragany oblegał tłum. Cały czas najchętniej sprzedawano sól i zauważyłem, że jej cena jeszcze rośnie.
Kupujący także to widzieli i zaczęło dochodzić do awantur, szczekano wówczas do siebie twardymi słowami, które brzmiały jakby ktoś ciskał o skałę zwój łańcucha, kupujący zaś gryźli wąsy przy płaceniu i często chwytali za rękojeść miecza. Sięgano też po inne towary, przy czym przyprawy kupowano najchętniej, ale inne rzeczy także budziły zainteresowanie. Pachnidła i wonne olejki kupowały najchętniej niewiasty, ale brali też mężowie, ostrożnie odlewając je do maleńkich metalowych buteleczek, i kładli na szalach wagi, odmierzając zapłatę w czystym srebrze. Jakiś starzec kupił tanio mój kij szpiega. Wiedziałem że to mój, bo lekko klekotało w nim ukryte ostrze włóczni, starzec stwierdził chyba, że laska jest pęknięta i wytargował ją za bezcen. Kiedy to zobaczyłem, zrobiło mi się niewymownie przykro. Nie zliczę, ile razy broń ukryta w kiju uratowała mi życie i bardzo go polubiłem. Wędrowiec z kijem mógł poruszać się po kraju Pramatki gdzie wszystkiego zakazano i nikt nawet nie wiedział, że jest zbrojny.
Znacznie też częściej kazano nam stawać nagim i szturchano z namysłem, ale wydawało się, że Walhardi chciał za nas zbyt drogo. On i Njorvin zachwalali nasze zdrowie, siłę i nadzwyczajne umiejętności. Ja, ich zdaniem umiałem chyba kuć magiczny oręż jak w bajkach a do tego śpiewać najcudowniej w świecie, Snop był nieomal królewskim budowniczym okrętów, N’Dele w ogóle baśniowym magiem z Kebiru i mistrzem pięści, zaś Benkej pozostawał wybornym myśliwym i łucznikiem, jakiego świat dotąd nie oglądał, trafiającym jaskółkę w locie.
Dzięki tym zachwalaniom obmacywano nas znacznie częściej i po jakimś czasie wszyscy czuliśmy się jak obici kijami. Wciąż musieliśmy wstawać i siadać, ale poza tym niewiele się wydarzyło.
Kiedy zbliżał się zachód słońca, nie odesłano jednak naszej czwórki do klatki. Poczułem gwałtowny strach, aczkolwiek to, że po dwóch dniach nas zabiją, mimo wszystko wydało mi się nieprawdopodobne. Wciąż na dziedzińcu kręciło się mnóstwo ludzi, grała muzyka i handel wciąż szedł, a na straganach znajdowało się coraz mniej płyt z solą, mimo przeraźliwie wysokich cen. Do Walhardiego przyszło dwóch mężów. Jeden z nich był miejscowy, krępy i brodaty, miał też pociągłe rysy żeglarza, był jednak całkiem łysy i bardzo niski. Dużo mniejszy nawet ode mnie i Benkeja i jeszcze tu nie widziałem męża tak małego wzrostu. Drugi natomiast wielki, z wypukłym brzuchem i z kolei znacznie wyższy niż inni żeglarze. Chodził na wpół nago, nosił jedynie przepaskę ze skóry oraz obuwie i wyglądał na Nassimczyka. Włosy na głowie miał wygolone, tylko na czubku został mu kosmyk, a wokół ust nosił krąg zarostu. Nadgarstki przyozdobił skórzanymi bransoletami nabijanymi żelazem, a w uszy wpiął duże kolczyki. Przez jakiś czas targowali się z Walhardim i pokazywali to pieniądze, to nas siedzących na ławie, ale rychło okazało się, że nie zamierzają kupić niewolników.
Niezawodny Njorvin rychło wyłożył nam, o co chodzi.
– Oni dwa chcieli Czarny Urfa bić Kabir-człowiek. Dawać dużo gylding. Walhardi się zgodzić. Też dać gylding. Teraz bardzo trzeba Kabir-człowiek mnóstwo bici tego Czarny Urfa. Zbić, aż leży, to Walhardi ucieszyć. Dawa Kabir-człowiek mięso i piwo i pół dziesiątej cała gylding. Jeśli Kabir-człowiek leży, Walhardi bardzo smutny. Źle dla wszystka Amitraj i Kabir-człowiek. Sprzeda tanio. Jak ktoś kupi tanio, to nie dba. Wszystka ciężka praca i dużo bici, tłuc kamień i ciąć drzewo. Mało jadło u ktoś głupi. Aż wszystka szybko umrzeć i nie zobaczyć wolność, tylko leżeć gdzieś w błoto, martwy i smutny.
I tak stało się, że N’Dele musiał wyjść na środek i stanąć naprzeciw wielkiemu Nassimczykowi, który ryczał jak byk, toczył pianę z ust, tupał i przewracał oczami. A wokół ustawił się krąg gapiów, wszyscy krzyczeli i na zmianę a to pokazywali sobie sakiewki, a to ściskali nawzajem bicepsy. Ludzie ci kochają walkę, ale jeszcze bardziej kochają się zakładać. Bardzo szybko staliśmy się atrakcją dla wszystkich. Wyznaczono teren, na którym miała się toczyć walka, w rogach ustawiono lampy na trójnogach, wyznaczono krąg i posypano go trocinami z worka.
– Nie wiem, co ci radzić – oznajmił Snop. – Ale lepiej, żebyś wygrał. Spróbuj go zmęczyć, jest tłusty jak wieprz i zarozumiały jak wszyscy Nassimczycy uważający się za potomków swoich nadaku.
– Mosu kando, okunin – powiedział N’Dele i uśmiechnął się. – Zrobię co się da, tylko przy takiej walce nic nie wiadomo.
– Nie trzeba żadne narzędzie – wyjaśnił Njorvin. – Tak mówi prawo. Ani żelazo, ani stołek, ani kamień, ani nic. Jak który leży i prosi przestać, to koniec bici. Jeśli upadnie i już niczym nie rucha, też trzeba przestać. Bici kończy jak jeden leży albo zagrają trąba.
Zakończono zakłady i N’Dele wyszedł w krąg wysypany trocinami. Wydawało się, że z jego przeciwnika można by zrobić dwóch Kebiryjczyków tej wielkości, a resztą nakarmić jeszcze psy. Nassimczyk nazwany Czarnym Urfą wyglądał, jakby dostał ataku furii i ciskał się niczym ogar na łańcuchu. N’Dele stanął na środku, skłonił głowę, dotykając dłonią ust i serca.
A potem jął nucić coś po kebiryjsku. Monotonnie, powtarzając te same wyrazy i coraz głośniej. Uniósł długie ramiona i zaczął klaskać, później przytupywać w miejscu, coraz gwałtownie, a spod podeszew jego butów uniósł się pył. Czarny Urfa zaryczał po raz kolejny, pochylił głowę jak byk i rzucił się w jego stronę. N’Dele Aligende jednak tańczył i już go w tamtym miejscu nie było, a Nassimczyk chwycił tylko powietrze. Potem jednak skręcił błyskawicznie i uniósł owinięte rzemieniami wielkie pięści. Trzymał je po bokach, stojąc na ugiętych nogach i przez chwilę krążyli wokół siebie, a N’Dele nadal śpiewał, klaskał i tańczył. Tłum zaszemrał.
– On rozumi, że trzeba bici? – zaniepokoił się Njorvin. – Ja mu coś źle przetłumaczył?
Pięść Nassimczyka wystrzeliła do przodu jak pocisk z katapulty, a N’Dele zgiął się niczym trzcina w bok do rytmu swojej piosenki i cios śmignął mu koło ucha. Urfa zamachnął się natychmiast drugą ręką, Kebiryjczyk wychylił się do tyłu. Nadal tańczył, klapiąc plecionymi rzemiennymi podeszwami w dziedziniec i klaszcząc, i nie przypominało to walki. Urfa zaryczał ponownie i uderzył czterokrotnie, bardzo szybko. Za każdym razem słyszałem szum powietrza, kiedy pięści przecinały powietrze, klaskanie dłoni N’Dele i jego śpiew. Kebiryjczyk tańczył i Urfa nie trafił go ani razu. N’Dele obracał się, odchylał w różne strony i wywijał, cały czas klaszcząc do rytmu. Nassimczyk ruszył do przodu, by być jak najbliżej, a potem znowu uderzył. Szybko i bardzo mocno i teraz już zaczął trafiać. Pierwsze uderzenie ześlizgnęło się po ramieniu Aligende, ale zaraz druga pięść trafiła go w bok, a potem znowu w bok głowy. Myślę, że gdybym to ja tak dostał, już bym umarł i to jeszcze zanim dotknąłbym ziemi. N’Dele poleciał na bok, przekoziołkował, a potem gruchnął plecami w stół, na którym stało wielu ludzi i przewrócił go. Tłum wybuchnął śmiechem. Ludzie Niedźwiedzie klepali się nawzajem po plecach i ryczeli, patrząc na wstających niemrawo gapiów, któryś miał wyraźnie złamaną rękę, co wzbudzało jeszcze większą radość.
Urfa odwrócił się do ciżby i uniósł pięści, a potem zaryczał zwycięsko. Wśród tych, którzy zawierzyli w zdolności Kebiryjczyka rozległ się jęk zawodu i złorzeczenia, sięgnięto po sakiewki. Walhardi stał blady z wściekłości z zaciśniętymi szczękami.
N’Dele drgnął, po czym nagle podniósł się, jak przygięte do ziemi drzewko. Potrząsnął głową, po twarzy płynęły mu strugi jasnoczerwonej krwi, jak świeży sok likworośli. Splunął na dziedziniec krwawą śliną, uniósł dłonie i ponownie zaczął klaskać i przytupywać.
– Czy człowiek może zwariować bez powodu w jednej chwili? – zapytał Benkej.
N’Dele podjął swoją piosenkę, Czarny Urfa odwrócił się ze zdziwieniem, a potem opuścił pięści i ruszył znowu w stronę Kebiryjczyka.
Aligende klaskał i śpiewał.
– Kabir-człowiek bardzo mało mądry – oznajmił Njorvin. – Już przecież widzi, że Urfa nie zasypia od kołysanka.
Nassimczyk splunął z pogardą i roześmiał się, po czym pochylił głowę, ugiął nogi i jego pięść strzeliła do przodu jak taran, prosto w pokrwawioną twarz N’Dele i klaszczące dłonie. Kebiryjczyk odgiął się do tyłu, aż podparł dłonią za plecami i przekoziołkował, ale zaraz znów zaczął podskakiwać i klaskać.
– Kabir-człowiek zawsze tak robić, kiedy ktoś go bici? – zainteresował się Njorvin.
Urfa doskoczył, uderzył N’Dele w bok, przyginając go w pół, później od dołu w twarz. Kebiryjczyk wyleciał w powietrze, a potem runął na plecy, wzbijając obłok pyłu i trocin. Urfa znów uniósł pięści w geście tryumfu, ale N’Dele przyciągnął kolana do twarzy i wyrzucił nogi, wstając gwałtownie.
I znów zaczął klaskać i przytupywać. I znowu śpiewać. Był pokrwawiony, ale nie bardziej niż przed chwilą. Tymczasem zdawało się, że jego twarz powinna przypominać rozdeptany owoc.
Tym razem Urfa chwycił go za ramię i udo, a potem zarzucił sobie na plecy jak worek. Odwrócił się, rycząc niczym bawół, uniósł N’Dele nad głową i cisnął nim o bruk. Porwaliśmy się z miejsc, ale Kebiryjczyk obrócił się w powietrzu jak leopard, odbił nagle dłońmi od kamieni i wierzgnął w powietrzu obiema nogami. Jego pięta trafiła Urfę pod kolano, a stopa drugiej nogi w szczękę i ogromny Nassimczyk runął ciężko na ziemię. Zaczął gramolić się trochę niemrawo, ale N’Dele już tańczył i klaskał. Urfa wstał, potrząsnął głową i ruszył do przodu, a wówczas Aligende rzucił się nagle do tyłu, podparł na moment jedną dłonią i uderzył go nogami w pierś, zwalając znowu na ziemię.
– Ayeete nguru! Ayeete umbayee! – zaśpiewał znowu N’Dele.
Urfa uderzył, biorąc potężny zamach z jednej strony i chybił, ale natychmiast grzmotnął z drugiej. N’Dele jednak pochwycił jego ramię, przekręcił, a potem rzucił się na ziemię, wbijając Nassimczykowi stopę pod pachę i rzucając przez siebie. Czarny Urfa wywinął w powietrzu kozła i runął na plecy.
Zbierał się ciężko, krew kapała mu z jednego ucha, a kiedy powstał, przez chwilę kręcił jednym ramieniem, jakby wyskoczyło mu z barku. Wyszczerzył zęby i ruszył do przodu.
Aligende klaskał i śpiewał.
Tym razem Nassimczyk nie zamierzał okładać N’Dele pięściami tylko chwycił go wpół, przyciskając mu ramiona do tułowia, i ścisnął, chcąc wydusić powietrze z płuc. Uniósł jak dziecko, po czym odchylił głowę do tyłu i grzmotnął Kebiryjczyka wypukłym, byczym czołem w twarz.
I znów nie trafił.
Aligende odchylił ściśnięty tułów niemożliwie do tyłu i głowa Urfy uderzyła go jedynie w pierś, a potem wyprostował dłonie uwięzionych od łokci w górę ramion i uderzył Nassimczyka w oba boki tułowia równocześnie. Urfa stęknął i puścił przeciwnika, N’Dele opadł lekko na ziemię, chwycił Urfę za kark, odwrócił się i rzucił przez swój bok.
I ponownie ogromny Nassimczyk ciężko gramolił się z dziedzińca, a N’Dele tańczył, klaszcząc i skandując swoje Ayeete himba! Ayeete umbayee!
Urfa doskoczył i postanowił uderzyć obiema pięściami naraz od dołu, a kiedy chybił, z obu boków. N’Dele wpadł na niego, uderzając piersią o jego pierś, a potem podskoczył i w powietrzu kopnął Nassimczyka kolanem w podbródek.
Ayeete ngana! Ayeete himba naa!
Twarz Urfy wyglądała okropnie, jedno oko zamknęło się od opuchlizny, z ucha wciąż lała się krew. Nie miał już ochoty ryczeć, tylko spluwał na dziedziniec.
Runął nagle na Kebiryjczyka, młócąc potężnymi ciosami z ogromnego zamachu, jakby rąbał gałęzie. Aligende odchylił się dwa razy jak drzewko pod uderzeniami wiatru, puszczając wielkie pięści gdzieś bokiem, po czym zawirował w powietrzu w wyskoku i kopnął Nassimczyka trzykrotnie, obracając się jak bąk. Kolanem, potem piętą i jeszcze raz brzegiem podeszwy w głowę. Odbił się od ogromnego mężczyzny w tył, przekoziołkował, stanął na nogach i zaczął klaskać.
Ayeete!
Czarny Urfa runął na twarz.
N’Dele dośpiewał zwrotkę do końca, klaszcząc i podskakując coraz wolniej, po czym ukłonił się leżącemu, dotykając ust i serca, odwrócił się, wśród krzyków tłumu i ruszył w stronę naszego straganu i ławy, na której siedzieliśmy mokrzy od potu i schrypnięci od wrzasku.
Czarny Urfa, dygocąc z wysiłku, odepchnął się dłońmi od ziemi, a potem ukląkł. Splunął krwią po raz kolejny i dźwignął się chwiejnie na nogi.
Krzyczałem, kiedy chwytał trójnóg z misą pełną płonącej oliwy, ale moje ostrzeżenie znikło gdzieś w zgiełku tłumu.
Jednak kiedy Urfa zamachnął się trójnogiem, wszyscy ucichli i N’Dele zrozumiał, że coś się dzieje, ale misa, gubiąc strugę płonącej oliwy, leciała już w stronę jego głowy. Miał tylko tyle czasu, ile trwa mrugnięcie.
Za mało. Musiałby mieć dodatkowe oczy w tyle głowy.
I tak to wyglądało. Rzucił się w bok, podpierając jedną ręką, a misa śmignęła mu koło ucha i oblała kark płonącymi kroplami. N’Dele wyrzucił nogę w górę i kopnął Urfę w łokieć, który trzasnął jak gałąź. Trójnóg gruchnął o dziedziniec i odbił się kilka razy z brzękiem, bryzgając płonącym olejem. Kebiryjczyk przetoczył się po kamieniach a potem chwycił garść piachu i rozsmarował po szyi.
Urfa zatoczył się, kiwając zgruchotaną ręką, ale ruszył na N’Dele błyskawicznie, jak wściekły bawół. Aligende poderwał się w kierunku Nassimczyka i nagle, szybko jak uderzenie pioruna, trzasnął go wyprostowanymi dłońmi w oba uszy naraz. Urfa zatrzymał się, jakby zderzył się ze ścianą, wyprostował, prychnął krwią i dwie strugi potoczyły mu się z kącików oczu jak krwawe łzy, a potem obrócił się w miejscu i runął na wznak.
Kiedy tak leżał, jego oczy wypełniły się czerwienią, ale nie mrugnął i nie poruszył się więcej.
N’Dele wrócił do nas i usiadł jakby nigdy nic na ławie.
– Nie mogłeś tak zrobić od razu? – zapytał zrzędliwie Snop. – Przez ciebie serce wpadło mi do żołądka.
– Przecież to było dla zabawy – odparł Kebiryjczyk. – U nas też tak jest. Tańczy się w kręgu i klaszcze do bębenków, a ci, co chcą się bić, wchodzą do środka, tańczą i walczą, aż któryś upadnie. A potem znowu. Nie zabija się nikogo w kole walki. Dopiero teraz musiałem, bo opuścił go rozsądek. Zresztą on walczył dziwnie i chciałem najpierw zobaczyć, co zamierza.
– Kabir-człowiek bardzo dobrze! – zawołał Njorvin, ściskając mu barki. – Dobrze Kabir-człowiek!
– N’Dele – przerwał mu Kebiryjczyk. – Mam na imię N’Dele.
– N’Dele – zgodził się Njorvin. – N’Dele Kabiringar... Nie. N’Dele Klangadonsar.
Twoja imia ten kraj, Klangadonsar. Klanga. – Tu pokazał zwiniętą pięść. – Donsa... – Tu zaczął kręcić się, przytupując i robić dziwne gesty rękoma. – Tańczyła. Oto masz nowa imia.
– Obdarzył cię nowym imieniem – zauważył Benkej. – Chyba się w tobie zakochał. W tym dziwnym kraju wszystko jest możliwe.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2009-11-09 (1767 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej