Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Jednym strzałem
 
Katalog - dodano
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Aksamitny dotyk nocy'' - Dariusz Domagalski

Zamach


Pierwszy spostrzegł ich Mszczuj. Psy strasznie ujadały, podszedł więc do okna sprawdzić, co się dzieje. Zamiast pogrążonego w ciemności podwórza, zobaczył setkipochodni w rękach rozgniewanych, gotowych na wszystko ludzi. Przywołał pozostałych rycerzy. Bez słowa przywdziali pancerze. Nie mieli wątpliwości, że podjudzeni Węgrzy pod ich kwaterą to sprawka Zygmunta, a może i samych Krzyżaków. Spodziewali się ataku w nocy lub z samego rana, ale myśleli, że będą to zbrojni wydzieleni z królewskiej chorągwi, albo skrytobójcy, których wielu było na usługach Luksemburczyka. Tłumu kmieci jednak nie przewidzieli.
Janusz Brzozogłowy zauważył, że w gospodzie zostali sami, gdyż właściciel uciekł, pozostawiwszy cały swój dobytek. Dobrze wiedział, co się święci. Rozbestwiony tłum nie patrzy kogo morduje, wszystko mu jedno wróg to czy swój, ważne żeby utopić we krwi nienawiść.
Siedmiu polskich rycerzy i jeden Burgundczyk stało teraz z dłońmi opartymi na rękojeściach mieczy, spoglądając na Witolda.
Co robić – czekać, czy próbować przebić się do koni i uciec?
Powinno się udać, stajnie nie były daleko, a mieszczanie to jedynie zbieranina prostaków, motłoch, a nie woje. Tymczasem Witold chodził po sali niczym tygrys złapany w pułapkę. Na przemian to nadymał policzki, to mruczał coś pod nosem. W jego oczach nie było strachu, raczej oburzenie. Nie mógł uwierzyć, że Zygmunt poważył się na taki krok. Przekupstwo czy groźby należały do jego zwyczajowego arsenału, ale zamach na władcę i to na terenie Węgier, był szczytem bezczelności. Sprytnie to sobie umyślił, przed światem będzie mógł się wyłgać, że nie jego siepacze tę straszną rzecz uczynili, lecz rozgniewani mieszkańcy Kieżmarku. Witold podziękował w duchu swojej przezorności, że odesłał z miasta księżną Annę.
– Książę? – odezwał się Zawisza Czarny, a jego miodowe, zazwyczaj łagodne oczy zapłonęły dziko. – Cóż rozkażesz?
Witold rozłożył bezradnie ręce.
– Jeżeli tu ostaniemy, wyrżną nas niechybnie – wtrącił Marcin z Wrocimowic.
– Nie ośmielą się tu wedrzeć – prychnął Dobiesław z Oleśnicy, któremu uśmiech nie schodził z twarzy nawet w obliczu niebezpieczeństwa. Co więcej, zdawało się, że jest zadowolony z takiego obrotu sprawy. – A jeśli to uczynią, zarżniemy ich jak bydło. Śmierdzą jak bydło, to niechaj tak zdychają.
– Mnogo ich – skrzywił się Jan Farurej i spojrzał na starszego brata. Ten kiwnął mu głową, dając znać, że pojął jego myśl. Zbliżył się do księcia.
– Powinniśmy spróbować ucieczki.
– Co?! – zdziwił się wielkolud z Oleśnicy. – Uciekać przed tymi kmiotkami?
– Nie możemy narażać księcia.
– Zawisza prawdę rzekł – poparł Marcin z Wrocimowic. – Życie księcia ważniejsze niż urażona duma.
Dobiesław zacisnął mocno opancerzoną prawicę.
– Nie będę uciekał przed motłochem – wycedził.
Dagobert podszedł do niego, położył mu dłoń na ramieniu, wysłał uspakajającą myśl, jak niegdyś nauczyła go Aine. To była jedna z tych chwil, kiedy emocje biorą w człowieku górę nad rozumem i trudno zapanować nad agresją wpisaną w ludzką naturę. Spuścizna ta pozostała nam po odległych przodkach, którzy każdego dnia walczyli o przetrwanie. Czasem jest ona darem, czasem przekleństwem.
– Nie tym razem, Dobiesławie – rzekł.
– Nie będziesz mi mówił co mam robić, Burgundczyku!
Nagle coś uderzyło o dach gospody, za chwilę znowu i jeszcze raz. Po chwili poczuli swąd i ujrzeli dym przeciskający się przez szpary w suficie.
– Zdaje się, iż kmiotkowie chcą nas spalić – uśmiechnął się krzywo Mszczuj ze Skrzyńska.
– Nie mamy wyboru – mruknął Zawisza Czarny i krzyknął: – Wychodzimy!
***
Wypadli na podwórze z ogarniętej już przez ogień gospody, natychmiast tworząc krąg wokół Witolda. Unieśli miecze, które zalśniły szkarłatem płomieni odbitych w stali. Na ich poczerniałych od sadzy twarzach malował się gniew, a usta wykrzywiły się we wściekłym grymasie.
W pierwszej chwili kmiotkowie cofnęli się przerażeni widokiem rycerzy, którzy bardziej podobni byli demonom, jakimi księża straszyli prostych ludzi, gdy postów nie przestrzegali lub odpustów nie chcieli kupować. Kilku z nich rzuciło pochodnie oraz dzierżone niepewną ręką kordy i pierzchło do domów. Ucichły okrzyki, przekleństwa i nawoływania. Nastała cisza, przerywana jedynie trzaskiem iskier z pogorzeliska i łamiących się zwęglonych belek stropu. Mieszczanie tępo popatrywali na siebie, przestępując z nogi na nogę, niepewni co dalej czynić.
– Brać ich kumowie! – za ich plecami rozległ się ochrypły, nieprzyjemny głos.
Następnego dnia, gdy nastał świt, a nienawiść zastąpiła rozpacz, ludzie oglądający spalone domostwa, kramy i kupieckie kantory, patrząc na truchła posiekanych mieczami sąsiadów, nie mogli sobie przypomnieć kto wykrzyczał te słowa. Mogli przysiąc, że nie był to nikt z tutejszych, podejrzenie padło na przybysza, rycerza niewielkiego wzrostu, którego ani wcześniej, ani później w Kieżmarku nikt nie wiedział. Jednak wtedy, w tę straszliwą noc, poszli za tym głosem, dali się powieść na śmierć.
Pierwszy rzucił się do ataku potężny kowal, który ponoć już w trzech wojnach uczestniczył, w tym jednej lokalnej o prawo składu z pobliską Lewoczą. W kieżmarskiej karczmie, przy kruży wyśmienitego piwa, nieraz przechwalał się, ilu to już wrogów zatłukł, z jakimi to sławnymi rycerzami się potykał i jakie to morze krwi jego kord smakował. Uniósł wysłużony oręż nad głowę, z dzikim okrzykiem ruszył na najbliższego z wrogów. A był nim Mszczuj ze Skrzyńska, który tylko wyszczerzył zęby i jakby od niechcenia machnął mieczem na odlew. Kowal z rozpłataną twarzą zwalił się na ziemię.
Niestety, ruszyli kolejni śmiałkowie. Siodlarz Paszek, najzręczniejszy ponoć nożownik we wszystkich spiskich miastach, zanim zdążył zadać zabójcze pchnięcie, został pozbawiony głowy przez dwuręczny miecz Dagoberta.
Gruby, zawsze życzliwy ludziom szewc Olbracht, który nigdy w żadnej bójce udziału nie brał, teraz z dziką furią rzucił się z mieczem na Marcina z Wrocimowic. Ten jednak bez problemu przyjął cios na zastawę i natychmiast odpowiedział. Ostrze przecięło tłusty brzuch napastnika. Olbracht umierał długo, w męczarniach, obserwując jak trzewia wylewają mu się na ziemię.
Piekarz Preusse, potomek niemieckich osadników, próbował dźgnąć widłami Janusza Brzozogłowego, lecz ten zręcznym unikiem wymknął się spod ostrych zębów i jednym płynnym ruchem miecza odrąbał piekarzowi rękę tuż przy łokciu. Mężczyzna wrzasnął z bólu, chwytając się za krwawiący kikut. Kasztelan bydgoski nie miał jednak litości, zakręcił mieczem młynka i wbił go prosto w serce napastnika.
Kupiec Marcin, którego kram, pełen zamorskich różnorodności, słynny był w całej okolicy, dzierżąc drewnianą lagę, zaatakował Zawiszę Czarnego, a chwilę później leżał na ziemi ze zmasakrowaną twarzą. Rycerz z Garbowa nawet miecza nie podniósł, uderzył tylko pancerną pięścią.
Strażnik miejski Lenart, który jako jeden z nielicznych miał hełm na głowie, chociaż trochę już pordzewiały i staroświecki, zamachnął się halabardą na Dobiesława z Oleśnicy. Polski mocarz przechwycił drzewce i pociągnął nieszczęśnika do siebie, nabijając go na miecz. Następnie uniósł wysoko w górę, odrzucił na biegnących ku niemu dwóch kolejnych mieszczan.
Taki pokaz siły nie wywarł jednak wrażenia na rajcy miejskim, Trinkuszu. Ten starszy już mężczyzna zawzięcie próbował wepchnąć w twarz Jana Farureja płonącą pochodnię. Ten dwa razy zasłonił się tarczą, a następnie wykonał unik, z jednoczesnym wypadem do przodu. Zaskoczony pan Trinkusz dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że ma rozpłatany brzuch. Wykonał jeszcze niepewny krok do przodu i padł martwy.
Tymczasem Domarata z Kobylan zaatakowało trzech wyrostków zawsze skorych do bitki. Byli zakałą całego Kieżmarku i w nocy strach było znaleźć się w okolicy, w której mieszkali. Dwóch z nich miało kordy, jeden miecz, który zapewne odebrał w drodze rozboju jakiemuś rycerzowi. Domarat, który tarczy ze sobą nie zabrał, twierdząc, że w ruchach go tylko ogranicza, wytracił wyrostkowi oręż tak sprytnie, że go w locie przechwycił i teraz dzierżąc w obu rękach miecze bez wysiłku rozpłatał jego kompanów. Bezbronny chłopak, przejęty grozą, padł na kolana błagając o litość. Rycerz z Kobylan podszedł do niego, na krzyż przystawił mu do gardła ostrza mieczy i pociągnął. Krew obryzgała mu twarz. Dzisiejszej nocy nie było zmiłowania.
Pierwsze trupy na podwórzu nie zniechęciły tłumu. Ludzie byli w amoku, ich oczy płonęły dzikim obłędem, który zwiększał się w miarę rozprzestrzeniania się pożaru. Z gospody iskra przeskoczyła na sąsiedni budynek, który już stanął w płomieniach. Jednak mieszkańcy miasta nie opamiętali się, nie pobiegli gasić pożogi, ratować dobytku, tylko z większą jeszcze zaciekłością zaatakowali utworzony przez rycerzy krąg. Chcieli dostać się do środka, rozszarpać przyczynę ich przeszłych, obecnych i przyszłych nieszczęść – księcia Witolda.
Ten zaś z obnażonym mieczem stał pośrodku i patrzył. Patrzył jak jego rycerze tną, sieczą, mordują napierający tłum. Rozrąbywali ludzi niczym bydło idące na rzeź. Krew bryzgała na twarze, plamiła odzienie, zbierała w rozległe kałuże.
Dietrich, przykładny mąż i ojciec dwójki małych dzieci, któremu właśnie Ostrze Natzacha odrąbało dłoń dzierżącą miecz, oszalały z bólu skoczył w środek kręgu, żeby dopaść Witolda, choćby i zębami. W locie dosięgły go trzy ciosy, a on i tak zdołał przewrócić księcia i ugryźć w szyję, do krwi, zanim został odrzucony kopniakiem przez Dobiesława. Przeturlał się po ziemi, ale wstał jeszcze, pocięty, z wyłupionym okiem. Teraz bardziej przypominał żywego trupa z legend niż człowieka. Dopiero Witold dokończył dzieła, przebijając Dietricha mieczem.
Skąd w tych ludziach wzięła się zawziętość, dająca tak wielką siłę? Czy była to tylko zwykła nienawiść, która podobnie jak miłość może przenosić góry? Czy może stała za nią jakaś straszliwa moc? Przecież Tatry skrywały wiele tajemnic. Jednak to nie w szczytach wysokich gór krył się sekret. To wybuchła skrywana przez lata zawiść, poczucie własnej małości, które ludzi słabych doprowadza do furii. Nienawidzą wszystkiego i wszystkich, a najbardziej samych siebie.
Ale nie było dla nich ani usprawiedliwienia, ani litości. Miecze rycerzy zbierały krwawe żniwo i gdy wydawało się, że będzie to trwało bez końca, atak na chwilę ustał.
– Do stodoły! – krzyknął Zawisza, który chyba jako jedyny zachował zimną krew i nie dał się ponieść bitewnemu zapałowi. Zobaczył, że budynek jeszcze nie zajął się ogniem i mają szansę przebić się. – Do koni!
Reszta rycerzy w mig pojęła zamiary Sulimczyka. Ruszyli krok za krokiem, po trupach, a droga wydawała się nie mieć końca. Rzucano w nich toporami, widłami, a nawet ktoś cisnął w idącego na czele Zawiszę sierpem, bardziej przydatnym na roli niż w walce. Nie było chwili, żeby któryś z mieszczan na nich nie pędził, choć zaraz padał rozpłatany przez polskie miecze.
Twarze rycerzy umazane były krwią i tylko białka oczu błyszczały na tle szkarłatnej łuny pożarów. Gdyby w tej właśnie chwili do miasta przybył zbłąkany wędrowiec, gotów by pomyśleć, że trafił do samego piekła, nie zaś do sławnego z ładu i spokoju Kieżmarku.
Wreszcie dopadli drzwi stodoły, rozwarli je na oścież i gdy czwórka z nich kulbaczyła konie, reszta broniła dostępu. Dagobert ciął mieczem, a za każdym razem gdy uderzał, powalał co najmniej dwóch napastników. Widać było jednak, że siły powoli go opuszczają. Oddychał ciężko, a przez lewy policzek biegła mu krwawiąca, brzydko wyglądająca rana.
Stojący z nim ramię w ramię Dobiesław zadawał cięcia i sztychy, ale wyraźnie kulał na prawą nogę. Mszczuj nie mając siły dźwignąć tarczy, gdyż hak halabardy rozorał mu ramię, zasłaniał się mieczem przed gradem ciosów. Z pomocą im ruszył Zawisza, który stracił szłom i teraz z rozwianymi włosami wpadł między wrogów, okrutnie ich rąbiąc. Jego miecz wznosił się i opadał, przełamując każdą zasłonę. Nie na darmo mówiono, że jest najlepszym rycerzem, jakiego nosiła ziemia.
Wreszcie konie były gotowe i gdy Witold znalazł się już w siodle, reszta rycerzy niemal w biegu dosiadła wierzchowców. Rozdając ciosy na prawo i lewo pognali ku bramom miasta.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2009-11-10 (1387 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej