Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Srebrna korona
 
Katalog - dodano
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Dziki Mesjasz'' - Rafał W. Orkan

Czyści


Nie na darmo nazywano ich Natchnionymi.
I wcale nie chodziło o to, że Ruah Hakodesh, Święte Tchnienie, nazywana również Miazmatem, ucieleśniała gniew Sześciorękiej Bogini, zsyłając natchnienie najwyższemu prorokowi ich młodej sekty. Otóż Dziki Mesjasz, jak go powszechnie nazywano, przed każdym kazaniem na Placu Szalonych Proroków rozdawał swoim słuchaczom po kropli cudownej krwi z własnych żył. Złocista ciecz wyzwalała w nich nadzwyczajne emocje i odczucia, tak że po każdym kazaniu zdawali się nie widzieć wokół siebie smutnej rzeczywistości Domeny Dzbana, lecz Gan Eden, Ogród Rozkoszy, którego wizję roztaczał przed nimi Dziki Mesjasz i którego istoty zdawali się dotykać jeszcze długo po tym, gdy kazanie dobiegało końca.
Dzikiego Mesjasza odprowadzała przyboczna gwardia najrajskich wojowników o twarzach poznaczonych rytualnymi bliznami i tatuażami. Po każdym kazaniu udawali się do swej siedziby na samym krańcu Małego Kotła, podczas gdy coraz to większe tłumy Natchnionych rozpraszały się po niezliczonych uliczkach podmiasta, niosąc radosną nowinę o kresie ponurej egzystencji pod jarzmem możnych – Arystokratów, Mazurbalańczyków, Złotorękich i Technomagów. Głosili nadejście lepszego świata, swoistej duchowej i fizycznej przemiany całego Vakkerby; od najgłębszych ściekowisk Dzielnicy Tykwy aż po najwyżej położone rejony Stalowych Ogrodów.
Mieszkańcy Wielkiego Kotła różnie reagowali na rozweselone, roześmiane i dość krzykliwe grupki Natchnionych, włóczących się ulicami, zaglądających w okna na wpół zrujnowanych kamienic lub ceglanych czynszówek oraz wesoło tańczących w zaułkach przystrojonych schnącymi na sznurach prześcieradłami. Niektórzy kiwali głowami, uśmiechając się z aprobatą, inni wzruszali ramionami lub odwracali z niesmakiem głowy. Byli nawet tacy, co przyłączali się do barwnego korowodu, gangerzy zaś zwykle całkowicie ignorowali Natchnionych, mając ich za ludzi opętanych dziwnym rodzajem szaleństwa i, w związku z tym, nietykalnych.
Nataneh nie zwracał na takie rzeczy uwagi. Dla niego liczyło się słowo Dzikiego Mesjasza i świat za tym słowem ukryty, wyłaniający się z ust proroka. Skrawki tego świata otrzymywał za każdym razem, gdy kropla złocistej krwi zapładniała jego zmysły radością. Rodziły się wizje. Wizje, które... bardziej odczucia; nie potrafił ich opisać, nawet samemu sobie. Najważniejsze, że doświadczał tej odrobiny raju, potrzebnej do podtrzymania w sobie płomienia wiary. Jak gdyby Ruah Hakodesh zalęgła mu się w sercu i od czasu do czasu wybuchała kulą ognia. Odłączywszy się od większego orszaku wiernych, młodzi Natchnieni skierowali się w stronę Wielodzietnej Pajęczycy – osiedla zamieszkanego przez komunę ubogich grajków i akrobatów – lecz postanowili odpocząć w cieniu potężnej kamienicy o ścianach porośniętych kolorową grzybnią. Zmęczeni usiedli na szerokich schodach; upojeni kazaniem i narkotyczną krwią proroka, wsłuchani we własne oddechy, roześmiani, ale senni. Nataneh oparł się o wyższy stopień. Zimny kamień wrzynał mu się w plecy, lecz chłopak nie zwracał na to uwagi. Zadarłszy głowę, spoglądał na ukryte w mroku sklepienie gigantycznej jaskini, mieszczącej całą Domenę Dzbana. Widział kilka odległych estakad wiszących wysoko nad nimi. Oświetlone spadziowymi lampionami wstęgi wiły się i przeplatały, skupiając w najwyżej położonym punkcie jaskini, u zwanego Węzłem ujścia na powierzchnię. Lecz z miejsca, z którego Nataneh obserwował wsparte na potężnych kolumnach estakady, widocznych było tylko kilka z nich, niknących, to znów wyłaniających się zza olbrzymich stalaktytów – skalnych tworów podziurawionych rozlicznymi kanałami, w których gnieździły się kolejne ludzkie roje. Stalaktyty wisiały w żelaznych obejmach, podłączonych do niewyobrażalnie długich kabli, którymi nieprzerwanie płynęła energia potężnych zaklęć, wspierających strukturę tych wielkich sopli. Bez tego, wydrążone w środku niczym termitiery, skalne dzielnice porozpadałyby się, grzebiąc w ten sposób tysiące istnień. Chłopak próbował wyobrazić sobie, jak to wszystko zmieni się po przeistoczeniu Vakkerby w Gan Eden, ale natchnienie najwyraźniej zaczęło słabnąć, bo z coraz większym trudem przywoływał ekstatyczny nastrój opowieści o Ogrodzie Rozkoszy. Wypluł gromadzącą się ślinę i spojrzał na przyjaciół. Oddychali ciężko, zmęczeni. Przypominali groteskowe ozdoby schodów, rzeźby utoczone z poszarzałego ciała i brudnych tkanin.
– Musimy iść dalej – powiedział. – Niebawem zaczną gasić latarnie.
Często zastanawiał się, po co w ogóle w Domenie Dzbana gaszono światła. Jakiś osobliwy imperatyw zmuszał władze do aktu oszustwa – dozorcy poszczególnych dzielnic rozchodzili się wieczorem, o Godzinie Prochu, by przykręcać po kolei dopływ rafinowanej spadzi do topników ulicznych lampionów. Wprawdzie pojmował, że chodzi zapewne o oszczędność, nie mógł jednak zrozumieć, po cóż dopasowywać porę snu do nocy panującej na powierzchni, skoro i tak życie w podmieście toczyło się przez całą dobę niemal bez zmian. Jedynym, co odróżniało w Domenie Dzbana dzień od nocy, było właśnie światło latarni; większość gaszono całkowicie, nieliczne pozostawiając przyciemnione, emitujące ledwie nikły blask.
Przyjaciele nie kwapili się do dalszej drogi, znużeni całym dniem na nogach i wciąż trochę omamieni działaniem narkotyku. Jeden z nich, chłopak o imieniu Fadna, mieszkaniec sąsiadującego z Wielodzietną Pajęczycą osiedla Ropoezji, wyrecytował ospale:
Światło mych oczu
Prowadzić będzie drogą rozkładu
Lecz zanim karmić nas zaczną
Robakami
I nim odtrąbią hymny zwycięstwa
Ponad nami
Odstąpię od świetlnych bram i pójdę
Kanałami
By stopić się z mrokiem czarnych zwierciadeł Wydawać by się mogło, że młody ropoeta nagle zasnął na siedząco, lecz po chwili obrócił się do reszty towarzystwa z miną wyrażającą skupienie.
– Słyszycie to?
– Taa... – odparła Edela, dziewczyna o zniekształconej, przypominającej rybi pysk twarzy. – To było... no, nawet tego... może być. Znaczy, dobre... na swój sposób.
– Nie o to mi chodzi. Słuchajcie!
Nataneh już słyszał. Świst blaszanych piszczałek wdarł się w ospałe powietrze zaułka. Dźwięk opadł na nich miażdżącą falą, a wraz z blaszanym jazgotem pojawili się Czyści.
I ciosy.
Energicznym kopnięciem posłano go na bruk. Spadł ze schodów, tłukąc sobie ramię i bok. Kolejny cios sprawił, że Nataneh zabarwił krwią kilka brukowych kostek.
Brakowało mu siły, by się podnieść. Potoczył wokoło otępiałym wzrokiem. Czaszka pulsowała tępym bólem, dłonie i kolana drżały. Przewrócił się i wyrżnął czołem w granit krawężnika.
Z żabiej perspektywy obserwował chaotyczną walkę.
Starcie rozgrywało się niejako ponad nim, w podniebnej krainie schodów, kamienicznego gzymsu i niskiego ceglanego balkonu, odgradzającego koryto zaułka od wyższego poziomu głównej ulicy. Posiadający ponad dwukrotną przewagę liczebną bojówkarze dosłownie zmietli zaskoczone ofiary ze stopni. Fadna próbował uciekać nisko zawieszonym gzymsem kamienicy, lecz wyciągnięte ręce pochwyciły go za nogawki spodni i, bez litości rzuciwszy o ziemię, opadły gradem ciosów na okrwawioną głowę, deformując dziko przerażoną twarz. Młody ropoeta dosłownie utopił się we własnej krwi.
Walczący opanowali niemal cały zaułek, choć bardziej przypominało to okrutną egzekucję niż walkę. Skąpane we krwi kalosze deptały po powalonych ciałach, noże i kastety krzesały karmazynowe iskry, trąc o gardła i twarze Natchnionych. Nataneh nie potrafił już odróżnić przyjaciół od rdzawych cieni; stłoczonych, wciśniętych między kamienie i cegły.
Ze zgrozą odmalowaną na niby-rybim pysku Edela dała się zaciągnąć na stertę śmieci zalegających w kącie między kamienicą a odrapanym murem starej, nieużywanej rozdzielni. Tam Czyści cisnęli dziewczynę na stos nieczystości. Jeden z napastników wydobył z kieszeni butelkę ze smoliwą. Edela, dotąd raczej podatna woli oprawców, z krwawiącymi ustami i podbitym okiem, jęła się szarpać i wić dziko niczym węgorz. Mężczyźni przygnietli ją do podłoża, jeden nadepnął jej na klatkę piersiową. Nataneh ze zgrozą obserwował przerażający, rozgrywający się błyskawicznie spektakl.
Smoliwa obficie spłynęła po rękach Edeli. Zaraz pojawiły się zapałki. Płomień wystrzelił w górę, przemieniając ręce dziewczyny w ogniste skrzydła. Edela wrzeszczała w bólu i trwodze, Czyści śmiali się do rozpuku, patrząc na cierpienia ofiary. Po chwili hałda śmieci zajęła się ogniem i mężczyźni musieli odstąpić, by uniknąć przypadkowych poparzeń. Edela poderwała się na nogi, wrzask rozdarł spasione strachem powietrze zaułka.
Ogień dopadł rybiej twarzy, ogarniając po chwili całe ciało dziewczyny. Ta rzuciła się w kierunku prostopadłej ulicy, biegnąc, to znów przewracając się, piszcząc, sapiąc i skwiercząc.
– Macie tu swój Miazmat, swoje Święte Tchnienie, brudasy! – wykrzyknął Apossa, zaraz eksplodując śmiechem podobnym do rżenia. Zawtórowali mu pozostali, jedynie Lebero się nie śmiał.
Pochwyciwszy czerwony megafon, przycisnął go do ust.
– Zbieramy się, chłopcy! Biegiem!
Nataneh patrzył za znikającymi bojówkarzami, uświadamiając sobie, że pozostał jedyną żywą osobą w zaułku. Wokoło leżały trupy przyjaciół, pod odległą ścianą dopalała się biedna Edela. Jeszcze przed chwilą zdawała się żałośnie jęczeć, ale Nataneh zrozumiał, że to on sam jęczy. W bezsilnej złości, gniewie i rozpaczy rozgryzł sobie wargę i popłakał się piekącymi łzami.
Ktoś wyjrzał przez okno, zatoczył wzrokiem łuk, dostrzegł trupy i spojrzał na skulonego pod ścianą Nataneha. Spotkali się wzrokiem – chłopak i starszy mężczyzna w oknie. Ten ostatni po chwili dobył starego kapcia i rzucił nim w Nataneha. Postrzępiony, płócienny półbut trafił młodzieńca dokładnie w czoło, na moment przylgnął do skóry i opadł na bruk z cichym plaśnięciem.
– Jak nie przestaniesz jęczeć pod moim oknem, to zejdę do ciebie i dopiero będziesz miał powód do płaczu!
Okiennice zamknęły się z trzaskiem. Swąd płonących nieopodal śmieci i dogasającego ludzkiego ciała mieszał się z aromatem miasta, dodając nutę smutnej ironii do Wielkiego Kotła pełnego gęstej i parującej zupy na kościach rozpaczy i strachu.
Nataneh podźwignął się i odszedł, nie oglądając się już na martwych przyjaciół.



***



– Więc mówisz, chłopcze, że masz na imię Nataneh?
Wysoki i mocno zbudowany mężczyzna o twarzy przeciętej poziomą blizną, wilgotną i czarną niczym rów melioracyjny, patrzył na niego spod krzaczastych brwi spojrzeniem tak przejmującym, jakby wzrokiem potrafił wykradać najgłębsze sekrety z samego dna duszy. Bordowy kaftan, zapinany na ukośną zakładkę i przewiązany błękitną szarfą, ciasno opinał się na barczystej sylwetce. Prawą dłoń zastępowała golemiczna proteza, z której przy każdym ruchu palców z cichym świstem ulatywały chmurki pary. Nataneh kiwnął głową, wciąż nieco skrępowany w obecności tak majętnej osoby.
– Ja nazywam się Skaraim – oznajmił mężczyzna. – I jestem zarządcą tego burdelu, jak zapewne już cię uprzedzono. Mówię ci to na wszelki wypadek, żeby uniknąć najmniejszych nieporozumień. Rozumiesz?
– Tak. Skaraim.
– Skaraim Ryj. Tak na mnie wołają za moimi plecami.
– Uśmiechnął się, prezentując poczerniałe zęby.
W każdy z nich wprawiono drobny rubin, odbijający światło lampionów, jakimi udekorowany był pokój. – Powiadasz więc, że jesteś jednym z tych Natchnionych, tak?
– Wszyscy jesteśmy – odparł Nataneh. – To znaczy, wszyscy, którzy zjawią się na potańcówce.
Zarządca zabębnił palcami w blat stołu. Skrzypnął krzesłem, zamyślił się chwilę. Sięgnąwszy po ustnik wodnej fajki, zaciągnął się głęboko, wypuszczając nozdrzami obfite kłęby fioletowego, aromatyzowanego dymu. Dychawka woniała aromatem owoców kioppa, jednak Nataneh, który nigdy ich nie smakował, nie zdawał sobie z tego sprawy. Dla niego zapach dymu był po prostu słodki.
– Wiesz – podjął Skaraim – miałem tu kiedyś taką jedną dajkę. Nie mieszkała z nami, jak większość dziewcząt, ale przychodziła do pracy codziennie. Dzień w dzień. I nigdy się nie spóźniała.
– Tak? – Nataneh był zakłopotany i koniecznie chciał udowodnić, że tak nie jest. Niestety, nic mądrzejszego nie przychodziło mu do głowy.
– Tak – odparł zarządca, najwyraźniej doskonale rozpoznając w zachowaniu chłopaka oznaki zdenerwowania.
– Słono za nią płacili wszyscy, którzy mieli chętkę na jakąś odmianę – kontynuował. – Dziewczę było dość urodziwe, brązowowłose... a może rudawe...? – Zamyślił się, zaciągając dymem i kopcąc tak, że Nataneh odruchowo zasłonił dłonią nos. – Och! Przeszkadza ci to?
– Słucham?
– Pytam, czy przeszkadza ci dym?
Nataneh oblał się rumieńcem, odsłonił nos i wyprostował się na krześle.
– Nie – zaprzeczył stanowczo. – Ani trochę, panie Skaraim.
– To świetnie, bo i tak bym nie przestał.
Po chwili znów wyszczerzył ozdobione rubinami zęby w niepokojącym uśmiechu, na co chłopak odpowiedział własnym; nerwowym i mało przekonującym.
– Wracając do dziewczyny... – ciągnął dalej zarządca.
– Lubiłem ją. Z jednej strony zgadzała się na każde upokorzenie, najgorszą nawet podłość lub najdziwniejszą zachciankę ze strony klientów. Z drugiej jednak zdawała się przy tym, i mimo tego, niewzruszona niczym głaz. Nie, źle się wyraziłem... Nie chodzi mi o to, że była jakaś otępiała czy coś w tym rodzaju, ale po prostu... jak by to? – Wciągnął kolejną chmurę dymu, wypuszczając ją po chwili nosem, niczym smok z opowieści, jakimi uliczni bajarze zabawiali czasami dzieci. – A, tak! Chciałem powiedzieć, że wydawała się taka dumna, niemal wyniosła. I ona z tą dumą i wyniosłością, z tą niezłomną wytrwałością przyjmowała każdą łóżkową chłostę.
Każdą zachciankę klienta spełniała, jakby podejmowała w gości Arystokratów. Pomyślałby kto, że była po prostu kurwą.
– Dlaczego mi pan o niej opowiada, panie Skaraim? – Nataneh niepewnie rozejrzał się po ścianach gabinetu, obleczonych dywanami i obwieszonych fallicznymi w kształcie wisiorami. Kontrastowało to żywo z drogą, jaką musiał pokonać, by znaleźć się w tym pokoju – wilgotne korytarze, brudne cegły, odpadający tynk. Oczywiście, typowi klienci znali jedynie właściwą część zamtuza, gdzie zaraz po wejściu witał ich tani blichtr i półnagie dziewczęta.
Nataneh, rezerwując salę taneczną, musiał jednak rozmawiać z zarządcą, który miał swój gabinet na tyłach domu, gdzie schody i korytarze nie różniły się niczym od ich odpowiedników znajdujących się na zewnątrz budynku i tworzących znaczną część Domeny Dzbana.
– Ta dziewczyna – odparł Skaraim – wiesz... nie była zwyczajną dziwką. Klienci licytowali się o nią, ponieważ miała sześć rąk. Nietypowa mutacja, prawda? Chyba nieczęsto można spotkać taką dziewczynę? Sześć rąk... Zadziwiające, nie? Zupełnie jak ta wasza bogini.
Chłopak, słysząc to, otworzył szeroko usta ze zdziwienia.
– Mówi się... – podjął, niemal podnosząc się z krzesła.
– Że Sześcioręka Bogini była ladacznicą, gdy jeszcze chodziła pośród żywych – dokończył Skaraim. – Tak, słyszałem wasze opowieści. Raz nawet z ust samego Dzikiego Mesjasza. Przyznam, że było to prawdziwie płomienne kazanie. Co nie znaczy, że wierzę w choć jedno słowo, jakie tam padło.
– Wiara... – próbował oponować Nataneh, lecz Skaraim znów mu przerwał.
– Jest jak dziurawe wiadro. Nie jest w stanie utrzymać faktów. Woda zawsze wycieknie, zanim doniesiesz ją na miejsce. Niby jakim cudem chcecie obalić Maszynowego Boga?
– Wcale nie chcemy go obalać. Nie wiadomo nawet, czym jest Maszynowy Bóg.
– Otóż to! Z czym więc ta walka?
– Nie z czym, ale o co.
– A o co?
– O Gan Eden – odpowiedział Nataneh. Przez chwilę nawet zdołał opanować zakłopotanie i w jego głosie pobrzmiewała pewność siebie, która jednak prędko zaczynała się ulatniać.
– Gan Eden... Ogród Rozkoszy, tak? A czym owo miejsce właściwie miałoby być? Czy Dziki Mesjasz potrafi to jakoś wytłumaczyć? Czy wyjaśnił wam, na czym owa przemiana Vakkerby miałaby polegać?
– Panie Skaraim... – Nataneh oblał się potem. Nie bardzo wiedział, na ile poważnie ma traktować pytania tego mężczyzny i czy odpowiedzi na nie mogły w jakiś sposób zaważyć na sprawie, z jaką się tutaj zjawił. – Czy moglibyśmy przejść do rzeczy? Bo...
– Ja tu ustalam, kiedy, i czy w ogóle, do czegoś przechodzimy, chłopcze. – Skaraim zaciągnął się dymem, mierząc spojrzeniem młodzieńca, który teraz uciekał wzrokiem, chowając dłonie między kolanami. – Rozumiesz, że nie może być mowy o jakiejkolwiek agitacji?
– Słucham?
– Tylko tańce – wyjaśnił zarządca. – Jeśli zamierzacie urządzić sobie w Domu Uśmiechu jakieś sekciarskie czary-mary, to możesz od razu wypierdalać. – Nie, proszę pana – zapewnił chłopak. – Będą tylko tańce.
– Lepiej, żebyś mówił prawdę. Nie tolerujemy tutaj żadnych religijnych spotkań. Możecie się tu bawić we własnym gronie, pod warunkiem jednak, że nie zamieni się to w jakieś ideologiczne zawracanie głowy, zwłaszcza jeśli jest przeciwne prawomyślnym doktrynom. Rozumiemy się?
Nataneh skinął głową.
– Dobrze – mruknął Skaraim. – Wypiszę ci szczegółowy rachunek. Sam zdecydujesz, które z atrakcji chcesz uwzględnić. Później ustalimy termin.
Tego dnia Nataneh miał ręce pełne roboty. U znajomego drukarza zamówił stos ulotek, które później rozklejał przez kilka kolejnych godzin w rejonie, w którym został ostatnio zaatakowany przez bojówkę Czystych. Był zadowolony, że udało mu się pozyskać fundusze od sekty. Nie rozmawiał wprawdzie z samym Dzikim Mesjaszem, ale jego pomysł został doceniony – swoją obecność na potańcówce potwierdził nawet sam Ojciec Natchnionych. Teraz należało tylko zorganizować wszystko, jakby nigdy nic.
Jakby w planach nie było żadnego zabijania.


NENE


Przeciskali się przez tłum, w kierunku sal, w których rębacy przygotowywali się do walk. Podniecona Nene trzymała Syrtrę za rękaw, ciągnąc go w dół korytarzy umieszczonych pod areną. Schody zadudniły krokami, gdy mijali ich porządkowi wynoszący na zewnątrz kolejne zwłoki. W półmroku dostrzegli ślady krwi na posadzce, dosłyszeli pojękiwania rannych opatrywanych przez zespół felczerów. Dopadła ich kwaśna woń stęchlizny i zjełczałego potu.
– Już tu kiedyś byłam – oznajmiła dziewczynka, gwałtownie dysząc i dygocząc z emocji. – Chciałam zerknąć na Eyrę po jednym z jej najlepszych pochlastów. Tak złoiła skórę jednemu szczeniakowi, że nie było co po nim zbierać. Szkoda, że już nie walczy... Ciekawe, co się z nią stało?
– Pewnie zgarnęła w łeb.
– Sam zgarnąłeś w łeb. – Każdy rębaka w końcu dostaje swoje. – Chłopiec kiwał głową z poważną miną, jakby właśnie wyjawił jakąś niezwykłą mądrość.
Nene skarciła go groźnym spojrzeniem i przyspieszyła kroku. Przeskoczyli nad kałużą; wilgoć skraplała się na cegłach i woda zbierała się tu i ówdzie. Dziewczynka poprawiła beret, który wciąż zsuwał się jej ze skroni.
– Eyra była z żelaza – powiedziała. – Kiedyś będę jak ona.
Syrtra potykał się o własne nogi, próbując nadążyć za swoją szefową.
– Chcesz być rębaką? A widziałaś, co się z nimi dzieje, jak nie są zbyt giętcy?
– Dybaj za mną i nie gadaj głupot.
Nene skręciła w jasno oświetlony korytarz prowadzący do sporej wielkości sali, w której na podłużnych ławach układano rannych, po drugiej stronie zaś młodzi mężczyźni rozmasowywali mięśnie tym, którzy za chwilę mieli wyjść na arenę. Za parawanem opatrywano kolejne ofiary walk, martwi zaś leżeli pod ścianą, oczekując na wyniesienie.
– Skąd wiesz, że dasz radę? – ciągnął chłopiec. Widząc sine zwłoki, wzdrygnął się nieznacznie. – Rębanie to insza sztuka niż wlepownictwo. Pamiętasz, jak musiałaś się porachować z Grubą Hatene? Nie mogłaś wygłówkować, jak się za nią zabrać. Po prostu nie nadajesz się do poj...
Dziewczynka odwróciła się do kolegi, po czym energicznie ugodziła go łokciem w skroń, poprawiając silnym kopniakiem w kolano. Chłopak przewrócił się na bok, jęcząc i przeklinając.
– Pieprz się – wystękał. – Mam lepsze rzeczy do robienia, niż łazić tu z tobą.
Wstał z trudem. Strzepnąwszy brud z nogawek spodni, spojrzał koso na dziewczynę i pokuśtykał do wyjścia.
– Tak, idź. Za chudy jesteś...
Nene podrapała się w policzek i nieśmiało zbliżyła do parawanu.
– A ty czego tu, gówniaro? – zagadnął wąsaty felczer w zakrwawionym fartuchu. – Uciekaj.
Dziewczynka jednak nie potrafiła odwrócić wzroku od swoich nowych ulubienic. Jedna z kobiet spojrzała jej w oczy i Nene dostrzegła technomagiczny tatuaż na białkach rębaki. Przedstawiał jakieś niejasne symbole, coś w rodzaju kręgów płomieni wokół tęczówek.
– No, powiedziałem, żebyś się wynosiła. Już!
Nene wycofała się za parawan. Jeden z masażystów podszedł, by chwycić ją za kołnierz, lecz dziewczynka odepchnęła naoliwioną rękę i pognała do wyjścia.


LEBERO


Lebero czeka. Przemierza wzrokiem przestrzeń między budynkami, wypatrując pierwszych imprezowiczów. Rozpozna ich, bezbłędnie odróżniając od zwykłych klientów Domu Uśmiechu. Wie także, że spotka tu również mordercę swojej babki. Po prostu czuje to w kościach.
– Dlaczego nie rozwalimy tych drzwi i nie rozprawimy się z nimi w środku?
– Bo nie jesteśmy idiotami – odpowiada Apossa, karcąc spojrzeniem najmłodszego spośród zgromadzonych w uliczce bojówkarzy. – Ten burdel jest chroniony przez molosy.
– Powinniśmy spuścić łomot tym bezjajecznym mutantom. Prawda, Lebero?
Naczelnik nie słucha. Zajęty obserwacją, myśli tylko o jednym. Zemścić się, tak... Wytrzeć nieczyste istnienie tego chłoptasia do sucha. Tylko to się liczy.
– Zamknij szczekaczkę – karci młodego Apossa. – Chciałbym zobaczyć, jak spuszczasz łomot molosowi.
– Cuchnące, nieczyste...
– Zawrzyj pysk! Przeszkadzasz naczelnikowi.
Siedzą na górnym poziomie piętrowej uliczki, mając dzięki temu dobry widok na obserwowany teren. Ukryci między kamienicami są niemal niewidoczni dla schodzących się do zamtuza gości. Widzą młodych ludzi wmaszerowujących dziarskim krokiem do sali tanecznej Domu Uśmiechu. Nie brakuje wśród przybyłych pokrak różnego rodzaju, kalek i mutantów. Żałosna banda zanieczyszczonych, zbierająca się dla uczczenia jakiegoś wielce doniosłego wydarzenia z życia ich ułomnej boginki.
Lebero czuje niesmak w ustach, skupiając swe myśli na twarzy, którą wciąż widział, gdy tylko przymykał powieki.
Umorusane oblicze tego, który dzierżył kamień...
Chwyta się za pierś, wściekle zaciskając zęby. Klatka piersiowa piecze go do nieprzytomności, ból promieniuje przez trzewia, ku kości ogonowej i w górę, do gardła i jeszcze dalej, przeobrażając się w mdlące łupanie na czubku głowy. Guz na piersiach zdaje się pulsować, nabrzmiewając ropą i jakimś osobliwym, gąbczastym ciałem.
– Ja bym jednak spróbował – ciągnie młody. – Jest nas ze dwie setki, a tych przygłupich molosów pewnie nie więcej jak sześciu czy siedmiu.
– Zamknij się, bo za chwilę dostaniesz taką bułę, że będziesz gadać dupą.
Lebero nie zwraca na nich uwagi. Właśnie widzi tego, któremu jest winien pomstę, i chłodne uczucie triumfu zaczyna wypełniać go jak kielich. Teraz już wie, że za wszelką cenę nie pozwoli, aby chłopak wrócił dziś do domu. Więcej – nie pozwoli, by ktokolwiek spośród Natchnionych choćby wyszedł z tancbudy o własnych siłach...
Opętuje go nagła myśl, że nie powinien się zadowalać małym sukcesem. To jest wojna! Święta wojna o czystość. Ogień spali, oczyści wszystkich, którzy poważą się wejść do środka.
– Krag, Ado – przywołuje do siebie dwóch towarzyszy.
– Przynieście bańki ze smoliwą. Poczekamy, aż zaczną zabawę, i podhajcujemy tę ruderę.
Twarz towarzyszącego naczelnikowi Apossy rozjaśnia promienny uśmiech. Stojący obok młodzieniec klaszcze w dłonie z uciechy. Lebero musi uciszać rozbawionych towarzyszy. Powietrze w uliczce wydaje się aż gęste od buzujących emocji.
Czekają, widząc jak sala taneczna Domu Uśmiechu zapełnia się coraz bardziej. W ciemnej, opuszczonej uliczce słyszą tylko własne, przyspieszone oddechy i tętno krwi rozsadzającej skronie. Czekają, a brudny pot spływa im po policzkach. W głębokim cieniu rozbrzmiewają wreszcie kroki.
– Macie tę smoliwę?
Rozliczne kroki, lecz brak odpowiedzi.
– Chłopaki? – Apossa próbuje wypatrzyć Kraga i Ado, lecz w pobliżu nie ma żadnych latarni, a odległy poblask jest zbyt słaby. – Kto tam, kur...
Gliniana bańka rozbija się o ścianę, eksplodując płynnym ogniem. Czyści podnoszą się jak na komendę, ze zdumieniem patrząc na najmłodszego z towarzyszy, którego głowa nagle staje w płomieniach. Przypomina teraz żywą świecę, zataczającą się w bliżej nieokreślonym kierunku.
W następnej chwili spada na nich deszcz ognia i Czyści rozpoczynają śmiertelny taniec z płomieniami. Potworny wrzask rozsadza uliczkę, z pobliskich okien wychylają się gapie, by patrzeć na niecodzienne widowisko. Każdy bojówkarz, który zdoła uciec przed zachłannością płonącej smoliwy, jest wciągany w cień, gdzie tęga laga rozłupuje mu czaszkę lub ostrze noża zatapia się w jego wnętrznościach. Apossa zbiega krzywymi schodami, znajdując szczelinę w pękniętej bryle kamienicy. Płoną mu plecy, lecz krzyk bólu zamiera w płucach. Mężczyzna odnajduje zejście na niższy poziom ulicy i wybiega wprost na przejeżdżającego tamtędy rikszarza, obalając go na bruk. Z rikszy wypada kobieta o złotych włosach. Apossa podnosi się na kolana, patrząc jej w oczy. Te rozszerzają się, gładkie oblicze wykrzywia grymas znamionujący odciskającą się na nim grozę. Apossa drży z bólu, jego grzbiet nadal się pali, lecz on nie potrafi odwrócić wzroku od ślicznej twarzy, nagle i niespodziewanie zbryzganej krwią. Dopiero po chwili uświadamia sobie, że to jego własna krew znalazła się na niewieścim obliczu.
Apossa nie potrafi zamknąć ust, gdyż długie ostrze wepchnięte od tyłu, u nasady czaszki, wylazło mu między zębami, wybijając na zewnątrz siekacze i unieruchamiając głowę. Wzrok mu mętnieje i zaraz potem gaśnie, wciąż utkwiony w zakrwawionej buzi, zaklętej w maskę przerażenia.
Poziom wyżej nadal trwa piekło. Żywe pochodnie odbijają się od ścian kamienic, wirują na bruku, podnoszą się, opadają, drżą i zamierają. Żelazne głowice okutych pałek opadają z suchym trzaskiem na głowy tych spośród Czystych, którzy jakimś cudem zdołali uniknąć podpalenia, oraz tych, którzy płonąc, nadal próbują uciec z piekielnej pułapki.
Lebero tkwi w oku cyklonu, widząc wokół siebie wszechobecną burzę płomieni. Dojmujący ból rozsadza mu klatkę piersiową, jak gdyby pęczniejący guz obrósł w samoświadomość i przerażony ogniem próbował oderwać się od żywiciela. Nagle z ognia, niczym jakiś mityczny potwór, wyłania się ogromna postać obleczona w skórzane hajdawery, która zdaje się nie przejmować szalejącym żywiołem. Języki ognia liżą obnażony tors, lecz wielkolud nie zwraca na nie zbytniej uwagi. Pochyla się nad skulonym Lebero, zbliżając grubo ciosaną twarz do jego chudego oblicza.
– Jesteś szefem tego kółka wzajemnej masturbacji?
Lebero niemal przestał widzieć przez zadymione szkła okularów. Zdejmuje je więc i przeciera rękawem płaszcza, po chwili z powrotem mocując na haczykowatym nosie. Spogląda na nieco wyższego i o wiele potężniej zbudowanego od siebie przeciwnika. Udaje mu się dojrzeć bezlitosne stalowoszare ślepia osadzone w ciemnych oczodołach, mocarne barki i wyrastający z czoła lekko zakrzywiony ku górze róg.
– Niech mnie utopią w Mrocznicy – mówi nieznajomy głosem przypominającym dudnienie trąby. – Jeśli się nie odezwiesz, chłopcze, zawlokę cię za nogi aż do Małego Kotła, bo tam się właśnie udajemy. Musisz dokonać więc zasadniczego wyboru – albo grzecznie odpowiesz na pytanie, choć znam już na nie odpowiedź, i nie sprawiając problemów, pójdziesz z nami na audiencję do Dzikiego Mesjasza, albo połamię ci ręce i przecioram twarzą po bruku stąd aż do niego. Zapewniam, że w obu przypadkach droga nie zakończy się przyjacielską herbatką, ale to do ciebie należy teraz wybór sposobu podróżowania, który, jak mniemam, żywo cię interesuje.
To jak będzie?
Lebero spogląda na mutanta, niemal nie dowierzając jego istnieniu. Wydaje mu się, że bruk rozpada się pod nim na drobne kawałki, wciągając w kamienną toń.
– Jestem Lebero, naczelnik bojówki Czystych.
Wielkolud kiwa głową i uśmiecha się złowrogo.
– Bojówkę Czystych uznaję niniejszym za rozwiązaną.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2009-11-10 (1413 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej