Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Pradawne zło
 
Katalog - dodano
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Piknik na skraju drogi. STALKER - A. i B. Strugaccy



– Piknik. Wyobraź sobie: las, przesieka, polana. Z przesieki na polanę wjeżdża samochód, z samochodu wysiada młodzież, butelki, koszyki z prowiantem, dziewczyny, tranzystory, kamery filmowe… Rozpalają ognisko, stawiają namioty, gra muzyka. A rankiem odjeżdżają. Zwierzęta, ptaki i owady, które przez całą noc ze zgrozą obserwowały to, co się działo, wyłażą ze swoich kryjówek. I cóż widzą? Na trawie kałuża oleju, rozlana benzyna, leżą nieprzydatne już świece i filtry olejowe. Poniewierają się stare szmaty, przepalone żarówki, ktoś zgubił klucz francuski. Z opon spadło błoto przywiezione z niewiadomych bagien… no, sam rozumiesz, ślady ogniska, ogryzki jabłek, papierki od cukierków, puszki po konserwach, puste butelki, czyjaś chusteczka do nosa, czyjś scyzoryk, podarte przedwczorajsze gazety, bilon, zwiędłe kwiaty z innych lasów…
– Zrozumiałem – powiedział Nunnun. – Piknik na skraju drogi.
– Właśnie. Piknik na skraju jakiejś kosmicznej drogi. A ty mnie pytasz, czy oni wrócą, czy nie?
– Daj no mi papierosa – powiedział Nunnun. – Niech diabli porwą waszą samozwańczą naukę! Ja sobie to zupełnie inaczej wyobrażałem.
– To twoje prawo – zauważył Walentin.
– To znaczy, że co? Że oni nas nawet nie zauważyli?
– Dlaczego?
– No, w każdym razie nie zwrócili na nas uwagi…
– Wiesz, na twoim miejscu ja bym się za bardzo nie martwił – poradził Walentin.
Nunnun zaciągnął się, zakasłał i zdusił papierosa.
– Wszystko jedno – powiedział z uporem. – To niemożliwe. Niech was diabli wezmą! Skąd u was, uczonych, taka pogarda dla ludzi? Dlaczego bez przerwy staracie się ich poniżyć?
– Chwileczkę – rzekł Walentin. – Posłuchaj… „Zapytacie mnie: w czym jest wielkość człowieka? W tym, że wyzwolił nieomal kosmiczne moce przyrody? Że w czasie tak krótkim zawładnął planetą i wyrąbał sobie okno we wszechświat? Nie! W tym, że mimo to przetrwał i zamierza przetrwać również w przyszłości”.
Zapanowało milczenie. Nunnun rozmyślał. – Być może… – powiedział niepewnie. – Oczywiście, z takiego punktu widzenia…
– Nie przejmuj się – niefrasobliwie ciągnął Walentin. – Piknik – to przecież tylko moja hipoteza. I nawet nie hipoteza, szczerze mówiąc, tylko tak, obrazek… Tak zwani poważni ksenologowie próbują uzasadnić znacznie solidniejsze i pochlebniejsze dla ludzkości wersje. Na przykład: że żadnego Lądowania nie było, że Lądowanie dopiero nastąpi. Pewien niezmiernie wysoko rozwinięty intelekt zrzuci na Ziemię kontenery z próbkami swoich osiągnięć w dziedzinie kultury materialnej. Intelekt ów oczekuje, że po zapoznaniu się z tymi próbkami dokonamy skoku w dziedzinie techniki i wówczas będziemy w stanie posłać w odpowiedzi sygnały oznaczające, że jesteśmy gotowi do nawiązania kontaktu. Może taka interpretacja bardziej ci odpowiada?
– To już znacznie lepiej – powiedział Nunnun. – Widzę, że i między uczonymi trafiają się przyzwoici ludzie.
– Albo jeszcze inaczej. Lądowanie istotnie miało miejsce, ale tamci wcale się nie wynieśli. Faktycznie nadal jesteśmy z nimi w kontakcie, tylko o tym nie wiemy. Przybysze zagnieździli się w Strefach i starannie nas studiują, przygotowując jednocześnie ludzi do „okrutnych cudów czasu, który nadchodzi”.
– To rozumiem! – powiedział Nunnun. – Wtedy przynajmniej można pojąć, co oznacza ta tajemnicza krzątanina w ruinach fabryki. Nawiasem mówiąc, twój piknik tej krzątaniny nie wyjaśnia. – Dlaczego nie wyjaśnia? – nie zgodził się Walentin. – Czy któraś z dziewcząt nie mogła zapomnieć na polanie ulubionego mechanicznego niedźwiadka?
– No nie, tego już za wiele – kategorycznie oświadczył Nunnun. – Ładny niedźwiadek! Aż ziemia się trzęsie… Zresztą, oczywiście, może być i niedźwiadek. Piwa? Rozalia! Dwa piwa dla panów ksenologów!…. A jednak przyjemnie z tobą pogawędzić – powiedział do Walentina. – Takie, wiesz, przeczyszczenie mózgu, jakby mi gorzkiej soli nasypano do czaszki. Bo to pracuje człowiek, pracuje, a po co, o czym nie wie, czego się nie spodziewa, co serce zaspokoi…
Przynieśli piwo. Nunnun upił łyk, obserwując znad piany Walentina, który z powątpiewaniem i wstrętem wpatrywał się w swój kufel.
– Nie masz ochoty? – zapytał Nunnun, oblizując wargi.
– Bo ja, prawdę mówiąc, nie piję – niezdecydowanie powiedział Walentin.
– Naprawdę? – zdumiał się Nunnun.
– Do diabła! – zirytował się Walentin. – Musi przecież na tym świecie być choć jeden niepijący… – zdecydowanym ruchem odsunął kufel. – Zamów dla mnie koniak, jeżeli już – powiedział.
– Rozalia! – wrzasnął niezwłocznie, już zupełnie rozweselony Nunnun.
Kiedy przyniesiono koniak, oświadczył:
– Bez względu na wszystko, bardzo mi się to nie podoba. Już nie mówię o tym twoim pikniku – to w ogóle zwyczajne świństwo! Ale jeżeli nawet przyjąć wersję, że to, powiedzmy, tylko preludium do kontaktu, bardzo to nieładnie z ich strony. Jeszcze rozumiem „bransolety”, „pustaki”… Ale po co „czarci pudding”? „Łysica” po co? I ten ohydny puch…
– Przepraszam – powiedział Walentin, wybierając plasterek cytryny. – Twoja terminologia nie jest dla mnie dostatecznie jasna. Jaka, przepraszam, łysica?
Nunnun roześmiał się.
– To folklor – wyjaśnił. – Roboczy żargon stalkerów. „Łysice” to obszary wzmożonej grawitacji.
– Aha, grawikondensaty… Ukierunkowana grawitacja. O tym porozmawiałbym z przyjemnością, ale ty i tak nic z tego nie zrozumiesz.
– A to dlaczego? Bądź co bądź, jestem inżynierem…
– A dlatego, że ja sam nie rozumiem – odpowiedział Walentin. – Są już układy równań, ale jak je zinterpretować – nie mam zielonego wyobrażenia… A „czarci pudding” to zapewne koloidowy gaz?
– Zgadza się. Słyszałeś o katastrofie w laboratoriach Carryguna?
– Coś niecoś – niechętnie odparł Walentin. – Ci idioci umieścili porcelanowy kontener z „puddingiem” w specjalnej komorze, szczelnie izolowanej… To znaczy oni myśleli, że komora jest szczelnie izolowana… a kiedy manipulatorami otworzyli kontener, „pudding” przesączył się przez metal i plastik jak woda przez bibułę, wykipiał na zewnątrz i wszystko, z czym wszedł w kontakt, zamienił również w „pudding”. Zginęło trzydziestu pięciu ludzi, ponad stu jest okaleczonych, a całe laboratorium nie nadaje się do niczego. Byłeś tam kiedyś? Wspaniały gmach! A teraz „pudding” spłynął do piwnic i na niższe piętra…


Fragment udostępniony przez wydawnictwo Prószyński i S-ka.








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2007-03-10 (1709 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej