Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Thraxas na Wyspach Elfów
 
Katalog - dodano
 Dotąd dobrze
- Ursula K. Le Guin
 Coś
- John W. Campbell
 Zmierzch Bogów
- Michał Gołkowski
 Czara Cieni
- Frances Hardinge
 Śpiew kukułki
- Frances Hardinge
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''2012. Gniew ojca'' - Tadeusz Meszko

Rozdział 9 - Słoneczne kłopoty


PLAMY GALILEUSZA

Słońce
6 czerwca, 0006 UTC

Sześć minut po północy w rejonie grupy plam „1633”, zwanej plamami Galileusza , doszło do gwałtownego rozbłysku. Temperatura wewnątrz rozbłysku osiągnęła dwadzieścia milionów stopni, emitując fale radiowe dwa tysiące razy silniejsze, niż normalne promieniowanie tła słońca. Pędząc z prędkością światła, dotarły one do planety Ziemia osiem minut później.
Ten skok natężenia fal elektromagnetycznych – poczynając od fal radiowych do promieniowania gamma i rentgenowskiego – zarejestrowała sonda „SOHO”, znajdująca się półtora miliona kilometrów od naszej planety, na linii Słońce-Ziemia. Jeszcze bardziej niepokojące informacje sonda przekazała w pół godziny później, gdy siła rozbłysku już słabła: tarczę Słońca otaczał rozszerzający się pierścień. Był to obłok powstały w wyniku koronalnego wyrzutu masy. Nie było wątpliwości – erupcja, pochodząca z korony słonecznej, wyrzuciła w kosmos miliardy ton naładowanych cząstek. Instrumenty sondy uzupełniły informację: wyrzut masy koronalnej pędził w kierunku Ziemi z prędkością ponad siedmiuset kilometrów na sekundę. Wyrzucona ze Słońca materia po wdarciu się w wolniejszy wiatr słoneczny zderzyła się z nim, wywołując gigantyczną falę uderzeniową.
Ulewa wysokoenergetycznych protonów dotarła w pobliże Ziemi w niecałą godzinę później. Jego pierwszą ofiarą został obserwator – bombardowanie protonów doprowadziło do zniszczenia baterii słonecznych sondy.
Lecz był to dopiero zwiastun nadchodzącej burzy. Właściwy atak nastąpi po dwóch i pół dnia, gdy Ziemia znajdzie się na drodze fali uderzeniowej wyrzutu koronalnego.

KRWAWA WENUS

Japonia, Kogoshima, Narodowe Obserwatorium Astronomiczne w Mitaka Campus
6 czerwca, 9.07 lokalnego czasu (0007 UTC)

Był słoneczny poranek i ostra smuga światła wpadała przez szczelinę w kopule obserwatorium. W pomieszczeniu przebywało trzech mężczyzn. Dwóch z nich, schowanych w cieniu, stało przy stoliku ustawionym przy ścianie, popijając kawę w plastykowych kubkach i przegryzając herbatnikami. Profesor Shimura Makasado, pięćdziesięcioletni, niski Japończyk z okularami w cienkich metalowych oprawkach na nosie, był tu gospodarzem. To on przyniósł termos z kawą i łakocie. Załatwił im także możliwość obserwacji przejścia Wenus na tle tarczy Słońca przez sześćdziesięciopięciocentymetrowy teleskop refrakcyjny w Historycznym Obserwatorium. Jego rozmówca był starszy co najmniej o dziesięć lat. Był to znany na świecie egiptolog – profesor Gershon Serres. Staruszek nosił długą, siwą brodę i obfite wąsy, wciąż jeszcze przetykane czarnymi włosami. Mimo gorąca miał na sobie bawełniany garnitur i apaszkę na szyi. Poruszał się i mówił z pewnego rodzaju dystansem. Obydwaj dyskutując, obserwowali ekran monitora, przekazujący obraz z teleskopu.
Trzecia osoba, Randy Frankness, obserwujący bezpośrednio Słońce przez okular teleskopu, oderwał od niego głowę i przetarł zmęczone oczy. Mimo że na szkła teleskopu założono specjalny filtr tłumiący światło słoneczne, wypatrywanie ciemnej plamy planety Wenus było męczące.
[…]
Randy spotkał się z profesorem dwa tygodnie temu, próbując po raz kolejny przekonać go do pokierowania wykopaliskami w Gizie. Zdawał sobie sprawę, że największe opory profesora wywołuje fakt, że za badaniami stoi fundacja głosząca koniec świata przepowiedziany przez Majów. Trudno jednak było ukryć ten fakt. Randy unikał tematów, mogących w świadomości profesora wiązać ich z jakąś sektą religijną, skupiając się na tym, że ich działanie ma zmniejszyć katastrofalne skutki zmiany biegunów Ziemi.
– A może pojedzie pan ze mną do Japonii na obserwację przejścia Wenus przez tarczę słoneczną? – zapytał, gdy kolejne argumenty nie zyskiwały aprobaty profesora.
– A cóż w tym niespotykanego? – archeolog delikatnym tonem wyraził wątpliwość. Randy pominął milczeniem fakt, że nie jest to tak codzienne zjawisko. Nachylenie orbity Wenus, różne od płaszczyzny obiegu przez Ziemię powodowało, że taka sposobność zdarzała się parami raz na ponad sto lat. Co prawda poprzednie było osiem lat temu, ale następne dopiero w 2117 i 2125 roku – Randy nie wspomniał, że pół roku po poprzednim przejściu Wenus fala tsunami zabiła trzysta tysięcy osób w Indochinach. Nie wiadomo co się wydarzy tym razem. Sięgnął po inne argumenty. Po obejrzeniu relacji z zaćmienia Słońca, wpadł na pomysł, by zaproponować profesorowi obserwację zjawiska naocznie – i tym postanowił przekonać archeologa. – Będziemy gośćmi profesora Shimury Makasado, badającego aktywność magnetyczną plazmy słonecznej. Będzie pan mógł zapytać specjalistę o możliwość zmiany biegunów Ziemi.
– Hmm, może to jest myśl... – zastanowił się profesor. – Dobrze, polecę z panem.
I tak znaleźli się w Japonii, skąd mieli najlepsze możliwości obserwacji Wenus. Dzisiaj nie tylko oni, ale cały świat przekona się, że przepowiednie Majów to nie wymysły.

Randy nie chciał opuścić ani chwili z obserwacji przejścia planety na tle Słońca. Wierzył, że dojdzie do jakiegoś spektakularnego wydarzenia. Mieli dużo czasu na obserwacje. Zjawisko miało trwać ponad sześć godzin. Wenus rozpoczęła wędrówkę na tle tarczy Słońca na jego wschodniej stronie, poniżej równika – porównując do miejsca na kuli ziemskiej w pobliżu miasta Manaus w Brazylii. A zakończy wędrówkę – najpierw przesuwając się po dużym łuku na północ, aż po Włochy – za Madagaskarem. Teraz przeszła do Afryki w pobliże Dakaru w Senegalu. Randy zastanawiał się w jaki sposób objawi się proroctwo? Planeta była jedynie czarną kropką na jasnym kole. A może nic się nie wydarzy? Wszak do grudniowego terminu było jeszcze ponad pół roku.
W pobliżu Słońca znajdowały się też inne planety. Merkury poniżej Słońca, z lewej strony, a Jowisz powyżej, z prawej. Dalej od Słońca były jeszcze planety Uran i Neptun. Czy już dzisiaj Ziemia zacznie się obracać w przeciwnym kierunku?
Wenus znajdowała się teraz w ciemnym obszarze plamy słonecznej. Plama Galileusza była kilkakrotnie większa niż kropka planety. Z bliska powierzchnia Słońca nie była jednolita, składała się jakby z wielu jasnych i ciemnych plam. Randy’emu przypominało to garnek odgrzewanej fasolki po bretońsku. Z tym, że ta potrawa składała się z fasolki jasnej i ciemnej, wciąż bulgoczącej sosem pomidorowym.
Naraz Słońce pochwyciło Wenus płonącymi dłońmi. Z czeluści plamy wytrysnęły płomienie, które otoczyły tarczę planety. Randy odskoczył do tyłu, mając wrażenie, że zaraz sięgną po niego.
– Widzieliście, co stało się z Wenus! – wykrzyknął w kierunku profesorów. – Słoneczny ogień chciał pochłonąć planetę!
Profesor Shimura odstawił kubek z kawą i podszedł do komputera. Cofnął zapis o kilkanaście sekund. Randy podbiegł do nich i razem spojrzeli na ekran.
– To rozbłysk na Słońcu – stwierdził chłodno profesor astronomii.
– Przepowiednia się spełnia... – nie ustępował Randy. Wciąż czuł wewnętrzne drżenie ciała. Wziął głęboki oddech, próbując się opanować.
– To złudzenie optyczne – powtórzył Shimura, krzywiąc się z niesmakiem. – Patrzymy przez teleskop, który skraca perspektywę i wydaje się, że rozbłysła Wenus.

MACIE SZLABAN

Stacja „ISS” w czasie przelotu nad Afryką, poniżej Przylądka Dobrej Nadziei, moduł mieszkalny HEM
6 czerwca, 0019 UTC

Na międzynarodowej stacji kosmicznej „ISS” astronauci zakończyli kolejny dzień pracy. Oglądając w ciągu doby piętnaście wschodów słońca, wybrano czas centrali lotów na Florydzie jako czas rytmu dnia. Obecnie z gościnności stacji korzystały jednocześnie dwie załogi „Sojuzów” – razem sześć osób. Obsada, którą dowodził Leonid Rykow, przybiła do stacji w połowie maja. W skład jego załogi wchodził Rosjanin Jakow Zworkin – pilot statku ratunkowego „Sojuz TMA-M” oraz hinduski pracownik naukowy Prem Gupta. Drugi zespół, pod kierownictwem Amerykanki Holly Holdane, dołączył do nich tydzień temu. Amerykańską profesor biochemii i niemieckiego astronautę Ulricha Tetzla dowiózł „Sojuzem” Rosjanin Boris Diakonow.
Leonid przebywał w module „HEM C”, służącym jako sala konferencyjna, sporządzając notatki z minionego dnia, gdy niespodziewanie centrala lotów w Houston przekazała komunikat, który wywracał wcześniejsze plany na następny dzień. Można by sądzić, że czas na orbicie to czas nudy – ale to tylko pozory. W czasie półrocznej zmiany mieli do wykonania wiele eksperymentów z zakresu nauk biologicznych, fizycznych czy inżynierii kosmicznej.
Leonid przerwał pracę i w nieważkości przepłynął do sypialnego modułu „HEM D”. Rozejrzał się po module. Jakow pisał list, Boris czytał książkę, Ulrich słuchał muzyki.
– Był silny rozbłysk na Słońcu. Pozostańcie w module, promieniowanie może do nas dotrzeć w najbliższych minutach – poinformował załogę Leonid. Skinęli ze zrozumieniem głowami. Nowy, brytyjski moduł HEM był najlepiej przystosowany do ochrony przed promieniowaniem.

SATELITA „IPSTAR 1”

Tajlandia, Nonthaburi, Thaicom Satellite Operation Center – orbita GEO
6 czerwca, 7.59 czasu lokalnego (0059 UTC)
Satelita był na orbicie dopiero od siedmiu lat – ledwo przekroczył półmetek swego czasu użytkowania. Był wizytówką Shin Satellite – ważąc ponad sześć ton był najbardziej zaawansowanym technologicznie satelitą komercyjnym. Korzystając aż z siedmiu anten, zapewniał dostęp do telewizji i Internetu w Azji, Australii i Nowej Zelandii. Moc sygnałów zapewniały mu ogniwa słoneczne, wytwarzające prąd o mocy siedemnastu i sześć dziesiątych kilowatów.
Na orbicie pozostawały jeszcze trzy satelity tej serii, ale były one starsze i ich zasięgi nie pokrywały się. Poza tym były i tak obciążone do granic możliwości.

KOMUNIKAT FAA

USA, dystrykt Kolumbia, Waszyngton, 800 Independence Ave, centrala Federal Aviation Administration
8 czerwca, 8.32 czasu lokalnego (1232 UTC)

Selim Hemdan, pięćdziesięcioletni mężczyzna o śniadej cerze i przyprószonych siwizną włosach, rozpoczął kolejną zmianę od przejrzenia komunikatów meteorologicznych. Znaczny obszar kraju przykryty był chmurami typu cumulus. Najgorzej było w okolicach Wielkich Jezior, które od kilku dni nawiedzały gwałtowne burze i tornada. Zalane drogi, zniszczone domy, groźba przerwania wałów przeciwpowodziowych, pozbawionych prądu dziesiątki tysięcy gospodarstw – to krajobraz po ostatnim ataku. Nad tym rejonem wciąż dominowały burzowe chmury cumulonimbus. Meteorolodzy ostrzegali, że gwałtowne wichury i ulewne deszcze jeszcze powrócą w ten rejon. Pogoda na poranek zapowiadała się również typowo na tę porę roku. Niestety, typowo od kilku lat oznaczało liczne zamglenia o świcie. W tych warunkach nieodzowny był system nawigacji GPS. Ale w czasie burzy geomagnetycznej trzeba było mieć do niego ograniczone zaufanie. Błędy mogły dochodzić do pięćdziesięciu metrów, a to zbyt dużo.
Selim zaczął pracę w Herndon National Air Traffic Control Center w gorącym okresie w 2001 roku. Przez cały czas dbał, by nie doszło do podobnej sytuacji jak w dniu 9/11. W tamtych chwilach, przerażony ogarniającym kraj zagrożeniem, zapisywał na białej tablicy informacje o „podejrzanych” lotach: nie odpowiadających na wezwania centrali lotu lub zmieniających kurs czy pułap bez zezwolenia. Z czasem nie wszystkie okazały się samolotami porwanymi przez terrorystów, w kolejnych minutach kryzysu większość mógł wymazać. Ale nie te pięć, które spadając na wybrane cele, pogrążyły kraj w letargu. Zapamiętał bezradność kontrolerów w centrali. I nieufne spojrzenia na niego. Przez lata pracy zdobył zaufanie współpracowników i dzisiaj już nikt nie patrzył na niego z podejrzliwością. Dzięki wprowadzonym zabezpieczeniom terroryzm nie wdarł się więcej w przestrzeń powietrzną kraju.
Były jednak inne zagrożenia. W 2003 roku, już jako kierownik zmiany w centrali FAA w Waszyngtonie, był świadkiem niespodziewanego ataku Słońca. Niespodziewanego, gdyż było to w czasie minimum aktywności i nikt nie przypuszczał, by w najbliższych latach były ze Słońcem kłopoty. W ubiegłym i tym roku aktywność słoneczna była wzmożona i nieustannie utrudniała komunikację lotniczą.
Gdy dzisiaj Selim otrzymał alarmujący komunikat z NOAA Space Weather Prediction Center oraz U.S. Air Force – informujący, że w najbliższych godzinach chmura wyrzutu masy koronalnej dotrze do Ziemi – bezzwłocznie wprowadził restrykcje. Zaburzenia w jonosferze, wywołane wybuchem na Słońcu, powodowały zakłócenia w komunikacji radiowej wysokiej częstotliwości, używanej w transporcie lotniczym. Nakazał przejście z łączności VHF na niższe częstotliwości HF. Na szczęście Słońce zachodziło nad kontynentem i zakłócenia transmisji radiowych zostawią ich na noc w spokoju, gdyż najsilniej występowały na oświetlonej przez Słońce stronie planety. Przekazał ostrzeżenia do regionalnych portów lotniczych i miał nadzieję, że je potraktują poważnie. Jeśli tak będzie – reszta dnia upłynie spokojnie. Oczywiście linie lotnicze będą protestować przeciwko zmianom trasy, gdyż oznaczało to zwiększone zużycie paliwa, ale ważniejsze było bezpieczeństwo.

BREAKING NEWS

USA, stan Nowy Jork, Nowy Jork, stacja radiowa 98.7 Kiss FM
9 czerwca, 8.04 czasu lokalnego (1204 UTC

PHIL EVANS

– Wszystkim, którzy natrafili na naszą falę, przypominam informację dnia: już nie usłyszymy rock’n’rolla z nieba!
Miliony radiosłuchaczy, jadących dzisiejszego poranka samochodami na zakupy lub uciekających z miasta na weekendowy wypoczynek, stres oczekiwania w korkach rozładowywało słuchając muzyki z satelity. Jednak dzisiejszego ranka bezskutecznie przeszukiwali fale swoich satelitarnych odbiorników. Satelita, nadający audycje muzyczne na stu kanałach, zamilkł. O 22.20 czasu lokalnego satelita XM-1, zwany obrazowo „Rollem”, przestał odpowiadać na sygnały centrali kontroli lotów. Co gorsze, w pół godziny później, bliźniaczy satelita XM-2 „Rock” także odmówił posłuszeństwa.
Przyzwyczailiśmy się już do złośliwości Słońca: do niewypłacających gotówkę bankomatów, ale do dzisiaj mogliśmy umilić sobie czas słuchając radia. Do dzisiaj. Co stracimy jutro?
Co prawda na orbicie geostacjonarnej pozostały nam jeszcze dwa podobne satelity, ale będziemy musieli zmienić upodobania muzyczne i słuchać muzyki w bardziej nostalgicznych nastrojach, gdyż zostały one nazwane „Rythm” i „Blues”. Widocznie aniołowie mieli dość ostrej muzyki.
Jeżeli więc stoicie w gigantycznej kolejce do stacji benzynowej, bo dzisiejszego ranka zwariowały systemy automatycznych płatności – wyluzujcie się i słuchajcie naszej stacji. My nie korzystamy z pośrednictwa nieba – znajdziecie nas na falach krótkich, odpornych na kaprysy bogów. Dzisiaj nadajemy tylko rock’n’rolla. Oto zespół AC/DC w swym najostrzejszym kawałku „Highway to Hell”.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2009-11-19 (1331 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej