Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Świetliści
 
Katalog - dodano
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Na tropie wampira'' - Mike Resnick

Krew potrzebna od zaraz...


Minutę później dotarli do banku krwi, gdzie Mallory od razu podszedł do okienka rejestracji.
– Przepraszam... – powiedział, starając się zwrócić na siebie uwagę pielęgniarki.
– Zależy coś pan tam przeskrobał – odparła siostra.
– Słucham? – zdziwił się detektyw. – Chyba nie do końca panią zrozumiałem.
– Chodzi o te pańskie przeprosiny – wyjaśniła pielęgniarka. – Możemy panu wybaczyć sporą zawartość alkoholu we krwi, a nawet złe wyniki cholesterolu, ale za nic nie darujemy ukrycia odry, świnki, anginy, lumbago, reumatyzmu, artretyzmu, łokcia tenisisty, zapalenia dziąseł, płaskostopia, nadkwasoty żołądka...
– Chwileczkę! – wtrącił Mallory, aby nie wysłuchać kolejnych trzydziestu schorzeń dyskwalifikujących potencjalnego dawcę. – Nie przyszliśmy tutaj, aby oddać krew.
– W święta nie skupujemy krwi – oświadczyła oficjalnym tonem pielęgniarka.
– Pani nadal mnie nie rozumie. Przyszliśmy tutaj, aby kupić trochę krwi albo chociaż plazmy dla tego tu młodzieńca.
– Jaką grupę?
– To nie ma najmniejszego znaczenia.
– Musimy wiedzieć takie rzeczy, zanim zrobimy transfuzję – upierała się siostra.
– Nie będziecie mu jej podawali dożylnie – sprecyzował Mallory. – On chce ją wypić.
Pielęgniarka spojrzała wreszcie w stronę bladego młodzieńca.
– No tak – powiedziała. – Teraz rozumiem. Blada skóra, rozszerzone źrenice, znacznie powiększone kły, no i oczywiście ani jednego włoska na palcach dłoni.
– A powinien je tam mieć?
– Jedynie w sytuacji, gdyby doszło do pogryzienia przez wilkołaka – wyjaśniła pielęgniarka. – Ale w takim przypadku powinien pan raczej odwiedzić rzeźnię, a nie bank krwi.
– Skoro doszliśmy do porozumienia, proszę mi powiedzieć, ile kosztowałoby powiedzmy pół galona krwi?
– Taka ilość nie wchodzi w grę – odparła pielęgniarka. – Tyle nie możemy wydać.
– Zapłacimy gotówką... z góry – rzucił znacząco Mallory. – Nie mogę ręczyć za to, co stanie się później, gdy jego łaknienie wzrośnie.
Kobieta spojrzała na Ruperta, który właśnie znów zaczynał się ślinić.
– Już teraz wygląda na mocno zdesperowanego – stwierdziła.
– Nie wiem, czy uda mi się nad nim zapanować – powtórzył detektyw.
Pielęgniarka wyjęła z ukrytej pod ladą szuflady srebrny krzyż i wielką wiązkę czosnku.
– Bez obaw – powiedziała. – My nad nim zapanujemy!
Rupert zasłonił twarz obiema rękami.
– Zabierz to z moich oczu! – wrzasnął.
Kobieta odłożyła czosnek i krzyż do szuflady.
– Co pan powiedział? – zapytała z przymilnym uśmiechem.
– Nic – odparł Mallory. – Chodź, chłopcze, znajdziemy tę krew w innym miejscu.
– Chwileczkę – zatrzymała go pielęgniarka.
– Tak?
– Sugerowałabym pańskiemu podopiecznemu unikanie atakowania obcych ludzi na ulicach. Jeśli trafi na kogoś niewłaściwego, może się to skończyć dla niego bardzo boleśnie. – Ściszyła konfidencjonalnie głos. – Powszechnie wiadomo, że dzisiaj, ze względu na ogromną ilość stworów nocy, które wyłażą z nor, aby świętować wigilię Dnia Zmarłych, można kupić krew w niemal każdym spożywczaku. To wprawdzie wciąż jest nielegalne, ale na tę jedną noc policja przymyka oko na podobne procedery.
– Dziękujemy pani – powiedział Mallory.
– Jakby co, ja wam tego nie powiedziałam.
– Będę milczał jak grób. Idziemy, Rupercie.
Detektyw opuścił bank krwi, ciągnąc za sobą chłopaka, który najpierw zaczerpnął głęboko zimnego, nocnego powietrza, a potem westchnął ciężko.
– Już mi lepiej – stwierdził, odwracając się do Mallory’ego. – Od dziecka miałem alergię na czosnek.
– Zatem to nie przemiana w wampira sprawiła, że nie mogłeś znieść jego zapachu?
– Nigdy nie potrafiłem wytrzymać w miejscu, w którym był czosnek. Zaraz łzawiły mi oczy.
– Dobrze – stwierdził detektyw. – Wydaje mi się, że umieszczę cię w moim mieszkaniu. Po co marnować forsę na hotele? Jeśli Draconis nadal cię szuka, prędzej przeleci się po pokojach do wynajęcia niż prywatnych mieszkaniach. Nie ma szans na to, by wiedział o twoich koneksjach rodzinnych z Winnifredą, a jeśli nawet odkryje je jakimś przypadkiem, fakt, iż twoja ciotka jest moim wspólnikiem, powinien pozostać dla niego tajemnicą... – Mallory zamilkł na moment. – Na skrzyżowaniu obok mojego mieszkania jest niewielki market. Tam kupimy krew. A kiedy już zamknę cię na cztery spusty w bezpiecznym miejscu, pojadę do Winnifredy i razem obmyślimy następne posunięcie.
– Jestem panu wdzięczny, panie Mallory, za wszystko, co pan dla mnie robi – powiedział Rupert.
– Nigdy nie lubiłem wampirów. A teraz wszystko wskazuje na to, że stanę się jednym z nich.
– To kolejna z wielu rzeczy, którymi musimy się zająć. Trzeba się dowiedzieć, jak można odwrócić proces zwampirzenia i przywrócić cię do dawnej, ludzkiej postaci. Twoja ciotka jest o wiele lepsza w poszukiwaniu danych niż ja. Sądzę, że zlecę jej tę robotę w czasie, gdy będę się uganiał za Draconisem.
– Pssst!
Mallory zatrzymał się i dostrzegł w alejce pomiędzy dwoma apartamentowcami zielonoskórego goblina, który kiwał nerwowo ręką w jego stronę.
– Hej, pan, piękne goblinie dziewczynki!
– Pan nazywać się Mallory – odparł detektyw znudzonym tonem. – Pan Piękne Goblinie Dziewczynki mieszkać w sąsiednim bloku.
– Znalazł się żartowniś – mruknął goblin i przeniósł wzrok na Ruperta. – Piękne goblinie dziewczynki, tanio jak barszcz.
– Nie jestem zainteresowany – odburknął chłopak.
– Skoro takie nie pasują, to może wyjątkowo paskudne goblinie dziewczynki, ale uprzedzam, są bardzo drogie!
– Nie, dziękuję.
– A może goblini chłopcy? – zapytał stręczyciel.
– Spadaj – zbył go Mallory.
– Goblinie staruszki?
Detektyw i chłopak przyspieszyli kroku.
– Głuchonieme, ślepe goblinki bez rąk i nóg?
– Masz nawet takie pokraki? – zdziwił się Mallory.
– Jasne – zapewnił go sutener, wyciągając z torby pokaźny młot. – Dajcie mi tylko pięć minut.
– Zapomnij! – zgasił go detektyw. – Tak tylko, z ciekawości zapytałem.
– Ciekawość jest zgubą kotów – odburknął stręczyciel i nagle pstryknął palcami. – A co powiecie na zdechłego kota?
Mallory nawet nie silił się na odpowiedź.
– Niech wam będzie! – wydarł się za nimi goblin. – Tylko się nie zdziwcie, jeśli po północy ceny pójdą trzykrotnie w górę!
– Mnie dziwi już sam fakt, że ktoś chce za coś takiego płacić – powiedział Mallory, gdy zniknęli z pola widzenia alfonsa. – Jak tam z tobą, chłopcze? Trzymasz się? Mamy jeszcze przecznicę do przejścia.
– Nic mi nie będzie – zapewnił Rupert.
– Już widać neon – powiedział detektyw, gdy pokonali kolejne trzydzieści jardów.
– „Market Wciskalskiego” – przeczytał Rupert.
– Nie pozwól mu się ogłupić – poradził Mallory. – To dobry człowiek, ale czasami lubi wyzwania.
– Nie rozumiem.
– Zaraz sam zobaczysz.
Szli dalej, minęli antykwariat „Starodruki”, w którym handlowano wyłącznie przeterminowanymi dokumentami urzędowymi, potem „Bar Anina”, czyli jadłodajnię z autentycznymi produktami spożywczymi z Grecji, eleganckie biura Kartelu Szpiegostwa Przemysłowego, którego okna wzmocniono tytanowymi kratami oraz „Kosz Ulki”, butik sprzedający T-shirty produkowane przez słynną hollywoodzką projektantkę Ursulę K. Ursulę.
W końcu dotarli do normalnie wyglądającego sklepu spożywczego i weszli do jego wnętrza. Właściciel tego interesu znalazł się przy nich w trzy sekundy.
– Witam pana, panie Mallory! – powiedział. – Mamy wigilię Wszystkich Świętych. Cholernie paskudną noc jak na dochodzenie.
– Nie prowadzę żadnej sprawy.
– Nie szuka pan żadnego seryjnego mordercy albo jeszcze lepiej, tria lubieżnych staruszek‑ekshibicjonistek? – dopytywał się Wciskalski, nie kryjąc zawodu.
– Nie. Wyszedłem tylko na zakupy.
– Krokodyle skrzydła – podpowiedział staruszek. – Mam je w specjalnej promocji.
– Krokodyle nie mają skrzydeł – odparł Mallory.
– Teraz już nie mają – zgodził się Wciskalski, wymachując nożem kuchennym. – Dam dobrą cenę za tuzin.
– Nie mam na nie ochoty.
– Dobrze, może zatem weźmie pan zęby kanarków?
– Daj pan spokój.
– Trudno pana zadowolić, panie Mallory. A co pan powie na parkę bojowników? To takie rybki – dodał szybko.
– Niech zgadnę – powiedział Mallory. – Obie są uzbrojone po płetwy w broń maszynową i noże.
– Ależ skąd. Nazywają się Ethel i Wilbur. Nienawidzą się jak wszyscy diabli. Ona wiecznie gdera, a on puszcza ją kantem z welonką, jak tylko ma wolną chatę. Wie pan, Ethel często spływa do klubu na spotkania z koleżankami.
– Zamknie się pan choć na moment, żebym mógł powiedzieć, po co przyszedłem? – zapytał Mallory.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2009-11-24 (1391 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej