Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Drapieżna ciemność
 
Katalog - dodano
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Magia kąsa'' - Ilona Andrews






Amehe. Tervan. Senehe. Ud.



Dotarłam do pokoju Grega i stanęłam w drzwiach.
Biuro nie było zbyt okazałe. Przez jedyne kwadratowe okno wpadało tu trochę dziennego światła. Zniszczona podłoga, wąskie biurko, dwa stare krzesła. Przy lewej ścianie, na całej jej długości ciągnęły się półki na książki, niebezpiecznie wygięte pod ciężarem poustawianych na nich, jeden obok drugiego, tomów. Pod ścianą naprzeciw stały cztery metalowe regały na dokumenty, tak wysokie jak ja. Stosy akt i papierów leżały również w rogach pomieszczenia na podłodze, na krzesłach, a biurko było nimi po prostu zawalone.
Ktoś musiał szperać w papierach Grega i zrobił to bardzo umiejętnie. Co prawda biuro nie wyglądało, jakby zostało przeszukane, ale ten ogólny nieład wskazywał, że ktoś dokładnie przejrzał każdy dokument, a potem nie potrafił go odłożyć na właściwe miejsce, więc po prostu odkładał tam, gdzie znalazło się akurat trochę wolnej przestrzeni. A przecież wszystkie te dokumenty stanowiły prywatną własność Grega. Poczułam złość na myśl, że po jego śmierci ktoś dotykał jego rzeczy, czytał jego przemyślenia.
To nie było w porządku.
Przestąpiłam próg i poczułam, jak za mną zamyka się zaklęcie ochronne. Na drewnianej podłodze bladym pomarańczowym światłem zapłonęły tajemnicze symbole, tworząc skomplikowany wzór. Symbole łączyły długie, kręte linie, które krzyżowały się ze sobą, tworząc siatkę, i wiły na powierzchni całej podłogi. Miejsca ich przecięć jarzyły się promieniście czerwonymi punktami. Domyśliłam się, co to znaczy. Greg nałożył na pomieszczenie zaklęcie własnej krwi, co więcej, uwzględnił w tym zaklęciu moją obecność, bo w przeciwnym razie nie mogłabym go w ogóle zobaczyć. Oznaczało to również, że gdybym użyła w gabinecie magii, nikt po tamtej stronie drzwi nigdy by się o tym nie dowiedział. Zaklęcie było tak silne, że zabrałoby tygodnie, żeby ktoś je wykrył. Sądząc po intensywności koloru świetlnych linii, magia tego pokoju zdolna była wchłonąć wszystko. Dlaczego Greg to zrobił? Dlaczego aż tak bardzo się postarał?
Przeszłam pomiędzy stosami akt i podeszłam do biblioteczki. Znalazłam tu stare wydanie „Almanachu mistycznych stworzeń” i jeszcze starsze „Księgi zaklęć”, Biblię, piękne wydanie Koranu oprawione w skórę grawerowaną złotymi literami i cienki egzemplarz „Faerie Queene” Edmunda Spensera.
Teraz postanowiłam sprawdzić metalowe szafki.
Tak jak przypuszczałam – puste. Półki były oznaczone jakimś specjalnym, wymyślonym przez Grega kodem, którego nie mogłam odszyfrować. Zresztą, to nie miało znaczenia.
Dwie godziny później uporałam się ze wszystkimi papierami z podłogi i krzeseł. Właśnie miałam się zabrać za akta na biurku, kiedy w ręce wpadła mi duża szara koperta. Leżała na samej górze jednego ze stosów na biurku, a litery wypisane na niej przez Grega czarnym markerem układały się w moje nazwisko.
Zdjęłam z biurka część dokumentów, by zrobić trochę miejsca, przyciągnęłam sobie krzesło, a następnie wysypałam zawartość koperty na blat.
Znalazłam tam dwie fotografie i list. Na pierwszej fotografii stały obok siebie dwie pary. W jednym z mężczyzn rozpoznałam mojego ojca, niezdarnego, rudowłosego mężczyznę o rozpostartych szeroko, ogromnych ramionach, z których jedno otaczało kobietę, najprawdopodobniej moją matkę. Niektóre dzieci przechowują w pamięci wspomnienia po zmarłych rodzicach: barwę głosu, zapach, jakiś wizerunek.
Ja nie mogłam sobie nic takiego przypomnieć, jakby moja matka nigdy nie istniała. Mój ojciec nie miał żadnych jej zdjęć – widocznie przechowywanie ich uznał za zbyt bolesne – a zatem wiedziałam o niej tyle, ile sam mi powiedział. Mówił, że była piękna i miała długie blond włosy. Wpatrywałam się w kobietę na zdjęciu – niewysoką i szczupłą. Rysy twarzy podkreślały tylko tę filigranowość. Delikatne, ale wyraziste, sugerowały, że choć drobna, to na pewno nie jest krucha ani słaba. Przeciwnie, na zdjęciu stała w naturalnej pozie, pewna siebie, pociągająca i kusicielska, i doskonale zdająca sobie sprawę ze swego uroku. Naprawdę była piękna.
Zarówno ojciec, jak i Greg mówili mi, że jestem do niej podobna, ale mimo że wpatrywałam się w zdjęcie już dość długo i bardzo dokładnie, nie mogłam dostrzec żadnego podobieństwa. Rysy miałam ostrzejsze, a usta szersze i większe. Odziedziczyłam co prawda po mamie kolor oczu – ciemnobrązowy, ale moje, znacznie węższe, przypominały kształtem nieco spłaszczony migdał. Miałam też ciemniejszą cerę. Gdybym odpowiednio umalowała oczy, mogłabym z powodzeniem uchodzić za Cygankę.
Poza tymi wszystkimi różnicami było jeszcze coś bardzo istotnego. Z twarzy mojej mamy emanowała kobieca łagodność, z mojej nie, no, przynajmniej jeśli się je porównywało. Ponadto wszystkie moje kobiece krągłości dawno zmieniły się w muskuły i zapewne, gdybyśmy stanęły z mamą obok siebie w pokoju pełnym ludzi, na mnie nikt by nawet nie spojrzał. A gdyby ktoś jednak zatrzymał się, żeby ze mną porozmawiać, to wystarczyłby jeden uśmiech mamy, a on natychmiast zapomniałby o mnie, oczarowany jej urokiem.
Piękna... To za mało powiedziane, tato.
Z drugiej strony, gdyby ci sami ludzie mieli wybrać jedną z nas w celu kopnięcia w rzepkę, to bez wątpienia wybraliby mnie, miałam to jak w banku. Obok mojego ojca i mamy stał Greg z piękną Azjatką u boku. Anna była jego pierwszą żoną. W przeciwieństwie do moich rodziców, Greg i Anna nie obejmowali się. Dzielił ich ledwie dostrzegalny dystans, jakby się obawiali, że ich silne indywidualności zaczną iskrzyć, jeśli zbliżą się do siebie. Oczy Grega miały zasmucony wyraz.
Odłożyłam fotografię na biurko. Nie chciałam już na nią patrzeć. Na drugiej rozpoznałam siebie w wieku dziewięciu czy dziesięciu lat. Ktoś, kto robił zdjęcie, uchwycił moment, gdy skaczę do jeziora z gałęzi ogromnej topoli, ale nie wiedziałam, kto i kiedy je zrobił. Zaczęłam czytać list, kilka krótkich zdań na białym skrawku papieru – fragment wiersza Spensera:

Pewnego dnia napisałem jej imię na brzegu morza,
ale przyszła fala i je zmyła.
Jeszcze raz napisałem je drugą ręką,
ale nadszedł przypływ i uczynił mój ból
swoją zdobyczą.


Poniżej widniały tylko cztery słowa napisane... krwią Grega.

Amehe
Tervan
Senehe
Ud


Kiedy je przeczytałam, zapłonęły czerwonym ogniem.
Schwycił mnie potężny skurcz. Nie mogłam oddychać, a cały pokój stanął jakby za mgłą. W tej mgle bicie mojego własnego serca brzmiało niczym uderzenia dzwonu na wieży. Wokół mnie wirowała magiczna energia, chwytając w plątaninę śliskich, elastycznych prądów mocy. Wyrwałam się na zewnątrz i złapałam je, a one niosły gdzieś dalej i dalej, do świata światła i dźwięku. Światło przeniknęło mnie i eksplodowało w głębi mojego umysłu, wysyłając przez skórę niezliczoną ilość świetlistych iskier.
Krew w żyłach wrzała jak stopiony metal.
Czułam, że się zagubiłam. Że zaginęłam w czymś w rodzaju trąby powietrznej ze światła. Otworzyłam usta i usiłowałam wykrzyczeć słowo zaklęcia, ale nie potrafiłam, nie mogłam. Wydawało mi się, że umieram i nagle coś się we mnie przełamało, wypowiedziałam je, wkładając całą swoją moc w jeden słaby dźwięk.
Hesaad. Do mnie.
Świat wokół przestał wirować. Przed oczami miałam cztery wyrazy, które napisał Greg. Musiałam wyrzec je jeszcze raz. Panując nad własną mocą, mogłam sprawić, że zawarta w nich energia będzie mi posłuszna, a słowa staną się moje.
Amehe. Tervan. Senehe. Ud.
Strumień mocy stawał się oraz słabszy, odpływał. Wpatrywałam się w pustą kartkę papieru. Zaklęcia znikły, na kartce pozostała tylko niewielka szkarłatna kropla. Dotknęłam jej i poczułam delikatną iskierkę magii. To była moja krew. Krwawiłam z nosa. Wyjęłam z kieszeni chusteczkę, przycisnęłam ją mocno i odchyliłam głowę w tył. Pomogło. Spojrzałam na zegarek, wskazywał dwunastą siedemnaście, a więc to, co wydawało mi się chwilą, trwało prawie półtorej godziny.
Myślałam o tym, co się stało, o czterech słowach mocy: Bądź posłuszny. Zabij. Ochraniaj. Giń. Słowach tak pierwotnych, tak niebezpiecznych i potężnych, że pozwalały czerpać moc z najpradawniejszych i najbardziej nieokiełznanych źródeł magii. Nikt nie miał pojęcia, jak dużo było takich słów tam, skąd przeniknęły do naszego świata te cztery. Nikt nie wiedział też, dlaczego miały tak ogromną władzę nad magią. Nawet ludzie, którzy sami nigdy nie używali magii, rozpoznawali znaczenie tych zaklęć i podlegali ich władzy, jak gdyby stanowiły część zbiorowej, ponadczasowej pamięci rodu ludzkiego.
Ale słów mocy nie wystarczało poznać; trzeba było nad nimi zapanować. Każdy, kto usiłował to zrobić, miał tylko jedną szansę. Jeśli jej nie wykorzystał – ginął. To wyjaśniało, dlaczego tak niewiele osób obdarzonych magicznymi zdolnościami posiadało ich moc. Jeżeli jednak przeszedł próbę, należały do niego już na zawsze. Ale zawładnięcie mocą słów stanowiło zaledwie początek drogi, potem należało nauczyć się kontrolować to, co za sobą kryły – pierwotną magię. Nie każdy też mógł posługiwać się nimi, ponieważ wymagały zaangażowania tak wielkiej ilości własnej energii, że nawet bardzo potężni magowie, używając ich, narażali się na skrajne wyczerpanie. Przypomniałam sobie również, jak ojciec i Greg ostrzegali mnie, że moc przywołana przez słowa może odmówić posłuszeństwa, lecz jak do tej pory nie miałam okazji tego sprawdzić, bo jeszcze nigdy przeciw nikomu ich nie użyłam. Zgodnie z tym, co radzili, traktowałam moc słów jak ostatnią deskę ratunku, gdyby wszystko inne zawiodło.
Teraz miałam moc sześciu słów. Czterech, które otrzymałam w darze od Grega, i dwóch, których dawno temu nauczył mnie ojciec: Mine – „Do mnie” i Dair – „Uwalniam cię”. Kiedy w wieku dwunastu lat przejmowałam nad nimi kontrolę, o mało nie umarłam. Tym razem poszło mi znacznie łatwiej, nawet zbyt łatwo. No chyba że moc krwi z wiekiem staje się coraz silniejsza. Boże, jak bardzo chciałabym zapytać o to Grega.
Spojrzałam na podłogę. Pomarańczowe linie ochronnego pola stały się mniej wyraźne niż przedtem. W zasadzie z trudem wyróżniałam je na tle posadzki. Wchłonęły w siebie wszystko, co zdołały. Magiczne słowa krzyczały w mojej głowie, miotając się, jakby usiłowały znaleźć tam dla siebie miejsce. To był ostatni z darów Grega, najcenniejszy ze wszystkich, jakie kiedykolwiek od niego dostałam. Stopniowo zaczęło docierać do mojej świadomości, że ktoś mnie obserwuje. Podniosłam wzrok i zobaczyłam w drzwiach szczupłego mężczyznę. Przypomniałam sobie: to ten człowiek uśmiechnął się do mnie, gdy przed trzema godzinami przechodziłam obok jego biura.
– Wszystko w porządku? – spytał.
– Zwiedzałam sobie gabinet – wymamrotałam, dostrzegając kątem oka, że z nosa nadal wystaje mi kawałek zakrwawionej chusteczki. – A to, to nic takiego.
Nic mi nie jest.
Mężczyzna jednak nadal przyglądał mi się z uwagą.
– Jesteś pewna?
– Oczywiście. – Spróbowałam się nawet uśmiechnąć, powtarzając jednocześnie w myślach: No dobra, niech ci będzie, jestem niekompetentnym debilem, tylko już sobie idź.
– Przyniosłem ci akta sprawy, nad którą Greg ostatnio pracował – wyjaśnił, nie czyniąc jednak najmniejszego ruchu, by do mnie podejść. Cwaniaczek, pomyślałam, ale dobrze kombinuje. Pewnie uznał, że jeśli ja wpadłam w zastawioną przez Grega magiczną pułapkę, to równie dobrze i jemu może się to przydarzyć. – Przepraszam, że przynoszę je dopiero teraz, ale miał je jeden z rycerzy.
Podeszłam do mężczyzny i wzięłam od niego dokumenty.
– Dzięki – rzuciłam.
– Nie ma sprawy – odparł, a potem odwrócił się i nareszcie zostawił mnie samą.
Zaczęłam gorączkowo szukać w biurku Grega lusterka. Wiedziałam, że każdy szanujący się mag musiał je mieć pod ręką. Było niezbędne do wielu zaklęć. To należące do Grega, prostokątne i zupełnie zwyczajne, miało drewnianą ramę i uchwyt. Spojrzałam na swoje odbicie i omal nie wypuściłam lusterka z rąk. Moje włosy świeciły, otaczała je poświata emitująca promienie w kolorze jasnego burgunda, które migotały – przygasały i rozbłyskiwały, gdy przesuwałam po nich dłonią. Wyglądało to tak, jakby każde pasemko pokrywała fluorescencyjna farba. Potrząsnęłam głową, ale poświata nie znikła. Warczenie ani strojenie głupich min również nie pomogły, nie miałam zielonego pojęcia, jak pozbyć się tego cholerstwa. W końcu dałam za wygraną. Skoro nie mogłam nic zrobić ze świecącą głową, uznałam, że należy to przeczekać. Schowałam się zatem w najciemniejszym kącie pomieszczenia, żeby nawet ktoś, kto stanąłby w drzwiach nie mógł mnie zobaczyć, i zaczęłam przeglądać przyniesione przez szczupłego mężczyznę dokumenty. Czułam, że zmuszam się do tego. Kiedy poprzednim razem wchłonęłam w siebie słowa, byłam krańcowo wyczerpana, dziś czułam się pełna energii, rozpierała mnie magiczna moc, nad którą z trudem panowałam. Chciałam działać, skakać, biec gdzieś, zrobić coś. Niestety, zamiast tego musiałam siedzieć w tym głupim kącie i skoncentrować się na przeglądaniu akt.
Zawierały raport koronera, streszczenie policyjnego sprawozdania, jakieś krótkie notatki i kilka fotografii z miejsca zbrodni. Na jednej z nich widać było rozciągnięte na asfalcie dwa martwe ciała. Jedno nagie, blade i sine, drugie zakrwawione i pokaleczone.
Przyjrzałam się najpierw zbliżeniom tego zakrwawionego.
Człowiek leżał na ziemi z rozpostartymi ramionami, w ubraniu przesiąkniętym krwią. Coś rozerwało mu klatkę piersiową, schwyciło mostek i wyrwało z piersi z niewyobrażalną siłą. Otwór, który powstał w ten sposób, wypełniała wilgotna, nieco połyskująca masa zmiażdżonego serca, której ciemny kolor odcinał się wyraźnie na tle gąbczastej resztki płuc i biało-żółtej plątaniny połamanych żeber. Prawe ramię, wykręcone w tył, zwisało jak cienki, wąski strzęp tkaniny.
Kolejne zdjęcie przedstawiało zbliżenie twarzy.
Smutne oczy, które tak dobrze znałam, patrzyły niewidzącym wzrokiem prosto w obiektyw aparatu... prosto na mnie. Na Boga, nie potrafiłam wytrzymać tego widoku. Uciekłam spojrzeniem i przeniosłam je na podpis pod fotografią. Nie pozostawiał żadnych wątpliwości. Zakrwawione, bestialsko sponiewierane szczątki były wszystkim, co zostało po Gregu.
Poczułam, jak moje gardło zaciska się, jak przepełnia je bezbrzeżna fala bólu. Znów nie mogłam oddychać. Musiałam się opanować. Zamknęłam mocno oczy i starałam się złapać oddech, powtarzając sobie, że to, co widzę na zdjęciu, nie jest Gregiem, że to tylko jego zwłoki, że ten prawdziwy Greg tkwi gdzieś w mojej pamięci, ze mną... we mnie... Złapałam oddech.
Spojrzałam na zbliżenie drugiego ciała. Wydawało się nietknięte, brakowało mu tylko... głowy. Spomiędzy strzępów porozrywanej tkanki szyi wystawał jedynie złamany kawałek kręgosłupa. Żaden inny ślad nie wskazywał, że w tym miejscu była kiedyś głowa. Dlaczego? Dlaczego tam, gdzie powinna być kałuża krwi, jest zaledwie parę kropel? To przecież niemożliwe. Na zdjęciu widać wyraźnie, że ciało leży pod takim kątem, iż krew z tętnic i żył szyjnych musi wypływać na zewnątrz, gdzie się zatem podziała? Znalazłam jeszcze cztery inne zdjęcia tych drugich zwłok i ułożyłam je obok siebie na podłodze.
Gładka, marmurowobiała skóra trupa mocno opinała mięśnie, jakby nigdy nie było pod nią ani grama tłuszczu. Skóra wyglądała na zupełnie pozbawioną owłosienia, a moszna na wyschniętą i zadziwiająco małą. Potrzebowałam zbliżenia rąk, chciałam spojrzeć na paznokcie, ale nie znalazłam ani jednego. Widocznie ktoś to zlekceważył. Zresztą i bez tego byłam prawie pewna, kogo przedstawiają fotografie...
Miałam przed sobą ujęcia martwego wampira. Może się to wydawać trochę paradoksalne, bo przecież wampiry są martwe niejako z samej definicji, ale w tym przypadku chodziło o tak zwany kres egzystencji pośmiertnej. To taki rodzaj śmierci „na zawsze”, bo nawet Ghastek, przy użyciu całej swojej nekromanckiej mocy, nie potrafił przywrócić do „życia” wampira bez głowy. Pytanie brzmiało zatem – do kogo należał ten, bo przecież większość nekromantów Rodu znakowała swoje wampiry? A jeśli rzeczywiście stwór nosił czyjś znak, to dlaczego, do cholery, ten dupek fotograf nie uchwycił go na żadnym ze zdjęć?
Zastanawiałam się, co mogło być na tyle potężne, by zabić wampira i rycerza-wróżbitę? To naprawdę nie było łatwe. Już sam stwór, na tyle szybki, by samodzielnie poradzić sobie z całym oddziałem SWAT-u, stanowił praktycznie przeciwnika nie do pokonania. Jeśli dodało się do tego magiczną moc Grega, to teoretycznie zabicie ich obu naraz wydawało się po prostu niemożliwe. A jednak obaj nie żyli.
Zaczęłam intensywnie myśleć. Zabójca musiał dysponować ogromną mocą. Musiał być szybszy niż wampir i wystarczająco silny, by oderwać głowę od ciała, bez wątpienia posiadał też na tyle mocne pole ochronne, że obroniło go przed magią Grega i jego buzdyganem. Biorąc to wszystko pod uwagę, zaczęłam układać listę potencjalnych zabójców.




Władca Bestii



Kiedy życie zapędza cię do narożnika i nie oferuje żadnego wyjścia, kiedy opuścili cię przyjaciele, żona, kochanka i pies, kiedy nie widzisz przed sobą celu, jesteś przestraszony, samotny i niemal odchodzisz od zmysłów, dałbyś wszystko, byle tylko pozbyć się kłopotów – wtedy, zdesperowany, wpadasz do Zaułka Jednorożca i szukasz ukojenia w jego magii i sekretach. Zgadzasz się na wszystko, zapłacisz każdącenę. Zaułek Jednorożca wciągnie cię, roztoczy nad tobą swoją magiczną moc, rozwiąże twoje problemy, a potem zażąda zapłaty. Wtedy dopiero dowiesz się, co oznacza „zgadzać się na wszystko”.
Każde miasto ma taką dzielnicę – niebezpieczną, groźną i tak perfidną, że unikają jej nawet przestępcy polujący na innych przestępców. Zaułek Jednorożca był właśnie taką dzielnicą. Trzydzieści bloków ciągnących się w ośmiu rzędach przecinało Śródmieście jak ślad po sztylecie. Stały tu na wpół rozpadające się drapacze chmur – niemi świadkowie dawnej cywilizacji: ruiny GLG Grand, Promenada II i Pasaż Atlantycki, wszystko zrównane z ziemią przez magię. Na ulicach zalegały zwały gruzu, a ścieki kanalizacyjne wylewały się cuchnącymi strumieniami przez uszkodzone rury.
Magia osiadła w tym miejscu, a jej fale cały czas były niezwykle silne, dzięki czemu mogły znaleźć tu bezpieczne schronienie wszystkie ohydztwa kryjące się przed światłem słonecznym. W ciemnych, wypatroszonych szczątkach zabudowań mieszkali obłąkani magowie, okrutni i zdeprawowani zmiennokształtni, na których Gromada wydała wyrok śmierci, sataniści i perwersyjni nekromanci. Wszyscy szukali tu schronienia, bo jeśli tylko udało im się dotrzeć do Zaułka Jednorożca i przeżyć, to nie było takiej siły ani prawa, które mogłyby ich stąd usunąć. Stawali się częścią tego miejsca, a ono pilnie ich strzegło.
Cholernie paskudne miejsce na spotkanie, pomyślałam.
Podjechałam w górę Czternastą ulicą i zaparkowałam Karmeliona w zacisznej alei. Przeszłam obok dwóch ocalałych bloków. Przed sobą miałam popękaną i rozpadającą się kamienną ścianę – żałosną pamiątkę po staraniach jakiegoś głupca z Rady Miejskiej, który chciał odgrodzić Zaułek od reszty miasta.
Starałam się wspiąć po gruzach, ale przejście zagrodził mi wielki betonowy blok, połyskujący srebrem w świetle księżyca. Wyglądał na śliski, jakby pokryty jakąś mazią, więc przeskoczyłam nad nim.
W tej dzielnicy nawet światło księżyca wydawało się pienić i warczeć jak wściekły pies, a magia uderzała bez ostrzeżenia.
Kiedy od Zaułka Jednorożca dzieliło mnie jakieś pięć minut, zniszczony napis na ścianie opuszczonego domu powiedział mi, że dotarłam do celu – rogu Jednorożca i Trzynastej. Naprzeciwko mnie stał zdewastowany budynek zwrócony w stronę ulicy szeregiem wybitych okien. Po prawej stronie szczątki stalowej konstrukcji i betonu świadczyły, że kiedyś stał tu biurowiec. Gruzu było tak dużo, że chodnik i ulica zupełnie zginęły pod jego masą. Jedynie po lewej ocalał mały fragment wolnej przestrzeni, ale i on tonął w mroku. Stałam, starając się nie wydawać najmniejszego odgłosu, czekałam i słuchałam. Blask księżyca oświetlał szczyty ruin miasta, sprawiając, że nabierały srebrzystoołowianego połysku.
Niżej zalegała gruba, atramentowa ciemność. Wypełzała z czarnych zagłębień i nor, i sunąc dalej, mieszała się ze światłem, spowijając wszystko rodzajem półcienia, który zdawał się zacierać granice pomiędzy tym, co realne, a iluzją. Niesamowity krajobraz okazywał się złudny, jak gdyby ruiny budynków zniknęły, pozostawiając po sobie fałszywe cienie swych pierwotnych kształtów. Z otchłani ciemności panującej w Zaułku nagle doszło mnie przeraźliwe wycie, które zabrzmiało jak krzyk udręczonej duszy. Poczułam mrowienie, ciało pokryła gęsia skórka, a włosy na karku zjeżyły się ze strachu. Ktoś albo coś obserwowało mnie z ciemności. Niemal fizycznie czułam na sobie spojrzenie. Trwało to dość długo, jakby minuty zwolniły i przedłużały się w nieskończoność. Postanowiłam spojrzeć na zegarek. Zatrzymał się.
Gdzieś tam w ciemnościach czaił się Władca Bestii.
Nie wiedziałam, jak wygląda. Nie wiedziałam, w postaci jakiego zwierzęcia występuje. Co prawda kilku ludzi spoza Gromady twierdziło, że kiedyś spotkało Władcę Bestii, ale nikt z nich nie chciał opowiadać o tym doświadczeniu. Jedyną pewną rzeczą, jaką o nim wiedziałam, to że posiadał ogromną moc i władzę. Wedle ostatnich danych, jako jednowładca dowodził siłami trzystu trzydziestu siedmiu zmiennokształtnych w Atlancie. Nie został wybrany z powodu wybitnej inteligencji czy dlatego, że cieszył się największą popularnością; rządził, ponieważ ze wszystkich tych trzystu trzydziestu siedmiu zmiennokształtnych był bez wątpienia najsilniejszy. Stał się odpowiedzialny za całą Gromadę z tej prostej przyczyny, że nie znalazł się jeszcze nikt, kto potrafiłby go pokonać.
Wśród zmiennokształtnych najliczniejszą grupę stanowiły wilki, potem kolejno lisy, szakale, szczury, hieny oraz mniejsze kotowate: rysie, rysie amerykańskie i gepardy. Zmiennokształtni mogli przybierać też bardziej egzotyczne formy: bawołów i węży, ale bawoły tworzyły swoje własne Stado na Środkowym Zachodzie, a węże uchodziły za samotników.
Wszystkie ze zwierzęco-ludzkich form były większe niż ich prawdziwe odpowiedniki. Na przykład zmiennokształtny przybierający kształt wilka ważył około stu dziesięciu kilogramów, podczas gdy zwykły szary wilk ważył o jakieś pięćdziesiąt kilogramów mniej. Z biologicznego punktu widzenia, transformacja osiemdziesięciopięciokilogramowego człowieka w studziesięciokilogramowe zwierzę nie miała sensu, ale jeżeli wziąć pod uwagę, że chodziło o zmianę kształtu, to problem z masą stanowił w tym przypadku chyba najmniej istotną z anomalii. Nie można zmierzyć ani wyjaśniać magii w kategoriach naukowych, fakt, że pojawiła się na świecie i wciąż rosła jej moc, podważał i obalał najbardziej podstawowe prawa naukowe, które ludzie uznawali do tej pory za niepodważalne.
Kolejny odgłos wycia przerwał ciszę, był jednak nadal zbyt odległy, by należało się go obawiać. Przyszło mi na myśl, że Władca Zwierząt, lider, samiec alfa musiał narzucić innym swoje przywództwo poprzez przybranie formy, która w fizyczny sposób dominowała nad innymi. Z pewnością musiał nieraz tłumić bunty poddanych, mało prawdopodobne zatem, by zmieniał się w wilka. Wilk nie miałby szans w starciu z dużym kotowatym, takim jak tygrys czy lew. Ponadto wilki polowały w sforze, raniąc ofiarę i ścigając ją aż do momentu, gdy się wykrwawiła, podczas kiedy koty – samotnicy i perfekcyjne maszyny do zabijania – planowały morderstwo z największą precyzją i wykonywały na ofierze błyskawiczny wyrok śmierci. Tak jest, Władca Bestii musi być kotowatym, jaguarem albo lampartem. Może tygrysem, choć z tego, co wiedziałam, przypadki występowania zmiennokształtnych w postaci tygrysów miały miejsce wyłącznie w Azji i można je było z powodzeniem policzyć na palcach jednej ręki.
Przypomniałam sobie pogłoski o dziwnych zdarzeniach w Atlancie, legendy o Kodiaku, ogromnym, pokrytym bliznami niedźwiedziu, który wędrował ulicami miasta w poszukiwaniu przestępców skazanych przez Gromadę. Gromada, jak każda inna społeczna organizacja, musiała walczyć z osobnikami, które łamały jej prawo. Instytucją wykonującą jej wyroki był Kodiak. A może Jego Wysokość występuje właśnie w formie niedźwiedzia. Do licha, mogłam przynieść miód.
Lewa stopa, na której opierałam ciężar ciała, zdążyła mi zdrętwieć. Zaczęłam więc przestępować z nogi na nogę.
Nagle usłyszałam coś, co sprawiło, że uniesiona noga zawisła przez moment w powietrzu. Ciche ostrzegawcze warczenie. Dochodziło z ciemności, z ziejących czarnymi wnętrznościami budynków wzdłuż ulicy i przetaczało się przez ruiny, budząc stare wspomnienie o czasach, gdy ludzie byli bezwłosymi stworzeniami skulonymi wokół słabego ognia pierwszego ogniska, które miało ustrzec ich przed dzikimi zwierzętami i monstrualnymi, głodnymi zabójcami. Gdzieś wewnątrz odczułam paniczny strach. Postanowiłam jednak go opanować i dyskretnie rozejrzałam się wokoło.
Kątem oka zauważyłam jakiś ruch w bezbrzeżnej głębi otaczającej mnie ciemności. Na lewo, na kawałku betonowego bloku stał niesamowicie piękny jaguar, wyglądający jak posąg odlany ze światła księżyca. Homo Panthera Onca. Zabójca, który potrafi powalić ofiarę jednym skokiem.
Cześć Jim, powiedziałam w myślach. Jaguar popatrzył na mnie bursztynowymi oczami, a jego kocie usta wykrzywiły się w zadziwiająco ludzkim uśmiechu. Śmiej się, pomyślałam, śmiej się, masz szczęście, że nie wiesz, jak wysoka jest stawka. Jim odwrócił łeb i zaczął lizać łapę.
Zacisnęłam mocno dłoń na mieczu i ruszyłam wzdłuż ulicy, zagłębiając się w mrok. W końcu pochłonęła mnie kompletna ciemność.
W pewnej chwili w nozdrza uderzył koci piżmowy zapach. Unosił się w powietrzu. A zatem Władca Bestii nie jest niedźwiedziem.
Gdzie on był, do cholery? Wpatrywałam się w ruiny budynków, usiłując dojrzeć coś przez spowijającą je zasłonę ciemności. Światło księżyca przenikało przez szpary w ścianach, stwarzając złudzenie brzasku i rozświetlając ciemne zakamarki. Zdawałam sobie sprawę, że Władca Bestii wciąż mnie obserwował.
Bawił się tym.
Chwyciłam miecz. Zauważyłam, jak na tle jednolicie szarej, zacienionej ściany przesuwa się ciemniejszy kształt. Czarny cień sięgał do poziomu mojej talii i nie zareagował w żaden sposób na to, że sięgnęłam po broń.
Dyplomacja nigdy nie byłą moją mocną stroną, a zatem cierpliwość szybko mi się skończyła. Przykucnęłam i patrząc na cień, zaczęłam wołać:
– Tutaj, koteczku, chodź do mnie, kici, kici, kici.
W mroku rozbłysła para złotych oczu. Ciemny kształt i para oczu zaczęły podnosić się i podnosić, by w końcu spojrzeć na mnie z góry. Nienaturalnie wielka łapa przesunęła się w świetle księżyca, podnosząc kurz z brudnej ulicy. Z łapy wysunęły się na moment wielkie, brudne pazury, by zaraz schować się w miękkich fałdach futra. Przez chwilę widziałam masywną kończynę wyciągającą się w moją stronę, pokrytą szarym futrem z ledwie widocznymi ciemniejszymi paskami. Obserwując cień, spostrzegłam, jak ogromna sylwetka posuwa się w moim kierunku.
Zachwiałam się, stąpając ostrożnie do tyłu i straciwszy równowagę, usiadłam na tyłek. Na Boga, to nie mógł być zwykły lew! To coś miało barki szerokie co najmniej na półtora metra. A może to jednak ogromny lew, tylko dlaczego, do diabła, w paski?!
Potężny kot krążył wokół mnie, raz po raz znikając w cieniu i ukazując się w przyćmionym świetle, a ciemna grzywa falowała z każdym jego ruchem. Wspięłam się na palcach i niemal zderzyłam z jego szarym pyskiem. Mierzyliśmy się wzrokiem, lew i ja, nasze oczy były teraz dokładnie naprzeciw siebie.
Trwało to dobrą chwilę, a potem odwróciłam się i zaczęłam otrzepywać dżinsy z kurzu w sposób daleko odbiegający od dobrych manier. Po prostu klepałam się po tyłku.
Tymczasem lew zniknął gdzieś w ciemnym kącie. W powietrzu pulsowała delikatna aura mocy, drażniąca moje zmysły. Nie wiedziałam tego na pewno, ale przypuszczałam, że właśnie zmienił kształt.
– Kici, kici? – spytał niski, męski głos.
Wzdrygnęłam się ze zdziwienia. Według mojej wiedzy, żaden zmiennokształtny nie mógł przejść z formy zwierzęcej w ludzką, nie zapadając w sen.
Bez drzemki możliwa była tylko zmiana na formę przejściową, człeko-zwierzę, ale osobnik w tym stadium raczej nie potrafił mówić lub miał z tym spore problemy.
– Rzeczywiście – odparłam. – Zaskoczyłeś mnie trochę i przyszłam nieprzygotowana. Następnym razem przyniosę trochę śmietanki i jakieś kocie zabawki.
– Jeżeli będzie jakiś następny raz – powiedział.
Obróciłam się i spojrzałam za siebie. Stał tam, ubrany w luźną bluzę i podniszczone spodnie. Cóż za skromny zmiennokształtny, jak miło. Gdyby nie to, że na jego skórze błyszczały kropelki wilgoci, nikt nawet nie domyśliłby się, że właśnie zmienił formę.
Zbliżył się do mnie z kocią gracją i zatrzymał tylko o pół metra od miejsca, w którym stałam. Znowu walczyłam ze sobą, by nie zrobić kroku w tył. Był kilka centymetrów wyższy ode mnie. Miał blond włosy, przycięte tak krótko, że nie sposób byłoby za nie chwycić. Sposób, w jaki się zachowywał i poruszał, wskazywał, jak wielka czai się w nim moc. Jego oczy, ukryte pod rudawymi brwiami, miały szarozieloną barwę i złote plamki. W ich wyrazie nie wyczytałam groźby, ale wiedziałam, czułam to podświadomie, że mógłby mnie zabić bez jednego mrugnięcia.
Powoli lustrował mnie wzrokiem, oceniał, sprawdzał, na ile mnie stać. Mogłam się wstydliwie zarumienić albo zrobić dokładnie to samo, co on. Postanowiłam się nie rumienić.
Władca Bestii miał silną, kwadratową szczękę.
Jego nos był wąski i nieco zniekształcony, co świadczyło, że musiał być co najmniej kilka razy złamany i źle się zrastał. Biorąc pod uwagę regeneracyjne zdolności zmiennokształtnych, ktoś musiał chyba przyłożyć Jego Wysokości młotem kowalskim.
– Jaka kobieta pozdrawia Władcę Bestii słowami: Tutaj, koteczku, chodź do mnie, kici, kici, kici?
– Jedna z wielu kobiet – mruknęłam oczywistą odpowiedź.
Na pierwszy rzut oka wyglądał na dwadzieścia kilka lat, ale jego sylwetka mówiła co innego. Miał szerokie ramiona, a umięśnione plecy i klatka piersiowa, świadczące o niebywałej sile, były rozwinięte jak u faceta po trzydziestce. Z oczu biła mu wielka pewność siebie granicząca niemal z arogancją. Nie miałam wątpliwości, że Władca Bestii oczekuje od wszystkich wokół posłuszeństwa, a uległość wobec siebie traktuje jako rzecz naturalną i po prostu mu należną.
Przełknęłam ślinę. Ten sposób, w jaki na mnie patrzył... Nie podobało mi się to. Spoglądał tak, jakbym była myszką, którą za chwilę się pobawi.
– Jestem władcą wolnych zwierząt – powiedział.
– Domyśliłam się.
Mam nadzieję, że nie spodziewał się po mnie dygnięcia, przebiegło mi przez myśl.
Pochylił się nade mną i patrzył jak na zagadkowego, dziwnie wyglądającego robaka, a potem spytał:
– Dlaczego Mistrz Zakonu wynajął człowieka znikąd, pospolitego najemnika do prowadzenia śledztwa w sprawie śmierci swojego wróżbity? W odpowiedzi posłałam mu tylko tajemniczy uśmiech.
Zmarszczył brwi. Nie spodobała mu się moja odpowiedź.
– Czego się dowiedziałaś?
– Nie wolno mi o tym z tobą rozmawiać – odparłam.
Nie rozmawia się o wynikach śledztwa z jednym z podejrzanych, dodałam w myślach.
Władca Bestii zrobił krok w moją stronę. Blask księżyca oświetlił jego twarz. Patrzył mi prosto w oczy. Trudno było wytrzymać to spojrzenie. Mimo to nie poddawałam się, nasze spojrzenia zapowiadały walkę. Zacisnęłam zęby. Pięć sekund rozmowy, a on śmiał gapić się na mnie jak samiec alfa. Jeżeli zacznie na mnie cmokać, będę musiała stąd uciekać. Względnie zapoznać go z moim mieczem.
– Powiesz mi wszystko, co wiesz – zaczął.
– Albo? – rzuciłam.
Nic nie odpowiedział, więc wyjaśniłam:
– Posłuchaj, tego typu groźba zwykle ma na końcu jakieś „albo”, względnie „a”. Na przykład: „Powiesz mi, co wiesz, a ja zostawię cię przy życiu”, czy
coś w tym rodzaju.
Oczy Władcy Bestii zapłonęły złotym blaskiem, a jego wzrok stał się trudny do zniesienia.
– Mogę spowodować, że będziesz mnie błagała, byś mogła powiedzieć mi wszystko, co wiesz. – Jego głos zaczął przypominać ciche warczenie. Po plecach przebiegł mi lodowaty dreszcz.
Mocno, aż do bólu, zacisnęłam dłoń na rękojeści Zabójcy. Miałam wrażenie, że spojrzenie tych złotych oczu przewierca mnie, sięgając gdzieś w głąb duszy. Usłyszałam własny głos:
– No nie wiem. Nie wygląda, żebyś był w formie. Ile czasu minęło, odkąd się ostatnio spociłeś?
Przez jego prawą rękę przeszedł skurcz. Pod napiętą skórą dostrzegłam naprężające się mięśnie, a ramię zaczęło porastać sierścią. Z pogrubiających się palców wysunęły się pazury. Na wpół zwierzęca łapa wystrzeliła w moim kierunku z nieludzką szybkością.
Uskoczyłam w tył i tylko to uratowało mnie przed głębokim zadrapaniem, jakie z pewnością pozostawiłby mi na twarzy pazur Władcy Bestii. Kosmyki futra musnęły mój policzek i zahaczyły o warkocz. Nie zdołał mnie zranić. Łapa z pazurami cofnęła się.
– Nadal pamiętam, jak to się robi – powiedział.
Z moich palców wydobyły się iskierki magii, spłynęły do rękojeści Zabójcy i rozświetliły ostrze, pokrywając gładki metal mlecznobiałą poświatą.
– Chcesz walczyć? Nie ma sprawy – To już nie było rozdrażnienie, ogarnęła mnie prawdziwa złość. Uśmiechnął się pobłażliwie.
– Dość już tych żartów, mała dziewczynko.
Był imponujący. Musiałam mu to przyznać. Machnęłam mieczem, próbując rozgrzać dłoń przed walką.
Narysował w powietrzu świetlistą elipsę, rozrzucając na ziemi drobne, błyszczące iskierki. Niektóre z nich upadły w pobliżu stóp Władcy Bestii – cofnął się.
– Zastanawiam się, czy te nieustanne zmiany kształtu trochę cię nie wyczerpały? – Starałam się nadać głosowi ironiczny ton.
– Podejdź trochę bliżej i spróbuj mnie zaatakować, a się przekonasz – rzucił prowokująco.
Podnosząc tumany kurzu z chodnika, zaczęliśmy krążyć jak dwoje zwierząta, które przed starciem mierzą swoje siły i czekają na dogodną chwilę. Zdałam sobie sprawę, że chcę z nim walczyć, choćby tylko po to, by przekonać się, czy potrafię go pokonać.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2009-12-15 (1289 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej